środa, 29 października 2014

Hotel Andersia w Poznaniu, czyli gdzie weganie to goście drugiej kategorii.

Początkowo miałam ochotę wylać swoje żale na facebookowym profilu mojego bloga. Powiedzieć o tym, że coś jest nie halo, ale potem uznałam, że otchłań tego profilu szybko przepuści informację przez siebie i ona zniknie, odejdzie w zapomnienie, a gdy napiszę to tutaj to przekaz będzie trwalszy. 
Nie lubię specjalnie narzekać, ale czasami, jeżeli chcę, aby problem zobaczył światło dzienne to nie mam innego wyjścia. Muszę. 
W miniony weekend byłam na balu z okazji zakończenia studiów. To, że nie za bardzo miałam ochotę na taką imprezę jest dość oczywiste dla każdego, kto trochę mnie zna. Na takich imprezach czuję się jak słoń w składzie porcelany, bo wydaje mi się, że zupełnie tam nie pasuję. Zrobiłam to po części dla przyjemności moich rodziców, po części dlatego, że w sumie nie wiem, czy będę mieć jeszcze okazję, aby uczestniczyć w takiej imprezie. Jak też poradziła mi siostra, zawsze lepiej jest żałować, że się było nie, że się nie było. Wybrałam się.
Była czerwona sukienka, czarne szpilki i pełen makijaż, czego raczej nie w moim przypadku nie uświadczycie za często. Zwłaszcza tego ostatniego. Nie umiem się malować. Nawet jakbym chciała to nigdy nie pamiętam o tym, żeby chociaż tuszem musnąć rzęsy przed wyjściem z domu, a pewnie powinnam o tym pomyśleć czasami, żeby dodać sobie powagi. ;)
Nieważne. Przejdźmy do sedna.
Na dwa czy trzy dni przed imprezą zadzwoniła do mnie moja kumpela i organizatorka całego przedsięwzięcia  z zapytaniem co bym chciała jeść. Lekko zgłupiałam, ponieważ nie umiem tak z głowy rzucić, co bym widziała na talerzu,  nie będąc wcześniej gościem hotelu Andersia w Poznaniu i nie znając ich możliwości ( teraz już wiem, że są żenujące) . Może, gdybym zobaczyła przewidziane menu to byłoby łatwiej, bo mogłabym zasugerować czym roślinnym mogliby mi to zastąpić. Powiedziałam jej, aby koniecznie wyraźne podkreśliła, że nie jem mięsa, ryb, jajek, mleka, serów, ogólnie nabiału. Koleżanka, która nie wyrastała w polskich realiach uznała moją prośbę za przesadę. Przecież tam pracują wykształcenia kucharze... No cóż, ja dobrze wiem, jak wielkim problem jest kuchnia roślinna nawet w restauracjach z górnej półki i kilku gwiazdkowych hotelach. Jeżeli nie jest to ustawione wydarzenie lub jeżeli nie patrzy się kucharzom na ręce, jeżeli nie wytłumaczy się, jak krowie na rowie, co i jak, to ugotowanie wegańskiego posiłku ich przerośnie.
Ja naprawdę wielokrotnie już doświadczałam rozmaitych "przygód", a w dodatku wielu moich znajomych raczyło mnie swoimi niemiłymi przeżyciami po wizytach w hotelach i restauracjach tzw. wyższej klasy.
Dla moich kolegów oraz koleżanek z roku przygotowano stół szwedzki, z którego w każdej chwili mogli sobie po coś sięgnąć. Ja miałam otrzymać osobny posiłek. Na samym początku, kiedy impreza się rozkręcała większość osób ruszyła w stronę stołów z jedzeniem. Nie bardzo wiedziałam czy, jak i kiedy otrzymam mój posiłek, więc wybrałam się z koleżanką potowarzyszyć jej i zerknąć przy okazji, jak wygląda menu na taką okazję w tego typu hotelach. Okazało się, że pojawiły się sałatki, które były ściśle warzywne, jakieś marynowane grzybki, patisony i oliwki, pieczywo, pieczone ziemniaki i ratatouille. Byłam dość głodna, dlatego nałożyłam sobie talerz deserowy tego, co udało się mi przebrać spośród tych niewegańskich potraw. Wyglądało całkiem ładnie, trzeba przyznać, ale dla mnie warzywa na talerzu są prostu atrakcyjne i żadna to sztuka skomponować apetyczny talerz z roślinnym jedzeniem.
Smakowało średnio, bo właściwie zarówno sałatki, jak i ratatouille były raczej bez smaku. Wiem, jako założycielka i członkini Vegan Hooligan Crew, że masowe gotowanie nie jest proste, ale jednocześnie, skoro my, tacy amatorzy i amatorki radzimy sobie całkiem nieźle to wypadłoby, aby czterogwiazdkowy hotel też temu podołał. Moje oczekiwania wobec Andersii były zdecydowanie na wyrost. Może, gdybym nie zajmowała się gotowaniem z taką pasją, może, gdybym nie bywała w tylu znakomitych restauracjach wegańskich to rzeczywiście myślałabym, że się nie da ugotować z roślin niczego porywającego. "Niestety" doświadczyłam wspaniałej kuchni wegańskiej i wiem, jak proste jest przygotowanie cudownych dań z roślin. Dlaczego tak wieku ludzi radzących sobie z kuchnią tradycyjną nie rozumie, że w kuchni roślinnej obowiązują te same zasady co do przyprawiania i dodawania smaku potrawom?
