poniedziałek, 29 grudnia 2014

Burgerowa retrospekcja.

Nie miałam zamiaru pojawiać się tutaj przed Nowym Rokiem, ale dokonałam dziś małej retrospekcji, a dokładnie wróciłam do przeszłości przygotowując obiad z własnego bloga dla mojej rodziny, zupełnie tak, jak kiedyś. Na specjalne życzenie mojej siostry, która mieszka w Anglii i nie widzimy się szczególnie często. Zresztą długo nie trzeba było mnie namawiać, bo z przyczyn czysto pragmatycznych nie robię ich na co dzień. Nie mam kiedy i przede wszystkim - kto by je zjadł? Niemal półtora roku temu spędziłam równy miesiąc na wsi, w moim rodzinnym domu. Głównym zajęciem było przygotowywanie posiłków dla mojej licznej rodziny. Z tego gotowania zrodził się na moim blogu przepis na bezbłędne burgery buraczane. Pyszne, aromatyczne, zdrowe i wegańskie. 
Dziś postarałam się nawet nieco bardziej, bo samodzielnie upiekłam bułki.


Pamiętam tamten dzień, jakby to było dziś, choć tyle się od tego czasu zmieniło... Skończyłam studia, wyprowadziłam się z Poznania i przede wszystkim przewartościowałam wiele spraw, a właściwie życie zweryfikowało moje spojrzenie na wiele kwestii. Dorosłam i choć mam już mniej wiary w ludzi, za to bardziej wierzę w siebie. Niezmiennie jednak wierzę, że rodzina to ktoś, kto jest zawsze, to ktoś do kogo dzwonię, gdy jest mi super i do kogo uderzam, kiedy niekoniecznie jest różowo-fioletowo-pistacjowo. Nauczyłam się też, że rodzina to niekoniecznie musi być ktoś, z kim łączą mnie więzy krwi , ale ktoś, kto jest zawsze blisko i jest unikatowy. 

Teraz jest dobrze. Jest błogo. Za oknem mroźno, raz po raz sypie śnieg, a my siedzimy i zajadamy burgery zupełnie, jak w ten letni sierpniowy dzień. Tym razem nie będziemy siedzieć w ogrodowej altance do późnych godzin nocnych. Nie będzie rozmów przy winie, ani cieszenia się ciszą, jaka panuje na wsi oraz ciemnością, która sprawia, że wyraźnie widać rozgwieżdżone niebo. Zupełnie inaczej niż w mieście.
Nie oznacza to, że nie może być miło. Ogród moich rodziców zimą jest równie fajny, a w takie mroźne dni śnieg cudownie skrzypi pod stopami. 
Wieczorem można z kubkiem kakao czy herbaty posiedzieć przy kominku i pocieszyć się spokojem, psem zwiniętym w nogach, dzieciakami, które nadają kolorytu otoczeniu i myślę, że bez nich byłoby po prostu jakoś tak... drętwo. 

Mam nadzieję, że macie za sobą i przed sobą tak miłe, zimowe wieczory, jak ja tutaj. 

Przepis na burgery znajdziecie w tym sierpniowym poście. Zrobiłam nowe zdjęcia, aby kusiły i zachęcały do skorzystania z przepisu. Możecie przygotować je dla swoich bliskich, a potem cieszyć się,  jak jedzą je ze smakiem, bo jak pisałam z sierpniu, nie ma nic przyjemniejszego, niż przygotowywanie jedzenia dla bliskich. 

Kilka zimowych zdjęć ogrodu. 








Miłego, Kochani! 

środa, 24 grudnia 2014

Grudniowy wegański Berlin.

Berlin to miłość. Jest to miasto, które ma moc i ma w sobie coś, co nie pozwala mi czuć się tam obco i nieswojo, a tym samym nie za dobrze, co przytrafia mi się to w wielu dużych, zwłaszcza polskich miastach.





Berlin jest naprawdę duży i szalenie różnorodny. Duży, ale dzięki sprawnie płynącemu życiu dzielnicowemu, którego tak bardzo mu zazdroszczę, nie przytłacza swoją wielkością nawet przypadkowych gości i turystów. 

