sobota, 21 lutego 2015

Fałszywa zupa pomidorowa.



Idzie wiosna, idą zmiany. Również u mnie. Powoli wycofuję się z bloga pod adresem www.mniammniamvege.blogspot.com i od dziś Hello Morning przeprowadza się pod bardziej adekwatny do nazwy adres www.hello-morning.org. 
Będę jeszcze publikować tutaj zdjęcie dań z odnośnikiem do przepisu na nowej stornie, aby dać Wam czas do przyzwyczajenia się do tej rewolucji. 
Sama trochę się boję, bo od ponad pięć lat tworzę blog na tej platformie, ale chyba czas zrobić jakiś krok naprzód i spróbować się rozwinąć. 
Zaglądajcie, więc pod nowy adres, zostawiajcie komentarze i linkujcie. 

Zapraszam na zupę. Fałszywą zupę pomidrową.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Marchewkowo-pomidorowo-pomarańczowa zupa krem z kuminem.

W ogródkach na wrocławskim Biskupinie podczas spacerów z Malaiką coraz częściej wypatruję przebiśniegów. Tych samych, które pojawiały się w wierszykach w elementarz w przedszkolu i podstawówce. Te, o których ostatnio pisała nawet Gazeta Wrocławska. Cóż, wszyscy czekamy na wiosnę. 





Wychowałam się na wsi, gdzie prawie każdy miał swój ogródek i kolejno wychodzące wiosenne kwiaty zawsze były dla mnie ważnym znakiem, że robi się lepiej, bo cieplej. Milej, słoneczniej, fajniej. I do wakacji już nie tak daleko. 
Kwiaty oznaczają, że coś się w przyrodzie dzieje, bo coś drgnęło i wiosna próbuje się przebić do atmosfery, a ja wyczekuję jej zniecierpliwiona, bo zapowiada się być dla mnie niesamowita. 


Póki co jednak, nadal marznę i nie mam ochoty na dłuższe włóczenie się po okolicy. W związku z tym, że zima wraca jak bumerang i dni na przemian są ciepłe i przenikliwie zimne, wciąż często sięgam po zupy i nawet, kiedy jadam w knajpach wolę posilić się jakimś pysznym kremem niż czymkolwiek innym.

Zupy dobrze się przygotowuje, bo zazwyczaj wystarcza nam do tego jeden garnek, W dodatku można przygotować je dzień wcześniej i z powodzeniem, bez straty, a często nawet z zyskiem dla smaku odgrzać, kiedy wraca się z pracy.


Dziś częstuję niecodzienną zupą, całkiem wykwintną, a jednocześnie stworzoną z prostych składników, po które możemy wyjść do sklepu koło domu lub  zwykłego dyskontu. Kto powiedział, że wykwintnie musi znaczyć drogo? Kto powiedział, że wegańskie jedzenie musi się zawierać składniki, z których połowa nazw brzmi jak żywcem wyjęta z  chińskiego? Nie musi. 
Przygotowując różne materiały, prezentacje przeglądam z uwagą menu najbardziej cenionych roślinnych restauracji na świecie. W większości przypadków ich dania bazują na sezonowych, lokalnych i prostych składnikach. Tutaj bardziej liczy się umiejętność łączenia i tworzenia nowego z czegoś, co znane nam jest od dawna.
Chciałabym, aby na moim blogu wśród wyszukanych przepisów przeważały te, które  pomimo oryginalności wcale nie są skomplikowane i drogie. Choć czasami zaszaleję z jakiś daniem to jednak wolałabym przygotowywać dla Was coś, na co składniki możecie nabyć w jednym sklepie, zamiast latać po całym mieście w poszukiwaniu produktów. 

Wracając do mojej zupy... Jest pyszna, prosta i smaczna, a jednak niezwykła. Ni to marchewkowa, ni to pomarańczowa, ni to pomidorowa.
Nie jest to pierwsza owocowo-warzywna zupa, którą proponowałam na blogu. Jesienią pojawiła się zupa z dyni piżmowej z jabłkami i cydrem i aromatycznym rozmarynem. Inną znaną z bloga opcją jest zupa krem z buraków i malin, którą moja Mama przygotowuje na Wigilię. 