W końcu starościna roku zainteresowała się moim jedzeniem, wskazała mnie obsłudze, aby wiedzieli do kogo trafić z talerzem.
Podczas, kiedy jadałam to, co udało mi się przebrać przy szwedzkim stole, pojawił się kelner z ogromnym talerzem makaronu. Dla mnie. Makaronu z oliwą, pietruszką, pomidorkami koktajlowymi. I... jakżeby inaczej - parmezanem ( nie będę już nawet wspominać, że mocno podejrzewam, że makaron był jajeczny.., bo jakiś taki przesadnie żółty...). Kelner oczywiście zastrzegał, że te starte, ewidentnie śmierdzące serowe płaty są wegańskie, ale obiecał iść do kuchni się upewnić. Oczywiście miałam rację. Tłumaczył coś rozmachem kucharza, zabrał talerz i zniknął obiecując wymienić danie. Wymiana polegała dokładnie na tym samym, czego spodziewałabym się po bardzo podrzędnej restauracji. Wyjęto mi kawałki parmezanu i odniesiono ten sam talerz. Oczywiście zrobiono to na tyle nieumiejętnie, że zostało tam kilka, które już usunęłam sama, a które były dowodem na to, że danie wcale nie zostało wymienione. Otóż, wyciągnąć sobie ten parmezan mogłam sama, a tak pozostał niesmak, że ktoś grzebał w przygotowanym dla mnie jedzeniu, wyobraźnia zaczynała działać, kosztem apetytu, który malał do niej wprost proporcjonalnie.
Trochę to podzióbałam, ale z racji, że miałam za sobą przystawkę ze szwedzkiego stołu, a do tego cała ta sytuacja z parmezanem zwyczajnie mnie zestresowała, bo to naprawdę nie jest miłe, gdy muszę robić zamieszanie, bo kogoś, kto przecież pracując w tej klasy hotelu musi mieć kulinarne wykształcenie i doświadczenie przy tym, przerasta zrobienie wegańskiego posiłku. Błagam.
Rozumiem, że ktoś może nie rozumieć czym weganizm jest. Jasne, nie dla każdego musi być to oczywiste, ale przecież żyjemy w XXI wieku, w dobie internetu, dostępu do informacji. Jeżeli czegoś nie wiemy to możemy to sprawdzić niemal w każdej chwili. W takim świecie żyjemy. Świecie niemal nieograniczonego dostępu do informacji.
Jednak, jak widać na załączonym w mojej historii obrazku, dla kucharzy hotelu Andersia w Poznaniu nie jest proste.
Ja czuję się rozczarowana, bo to wydarzenie znacząco popsuło mi zabawę. Czuję się oszukana, bo zapłaciłam 200 zł za uczestnictwo w tym wieczorze, nie licząc dodatkowych kosztów, z którymi wiązało się przygotowanie. W sumie wydałam co najmniej kilkaset złoty, aby poczuć się w pewien sposób dobrze i wyjątkowo, aby móc w innymi świętować otrzymanie dyplomu lekarza. Zawiodłam się ogromnie.
O coś słodkiego, jako alternatywę dla tych wszystkich ciast, ciasteczek i babeczek dla mnie nawet nie śmiałam pytać, bo naprawdę bałam się czym to się skończy.
Jestem rozczarowana. Siedzący obok mnie obcokrajowiec stwierdził, że bycie weganinem czy weganką w Polsce musi być ogromnie trudne. Ja się już tylko bezradnie uśmiechnęłam i pomyślałam, że pół dnia tamtejszej soboty spędziłam nagrywając film o wegańskich produktach dostępnych w naszych sklepach, przekonując jakie to łatwe, coraz łatwiejsze jest przebierać w roślinnych produktach nawet  w zwykłych delikatesach pod domem. Rzeczywiście tak uważam, ale jednocześnie jestem oburzona tym, że dla ludzi pracujących w gastronomii, i to tej z wyższej półki, weganizm jest tak obcy.
Żyję podobno w wolnym, cywilizowanym kraju. Niektórzy są nawet skłonni powiedzieć, że tolerancyjnym.
To, co mnie spotkało udowadnia mi tylko, że do cywilizacji nam daleko. Potraktowanie mnie, jako weganki w hotelu Andersia świadczy jedynie o tym, że nie ma tu miejsca na życie według innych zasad etycznych, moje wybory są ignorowane i bagatelizowane. Można się ze mną nie zgadzać, ale myślę, że powinno się szanować. Zwłaszcza, że jestem ich gościem, płacę za usługę i oczekuję, że moje, wcale niewygórowane, oczekiwania zostaną spełnione. Chociaż na minimalnym poziomie.
Hotel Andersia zupełnie nie spełnił tych oczekiwań. Szkoda, bo takiego zacofania z ścisłym centrum Poznania nie spodziewałam się nawet ja, osoba nastawiona raczej sceptycznie do kulinarnych możliwości polskich hoteli.

