czwartek, 29 stycznia 2015

Szwedzkie bułeczki z nadzieniem z serka z nerkowców, koperkiem i wegańskim kawiorem


Wiecie, kiedy podjęłam decyzję o tym, że chciałabym upiec tytułowe bułeczki? W maju 2014 roku. Dlaczego dopiero teraz podjęłam się wyzwania...? Sama nie wiem... chyba po prostu nie było okazji. Tak, jak pisałam już w jakimś grudniowym poście, inspiracji często, choć nie zawsze, szukam poza blogosferą.
Tym razem pomysł odnalazłam oglądając z Moją Mamą kulinarny program Rachel Khoo, a dokładnie odcinek inspirowany wizytą w Sztokholmie, stolicy Szwecji. Bardzo niewegański, a jednak! Dla mnie szalenie inspirujący. 
Chyba nigdy nie przestanę żyć w przeświadczeniu, że ludzie, którzy kochają jeść, są zawsze najlepszymi z ludzi. 


Czasami łatka kulinarnej blogerki trochę mi doskwiera, bo na co dzień zajmuję się czymś zupełnie innym. Zresztą jestem przeciwniczką takiego segregowania, wrzucania kogokolwiek do jakiegokolwiek, przysłowiowego worka, bo to jest krzywdzące i sprawia, że możemy przegapić coś ważnego, nigdy nie poznać umiejętności i cech bardzo wartościowych ludzi. 
Co więcej, moi bliscy pewnie by to potwierdzili, gotuję raczej okazyjnie i mam dni, a nawet całe tygodnie, kiedy zdaję się zupełnie o to nie dbać i żywić się, jak na młodą lekarkę przystało chipsami solonymi na obiad i czekoladą na deser. Innym razem mam zryw i nie wychodzę z kuchni, pichcę, gotuję, a niczego nie uwielbiam tak jak nocnego pieczenia rogalików drożdżowych na śniadanie, kiedy w czasie, gdy ciasto wyrasta mogę oddać się jakieś fascynującej lekturze. Wtedy wstaję ostatnia, z rogalików pozostają okruszki, które mogę wyjeść palcami, ale to co, bo poczucie, że sprawiłam komuś nimi radość jest bezcenne i daje mi więcej energii, niż cokolwiek innego. 
Naprawdę chętnie przygotowuję coś ekstra, opracowuję posty na bloga. Jeszcze chętniej karmię ważne dla mnie osoby,  przygotowuję dla nich cuda, bo na to zasługują, jak nikt.  Uwielbiam też jadać na mieście, bo w przeciwieństwie do tego, co było kiedyś, obecnie mogę zjeść poza domem naprawdę dobre, wyszukane i zdrowe jedzenie. Spróbować rzeczy, których na co dzień nie chce mi się przyrządzać albo nie mam na to zwyczajnie czasu. 

Rozpisałam się, a bułeczki czekają. Są proste, wbrew rozbudowanej nazwie, pyszne i stanowią świetny dodatek do zup czy sałatek. Idealne na śniadanie, lunch czy kolację. Możemy je zabrać do pracy czy na uczelnię.
Wiem, że użyty w przepisie kawior jest nie zawsze dostępny, bo sklepy Ikea mamy tylko w dużych miastach, a i to nie zawsze jest rozwiązaniem, bo dla mnie wyjazd tam to zawsze niezła wyprawa jest. Jeżeli więc nie macie kawioru to spróbujcie dodać do glony wakame. Namoczcie wodorosty przez 10 minut w zimnej wodzie, odcedźcie i układajcie analogicznie do kawioru. Nie będzie to to samo, ale zawsze jest to jakaś forma substytucji ;)

Są to pierwsze wytrawne rollsy, jakie piekę, więc proszę o wyrozumiałość... :)


Składniki na ciasto:
  • 2 łyżki cukru 
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 50 g świeżych drożdży 
  • 4 szklanki mąki pszennej 
  • 1 szklanka dowolnego, neutralnego w smaku mleka roślinnego 
  • 1/2 szklanki wody 
  • 6 łyżki oleju 
Drożdże pokrusz i posyp cukrem i odstaw na 15 minut. Następnie wlej ciepłe mleko i oraz wodę, dodaj łyżkę mąki, przykryj ściereczką i odstaw na kolejne 15 minut. Wymieszaj, wsyp sól, wlej olej i przesiej mąkę i wyrób geste ciasto. Włóż do miski, przykryj ją szczelnie folią spożywczą, przykryj ściereczką i odstaw na około godzinę. 

Składniki na serek z nerkowców: 
  • 1 szklanka nerkowców, namoczonych w nocy w zimnej wodzie
  • 1/3 szklanki wody lub mleka ryżowego lub owsianego 
  • 2 łyżki soku z cytryny 
  • 1 łyżka płatków drożdżowych
  • sól, pieprz do smaku 
  • 1 łyżka czosnku niedźwiedziego 
Namoczone nerkowce, wodę lub mleko roślinne, sok z cytryny, płatki drożdżowe, czosnek niedźwiedzi umieszczamy w kielichu blendera lub rozdrabniaczu i mieli na głaski "serek". Dodajemy sól i pieprz do smaku. 