Składniki:
  • 1 biała cebula, obrana i posiekana w kostkę 
  • 2/3 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
  • 500 -600 g marchewki, obranej i pokrojonej w krążki
  • 1 płaska łyżka mielonego kuminu 
  • 3 szklanki wody
  • 3 listki laurowe 
  • 2 puszki krojonych pomidorów 
  • skórka starta z jednej pomarańczy 
  • 1 płaska łyżka  soli
  • pieprz do smaku
  • świeża kolendra lub pietruszka do posypania 
W garnku umieść cebulę,marchew, kumin, liście laurowe, sok pomarańczowy i wodę. Przykryj i doprowadź do wrzenia. Zmniejsz ogień i gotuj do czasu, aż marchewki będą miękkie, czyli około 15 minut. Dodaj pomidory z puszki wraz z sokiem, skórkę pomarańczową. Doprowadź do wrzenia. Posól i gotuje na małym ogni bez pokrywki przez około 20 minut. Wyciągnij liście laurowe i zmiksuj przy użyciu blendera. Dopraw do smaku świeżo mielonym pieprzem, ewentualnie odrobiną soli. 
podawaj posypane kolendrą lub natką. 


piątek, 13 lutego 2015

Tofucznica. Przepis podstawowy.



Tofucznica to klasyk gatunku. Robię ją odkąd przeszłam na weganizm, przygotowuję ją od początku prowadzenia tego bloga. Pojawiła się tu już w 2009 roku w wersji z porem, pieczarkami i pomidorami. Za to bez soli Kala Namak, o której wówczas nie miałam bladego pojęcia, choć już od kilku lat stosuję ją z powodzeniem w roślinnych majonezach, pastach bezjajecznych, omletach i oczywiście tłucznicach. 
Jesienią minionego roku zaproponowałam Wam wersję z dynią Hokkaido, która jest przepyszna, ale niestety dyni pod rękę zawsze nie mamy, więc nie jest to przepis uniwersalny.
Najlepsze tofucznice wychodzą mi, kiedy robię je ot tak - na oko. Bardzo trudno jest spisać przepis, który będzie na tyle idealny, aby przypasować każdemu i zachwycić nim odmienne przecież podniebienia i gusta. 
Dlatego dziś wysyłam w przestrzeń internetu wersję podstawową. Nie ma tu ani grzybów (pieczarek, kurek, boczniaków), ani warzyw, takich jak cukinie, pomidory czy papryka. Nie ma tu szpinaku, jarmużu czy kolendry. Nie ma też awokado, dyni, bakłażana i bazylii. 
Tofucznica jest prosta, niewymagająca i pyszna sama w sobie. Co do niej dodacie do Wasza sprawa. Możecie zjeść ją tak, jak ja - ze szczypiorkiem. Możecie dodać wymienione przeze mnie wyżej składniki. Od wyboru do koloru. Niemniej - SMACZNEGO! 



Składniki :

  • 1 biała, średniej wielkości cebula, obrana i pokrojona w piórka 
  • 250 g tofu naturalnego 
  • 1/4-1/2 łyżeczki czarnej soli Kala Namak
  • 1/4-1/2 łyżeczki kurkumy 
  • 1 łyżka płatków drożdżowych 
  • świeżo mielony pieprz 
  • 3 łyżki oleju z pestek winogron 
  • 2 łyżki wody 
  • posiekany szczypiorek, pomidory, pieczywo do podania 
Tofu rozdrobnij widelcem lub przy pomocy praski do ziemniaków. Wymieszaj z czarną solą i odstaw. Na patelni rozgrzej olej. Wrzuć cebulę i zeszklij. Następnie wsyp kurkumę i wymieszaj. Smaż razem przez około 1-2 minuty, mieszając i uważając, aby się nie przypaliła. Wlej 2 łyżki wody i podgrzewaj chwilę, aby nadmiar odparował. Wsyp tofu z solą Kala Namak i wymieszaj dokładnie. Tak, aby nabrało żółtej barwy. Smaż razem z cebulką przez 2-3 minuty, mieszając raz po raz. Na koniec wsyp płatki drożdżowe i porządnie wymieszaj. Smaż koleje 2-3 minuty. Przypraw do smaku świeżo mielonym pieprzem. Podawaj ze świeżymi warzywami, pełnoziarnistym pieczywem, posypane szczypiorkiem


poniedziałek, 9 lutego 2015

Kwiatowy tofurnik na zimno. Różano-lawendowy delikatny deser pod kokosową pierzynką.