Kilka miesięcy temu na słynnym blogu Jadłonomia, pojawił się wpis o Krakowie, gdzie autorka przy okazji pobytu w tym mieście jest goszczona przez Hotel Sheraton Kraków. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę, że Andersia jest kilka półek niżej, ale to nie jest wytłumaczenie tak niskiego poziomu jedzenia. Chwali się miedzy innymi cudami, jakie przygotował dla niej szef kuchni. Wspaniałe, wymyślne jedzenie. Wiadomo - fajnie i jasne, że da się to zrobić, ale wcale nie chodzi o to, żeby było aż tak. Chcemy, aby było normalnie i roślinne jedzenie rzeczywiście zagościło w każdym menu.

Mój przypadek sprawił, że akcja Roślinniejemy Stowarzyszenia Otwarte Klatki wydaje się być wyjątkowo potrzebna. Musi trafić pod strzechy przeciętnej restauracji, knajpy i bistro, ale okazuje się, że wegańska interwencja i rewolucja jest równie niezbędna i konieczna w knajpach i hotelach z wyższej półki, bo tam jest tak samo słabo, jak nie słabiej... Może ich polityka polega na tym, że są na tyle bogate, że nie muszą już dbać o klientów i gości w takim stopniu, jak te mniejsze, drobniejsze miejsca i takie przypadki , jak ja nie spotkają się z szacunkiem...  Ale czy aby na pewno ta droga jest słuszna? Mi się wydaje, że jest to droga donikąd.
Ocenę pozostawiam Wam, a Hotelu Andersia w Poznaniu nie polecam, nie tylko weganom, ale wszystkim, którzy stawiają na jakość. Radzę wybrać miejsce, gdzie dba się i szanuje KAŻDEGO klienta czy klientkę. 

poniedziałek, 27 października 2014

Dyniowy tofurnik na zimno.