Dodatkowo: 
  • słoiczek kawioru wegańskiego z Ikea
  • pęczek koperku 
  • 3 łyżki oleju + 3 łyżki mleka sojowego do posmarowania bułeczek
  • sezam lub/i czarnuszka do posypania 
Piekarnik rozgrzać do 180 st. C. Blachę z piernika wyłożyć papierem do pieczenia lub sylikonową matą. 
Wyrośnięte ciasto rozwałkować na równy prostokąt o grubości około 1 - 1,5 cm. Równomiernie wysmarować go twarożkiem z nerkowców. Następnie przy pomocny łyżeczki nakładać w równych odległościach "kawior". Posypać posiekanym koperkiem całą powierzchnię. 
Ciasto orientacyjnie podzielić na trzy równe części - prostokąty i złożyć, tak, aby lewy nachodził na środkowy, a następnie prawy na górę. Ciasto pokroić wzdłuż krótszego boku na równe 3 cm pasy. Następnie w  naciąć je tak, aby przypominały... spodnie. Każdą "nogawkę" skręcić, a następnie spleść je w coś na kształt warkocza, a następnie zawinąć, tak, aby utworzyło bułeczki podobne do tych na zdjęciach.*
Bułeczki układać na wcześniej przygotowanej blasze w odległości 5-8 centymetrów. Przykryć ręcznikiem kuchennym i odstawić na 20 minut. Posmarować mlekiem roślinnym wymieszanym z
olejem, posypać sezamem i piec przez około 15 - 20 minut do czasu, aż się zarumienią.

*jeżeli opis sposobu zwijania bułeczek jest dla Was mało zrozumiały, możecie pokusić się o wersję uproszczoną, czyli rozwałkować ciasto tak, aby powstał prostokąt. Następnie rozsmarować serek z nerkowców, posypać równomiernie koperkiem i w równych odległościach układać po trosze nasz roślinny kawior. Następnie zwinąć w rulon i ciąć tak, aby powstały ślimaki. Ułożyć na wyłożonej papierem lub matą silikonową blasze i piec tak samo, jak napisałam w wyżej.



A teraz, żeby nie było tak sielsko, trochę rockandrollowego grania ze Szwecji! ;) 

niedziela, 18 stycznia 2015

Zimowy, wegański gulasz z brukwią i zieloną soczewicą oraz puree ziemniaczane z topinamburem.

Rzadko kuszę się na takie "tradycyjne" obiady. Zdecydowanie też, jeżeli przygotowuję jakieś sosy, gulasze, "jednogarnkowce", nie podaję ich z ziemniakami, ale rozmaitymi kaszami lub ryżem. Tym razem postanowiłam jednak dla odmiany zrobić obiad, który zasmakowałby zarówno tradycjonalistom, choć fani innowacyjnych rozwiązań w kuchni również byliby usatysfakcjonowani.
Obiad jest na wskroś sezonowy. Jedynym egzotycznym dodatkiem jest granat, który dodałam do surówki i posypałam puree. Opiera się na warzywach korzeniowych, kapustnych oraz strączkach. 
Jest pstryczkiem w nos dla każdego, kto twierdzi, że zimną weganom musi być ciężko lub też muszą wydawać fortunę na składniki, aby stworzyć pełnowartościowy obiad. 
Przeciwnie, bo nasze "zimujące" warzywa i owoce dają nam dużo możliwości. 
W moim zestawie pojawia się topinambur, czyli słonecznik bulwiasty, który wraca do łask i możecie znaleźć go w dobrze zaopatrzonych warzywniakach, a jak nie zagadajcie w pobliskim w sklepie, a nuż go dla Was sprowadzą. 
W gulaszu z kolei z tych bardziej oryginalnych, nieco zapomnianych - pojawia się brukiew. Ją również odnajdziecie, zapomnianą, osamotnioną, w skrzyniach warzywniaka. Pomijaną przez większość klientów, którzy nie wiedzą co z tą bulwą począć. Ja wiem i ten gulasz to dopiero początek. Pomysłów na to, co można z nią zrobić jest dużo, dużo więcej. 
No dobrze, ale przejdźmy do rzeczy. Do przepisu oczywiście. 


Składniki na puree:
  • 0,5 kg ziemniaków, obranych i pokrojonych w sporą kostkę
  • 0,5 kg topinamburu, obranego i pokrojonego w podobnej wielkości co ziemniaki
  • 3 łyżki oliwy z oliwek 
  • 3 łyżki mleka sojowego
  • sól do smaku
  • świeżo mielona gałka muszkatołowa do smaku 
  • granat, pietruszka do dekoracji
Ziemniaki i topinambur umieścić w wodzie, doprowadzić do wrzenia, delikatnie posolić i gotować do czasu aż zmiękną. Około 15 minut. Odcedzić, dodać mleko sojowe i oliwę i utłuc tłuczkiem lub praską ( nie polecam blendera do robienia puree z ziemniakami, jeżeli mamy marchewkowe, selerowe, pietruszkowe, buraczane to ok). Doprawiamy gałką muszkatołową i ewentualnie odrobiną soli do smaku. 

Przed podaniem posypujemy granatem i posiekaną natką pietruszki.