Walentynki kojarzą mi się z podstawówką i kartkami podrzucanymi przez chłopaków do rękawów kurtek w szatni. Część naprawdę była i pozostanie anonimowa, część od kolegów, z którymi znałam się od kołyski i którym mamy kazały podesłać mi kartkę. Z reguły na takiej pocztówce widniał chłopiec całujący dziewczynkę lub dający jej różę. Kartka czarno-biała, a róża czerwona. Kicz w najlepszym wydaniu. 
Gimnazjum było buntownicze i oczywiście, jako małoletnie zbuntowane dziewczę bojkotowałam to święto. Podobnie w liceum, z tym, że wtedy chodziłam z chłopakiem, który pomimo umowy o nie świętowaniu Walentynek ZAWSZE dawał mi kartkę, a kiedy pytałam dlaczego to robi, tłumaczył, że koleżanki z klasy go pytają o to co mi dał i jakoś mu głupio powiedzieć, że nic. Nie rozumiałam, ale teraz karki te mają dla mnie szczególną wartość sentymentalną i leżą sobie w kartonie licealnym  w moim rodzinnym domu przewiązane wstążką. 

Do dnia dzisiejszego Walentynki nie funkcjonują w moim życiu. Nie wiem nawet jak miałabym je obchodzić. Kupić jakieś kiczowate ozdoby...? Obwiesić się sercami? Hmmm... Chyba na zawsze będzie to dla mnie tajemnicą.

Jednak, choć sama ich nie obchodzę, nie zamierzam uprzykrzać tego dnia tym, którzy chcą akurat czternastego lutego jakoś szczególniej uczcić życie, które wiodą z drugą osobą, okazać uczucia i zrobić coś wyjątkowego z ukochaną czy ukochanym. 

Myślę, że szczególnie doceniane jest samodzielne przygotowanie kolacji. Najlepiej z deserem. 
Jeżeli macie ochotę na coś nowego czy innowacyjnego to gorąco polecam mój tofurnik. Tofurnik na zimo, bo nadal nie mam niestety sprawnego piekarnika i nie mogę piec moich ukochanych drożdżowych wypieków. Jest pyszny i delikatny. Jeżeli będziecie przygotowywać go na imprezę, na której spędzi sporo czasu poza lodówką użyjcie o pół łyżeczki agaru więcej. 

A co z wodą różaną, która stanowi tak nieodłączny składnik tego cuda? Możecie znaleźć ją w sklepach z kuchnią świata, sklepach z żywnością orientalną, ze zdrowym jedzeniem, a ja nawet widziałam na półkach lokalnego Społem ostatnio. Oczywiście woda różna jest dostępna też w sklepach i na aukcjach internetowych. 
Ja używam jej głownie do słodyczy. Dodaję do domowych pralinek, wypieków i ciasta naleśnikowego na słodko. Świetne sprawdzi się w deserach z tapioki i nasion chia, a nawet pospolitą kaszkę manną może zamienić z niecodzienny deser. 


Suszona lawenda jest kolejnym składnikiem, który ja trzymam w słoiku między przyprawami i co roku suszę sobie kwiatostany tego ziela zebrane w ogrodzie moich rodziców. Lawendę można dostać z sklepach zielarskich i na stoiskach i sklepach z przyprawami. I tu możecie szukać jej w internetowych sklepach. Jeżeli nie uda Wam się jej dostać to nic nie szkodzi. Możecie ją pominąć, a ciasto będzie po prostu mniej kwiatowe. 
Przygotowując tofurnik sięgnęłam po domowej roboty konfiturę z płatków róż, którą dostałam od mojej starszej siostry. Ciasto ozdobiłam całymi płatkami zawartymi w konfiturze, posypałam suszoną lawendą i świeżymi liśćmi mięty. 
Konfitura z płatków róż jest dostępna w dobrze zaopatrzonych sklepach i supermarketach. 