Czy wszyscy już wiedzą, że jestem wielką fanką dyni? Chyba tak... Jak nie, to oznajmiam jeszcze raz: jestem OGROMNĄ fanką dyni, co zresztą widać po moim blogu i przepisach, które na nim widnieją. Obiecałam sobie w tym roku ugotować i upiec trochę smakołyków ze starych przepisów, żeby móc porobić do nich nowe zdjęcia, jednak oczywiście przepisów do jest mnóstwo i ciężko mi wracać do tych już choć raz zrealizowanych. Inne proszą: "Zrealizuj mnie, wybierz mnie, mnie mnie". Serio, serio.
Wielokrotnie piekłam wegańskie dyniowe bezserniki. Opierałam się na przepisie z The Post Punk Kitchen, bo bardzo lubię tę recepturę. W dodatku mało co budzi we mnie tyle zaufania, co przepisy od Isy Chandry Moskowitz. Robiłam ostatnio tofurnik chałwowy i choć pewnie, jak to z reguły z przepisami bywa, nie odkryłam Ameryki, ale przyszło mi do głowy, że dobrym patentem będzie zrobienie podobnego ciasta, ale właśnie z moją ukochaną dynią. Jak to z pomysłami bywa, trzeba je realizować od razu, stąd od myśli do czynu droga byłą krótka.
Co tu dużo pisać. Ciasto jest pyszne. Ja zdecydowałam się na korzenne wegańskie ciasteczka na spód, bo można je dostać w praktycznie każdym sklepie, ale spokojnie możecie zastąpić go migdałowo-daktylowym, podobnym, jak w tej recepturze. Polecam ten zabieg osobom nietolerującym glutenu i jednocześnie zachęcam, żeby dodać do daktylowo-migdałowej masy odrobinę przyprawy do piernika, aby całkowicie nie stracić korzennego posmaku, jakie zapewniają herbatniki.
Lubię robić ciasta, bo są bardzo wdzięcznymi modelami do zdjęć. Nawet nie trzeba martwić się specjalnie o tło, ani nic z tych rzeczy, bo same w sobie są piękne. Ja mogę na nie po prostu patrzeć i już mi lepiej. Gorzej jest z jedzeniem, bo wbrew temu, co mogłoby się wydawać po przejrzeniu bloga, wcale takim łasuchem nie jestem. Wolę konkrety i wypasionym obiadem szybciej kupi się moje serce, niż jakimkolwiek ciastem. Choć przyznaję, dyniowy tofurnik na zimno to mistrzostwo i jeżeli takimi łakociami mam sobie osładzać kawę, to budzi się we mnie łasuch do potęgi entej. :) 



Składniki:
  • 130 g korzennych wegańskich ciasteczek 
  • 4 łyżki masła orzechowego
  • 450 g tofu 
  • 500 ml mleka kokosowego ( jeżeli nie macie, może być 400 ml kokosowego i 100 ml innego roślinnego np. sojowego, ryżowego, owsianego) 
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 2 szklanki musu dyniowego ( dynia upieczona lub ugotowana i zblendowana na gładką pulpę) 
  • skórka starta z pomarańczy
  • sok z jednej pomarańczy i  jednej cytryny 
  • kilka szczypt gałki muszkatołowej 
  • kilka szczypt imbiru
  • kilka szczypt cynamonu
  • 2 kopiaste łyżeczki agaru 
Ciasteczka zmielić rozdrabniaczem, blenderem lub młynkiem do kawy. Dodać masło orzechowe i wymieszać najlepiej przy użyciu blendera. Tak przegotowaną, plastyczną masą ciasteczkową wykładamy spód tartownicy lub tortownicy. Można uprzednio wyłożyć ją papierem do pieczenia lub ja 
Tofu zblendować z sokiem z cytryny i pomarańczy. Dodać mus dyniowy i jeszcze chwilę miksować przy pomocy blendera. Im dłużej, tym gładsza i delikatniejsza wyjdzie nasza masa. W rondelku zagotować mleko kokosowe, cukier, cukier waniliowy, skórkę pomarańczy, korzenne przyprawy i agar. Gdy zacznie się gotować zdjąć z ognia i dodać do masy z tofu i dyni. Ponownie wymieszać masę przy użyciu blendera. Dokładnie i tak, aby wyszła możliwie najgładsza. Masę wylewać na przygotowany wcześniej spód ciasteczkowy. Podawać ze świeżymi owocami ( u mnie figi) i miętą oraz posiekaną gorzką, wegańską czekoladą.




A teraz troszkę tańca, żeby spalić co się zjadło i mieć miejsce na więcej i więcej ;) 


piątek, 24 października 2014

Afrykańskie fistaszkowe kruche ciasteczka z dodatkiem mąki z kaszy jaglanej.