Będąc w Berlinie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to jedno z tych miejsc, gdzie weganom żyje się lekko, miło i przyjemnie. Czasami wyobrażam sobie, że z punktu widzenia lekarki, jak i weganki miałabym tu, pod ręką mnóstwo opcji. Mogłabym pracować w świetnie wyposażonym szpitalu, w którym zarówno warunki pracy, jak i opieki nad pacjentami przewyższają polskie standardy kilkakrotnie. Poza pracą mogłabym przyjąć wygodną, konsumpcyjną postawę, jadać w modnych, drogich wegańskich knajpach, robić zakupy w wegańskich i bio- marketach. Mogłabym, ale po pierwsze każdy kij ma dwa końce i w taką bajkę, jaką przed chwilą Wam opowiedziałam nie wierzę nawet ja sama, a poza tym lubię wyzwania. Lubię życie w miejscu, gdzie jest coś do zrobienia. Może łatwo nie jest, ale tak znowu źle też nie.

Wiadomo, że Berlin nie jest bez wad, bo nic nie jest idealne. Jak w każdym, zwłaszcza większym mieście, rozwarstwienie społeczne zawsze kuje mnie w oczy i myślę, że wielu osobom, które tam mieszkają wcale nie jest lekko i nie wykorzystują dóbr, jakie mają wokół nawet w 10%, bo ich zwyczajnie nie stać na to, co miasto ma do zaoferowania. 
Wiem, brnę teraz z trudne społeczne kwestie, ale nie umiem patrzeć na te zjawiska obojętnie, zamykając oczy i serce. 

Do Berlina pojechałam, jak to z reguły ze mną bywa, w celach gastroturystycznych, a że nie było mnie tam dość dawno, a mojego chłopaka jeszcze dawniej, nie za bardzo wiedzieliśmy, gdzie skierować nasze wegańskie kroki na początek. Prawda jest taka, że szeroki wybór, jaki przed nami się rozpościerał, przytłaczał. W końcu knajp, kawiarni, sklepów, kolektywów jest w tym mieście co nie miara, a my dysponowaliśmy bardzo ograniczonym czasem.

Największym minusem mojego ostatniego pobytu w stolicy Niemiec był fakt, że przez większość czasu było ciemno. W knajpach jeszcze ciemniej i choć dzięki temu, panujący w nich nastrój był cudowny, zrobienie zdjęć oddających niezwykłość miejsc i jedzenia, na które trafialiśmy, było wyjątkowo trudne. Po przejrzeniu na komputerze tego co miałam, pomyślałam: katastrofa. 

Do Berlina dotarliśmy w piątek, wczesnym wieczorem. Jak zawsze zatrzymaliśmy się na zaprzyjaźnionym Hausprojekt'cie. Zostawiliśmy rzeczy i powędrowaliśmy na niedaleki Prenzlauer Berg do Vego Foodworld. Dla mnie nie było to nowe miejsce, natomiast wybór burgerów jest na tyle duży, że musiałabym się tam nieźle nachodzić, aby spróbować wszystkiego, co mają w swojej ofercie. 
Wpaść do Berlina po tak długiej nieobecności i ominąć miejsce z tzw. "chamskim fast foodem" to byłby grzech. Vego Foodworld stoi kilka półek wyżej, niż słynne Yellosunshine, w którym trochę z przypadku znaleźliśmy się w niedzielę, czy nawet Yoyo. Natomiast standardy i wymagania wobec miejsc, w których jadam zmieniły się u mnie w ciągu kilku ostatnich lat na tyle, że jednak nie wystarczy być wegańskim burgerem, aby mnie usatysfakcjonować.