Składniki na gulasz:
  • 1/2 szklanki zielonej soczewicy namoczonej przez noc w zimnej wodzie 
  • 1/2 kg brukwi, obranej, pokrojonej w 1,5 cm kostkę
  • 3 duże marchewki, pokrojonej w krążki o grubości 1 cm
  • 10 sporych pieczarek , pokrojonych w 0,5 cm plastry 
  • duża cebula, posiekana w kostkę
  • 2-3 ząbków czosnku, przeciśniętych przez praskę lub drobno posiekanych 
  • 1 szklanka posiekanej czerwonej kapusty ( około 1/4 małej główki)
  • 3-4 liście jarmużu porwane na drobne kawałki
  • paczka krajanki sojowej przygotowanej wg instrukcji na opakowaniu i podsmażonej,  2 opakowania tempehu smażonego (Merapi Tempeh) lub tofu wędzonego pokrojonego w kostkę
  • 2 szklanki gorącej wody 
  • 1 kartonik (500 g) puree pomidorowego 
  • 1 łyżka słodkiej papryki
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne 
  • 1/2 łyżeczki kolendry 
  • 1/2 łyżeczki imbiru 
  • 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego 
  • 1 łyżeczka soli 
  • olej 
W rondlu o grubym dnie rozgrzać 3 łyżki oleju. Wsypać cebulę i zeszklić przez 4 -5 minut na średnim ogniu mieszając co jakiś czas. Dodać czosnek, paprykę, pieprz, kolendrę, imbir i kmin. Wymieszać i smażyć przez 2-3 minuty uważając, aby nie spalić czosnku. Następnie wsypać odsączoną soczewicę, dodać brukiew i marchewkę, wymieszać, zalać 2 szklankami wody i puree pomidorowym wymieszać. Doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień i gotować przez 20 minut. Następnie dodać kapustę, jarmuż i pieczarki, krajankę sojową przygotowaną wcześniej, tofu czy smażony/ naturalny tempeh.
Gotować kolejne 20 minut na średnim ogniu mieszając od czasu do czasu, pod przykryciem. Sos powinien się ładnie zagęścić. Podawać posypane natką pietruszki z puree ziemniaczano-topinamburowym i surówką z kapusty, jarmużu z granatem i sosem winegret.


środa, 14 stycznia 2015

Warsztaty kuchni roślinnej, czyli Maddy z Hello Morning z wegańską odsieczą w Andersia Hotel w Poznaniu.

Niejedna osoba, która zagląda na mojego bloga, choćby od czasu do czasu, pamięta zapewne post, który umieściłam w październiku ubiegłego roku na temat wegańskich wpadek Hotelu Andersia w Poznaniu podczas mojego balu absolutoryjnego. 
Jest to jeden z najchętniej czytanych postów roku 2014, przebił nawet tofurniki na zimno, które zawsze cieszą się ogromną popularnością, więc wielce możliwe, że i Wy się na niego natknęliście. Jest też spora liczba osób, może nawet i większa, która słyszała o wegańskich warsztatach w Andersii, ale zupełnie nie wie w jakich okolicznościach do nich  doszło. 
Zaczęło się od balu na zakończenie studiów w Andersia Hotel. Stał się on swoistym apogeum złych doświadczeń z wegańskim jedzeniem w dużych hotelach czy lepszej klasy restauracjach, które zmagają się z brakiem pomysłów na to, co można przygotować komuś na diecie roślinnej oraz z popełnianiem kardynalnych błędów, takich jak podawanie ryby jako dania wegetariańskiego lub nabiału w daniach, które mają być wegańskie.
Goście tych miejsc mogą sięgnąć po danie wegańskie z milionów powodów. Niekoniecznie etycznych, jak ja, bo pozostają wciąż kwestie zdrowotne, religijne, uczulenia na produkty odzwierzęce, preferencje smakowe. Jeżeli ktoś wybiera danie roślinne to powinien takie otrzymać. Bez wchodzenia w szczegóły dlaczego je zamówił.

  

Hotel Andersia był pierwszym miejscem, które postanowiłam opisać szczegółowo na swoim blogu, bo czułam, że miarka się przebrała, że coś jest nie tak.  Zastanawiałam się jakim cudem takie sytuacje mają miejsce. Dlaczego tak wielu wegan one spotykają? Czasami wystarczy błąd jednej osoby i dostajemy ser na jajecznym makaronie, jako danie roślinne. Niestety.
Pisząc ten w sumie bardzo negatywny post, nie miałam pojęcia jaką lawinę pozytywnych zdarzeń wywoła...
Jeszcze przed balem wiele osób, bazując na własnych doświadczeniach z tego typu miejsc, wróżyło mi jedzeniową katastrofę, a ja nieco naiwnie wierzyłam, że będzie dobrze.
Nie było. Co więcej, po moim wpisie na blogu i umieszczeniu go w kilku miejscach w sieci, otrzymałam mnóstwo odpowiedzi w komentarzach - pod postem, na Facebooku, w mailach. Opisano mi co najmniej kilkadziesiąt historii o tym jakie przykre doświadczenia wynoszą weganie z restauracji, które wydają się być nowoczesne, postępowe, na światowym poziomie. Nierzadko w samych centrach wielkich miast.


Minął niecały miesiąc od publikacji postu na blogu. Byłam w pracy,  kiedy zadzwonił telefon od Pani menadżer Andersia Hotel z zapytaniem, czy nie zechciałabym poprowadzić dla nich warsztatów kuchni wegańskiej. Trochę wyrwana z codziennych obowiązków, nie wiedziałam co zrobić.
Dałam sobie kilka dni, aby przemyśleć sprawę, ułożyć w głowie plan i odpowiedzieć. Miałam poczucie, że publikując post o Andersii włożyłam przysłowiowy kij w mrowisko, "nabałaganiłam" i teraz powinnam "posprzątać". Jeżeli powiedziało się A to należy powiedzieć B - tak mnie uczono. Pojechałam do Poznania porozmawiać o szczegółach współpracy.
Umówiłam się na spotkanie w Andersii, jednak nie poszłam tam sama. Zaprosiłam do rozmów członka Stowarzyszenia Otwarte Klatki, Pawła i wspólnie postanowiliśmy, że namówimy Andersia Hotel do wejścia do programu Roślinniejemy, czyli wprowadzenia do stałego menu przyhotelowej restauracji kilku propozycji ściśle wegańskich.