Nie lubię, gdy obcy, całkowicie przypadkowi ludzie, spotkani na ulicy czy innym miejscu użyteczności publicznej, głaszczą mojego psa. Przede wszystkim dlatego, że jest to pies, który choć jeszcze nigdy nikogo nie ugryzł, to jednak jest psem.  W dodatku jest "po przejściach" i jej zachowania nie da się do końca przewidzieć. Zresztą zawsze mnie to dziwi, bo ja raczej nie odczuwam potrzeby zabawy z przypadkowo mijanym/spotkanym na ulicy psem. Malaika jest płochliwa i zwyczajnie boi się obcych ludzi, zwłaszcza mężczyzn i jeżeli na kogokolwiek warczy czy szczeka to właśnie dlatego, że się czuje strach i próbuje się bronić. 
Jakiś czas temu wracałam z nią z miasta tramwajem, niedaleko mnie stał mężczyzna. Pewnie około pięćdziesiątki. Wracał z pracy, a że było to piątkowe popołudnie chyba z dwa tygodnie temu, wyglądał na totalnie zmęczonego, styranego i według mnie prezentował objawy POcHP. Był smutny i przygnębiony. Podobny do bohaterów wielu nagradzanych polskich filmów fabularnych, które są zbyt prawdziwe i tak boleśnie oddają polską rzeczywistość, że nie jestem wstanie ich oglądać. Smutnych ludzi i szarych bloków, dróg, mostów mam dość na co dzień. Dostrzegam ich wokół i wystarczająco mi to łamie serce, aby miała sobie aplikować dodatkowe dawki smutku. Czasami oglądam polskie produkcje, ale niekoniecznie jest to moje ulubione kino. 
Tramwaj był zatłoczony, a większość stanowili młodzi ludzie. Pan, którego obserwowałam ukradkiem, po części z powodu objawów, które prezentował i pobudził moją medyczną ciekawość, stał trzymając się tej rurki uwieszonej przy suficie. Na którymś z kolejnych mijanych przystanków zwolniło się miejsce, które nieśmiało spróbował zająć, ale wyprzedziła go dziarska dziewczyna. Nawet zorientowała się, że mężczyzna z podejrzeniem POcHP również chciał zająć to miejsce i zapytała od niechcenia, czy ma go przepuścić, ale Pan nie był z tych, którzy potrafią walczyć o to, co im się należy, a dziewczyna też wyraźnie nie miała ochoty na oddanie miejsca. Pan wrócił, więc do punktu wyjścia i zrobiło mi się go jeszcze bardziej żal i miałam ochotę nakrzyczeć na nastolatkę. 
Malaika zniecierpliwiona podróżą zaczęła się kręcić przy nodze mężczyzny, a ten, trochę z nudy, a trochę z czystej sympatii, zaczął ja głaskać i jego twarz, w miarę głaskania, rozpogadzała się. Malaika  również wyglądała na zadowolą. W mojej głowie pojawiła się myśl o dogoterapii. Uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo.
W końcu  siedzenia się zwolniły. Do tego stopnia, że wszyscy pasażerowie mogli znaleźć miejsce. Nawet ja.

Nie lubię, kiedy obcy ludzie głaszczą mojego psa, ale czasami zdarzyć się może, że zupełnie nie będę miała nic przeciwko. Z całej historii morał jest taki, że ważne szalenie jest to, abyśmy nauczyli się dostrzegać wokół innych ludzi, ale nie tylko dostrzegać, ale również sprawiać im przyjemność i radość, nawet jeżeli mijamy się przypadkiem na ulicy.


Tytułowy przepis pochodzi z zeszytu "A vegan taste of East Africa". Kto zagląda tu częściej, ten wie, że bardzo lubię poeksperymentować z kuchnią afrykańską i nieraz na blogu pojawiały się przepisy inspirowane tym kontynentem. Nie wiem na ile podany przepis jest prawdziwy w swojej "afrykańskości", bo niestety w przeciwieństwie do innych przepisów, jakie możemy odnaleźć w tej publikacji nie wskazuje konkretnego kraju, z którego potencjalnie pochodzą. Może kuchnia wschodnioafrykańska stała się po prostu inspiracją. Niewątpliwie skład przywołuje skojarzenia z Czarnym Lądem, ponieważ zarówno masło orzechowe i mąka jaglana przewijają się w tamtejszych recepturach dość często. Odpuśćmy sobie jednak brnięcie w ich genezę i pochodzenie, a skupmy się na tym, że są bardzo smaczne i całkiem, jak na ciastka, bogate w składniki odżywcze, więc nadadzą się jako przekąska na drugie śniadanie. W dodatku  są proste do wykonania.