Jedliśmy Hawai sChicken Burgera, czyli burgera z kotletem wzorowanym na mięsnym oraz Vego Burgera z nadzieniem z tofu i pieczonych warzyw, czyli całkiem niezła opcja dla kogoś, kto niekoniecznie jest fanem fake meat. Ja bardzo lubię pieczone warzywa w burgerach i wszelkiego rodzaju rollsach, więc taki zestaw był dla mnie strzałem w dziesiątkę. Jedliśmy klasyczny fast food, czyli burgery, fryty (domowe, więc i to na plus!) i niszową colę. Nie najgorzej, ale to jednak już nie to, co kiedyś, bo kilka lat temu takie jedzenie cieszyło mnie dużo bardziej, niż dziś. 
Oprócz burgerów znajdziecie tam wrapy, pizze, przekąski czy seitanową curry wurst, czyli berliński przysmak, klasyk gatunku można powiedzieć, oczywiście w wersji 100% roślinnej. Jednym zdniem: cała paleta fastwood'owego jedzenia. 
Z mojej perspektywy warto zajrzeć do Vego, jeżeli macie nieco czasu, bo czegoś takiego w Polsce nie uświadczycie i nasze, lokalne wegańskie "fast foody" w porównaniu do tych berlińskich porażają zdrowiem. Niemniej, nie mogę też napisać, że jest to berliński obowiązek na kulinarnej mapie, bo w moim odczuciu jest wiele ciekawszych miejsc. Natomiast, jeżeli ktoś zapyta się, gdzie wpaść na bułę z kotletem i frytami to spośród trzech znanych mi miejsc tego typu, postawię jednak na Vego Foodfwarld.

Rozczarował nas natomiast widniejąca na zdjęciu "czekolada" Vego, ponieważ spodziewaliśmy się czekolady na mleku roślinnym i po wszechobecnych zachwytach, zderzenie z rzeczywistością było niestety na minus... Ta "czekolada" to jedno wielkie oszustwo, bo ... nie jest czekoladą. Na opakowaniu powinno być napisane, że to nugatowy batonik z całymi orzechami. Słowo czekolada jest tu nie na miejscu i jeżeli macie ochotę na ten smakołyk z myślą, że zaraz zasmakujecie czekolady to uprzedzam, że koło czekolady to to nawet nie stoi.
Jeżeli chcecie już wydać parę euro na słodycze, które przypominają te znane Wam z niewegańskich czasów lub przekonać nieprzekonanych, że można to lepiej zainwestujcie w dostępne w Veganz "Twilight" lub inne tego typu "cuda na kiju", czyli batony wzorowane na marsach, snikersach i innych takich.


Wracając z Vego, natknęliśmy się zupełnie przypadkiem na Fast Rabbit, które już samą nazwą i logiem zbiera pozytywne punkty. Miejsce przewinęło się gdzieś wśród opcji, które planowaliśmy odwiedzić, więc zajrzeliśmy do środka, choć było to może na godzinę przed zamknięciem, a my byliśmy po burgerach, nie za bardzo chętni na spałaszowanie drugiej kolacji. 
Ale deser? Deser to chyba nie taki zły pomysł... Zauważyłam, że w Berlinie, przeciwnie, niż w Polsce, knajpy ściśle się specjalizują. Stawiają na konkrety albo są kawiarniami i oferują wypasione słodycze. Rzadko uświadczymy i jednego, i drugiego w tym samym miejscu. U nas większość liczących się wegańskich knajp (choć nie wszystkie) próbują się specjalizować w jednym, i w drugim jednocześnie.

Oczywiście, wracając do Fast Rabbit, oferta rollsów była kusząca i widziałam w oczach mojego chłopaka, że walczy ze sobą przy wyborze tego, co chciałby zjeść. Ostatecznie sięgnęliśmy jednak po ciasto, bo nasze żołądki nie zdążyły się jeszcze rozciągnąć do tego stopnia, aby wciągnąć dwie kolacje (sytuacja diametralnie zmieniła się w sobotę...).


Ciasta wyglądały bardzo ładnie i były równie smaczne. Nie, nie powalające, ale też nie mogę im niczego zarzucić. Jedno to biszkoptowa szarlotka z delikatnym, waniliowym kremem, a drugie to orzechowo-cukiniowe z masą czekoladową na wierzchu.
Wystrój wnętrza, które było ciepłe i przytulne, pomysłowe menu, możliwość zakupy różnych knajpianych gadżetów, pakowane D.I.Y ciasteczka na ladzie, nazwa, logo i przede wszystkim fantastyczni ludzie, którzy to miejsce tworzą, kupiło moje serce w 100 %.
Jestem pewna, że wrócę tam przy najbliższej możliwej okazji. Chociażby po to, aby sprawdzić, jak smakują dostępne tam rollsy i zupy.