Przyznam się szczerze, że gdyby Hotel nie przystał na naszą propozycję, ja sama nie zdecydowałabym się na warsztaty dla personelu. Nie widziałabym większego sensu, bo taki jednorazowy zryw tak naprawdę niczego by nie zmienił, ale tu, w tym właśnie miejscu następuje... zwrot akcji. Otóż Moi Drodzy, Andersia okazała się być bardzo otwarta na nasze pomysły i zdecydowała się przystąpić do programu Roślinniejemy, dając nam odpowiedź już następnego dnia. Wiadomo, że nie jest to tak szybki proces, jak w przypadku mniejszych restauracji, knajp i barów, bo menu jest bardziej szczegółowo opracowywane. Szereg dań musi zostać przygotowanych, wypróbowanych i dostosowanych do tego, aby mogły znaleźć się w menu czterogwiazdkowego hotelu.
Niemniej jestem bardzo pozytywnie zaskoczona otwartością Pani Menadżer, Pana Dyrektora i Szefa Kuchni, którzy włożyli dużo pracy, energii i uwagi, aby warsztaty doszły do skutku.
Sytuacja ta jest o tyle wyjątkowa, że nie kojarzę nikogo, komu przydarzyło się coś podobnego. Historii o znanych hotelach i restauracjach słyszałam dużo, jednak w żadna nie skończyła się w jakikolwiek pozytywny sposób. 
Mało jest niewegańskich miejsc, które decydują się na skorzystanie z lekcji kogoś, kto zna się na tym temacie lepiej od nich. Już za ten fakt Andersii należą się ogromne brawa, bo wymagało to od nich pokory, czyli czegoś, czego nie oczekiwałabym od dużego, biznesowego hotelu. Przyznanie się do tego, że mają luki w wiedzy i umiejętnościach dotyczących roślinnego gotowania wcale nie jest proste i oczywiste. Andersia nie jest w końcu wyjątkiem, jeżeli chodzi o niedoinformowanie na temat tego czym jest weganizm. Widać było w relacjach moich czytelników, że takie sytuacje z jaką spotkałam się podczas balu w Andersii są nagminne i zdarzają się w naprawdę wielu hotelach i restauracjach. Ile natomiast jest miejsc, które podejmują wyzwanie, chcą się przeszkolić w zakresie roślinnego gotowania, nauczyć czegoś nowego i rozwinąć możecie odpowiedzieć sobie sami. Pewnie garsteczka.  Dla mnie jest to ewenement na skalę tego kraju. 

Dań roślinnych w karcie będziecie mogli spodziewać się z nadejściem wiosny, czyli w okolicach marca. Wówczas hotel przystąpi w pełni oficjalnie do programu Roślinniejemy, kampanii restauracyjnej Otwartych Klatek.

Przejdźmy jednak do dnia warsztatów, czyli siódmego stycznia. Nie za bardzo wiedziałam w jaki sposób powinnam się do nich przygotować. Nie prowadziłam wcześniej niczego podobnego, poza pokazami na poznańskiej i wrocławskiej Veganmanii. Już sam wybór przepisów był sporym wyzwaniem, bo tak naprawdę nie wiedziałam, w którym kierunku iść, aby przekazać to, co ważne.
Postanawiałam zacząć warsztaty od krótkiej prezentacji na temat weganizmu, wychodząc z założenie, że wiele błędów wynika z braku wiedzy teoretycznej.


Seminarium przede wszystkim poruszało tematykę weganizmu z perspektywy kuchni, ale nie tylko, bo dotknęłam kwestii etycznych, zdrowotnych i ekologicznych. Oczywiście, podczas trzydziestominutowego spotkania nie uda się przekazać wszystkich istotnych informacji, ale starałam się jak mogłam. 
Na początek wyświetliłam fragment filmu "Making The Connection", dokumentu, który porusza chyba wszystkie najważniejsze aspekty weganizmu i pokazuje go z perspektywy rozmaitych osób, którzy się na niego zdecydowali. Ja skupiłam się na początkowych scenach, które przedstawiają kucharzy pracujących z jednej z londyńskich, wegańskich restauracji. Uznałam, że będzie to idealny wstęp do dalszej rozmowy. Następnie opowiedziałam o tym, co mnie skłoniło, aby wybrać ten styl życia, ale też o tym czym mogą kierować się inni. Na slajdach pojawili się wegańscy sportowcy i celebryci. Był Bill Gates z cytatem "The future of 'meat' is vegan" oraz znane światowe restauracje wegańskie. Była wrocławska Vega i niemiecki supermarket Veganz. Z polskiego podwórka nie mogłam nie wspomnieć o Zielonym Talerzu oraz batonach Zmiany Zmiany i Merapi Tempeh z Poznania. Powiedziałam kilka słów o Jamiem Oliverze i jego wegańskich propozycjach na stronie, której patronuje. Nie mogło zabraknąć mistrzyni - Isy Chandry Moskowitz, bo jest to "wegański Jamie". Była też oczywiście nasza lokalna Jadłonomia, jej blog i książka.
Powiedziałam dużo o tym, gdzie szukać inspiracji i receptur oraz czym się kierować.
Było kilka słów o programie Empatii - Weganizm Spróbujesz  oraz otwartoklatkowym "Roślinniejmy", który skłonił mnie do tego, aby wrócić do Andersia Hotel z wegańską odsieczą.
Po prezentacji miałam poczucie, że mogłam powiedzieć jeszcze o tym i tamtym, ale ogólnie rzecz biorąc mam nadzieję, że to co najistotniejsze trafiło do moich odbiorców.