Składniki na spód:
  • 1/2 szklanki daktyli bez pestek namoczonych w ciepłej wodzie przez 30 minut
  • 2 szklanki orzechów nerkowca
  • 1 łyżka wody różanej  
Nerkowce mielimy w młynku lub rozdrabniaczu. Podobnie daktyle. Mielimy je na pastę przy użyciu blendera. namoczone daktyle i dodajemy rozdrobnione nerkowce. Miksujemy razem. Dodajemy wodę różaną. Masa musi być stała, ale dać się ugniatać jak plastelina. Jeżeli jest zbyt sucha dodajemy odrobinę wody i oleju. Przygotowaną nerkowcowo-daktylową masą wykładamy wyłożoną papierem do pieczenia tartownicę lub tortownicę. Wyrównujemy palcami, aby równomiernie pokryła dno. Wkładamy do lodówki. 

Składniki na masę tofrunikową: 
  • 500 g tofu naturalnego 
  • skórka otarta z jednej cytryny 
  • sok z 1 - 1 i 1/2 cytryny ( w zależności od wielkości i soczystości owocu) 
  • 2 łyżki wody różnej 
  • 400 ml mleka roślinnego niesłodzonego 
  • 3/4 szklanki cukru ( można zastąpić wybranym słodem) 
  • 1 mała łyżeczka suszonej lawendy 
  • 1 łyżeczka agaru 
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią 
Dodatkowo:
  • 200 ml schłodzonego mleka kokosowego 
  • 1 łyżeczka cukru pudru 
Tofu, sok z cytryny, skórkę z cytryny oraz wodę różną umieszczamy w misce i miksujemy przy użyciu blendera, tak aby uzyskać możliwie najgładszą masę. Im lepiej, tym delikatniejszy będzie nasz tofurnik. 
Mleko, cukier, cukier waniliowy, lawendę i agar umieszczamy w garnku i gotujemy na małym ogniu. W chwili, gdy zacznie wrzeć wyłączamy i dodajemy do zmiksowanego tofu. Robimy to stopniowo, cały czas mieszając przy użyciu blendera.  
Powstałą masę przelewamy na przygotowany wcześniej spód. Chłodzimy i czekamy aż stężeje. Wkładamy do lodówki i chłodzimy. 
Z gęstej części mleka kokosowego i cukru pudru przygotowujemy "śmietankę" kokosową, którą smarujemy wierzch tofurnika. 

Zdobimy konfiturą różaną, odrobiną roztartej lawendy i świeżymi liśćmi mięty. 
A teraz do lodówki i chłodzimy co najmniej godzinę. 
Smacznego. 



Jeżeli podoba Ci się mój blog zapraszam na jego facebookową stronę, gdzie regularnie aktualizuję posty. 
Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli oddasz smsowy głos na moją stronę w konkursie Blog Roku 2014 i pomożesz mi spełnić jedno z moich marzeń, czyli wygrać warsztaty kulinarne u Jamiego Olivera. 

Wystarczy, że wyślesz SMS pod numer 7122 o treści E11298. 
Cena SMSa to 1,23 zł, a cały dochód powędruje dla dzieciaków z Fundacji Dzieci Niczyje!
Podwójnie dziękuję za wsparcie! 

Głosować można tylko do jutra, do 10.02 do godziny 12:00. 



sobota, 7 lutego 2015

Blog Roku 2014. Zagłosuj na Hello Morning!



Nie miałam planów, aby brać udział w konkursie na Bloga Roku. Do czasu... Do czasu, gdy nie odkryłam, że jedną z nagród specjalnych jest udział w warsztatach Jamiego Oliviera. Wówczas w mojej głowie coś zadzwoniło, potem serce wpadło w lekką tachykardię, a następnie w czeluściach umysłu pojawiła się myśl: "A co mi szkodzi?" 
Czasami mam wrażenie, że cała Polska wie, że UWIELBIAM Jamiego... 