Ceny? Całkiem przyzwoite. Rollsy po 4,5 euro. Do wyboru były trzy "combo". Za zestaw rollsa i sałatki zapłacicie 6 euro, a dodam, że rollsy były naprawdę konkretne. Zestaw najbardziej wypasiony, bo składający się się z rollsa, sałatki, zupy i napoju kosztował 10,5 euro. Ciasta za 2,5 euro. Smoothie po 4,5, a pieczone ziemniaki z domowym, roślinnym majonezem za 2,5 i można było wybrać je jako dodatek  w zestawie, zamiast sałatki.
W Fast Rabbit wszystko było kuszące i podczas kolejnego pobytu na pewno zajrzę tam na obiad lub kolację i mam nadzieję, że się nie zawiodę.


FAST RABBIT

Eberswalder Straße 1,
10437 Berlin, Niemcy

Godziny otwarcia: 
pon.-sob.: 11:00 - 22:00
niedz. : 11:00- 21:00

Sobotnie plany były rozbudowane... Grafik miejsc, w których chcieliśmy się tego dnia znaleźć - przepełniony.

Śniadanie u znajomych i pyszna tofucznica. Już zapomniałam, jak bardzo lubię tam gościć, a tofucznica nigdzie nie smakuje tak dobrze. Serio.


Posileni mogliśmy ruszyć w miasto. Worek przewieszony przez plecy, mapa, aparat, tablet. Koniecznie kilka euro w kieszeni.

Pierwsze na naszej trasie było Veganz i Goodies, czyli w 100% wegański market i bistro z nim sąsiadujące. Veganz zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie tylko za pierwszym razem, później stopniowo przywykałam i teraz jest po prostu ciekawym zjawiskiem. Po raz pierwszy byłam w tym stricte wegańskim markeciku tuż po otwarciu pierwszego sklepu na Prenzlauerberg. Dziś ma nie tylko dwa sklepy w samym Berlinie, ale znajdziecie go też w Koloni, Hamburgu, Frankfurcie nad Menem, Monachium, Lipsku czy Wiedniu. Co więcej niedawno wyczytałam na blogu Mercy for Animals, że sieć planuje się powiększyć i otworzyć do 2020 roku ponad 60 nowych sklepów. Jak nietrudno się domyśleć nie tylko w granicach Niemiec i Austrii. :)
 Niewątpliwą zaletą i nieocenionym komfortem tego miejsca jest to, że wszystko, co tam znajdziemy jest roślinne, nie musimy czytać składu, nic analizować i cudować. Przed wrzucaniem do koszyka każdego znaleziska powstrzymuje chyba jedynie cena.
Veganz doskonale pokazuje, że jak się chce to można. Znajdziecie tam tyle produktów wegańskich, dodatków, sosów, przypraw, słodyczy, mrożonek o istnieniu, których nie mieliście pojęcia. Nawet nie wpadlibyście na pomysł, że ktoś może coś takiego produkować. Wybór jest spory, ceny raczej wyższe, niż niższe, ale to również zależy, jak spojrzeć na niektóre spośród dostępnych tam produktów, które w przeciwieństwie do ich niewegańskich odpowiedników produkowane są na stosunkowo małą skalę, co znacznie podwyższa ich koszty, a nie oznacza, że gdyby były produkowane i dostępne powszechnie byłyby równie drogie. Przeciwnie, bo zgodnie z zasadami rynku powinny być  tanie, jak nie tańsze od tych niewegańskich.


Muszę zaznaczyć, że Veganz to nie tylko gotowce, ale spory wybór warzyw, owoców, bakalii na wagę, jogurtów, herbat, przypraw, organicznych czekolad, kakao, napoi roślinnych, a także suplementów, jedzenia dla zwierząt czy książek kucharskich.


Bezpośrednio z Veganz łączy się Goodies, które w swojej ofercie ma spory wybór kanapek, bajgli, sałatek i ciast. Do tego smoothies, herbaty, kawy na kilka sposobów oraz różnej maści mniej, lub bardziej znane napoje. W Goodies możemy przelotem wypić czekoladę na gorąco, przekąsić bajgla lub skusić się na jedno z pięknie prezentujących się ciast. 

Zamówiliśmy masala chai i gorącą czekoladę. Ciast już nie jedliśmy, bo mieliśmy ze sobą siatę słodyczy kupionych w Veganz, a wolałam zachować miejsce na konkretne jedzenie, niż bez sensu opychać się słodkim.
Może, gdybym sama nie piekła, nie robiła deserów, może gdyby w polskich knajpach nie można było dostać rozmaitych pyszności, bardziej by mi zależało, aby objadać się bez rozumu ciastkami, ale na szczęście nie musiałam.