Po tym czystym teoretyzowaniu przeszliśmy do praktyki. Nałożyłam mój ulubiony fartuszek w kratę, który znają goście Veganmanii z Poznania i Wrocławia. Zaplotłam włosy i związałam bandankę. Byłam gotowa na podbój kuchni.
Odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu mam do czynienia z małą kuchenną przestrzenią, piekarnikami, które działają jak chcą oraz z psującym się sprzętem, ale w tych małych przestrzeniach przygotowałam siedemnaście wegańskich lunchy na sto pięćdziesiąt osób. Dawałam radę.
W Andersia Hotel znalazłam się w dużej kuchni, mając do czynienia ze sprzętem, na którym nie zawsze się znam i wiem do czego służy, z perspektywą ugotowania wraz z tamtejszymi kucharzami kilku roślinnych potraw. Trochę zbladłam.
Po chwili jednak praca zaczęła się rozkręcać. Kucharze zapoznali się z przygotowanymi przepisami i przystąpili do dzieła. Miałam do czynienia z grupą profesjonalistów - osób, które potrafią czytać przepisy i je wykonywać. Działają szybko i planują pracę w kuchni, dzieląc się zadaniami, w związku z czym warsztaty płynęły szybciej, niż sądziłam. Tak szybko, że ciasto i krem jaglany nie zdążył się dobrze schłodzić....
Zabawnie było obserwować, jak osoby, które na co dzień gotują tradycyjnie zmagają się z produktami, których wcześniej nie mieli w rękach, jak różne rodzaje tofu, płatki drożdżowe, majonez roślinny, pasta bezjajeczna, tofucznica, tapioka z karobem czy śmietana kokosowa.
Dla mnie istotną sprawą jest to, że przygotowując roślinne dania, nawet te z nazwami przypominającymi tradycyjne potrawy, nie dążymy usilnie do uzyskania smaku mięsa, jajecznicy czy sernika. Roślinne dania też mają swój niepowtarzalny smak i warto o tym pamiętać, przygotowując je na co dzień.
Kuchnia wegańska była dla kucharzy, z którymi pracowałam nowością, jednak mimo to doskonale poradzili sobie z realizacją przepisów, choć (jeszcze) nie do końca je czuli, nie wiedząc w pełni do czego dążą. Jestem jednak wyrozumiała, bo wszystko wymaga czasu. Uważam, że jeżeli restauracja chce gotować roślinnie, wegańsko, to nie może tego robić jednorazowo, ale wprowadzając stałe menu, bo tylko dzięki codziennemu doświadczeniu nabierze umiejętności, które pozwolą tworzyć niepowtarzalne kompozycje smakowe, ale też może stać się niezłą przygodą i odmianą. Ogromnie cieszy fakt, że Andersia Hotel podejmuje się wegańskiego wyzwania.
Wiem, że podczas warsztatów pewnie niejednokrotnie serce kucharzy łamało się, bo  nie mogli dodać masła, sera tu czy tam, ale najważniejsze, żeby mieli świadomość, że dania roślinne gotują dla osób, które mają inne preferencje smakowe i nie muszą ich "uszczęśliwiać" odzwierzęcymi składnikami.
Mam naprawdę ogromną nadzieję, że po tych warsztatach już NIKT w Andersia Hotel w Poznaniu nie dostanie ryby, sera, jajka i innego nabiału, zamawiając wegańskie danie, o mięsie nie wspominając, bo to jest oczywiste. 




Mam nadzieję, że przygotowanie roślinnego menu stanie się dla kucharzy wyzwaniem i przygodą. Dzięki temu będę mogli poszerzyć swoje umiejętności, bo choć z mojej perspektywy jest to banalnie proste, jednak dla wielu osób, nawet z doskonałym wykształceniem gastronomicznym jest naprawdę niezłą sztuką. Myślę, że wynika to z pewnych sztywnych ram, w które wpycha edukacja gastronomiczna w Polsce, a poza które trudno wielu osobom wyjść. Jednak, gdy już zrobi się pierwszy krok, to każdy następny będzie dużo łatwiejszy.






Żałuję jedynie tego, że warsztaty były tak krótkie, ale myślę, że aby wyjść z hotelu w pełni usatysfakcjonowana, musiałabym tam chyba spędzić tydzień, codziennie przygotowując kilkanaście dań. Cztery godziny to naprawdę mało czasu, aby powiedzieć wszystko, co bym chciała.
Prowadzę roślinnego bloga od ponad pięciu lat i sama wciąż się uczę. Mam coraz to nowsze pomysły, tworzę lepsze rozwiązania, łączę smaki, o których wcześniej nie miałam pojęcia, więc jak  przekazać to w kilka godzin?
Wydaje mi się jednak, że przy umiejętnościach i ogólnym doświadczeniu kulinarnym, które hotelowi kucharze już mają, rozwój kuchni roślinnej powinien płynąć tam sprawnie i przyjemnie.
Na szczęście mamy teraz  najlepszy do tej pory moment w całej historii weganizmu, kiedy wiedza na ten temat jest podana niemal na talerzu. Pod sam nos. Do dyspozycji są książki, wspaniałe strony internetowe, blogi. Jest mnóstwo prężnie działających organizacji i stowarzyszeń. Nie trudno też dotrzeć do samych zainteresowanych, czyli osób na diecie roślinnej, aby pytać, radzić się, uczyć.