Składniki:
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 szklanka mąki jaglanej
  • 3 łyżki masła orzechowego 
  • 1/2 szklanki cukru 
  • 3  łyżki oleju
  • szczypta soli ( jeżeli masło orzechowe jest niesolone)
  • łyżeczka proszku do pieczenia 
  • lodowata woda
Piekarnik nastawić na 180 st.C.
W misce zmiksować masło orzechowe, olej i cukier. Wsypać mąki i proszek do pieczenia. Wymieszać. Powstanie masa na kształt kruszonki do ciasta. Stopniowo, po trochu dolewać zimnej wody i wyrabiać plastyczne ciasto. Z gotowej masy przygotować kulki wielkości śliwek węgierek lub dużych orzechów włoskich. Układać je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Delikatnie spłaszczać, a następnie odciskać na wierzchu kratkę przy pomocy widelca. Możemy też użyć pieczątek do ciasta z zabawnymi napisami lub znakami. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez 15 minut.
Studzimy na kratce. Ostudzone zamykamy w szczelnej puszcze lub słoju. Jeżeli zdążymy, bo często zdarza się, że znikają jeszcze zanim zdążą porządnie wystygnąć. ;)





A na koniec piosnka o Malaice ;) 



wtorek, 21 października 2014

Dyniowa tofucznica.

Jednym z najbardziej czczonych przeze mnie warzyw była, jest i będzie dynia. Wystarczy zobaczyć ile potraw, przekąsek i deserów z jej udziałem ląduje na blogu. Jest to tylko wierzchołek góry lodowej, bo robię z niej znacznie więcej, niż widać tu, na blogu. Dlatego fakt, że w naszych ogrodach, na ryneczkach, bazarach, targowiskach i w warzywniach możemy dostać coraz więcej odmian tego pękatego warzywa cieszy mnie niezmiernie. Tyle dobrego mogę z niej zrobić! Wyczytałam w najnowszym numerze zwierciadła, że zaledwie 10% wyhodowanej na świcie dyni trafia na stół. Reszta zostaje wykorzystana podczas święta Halloween. Najchętniej bym odwróciła te proporcje, bo choć lampiony z dyni rzeczywiście się przepiękne, to jednak urok i przede wszystkim smak, jaki nadaje potrawą jest jeszcze większy. 
W tym roku częściej niż dotychczas gości u mnie odmiana Hokkaido. Głównie dlatego, że można ją bez problemu zjadać ze skórką, więc przyspiesza nieco proces obróbki. Mus z dyni hokkaido też jest inny, bardziej "maślany", więc doskonale nadaje się do tofucznicy. Nie tylko dodaje jej koloru, ale również ma wpływ na konsystencję i dzięki niej nasza tofucznica staje się bardziej "kremowa". 
Nie potrafię tego bardziej precyzyjnie ująć. Mogę jedynie powiedzieć, że bardzo mocno polecam i jeżeli zostanie Wam w lodówce trochę musu dyniowego po pieczeniu ciasta, chałki, ciastek, muffinów, po zupie, kremie to nie wahajcie się go użyć właśnie do tofucznicy. 
Czarna sól nadaje jajecznego posmaku, ale nawet, gdy posolicie zwykłą to i tak wyjdzie Wam pyszne danie. Ja dodaję pomidorów i szczypiorku, bo bardzo lubię świeże dodatki do tofucznicy. Zazwyczaj też zajadam ją z pieczywem pszennym lub razowym, maczanym w oleju rydzowym. Pycha! 


Składniki:
  • 1 łyżka oleju
  • 1 biała lub czerwona cebula, pokrojona w piórka
  •  150 g pieczarek , pokrojonych w plastry
  • 2-3 ząbki czosnku (można zastąpić czosnkiem niedźwiedzim), posiekany lub przeciśnięty przez praskę
  • ok. 400- 450 g tofu, odsączone i rozgniecione w widelcem
  • 4 łyżki płatków drożdżowych (opcjonalnie)
  • sok z ½ cytryny
  • 1 szklanka musu dyniowego z  pieczonej dyni Hokkaido ( ta odmiana ma taką „maślaną” konsystencję)
  • 1 łyżeczka papryki mielonej słodkiej
  • 1/2 łyżeczka kurkumy
  • 3-4 pomidory, pokrojone w kostkę
  • 1 łyżeczka czarnej soli
  • świeżo mielony pieprz
Na patelni rozgrzej olej, wsyp cebulę i smaż mieszając co jakiś czas przez 3 minuty. Dodaj pieczarki i duś przez 5 minut, następnie czosnek i smaż razem przez 2 minuty. Dodaj przyprawy paprykę i kurkumę i smaż razem przez 15-20 sekund. Wlej 50 ml wody i zredukuj ją, aby warzywa stały się lekko „glazurowane”. Dodaj tofu wymieszane z czarną solą i smaż przez 10 minut na małym ogniu, mieszając raz po raz. Jeżeli będzie przywierać dodaj odrobinę wody. Dodaj płatki drożdżowe, sok z cytryny i mus dyniowy, wymieszaj i smaż jeszcze przez 5 minut uważając, aby nie przywarło. Na koniec wsyp pokrojone pomidory i duś jeszcze przez 3-4 minuty. Podawaj ze świeżym pieczywem, pesto, majonezem, świeżymi warzywami.