Na pierwszym planie widnieje masala chai, w tle widać gorącą czekoladę, czyli omnomnomnom...


Dokonaliśmy też "rozbioru" czekoladowego Mikołaja, który choć ładny, w smaku nie odbiegał od gorzkiej czekolady z dyskontu. 


Kawa na wynos w Goodies podawana jest w wyjątkowo ładnych kubeczkach. ;) 


Tutaj nastąpił edukacyjny element naszej wizyty w Berlinie, bo wybraliśmy się do MUZEUM HISTORII MEDYCYNY CHARITE. Kto zagląda tu częściej, wie zapewne, że mam dość konkretny związek  z tą dziedziną nauki i takie miejsca, jak to muzeum właśnie, interesują mnie szczególnie. 
Niestety kilka rzeczy nie podobało mi się za bardzo. Przede wszystkim wiele eksponatów w gablotach było podpisanych tylko po niemiecku, a nie miałam pojęcia do czego służyły i pozostały tajemnicą. Poza tym zabrakło trochę elementów historii starożytnej, bo choć dotyczyło przede wszystkim historii kliniki, przy której leży, to coś na temat miejsc, gdzie medycyna się zrodziła mogłoby się pojawić. 
Trzecią wadą było to, że choć jest to muzeum HISTORII medycyny, przydałby się akcentu wskazujący na jej przyszłość, żeby pokazać, jak szybko "dzisiaj" odchodzi do historii w tej dziedzinie nauki. Myślę, że dobre muzeum historii medycyny powinno umieć ukazać dynamizm z jakim się ona rozwija, w każdym razie w moim lekarskim odczuciu.


Pomimo wymienionych wad zachęcam do zaglądania na Charite Platz i odwiedzenia tego miejsca, bo możecie zobaczyć tam sporo ciekawych eksponatów, przyrządów, poczytać historie znanych medyków. Myślę, że na osobach niezwiązanych z medycyną największe wrażenie mogą zrobić preparaty narządów, zarówno fizjologiczne, jak również zmienione chorobowo, bo kiedy zobaczy się jak wygląda rak poszczególnych narządów czy marskość wątroby od razu ma się ochotę zadbać nieco bardziej o siebie. ;)
Bilet wstępu kosztuje 7 euro dla osoby dorosłej. Ulgowe bilety są o 50% tańsze. Istnieją również opcje grupowe. 

Po zwiedzaniu byliśmy już nieźle głodni. Całkiem na serio. Na szczęście do S-Bahnu było blisko i w miarę szybko przedostaliśmy się na ulicę Treptower. Właśnie tam, pod numerem 90 mieści się nie znowu taka mała, jak się spodziewałam, naleśnikarnia i burgerownia Let It Be. Miejsce należące m.in. do Sophii Hoffman, autorki bloga Oh,Sophia i pani, której filmiki pojawiały się również na moim facebookowym profilu. W związku z tym musiałam w Let It Be nabyć jej książkę... Tak, tak po niemiecku... ;) Ta publikacja ma w sobie wszystko, co cenię w kulinarnych książkach, czyli nie tylko przepisy z pięknymi zdjęciami, ale dużo tekstu i komentarzy do poczytania. Lubię, kiedy książki kucharskie mają taki osobisty charakter i są czymś więcej niż zbiorem przepisów. 


Miejsce chwyta za serce. Jest urocze, fajnie, domowo, miejscami lekko kiczowato, ale konsekwentnie urządzone. 
Nie wiem, jak Wy, ale ja jednak trochę przykładam wagę do wyglądu knajp i szalenie cenię te z pomysłem, ciekawie urządzone i bardzo lubię domowy styl, dający wrażenie, jakbyś wpadł_a na obiad do przyjaciółki czy cioci, a nie do knajpy. 



W Let It Be możecie zajrzeć do kuchni, co bardzo "udomawia" to miejsce. 


Ja zdecydowałam się na naleśnika o nazwie Deryl Hannah z nadzieniem z pesto, suszonych pomidorów i mozzarelli, wyśmienitego dodam od razu. Paweł natomiast, jak to Paweł wybrał burgera. Mike Tyson, bo tak się nazywał okazał się strzałem w dziesiątkę. Pyszny.