Trzymam kciuki za Andersia Hotel. Jestem z nimi w stałym kontakcie, służę pomocą i radami. Poinformuję oczywiście, jak tylko menu roślinne pojawi się na stałe, sama chętnie odwiedzę Flavorię- przyhotelową restaurację przy okazji wizyty z Poznaniu i poznam efekty tej w sumie kilkumiesięcznej pracy. 
Pozostaje mi pogratulować Andersia Hotel podjęcia tak rewolucyjnego kroku do przodu, życzyć powodzenia i mieć nadzieję, że w ślad za nim pójdą inne hotele.

piątek, 9 stycznia 2015

Konkurs Primaviki i mój zwycięski przepis na buraczaną tartę z sosem sezamowym.


Pochwalę się. A co! Mam trochę kłopot z okazywaniem radości i umiejętnością cieszenia się z sukcesów. Myślę, jednak, że to niedobra cecha i jeżeli coś nam wychodzi, fajnie jest móc się tym dzielić, zgodnie z myślą, że "szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli." Ale co ja właściwie wygrałam? Otóż udało mi się zająć pierwsze miejsce w konkursie organizowanym przez firmę Primavika. W konkursie na najlepszy przepis z użyciem ich produktu. Pole do popisu było spore, gdyż Primavika ma bardzo szeroką ofertę, od rozmaitych maseł orzechowych, migdałowych, tahini przez przetwory, pasty do chleba po gotowe dania w słoikach. Niestety wielu produktów nie udało mi się zdobyć i musiałam porzucić pomysł na niejedną ciekawą potrawę.
Poradziłam sobie z tymi, które znalazłam w okolicznych sklepach, choć czasami trzeba było trochę pogłówkować, aby nie powielić tego, co już pojawiło się wśród konkursowych przepisów. Część moich receptur była całkiem nowa. Inna była modyfikacją już kiedyś przyrządzanych, a teraz przerobionych tak, aby można było do nich dodać coś z oferty Primaviki.  


Musiałam przemyśleć co chciałabym ugotować, kupić odpowiednie składniki, pamiętać o zdjęciach, czyli robić rzeczy, do których tak naprawdę nie przywykłam. Porzucić spontaniczność i działać według ściśle określonego planu. Z drugiej strony musiałam pozostać twórcza, a to cenię w kuchni może nawet bardziej niż smak. 
Niewątpliwie doświadczenie, jakim jest tworzenia bloga o charakterze kulinarnym bardzo mi się tym razem przydało. Myślę, że mam artystyczne zacięcie w sobie, jednak za krzty talentu plastycznego. Cały swój twórczy charakter poświęcam więc kuchni. 
Do wzięcia udziału w konkursie przede wszystkim zachęciły mnie nagrody: fajny robot kuchenny, którego nie kupiłabym sobie sama oraz warsztaty kulinarne, na które też raczej bym sobie nie pozwoliła, bo zawsze znajdzie się coś ważniejszego i dokształcenie się w zakresie umiejętności kulinarnych zdaje się być w moim przypadku fanaberią... 
Nie za bardzo wierzyłam, że mam realne szanse na wygraną, bo choć zdawałam sobie sprawę, że moje pomysły są oryginalne, ciekawe to jednak przeglądając to, co robili inni uczestnicy konkursu widziałam wiele fantastycznych propozycji i nie czułam, aby moje były lepsze. Przeciwnie. 
W grudniu, choć miałam głowę pełną pomysłów, zupełnie nie mogłam znaleźć czasu ani na zakupy, ani na gotowanie, ani robienie zdjęć, więc wiele przepisów, które mogły się pojawić, nie udało się zamieścić na stronie Primaviki.  Podczas trwania całego konkursu udało mi się być trzykrotnie nominowaną do nagrody tygodnia i dwa razy zdobyłam z tego tytułu nagrodę tygodnia. Było to o tyle miłe, że tutaj przepis był wybierany przez internautów, a nie jury i dzięki uprzejmości znajomych oraz znajomych znajomych byłam wyróżniana. Wśród typowanych wówczas przepisów znalazła się też tarta, która pozwoliła mi wygrać konkurs ostatecznie. 


Siódmego stycznia, w dniu ogłoszenia wyników przez Primavikę, prowadziłam akurat roślinne warsztaty kulinarne dla kucharzy Andersia Hotel w Poznaniu i zupełnie zapomniałam, aby sprawdzić czy przypadkiem nie poszczęściło mi się w konkursie. Dopiero, kiedy siedziałam już po warsztatach w kawiarni pijąc herbatę, ocknęłam się i zajrzałam na stronę. Byłam totalnie zaskoczona tym, że moje nazwisko widniało na liście jako pierwsze, ale radość była ogromna... Tak wielka, że podzieliłam się nią ze wszystkimi obecnymi wokół mnie w kawiarni...:)  Zupełnie zapomniałam, jaką satysfakcję można czerpać, kiedy się wygrywa cokolwiek i miło było sobie o tym uczuciu przypomnieć. Tym bardziej na samym początku Nowego Roku, kiedy ma się tyle postanowień i potrzebuje się dodatkowej dawki energii, aby się rozwijać. 
Mam nadzieję, że ten pozytywny "kop", jaki mi zafundował siódmy stycznia pozostanie za mną cały czas. 
Was natomiast zachęcam do tego, abyście brali udział w konkursach. Innych niż te, które polegają na udostępnianiu czegoś na Facebooku, ale tych, które wymagają od nas działania, aktywności, które sprawiają, że się rozwijamy, a do tego pozwalają cieszyć się naprawdę fajnymi nagrodami. :) 

Zostawiam Was ze zwycięskim przepisem. 