Świetna na śniadanie, brunch czy lunch.  

sobota, 18 października 2014

Roślinny majonez z kaszy jaglanej. Baza do rozmaitych sosów.

Ci, którzy śledzą moje poczynania na facebook'u, wiedzą doskonale, że niedawno miałam ogromną przyjemność uczestniczyć, a właściwie poprowadzić pokaz gotowania dla osób zgromadzonych na poznańskiej edycji Veganmanii. Tego dnia sama siebie zaskoczyłam. Spodziewałam się jakiegoś dramatu. Myślałam, że nic się nie uda, a ja stracę wątek i nie będę umiała płynnie opowiedzieć o wegańskim gotowaniu. Tymczasem stres i trema opuściły mnie po pierwszej minucie i dalej miałam całkiem niezłe flow . W zamyśle miałam prowadzić pokaz przez 40 minut, ale ponieważ wykład, który miał się odbyć po moim wystąpieniu odpadł, więc mogłam sobie pozwolić na ponad półtoragodzinne gotowanie. 
Podczas pokazu przygotowałam kilka smakołyków. Pojawił się również jaglany majonez zainspirowany blogiem Smakoterapia. Mówiłam o tym na pokazie, więc powtórzę i tu: kasza jaglana jest świetna. Nadaje się zarówno do potraw pikantnych, jak i deserów. Sięgam po nią bardzo często. Chyba coraz częściej. Uważam, że zawsze warto nagotować jej trochę więcej i mieć pod ręką, w lodówce. Dzięki temu można przygotować szybkie śniadanie dodając mleko roślinne i bakalie. Można przygotować ją z warzywami na obiad, zrobić zapiekankę czy też dodać startą dynię, marchewkę czy cukinię, zlepić mąką z ciecierzycy czy kukurydzianą, mielonym siemieniem i uformować kotlety. Doskonale nadaje się do sałatek. 
Podczas pokazu zdecydowałam się przygotować majonez jaglany, ponieważ można dodać go do sałatki, posmarować kanapki, ale również jest doskonałą bazą do rozmaitych sosów na zimno: curry, paprykowego, czosnkowego lub ziołowego. Można kombinować, mieszać i dodawać. A może tak sos miętowy? Może takie udawane "tzatziki"? 
O tym, że jest zdrowszy do jajecznego nie muszę chyba tłumaczyć, a dodam jeszcze, że nie ucierpiała przy jego produkcji żadna kura i przypomnę o kampanii Otwartych Klatek "JAK ONE TO ZNOSZĄ?", która wyjaśnia dlaczego lepiej jest sięgnąć po majonez jaglany, a nie tradycyjny. 



Troszkę zmieniłam przepis Smakoterapii, ale i tak majonez wyszedł doskonały. Taki, jaki powinien. 

Składniki: 
  • 1/2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej 
  • 1/2 szklanki wody 
  • 2 łyżki słonecznika ( zmieliłam wcześniej w młynku do kawy) 
  • 2 łyżki soku z cytryny 
  • 2 łyżki octu jabłkowego 
  • 1 łyżeczka musztardy sarepskiej 
  • 1 łyżka cukru lub innej substancji słodzącej
  • kilka szczyp czarnej soli ( może być zwykła, ale dzięki czarnej uzyskamy "jajeczny" posmak majonezu
  • 3/4 szklanki oleju o delikatnym smaku 
Wszystkie składniki za wyjątkiem oleju wkładamy do naczynia lub kielicha blendera i miksujemy tak, aby uzyskać możliwie najgładszą masę. Stopniowo dolewamy olej, cały czas blendując, aż uzyskamy krem gęstości majonezu. Ewentualnie doprawiamy do smaku według uznania. Przekładamy do słoika. Przechowujemy w lodówce.
Smacznego!  

Ponieważ nie mam za dużo zdjęć majonezu to urozmaicę mój post fotami z Veganmanii. ;)
Zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale zrobienie dobrych w podziemiach Meskaliny wcale nie jest proste. W dodatku ja ze względu na to, że dużo się ruszam i gestykuluję nie jestem najbardziej wdzięcznym obiektem do fotografowania. ;) 










czwartek, 9 października 2014

Chałwowy tofurnik na zimno na migdałowym spodzie.