Ceny? Minimalnie wyższe niż w zwykłym wegańskim fast foodzie, ale wciąż osiągalne, a atmosfera i jakość jedzenia zdecydowanie lepsze. Naleśniki w cenie 6-7 euro, natomiast burgery 7-8. Ja wychodzę z założenia, że wolę zapłacić kilka euro więcej, a spróbować czegoś naprawdę pysznego. W cenie zawarta jest sałatka ze smakowitym dressingiem, więc w moim odczuciu bardzo przyzwoicie. Polecam mocno, mocno, mocno.


LET IT BE 
pon.-piąt.:  15.00 – 22.00
sob.-niedz.: 13.00 – 22.00

Kolejnym punktem wycieczki i miejscem, które odkryliśmy przez przypadek w internecie było Burrito Baby. Wprawdzie większość znajomych przekonywała nas, żeby zajrzeć do Sfizy Veg  skoro już jesteśmy w Let It Be, bo to przysłowiowy rzut beretem, my jednak postanowiliśmy powędrować do miejsca całkiem dla nas nowego, tym bardziej, że co jak co, ale na pizzę we Wrocławiu nie możemy narzekać. Myślę, że nie mamy co żałować. ;) 
Niestety Burrito Baby nie jest w pełni wegańskie, a jedynie wegetariańskie, ale w 100% warte uwagi. Pomimo, że najedliśmy się w Let It Be, postanowiliśmy zajrzeć i tam, na drugą kolację, a po spacerku z naleśnikarni stwierdziliśmy, że damy radę, chociażby na pół. Recenzje, jakie spotkaliśmy w internecie były tak pochlebne, że gdybyśmy nie spróbowali żadnego tamtejszego specjału, wyjechalibyśmy z Berlina nieco mniej szczęśliwi. 
W karcie znalazły się chyba cztery wersje buritto. Choć każda może być na życzenie klienta w pełni roślinna, wybraliśmy opcję najdroższą (8 euro), ale o pięknej nazwie "Vegan Hit". Muszę przyznać, że nie ma tu ściemy, bo burrito, które się przed nami pojawiło było nie dość, że  ogromne, ważyło chyba z pół kilo, to do tego przepyszne. 
Czuć było, że mamy do czynienia z prawdziwym jedzeniem, zrobionym z dobrej jakości składników, doskonale przyprawione. W środku był ryż, fasola,  soja, świeże warzywa, guacamole oraz kolendra, którą wielbię i czczę. Było tak pyszne, że pomimo, że najedzeni po Let It Be, jedliśmy nasze burrito z wielką przyjemnością. 
Trudno mi napisać coś więcej o wnętrzu, bo było ciemno, ludzi sporo, a ja totalnie skupiłam się na jedzeniu, ale nawet jakbym siedziała na plastikowym stołku z Ikea to dla takiego burrito warto. 

PYCHA!

W karcie znajduje się oczywiście nieco więcej dań, niż same burrito i możecie tam zamówić między innymi czipsy kukurydziane z guacamole i inne meksykańskie przekąski. 
Po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo dobre jedzenie przygotowuje się w ściśle wyspecjalizowanych knajpach, a jako fanka meksykańskich klimatów jestem naprawdę zadowolona, że udało się nam tam trafić. Polecam gorąco.

Godziny otwarcia BURRITO BABY ( Pfluegerstr. 11, 12047 Berlin) 

...środa– piątek 12.30–22 ..sobota 15–22 niedziela 15–21





Na co dzień, żyjąc w Polsce nie mam poczucia, że jako wegance jest mi jakoś trudniej, niż reszcie. Nie odczuwam braku większości produktów, nie żyję w poczuciu, że nie mam gdzie wyskoczyć na obiad, bo w Poznaniu mogłabym niemal codziennie stołować się w Wypasie, natomiast Wrocław to już w ogóle "hulaj duszo, piekła nie ma", o Warszawie nawet nie wspominając. Inne miasta są mi pod tym kątem znane nieco mniej, więc nie będę się wypowiadać. 
Mieszkam na wrocławskim Biskupinie i pod nosem mam dwa sklepy, które oferują mi naprawdę spory wybór wegańskich dobroci, z których potrafię wyczarować niezłe cuda. Może nie kupię wielu gotowców, które znajdę na półkach i w lodówkach Veganz, ale też nie odczuwam ich braku. Jedynej rzeczy, której mi trochę brakuje, a którą znajdę w każdym berlińskim markecie są jogurty. Właśnie dlatego na niedzielne śniadanie kupiliśmy sobie jogurt o smaku rabarbarowo-truskawkowym oraz deser o smaku... szarlotki, który Alpro niedawno wypuścił na rynek. 