Nie wgłębiając się nadto w reguły gry - spontanicznie i niespecjalnie przemyślanie zgłosiłam do konkursu mojego szanownego bloga.  Może dlatego, że rok 2015 naprawdę jest dla mnie łaskawy i wolę wychodzić szczęściu naprzeciw, zamiast czekać bezczynnie, aż samo zapuka do moich drzwi. ;) ( że też sobie na filozofię podwórkową pozwolę...) 
Piszę tu już tyle lat, ale jakoś nigdy specjalnie go nie promowałam, nie brałam udziału w akcjach na portalach kulinarnych, ani sama nie organizowałam konkursów. O braniu udziału w jakichkolwiek nawet mowy nie było. 
Sam fanpage na Facebooku ma zaledwie kilka miesięcy, a szkoda, że Hello Morning trafiło tam dopiero tak późno, bo ten portal społecznościowy daje mnóstwo nowych możliwości i umożliwia trafienie do grona zupełnie nowych odbiorców. Tak naprawdę stosunkowo późno zrozumiałam, że to co tu robię będzie miało sens tylko, jeżeli grona odbiorców będzie się poszerzać. Wcale nie jest to proste, bo "konkurencja" na tym polu jest ogromna, blogi są coraz lepsze, a czytelnicy wymagający.
Ja jednak wierzę w to co robię i dlatego wciąż możecie mnie znaleźć na Hello Morning. 
Dużo się zmieniło odkąd w moje niesforne ręce wpadła lustrzanka. Muszę Wam powiedzieć, że sprawiło to, że od razu bardziej mi się zachciało wymyślać, piec, gotować, fotografować. Przyznaję się, że wkręcam się w tę zabawę coraz bardziej. Przede mną jeszcze daleka droga do pełenego zadowolenia, ale są pomysły, inspiracje i totalne wsparcie z każdej strony. Po prostu - jest energia, a nawet cała jej masa. 
Prowadzę pojedyncze pokazy i warsztaty. Na tyle, na ile pozwala mi czas. Rozwijam się i mam nadzieję stawać się w tym coraz lepsza. Jednocześnie chcę, aby blog nadal miał możliwie osobisty, bardzo szczery i bezpośredni charakter. Nie chcę, aby był jednym spośród kulinarnych blogów, które nie wyróżniają się między sobą. Dlatego nierzadko odkrywam przed Wami swój świat, większy niż ten, który mieści się w kuchni. 
A żeby nie być gołosłowną pokażę Wam trzy zajawki z ostaniach kilku miesięcy. 

Konkrety.


Napoje i koktajle.


SŁODKIE!!!



Jak sami widzicie, nie próżnowałam, a tak naprawdę jest tego dużo, dużo więcej. Znajdziecie też garść recenzji, relacji z warsztatów i sporo nowinek na Facebooku. 

Pomóżcie mi znaleźć się choćby w pierwszej dziesiątce czy dwudziestce, a odwdzięczę się masą wspaniałych przepisów. OBIECUJĘ.

Wystarczy wysłać SMS pod numer 7122 o treści E11298. Koszt SMSa to 1,23 zł, a cały dochód przeznaczony jest dla Fundacji Dzieci Niczyje, więc pomagając mi, pomagacie dzieciakom w potrzebie. 

DZIĘKUJĘ! 

piątek, 6 lutego 2015

Domowy sok z granatów i pomarańczy.