Składniki: 
  • 1 słoik buraczków Primaeco "Pychotka"
  • 1 opakowanie gotowego ciasta francuskiego
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka octu balsamicznego
  • 180 g tofu
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego
  • 2 kopiaste łyżki mąki z ciecierzycy lub mąki kukurydzianej
  • sól do smaku
  • pieprz do smaku
  • 3 ząbki czosnku (1 do tarty i 2 do sosu)
  • olej
  • sok z jednej limonki
  • tahini naturalne Pirmaviki
  • sól do sosu (do smaku)
  • ciepła woda
  • 2 łyżeczki tymianku
Piekarnik rozgrzać do 200 st.C.
Cebulę posiekać w kostkę. Na patelni rozgrzać 3-4 łyżki oliwy. Wrzucić na nią cebulę, przyprawić solą i pieprzem i duście do miękkości na małym ogniu przez 6-7. Dodać posiekany drobno ząbek czosnku i smaży jeszcze 2 minuty. Następnie dodać łyżeczkę cukru i wymieszać. Wlać ocet i wsypać tymianek. Dokładnie wymieszać. Wrzucić buraczki i podusić przez 2 minuty z cebulą i przyprawami.
W blenderze zmiksować razem tofu, mleko, czosnek. Dodać mąkę z ciecierzycy. Przyprawić solą i pieprzem. Miksować.
Na koniec wymieszać miksturę z tofu z masą buraczaną ( może być przy pomocy łyżki). 
Foremkę do tarty wypełnić gotowym ciastem francuskim, odpowiednio przycinając brzegi. Ciasto wypełnić tofu-buraczanym farszem. Włożyć do gorącego piekarnika i pieczcie 25-36 minut do czasu aż masa się zetnie, a ciasto na brzegach się zarumieni.

Podczas, gdy tarta się piecze przygotowujemy sos. 
Wymieszać tahini z sokiem z limonki, roztartymi ząbkami czosnku i solą, dolewać po trochu wodę. Na początku pasta zacznie gęstnieć, ale dodanie kolejnej porcji wody ją rozrzedzi. Sos powinien mieć konsystencję śmietany. 

Tratę podawaj ze świeżymi warzywami i sosem sezamowym.


sobota, 3 stycznia 2015

Karobowy pudding z tapioki i noworoczne rozkimny, aby tradycji stało się zadość ;)


Mmmm... Karobowa tapioka to moja kolejna kulinarna miłość..., ale zanim przejdę do przepisu, opowiem trochę. 

Czas Świąt za nami. Nowy Rok zawitał na dobre i nie pozostaje mi nic innego, jak mieć nadzieję, że będzie nas oszczędzał. Wydaje mi się, a nawet jestem tego niemalże pewna, że w dużej mierze rzeczywistość kreujemy sami. Trochę wedle powiedzenia, że jak sobie pościelimy, tak się wyśpimy. 
Jeżeli marzy nam się rok pełen sukcesów to na nie pracujmy, pamiętając, że najprzyjemniejszą rzeczą w życiu jest dążenie do upragnionych celów. Jeżeli nie chcemy złamanych serc to ich nie łammy  i nie chodzi mi tylko o związki, chodzi mi w ogóle o bliskie nam osoby, bo serce można złamać nie tylko dziewczynie, czy facetowi, ale tacie, mamie, babci, rodzeństwu czy przyjaciołom. 
Jeżeli marzy nam się zobaczenie nowych miejsc to podróżujmy. Nie musi to być zaraz wielka podróż w nieznane, ale weekend w nadwiślańskim miasteczku, w którym nigdy nie byliśmy lub też niewielkiej wsi na Kaszubach, do której nie trafiliśmy nigdy wcześniej też może być bardzo owocny w fajne przygody. 
Wreszcie, jeżeli chcemy, aby rok 2015 był Rokiem Weganizmu to poczyńmy kroki w tym kierunku. Może zorganizujmy coś? Przygotujmy z przyjaciółmi jakiś wegański event, promujmy go i swoją życiową postawą zarażajmy innych albo bądźmy po prostu... fajni. Tak, aby inni chcieli mieć tak super, jak my. :) 
Zwierzęta na to czekają. Na zmiany na lepsze.
Rok 2014 był dla mnie całkiem dobrym rokiem. Nie jakimś szczególnym, lepszym niż 2013. Na pewno nie mogę mówić o zmarnowanym czasie. Dużo się zmieniło i wykonałam kilka kroków do przodu, a teraz mam nadzieję, że będę to nadzwyczajnej w świecie kontynuować. Robię to, o czym zawsze marzyłam i realizuję swoje plany. Jestem coraz bliżej rozmaitych celów, które obrałam. Jest naprawdę dobrze. 
Wiadomo, miewam  swoje wzloty i upadki, ale nie chodzi przecież, aby w życiu było tylko ekstra, ale o to, aby z tym co złe umieć się uporać. Nieraz jest ciężko, bo wiele rzeczy się zmieniło. Znalazłam się w nowym mieście, w którym mam tylko jedną bliską osobę, nie mam natomiast przyjaciółki od serca, ani przyjaciela, który będzie mi mówił fajne rzeczy, kiedy lampiąc się na stopy, obgryzam paznokcie ze stresu, łzy leją się jak z cebra, a ja czuję się największą idiotką i frajerką na kuli ziemskiej. Nie mam, ale w Poznaniu też nie byli od razu. Musiał minąć czas, aby wszystko nabrało odpowiednich kształtów i kolorów, aby nabrało swojskości i stało się po prostu... moje. 
Jakie mam plany na najbliższy rok? Chyba niezbyt sprecyzowane... Może dlatego, że nauczyłam się już, że plany planami, a życie życiem, więc zamiast wymyślać cuda na kiju, po prostu będę robić swoje. To, co wychodzi mi najlepiej i daje satysfakcję. Nie będę tracić czasu na coś, co nie sprawia mi choć minimalnej frajdy. Chcę być w tym roku szczęśliwa, a nie katować się i zadręczać robiąc nudne rzeczy i otaczając ludźmi, na których nie można liczyć.  
W tym roku chcę zakończyć pewne etapy mojego życia, pobyć sama, podziałać w pojedynkę, bo czasami w tłumie czuję się dużo bardziej samotna, niż w pustym pokoju, gdy siedzę i coś "dziobię" przy biurku. Planuję skupić się na swoich pomysłach, własnym rozwoju. Nie będę podążać za innymi, bo nigdy na tym dobrze nie wychodzę. Wiem już, że muszę po prostu robić to, co sama uważam za dobre (choć nie zawsze jest łatwo o tym zadecydować), nie czekając na aprobatę z czyjejkolwiek strony. 
A co z blogiem? Ten rok będzie przełomowy, bo albo skończę pisać go na dobre i zajmę się... hmm? Może graniem punk folku, jak choćby Kimya Dawson czy Erica Freas? Gitara w kącie się kurzy, czeka na mój powrót... 
Może jednak potoczy się inaczej i wejdę poziom wyżej, zainwestuję w aparat i rozwinę się nieco w tej materii. Zobaczymy i powiem Wam, że nawet podoba mi się ta niepewność. Może sama się czymś zaskoczę. ;)  