Niedziela była ostatnim dniem w Berlinie. Wiedzieliśmy, że jutro czeka nas powrót do rzeczywistości, pracy i nasze małe berlińskie wakacje dobiegają końca. Postanowiliśmy, że tego dnia bez pośpiechu pokręcimy się po Kreuzberg'u i Fridrichshain'nie, chłonąc atmosferę miasta, mieszkańców i miejsc, w które trafimy.
Dzień wcześniej mieliśmy okazję "przebijać się" przez Weihnachtsmarkt na Alexanderplatz i zmęczeni przaśnością, hałaśliwością i komercyjnością tego miejsca, dużo bardziej odnajdywaliśmy się na małym pół świątecznym jarmarku, pół pchlim targu. Znaleźliśmy nawet stoisko z wegańskim jedzeniem. Totalny D.I.Y.


Paweł spróbował wreszcie czegoś, o czym słyszał tylko z opowieści, również moich. Curry wurst wjechało i nie zachwyciło. Ja miałam okazję jeść to ustrojstwo w nieco innej wersji, ale też zupełnie nie skumałam fenomenu tego "dania" i faktu, że serwują to w każdym wegańskim fast foodzie. Niemniej miło, że nawet na tak niewielkim jarmarku weganie znajdą coś dla siebie. ;) 


Na samym pchlim targu/świątecznym jarmarku  nie znalazłam niczego, co chciałabym mieć, ale stoisko z wyrobami z włóczki niewątpliwie próbowało uderzać w moje zainteresowania: medyczne i kulinarne. 


Niedziela (sobota w sumie też) to czas, gdy w Berlinie odbywają się rozmaite śniadania, brunche i lunche. Od restauracji, przez knajpy i kawiarnie po hauseprojekty. Tym razem postanowiliśmy podarować sobie tego rodzaju wydarzenie na rzecz The Green Christmas Market, czyli wydarzenia łączącego w sobie cechy jarmarku, targowiska i vege festiwalu. Odbywało się w jakiś starych fabrykach czy magazynach przypominających wrocławski Browar Mieszczański, tylko lepiej usytuowanego, bo nad samą rzeką. 

Wstęp kosztował niewiele, bo 2 euro od osoby. Dzieci wchodziły za darmo. 


Wokół panowała świąteczna atmosfera, ale nie było przaśnie, ani nachalnie. Na wstępie musieliśmy odstać chwilę w kolejce, więc przynajmniej poczułam to, co goście naszych chuligańskich, wegańskich lunchy w Poznaniu. ;)  


Na zewnątrz można było m.in. zjeść voener, czyli wegański doener, zasmakować indyjskiego jedzenia od Goura Pakora oraz napić się wegańskiego grzańca. 



Wewnątrz panowała atmosfera świąt. Były ozdoby, jedzenie, muzyka na żywo.









Fajny klimat, prawda? 


A tak prezentował się kącik przygotowany z myślą o najmłodszych, a dzieci rzeczywiście było sporo. 


Paweł wsunął... a jakżeby inaczej - burgera z nadzieniem a la żeberka. Oboje natomiast nie mogliśmy sobie odmówić gofrów z bitą śmietaną. 


Panującą wokół atmosferę najlepiej oddawał ten napis. :) 


Opuszczając The Green Christmas Market pozostawiliśmy za sobą takie widoki. 
Nic nie poradzę, że lubię, gdy się błyszczy i świeci...





Z tego miejsca chciałabym życzyć Wam wszystkim wesołych, spokojnych, wegańskich, smacznych  i cudownych Świąt spędzonych w gronie ludzi, których kochacie, którzy choć często na co dzień są od nas daleko, to jednak zawsze blisko. 

Maddy.