Granat to owoc lekko enigmatyczny. Tajemniczy i bajkowy. Znam wielu wyznawców tego wyjątkowego smaku i konsystencji.
Jest to owoc budzący wiele emocji już od czasów mitologii. W starożytności uważany był za symbol płodności i miłości. Wcale się nie dziwię... Z taką ilością nasion... Podobno do dziś w Grecji świeżo upieczeni małżonkowie na szczęście rozgniatają butem owoc granatu. Wiadomo - co kraj to obyczaj. Nie wnikam. 
Natomiast czy wiecie, że niektórzy badacze Biblii uważają, że zakazanym owocem, po który sięgnęła Ewa był właśnie granat, a nie jabłko? Wielce możliwe, ale z drugiej strony przy embargu Rosji na polskie jabłka powinniśmy jednak dla dobra polskiego sadownictwa utrzymywać wersję z jabłkiem i dbać o dobry PR tego zacnego owocu. 
Dziś się jednak wyłamię (choć przysięgam jeść jedno jabłko dziennie!) i serwuję koktajl z owoców granatu i pomarańczy...
Co powiecie na takie cudo?  Trochę egzotyki w formie koktajlu, zwłaszcza na imprezy ze znajomymi lub romantyczny wieczór może się przydać... Zainspirowana przepisem z afrykańskiej książki z wegańskimi przepisami postanowiłam przyrządzić ten pyszny napój. Nawet przez chwilę nie powątpiewałam, że przypadnie mi do gustu, bo jestem ogromną fanką granatów, a pomarańcza tylko jeszcze bardziej podkręciła smak. 
W oryginale autorka użyła do przepisu cukru, który wyrzuciłam, a dokładnie zastąpiłam daktylami, ale myślę, że jeżeli nasze granaty i pomarańcze będą bardzo dojrzałe to możemy pominąć nawet daktyle, a napój i tak wyjdzie przesłodki. 
Możecie zrobić go sobie ot tak, na co dzień, ale powiem szczerze, że na pewno zawojuje on niejedną imprezę czy obiad ze znajomymi.  Oczywiście będzie też dobrą bazą do rozmaitych drinków... W końcu - kto co woli. 


Składniki na cztery porcje:
  • 2 duże granaty
  • 4 suszone daktyle 
  • 475 ml wody
  • 300 ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy ( około z 4 sztuk) 
  • lód do podania, opcjonalnie plastry pomarańczy
Pestki granatów umieścić z rondlu, dodać daktyle i wlać wodę. Doprowadzić do wrzenia i gotować pod przykryciem kolejne pięć minut. Następnie chłodzimy powstały granatowy kompot do czasu, aż będzie całkowicie zimy. 
Następnie odsączamy sok przez sito. W misce przy pomocy tłuczka rozgniatamy owoce, które pozostały, tak aby wycisnąć z nich możliwie najwięcej soku, który odsączmy przez sito. (Pozostały granatowy mus możemy wykorzystać do jaglanki lun owsianki.)
Otrzymany granatowy sok miksujemy z sokiem z pomarańczy. Przelewamy do szklanek z lodem. Opcjonalnie dodajemy zdobimy plastrem pomarańczy. 
Gotowe! Na zdrowie.


*****


Podoba Wam się mój przepis. Uważacie, że wpis jest ciekawy. Zaglądacie na mojego bloga regularnie, od czasu do czasu, wracacie do niego z przyjemnością i korzystacie z przepisów. Śledzicie mój fanpage na Facebooku? 
A może nie? Może jesteście tu po raz pierwszy, ale już wiecie, że chętnie będziecie zaglądać i szukać kulinarnych inspiracji. 
Zagłosujcie na mojego bloga w konkursie BLOG ROKU 2014 i pomóżcie mi pokazać, jaką moc mają ROŚLINNY. 

Zapraszam do smsowego głosowania. Numer to 7122, a w treści wpisujemy ( bez spacji): E11298. 

Dziękuję za wsparcie i zapraszam na bloga! 

Magda 

środa, 4 lutego 2015

Afrykańska zupa fistaszowa z jarmużem i kukurydzą


Afryka, zwłaszcza ta środkowa i wschodnia to miejsce na świecie, do którego ciągnie mnie szczególnie. Marzę i liczę, że uda mi się  zrealizować moje plany i kiedyś znaleźć się w tym zakątku ziemi. Popracować dla organizacji Lekarze bez Granic. To marzenie jest coraz bliżej realizacji. Jak to jednak powtarza jedna bliska mi osoba -wszystko jest na dobrej drodze. 
Medycyna to było moje marzenie, a praca lekarza fascynuje mnie i pociąga, jak nic na świecie. Może dlatego, że daje mi poczucie, że jestem potrzebna, że mogę komuś pomóc, mogę dać z siebie to, co mam najlepsze. Poza tym, jest dynamiczna, w większości przypadków wymaga kontaktów interpersonalnych, pozwala się wykazać i daje mnóstwo satysfakcji. Owszem, często zwala z nóg, stresuje do granic wytrzymałości, doprowadza do sytuacji, gdy nerwy puszczają, gdy po godzinach spędzonych z pacjentami, gdzie musimy być mili i cierpliwi, nie zawsze starcza nam jej dla najbliższych. Jest to praca, która może od czasu do czasu, tych bardziej wrażliwych, zwyczajnie doprowadzić do łez. Ja jednak biorą to wszystko, włącznie z tymi niedoskonałościami, bo to moja największa miłość jest... W każdym razie teraz. Może kiedyś wyprzedzi ją jedynie moje własne dziecko. 