Nowy Rok zaczynam na słodko, żeby był słodki ... szczęśliwy. Tego Wam życzę. :) 


Desery to mój konik. Wystarczy przejrzeć bloga, zwłaszcza kilka miesięcy wstecz i znajdziecie sporo propozycji na fajne, proste słodkości takie, jak pudding z kaszy jaglanej z marchewką. Czasami z kolei wrzucę też coś odjechanego mniej, jak to ptasie mleczko lub bardziej, jak pudding z nasion bazylii. 
Desery z karobem to moje niedawne odkrycie i powiem Wam, że jego mariaż z tapioką okazał się wyjątkowo udany. W każdym razie dla mnie, fanki karobowego posmaku we wszelkiego rodzaju deserach. Nie tak dawno przygotowywałam dla Was deser z nasion chia, również z karobem, posłodzonego daktylami. Sama nie wiem, który jest moim faworytem.
Dziś mam coś kolorystycznie podobnego, a jednak innego.

Tapioka staje się w naszym kraju coraz bardziej popularna. Pamiętam, gdy kilka lat temu trafiłam na przepis z jej udziałem w "Przemytnikach marchewki, groszku, soczewicy" i nawet przywiozłam sobie paczkę od Pana Hipisa z Hali Mirowskiej z Warszawy, ale coś nie poszło... Nie wyszła najlepsza i zraziłam się do deserów tapiokowych. Na nowo odczarowały ją dla mnie dziewczyny z Wypasu, kiedy przygotowały ją na naszą wspólną w Vegan Hooligan Crew inicjatywę -  Słodka Zemsta. Przełamałam się, spróbowałam i przepadałam. Tapioka z musem mango z Wypasu jest bezbłędna, jedyna w swoim rodzaju.
Nie mam zamiaru jej kopiować, bo cały urok polega na wizycie w Wypasie i zjedzeniu jej tam bądź na wynos, natomiast od pewnego czasu w domu przygotowuję wersję taką, jaką widzicie w poście. Z karobem. Owoce zmieniam w zależności od tego, co jest w danej chwili na topie, co jest dostępne, sezonowe.
Tapiokę i karob możecie dostać w sklepach i na aukcjach internetowych. Są dostępne również w wielu sklepach ze zdrową żywnością, kuchnią świata i jedzeniem azjatyckim. Ja mieszkam obok świetnie zaopatrzonego Społem i właśnie tam nabywam ostatnio granulki tapioki, więc rozejrzyjcie się dobrze wokół siebie, może znajduje się na półkach sklepów, które macie pod nosem.
Sama tapioka jest przede wszystkim skrobią i więcej wartości odżywczych znajdziecie w karobie, więc jednak nie przebije owsianek i jaglanek, które stanowią wartościowsze śniadanie, co oczywiście nie dyskwalifikuje jej w przedbiegach, bo dużo zależy od dodatków. Z karobem, owocami i bakaliami stanowi przepiękne, smakowite i energetyzujące śniadanie lub deser, na który warto pozwolić sobie od czasu do czasu.

Składniki:
  • 400 ml mleka kokosowego 
  • 300 ml mleka owsianego
  • 1/3 szklanki  tapioki 
  • szczypta soli 
  • ziarenka wanilii z 1/2 laski
  • 1 kopiasta łyżka karobu 
  • 3 łyżki syropu z agawy 
Perełki tapioki wymieszać z mlekiem i odstawić na minimum godzinę Dodać sól, wanilię, cukier (słód) i karob. Wymieszać i zaczęć gotować na małym ogniu, mieszając regularnie. Doprowadzić do wrzenia i gotować jeszcze przez następne 30 minut, aż perełki staną się miękkie i przezroczyste.  
Podawać z ulubionymi owocami, w zależności od sezonu. U mnie pojawiły się banany, suszone daktyle, wiórki kokosowe, maliny mrożone i listek mięty.



Tapioka z karobem, jako śniadanie od czasu do czasu lub deser, aby ulżyć sobie po ciężkim dniu jest wprost idealna. 


Trochę muzyki na koniec.