Okey, ja tu się uzewnętrzniam, a danie nam stygnie i czeka na swoją kolej.
Nie byłabym sobą, gdybym co jakiś czas nie podała tu przepisu na jakiś afrykański rarytas. Tym razem jest to zupa, bo cóż innego jest nam niezbędne o tej porze roku, jak pożywna, gęsta rozgrzewająca zupa. Moja taką jest z całą pewnością. Do tego dodam jeszcze, że jest pyszna, a żeby Was zachęć bardziej podpowiem, że prosta i choć Afryka kojarzy się nam z egzotyką, jej skład jest naprawdę swojski i dostępny. Bez udziwnień, przyprawa, których nazw nie jesteśmy w stanie powtórzyć.


Składniki:
  • 1 duża cebula, pokrojona w kosteczkę
  • 1 przepełniona szklanka ziemniaków, pokrojonych w małą kostkę
  • 1 przepełniona szklanka marchewki, pokrojonej w podobnie małą kostkę
  • 1 puszka kukurydzy, odcedzić i przepłukać 
  • 1 łyżeczka płatków chilli 
  • 2 garści liście jarmużu, posiekanych 
  • 1000 ml wody 
  • 1 łyżka oleju
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku lub świeżego 
  • 1 łyżeczka kminu rzymskiego 
  • 1,5 płaskiej łyżeczki soli 
  • 3 łyżki masła orzechowego ( najlepiej takiego bez dodatku cukru
  • pieprz do smaku 
W rondlu rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę i duśmy przez 1 minutę, dodajemy chilli i duśmy razem jeszcze jakiś czas na mniejszym ogniu. Cebulka ma być szklista. Dodajemy imbir i kmin. Mieszamy, a następnie wsypujemy kukurydzę, marchewkę i ziemniaki. Wlewamy wodę i gotujemy na średnim ogniu przez 10-15 minut od moment, gdy zacznie wrzeć do chwili, aż marchewka będzie miękka. Solimy do smaku, mieszamy i odmierzamy kubek zupy. Blendujemy w blenderze i wlewamy z powrotem do garnka. Mieszamy. Dodajemy mało orzechowe i mieszamy do czasu, aż się rozpuści. Wrzucamy jarmuż i gotujemy jeszcze 5 minut. Gotową zupę doprawiamy ew. do smaku solą i pieprzem. Możemy posypać świeżą kolendrą lub natką pietruszki.



A teraz utwór, który chodzi za mną już od tygodni:


*****

W tym roku postanowiłam po raz pierwszy i może ostatni raz wziąć udział w czymś tak dla mnie abstrakcyjnym, jak konkurs na BLOG ROKU 2014. Oczywiście nie liczę tu na szał i owacje na stojąco, ale na to, że dzięki takiej przestrzeni więcej osób trafi na mojego bloga i będzie korzystało z zawartych na nim przepisów. Nie dbałam nigdy na PR bloga, nawet fanpage HALLO MORNING powstał dopiero w maju 2014, choć sam blog liczy sobie dobrze ponad pięć lat. Myślę, że czas, aby się trochę rozwinął, znalazł nowych czytelników. Albo zginął i przepadł na zawsze. 
Jeżeli lubicie tu zaglądać i chcecie dać wyraz swojej sympatii dla moich poczynań tu to zagłosujcie na mój blog w Konkursie na BLOG ROKU 2014
 Wystarczy wysłać SMS pod numer 7122, a w treści umieścić 11298. 

Głosowanie odbywa się SMS-ami - każdy za 1,23 zł, ale wpłaty z Waszych głosów nie przepadają - trafią do Fundacji Dzieci Niczyje. Można więc pomóc dwa razy za jednym zamachem..Cudnie, co? 

Dziękuję pięknie! :)