Dawno nie było na blogu tofurnika. Różne kombinacje na temat wegańskich bezserników pojawiały się tu i tam, ale nie wracałam za często do tych opartych na bazie tofu. Może dlatego, że mieszkałam w Poznaniu i, gdy tylko dopadała mnie ochota na wegański sernik to leciałam po kawałek do Wypasu. A dziewczyny robią bezbłędne ciasta. 
Tu, we Wrocławiu na wybór miejsc, gdzie mogę zjeść pyszne ciacha nie mogę narzekać, choć miasto jest większe i wyskoczenie sobie w ramach przerwy po kawałek czegoś słodkiego nie wchodzi w grę za bardzo, chyba że ma to być długa przerwa. ;) 
Mamy, a może bardziej mieliśmy zapas tofu. W szafce wyszperałam też masło sezamowe z agawą i właściwie to już nie było wyjścia. Trzeba było upiec... A nie! Co ja piszę? Nie upiec, a przygotować tofurnik na zimno. Chałwowy. Taki na cześć i chwałę Wypasu, bo to tam jadam najlepsze sezamowe ciacha z tofu przygotowane na zimno. Przepis, o ile mamy pod ręką składniki jest przyjemnie prosty w wykonaniu. Poradzi z nim sobie nawet raczkujący amator czy też amatorka gotowania czy pieczenia, a myślę, że może tym ciachem oczarować wszystkich wokół. Ciasto jest pyszne. Jako wielka fanka chałwy muszę je wielbić. Nie mam innego wyjścia. ;) 
Użyłam zwykłego tofu, ale spokojnie możecie pokusić się o jedwabiste. Wówczas ciasto wyjdzie jeszcze delikatniejsze. Ilość cukru czy też innego słodu, na który się skusicie też należy modyfikować w zależności od tego czy masło sezamowe było słodzone czy też używacie zwykłej tahini, od tego jakiego mleka roślinnego użyjecie, gdyż część jest dość słodka oraz od tego, jak słodki i dojrzały będzie banan. 
Nie bójcie się eksperymentować. Spód równie dobrze można zrobić z prażonego, mielonego sezamu i daktyli, a gotowe ciasto przybrać całkowicie innymi owocami niż te, na które ja się zdecydowałam lub polać ulubioną polewą. 
Polecam Wam serdecznie i już nie nawijam dłużej, ale przechodzę do przepisu. 


Składniki:
  • 1/2 szklanki daktyli bez pestek namoczonych przez 30 minut w ciepłej wodzie
  • 2 szklanki płatków migdałowych
  • 450 g tofu 
  • 185 g masła sezamowego słodzonego agawą lub zwykłą tahinę
  • sok wyciśnięty z 1,5 cytryny 
  • 1/2 szklanki cukru ( jeżeli używamy zwykłej tahiny to 3/4 szklanki) 
  • 500 ml mleka roślinnego
  • 2-3 łyżeczki cukru waniliowego z prawdziwą wanilią 
  • 2 łyżeczki agaru 
  • 1 banan
Migdały mielimy w młynku lub rozdrabniaczu. Następnie mielimy namoczone daktyle i dodajemy rozdrobnione migdały i miksujemy razem. Masa musi być stała, ale dać się ugniatać jak plastelina. Jeżeli jest zbyt sucha dodajemy odrobinę wody i oleju. Przygotowaną migdałowo-daktylową masą wykładamy przełożoną papierem do pieczenia tartownicę lub tortownicę. Wyrównujemy palcami, aby równomiernie pokryła dno
Tofu odsączamy. Przy pomocy blendera lub malaksera mielimy wraz z sokiem z cytryny. Im dłużej tym lepiej, bo bardziej gładki będzie nasz tofurnik. Następnie dodajmy masło sezamowe oraz banana obranego ze skórki i pokrojonego na mniejsze kawałki i ponownie miksujemy na gładko.

Mleko z cukrem, wanilią i agarem doprowadzamy do wrzenia. Gdy tylko zacznie się gotować ściągamy z ognia i dodajemy do masy z tofu. Miksujemy blenderem, aby uzyskać jak najgładszą konsystencję. 
Gotową masę przelewamy na przygotowany wcześniej, migdałowy spód. Chłodzimy na kuchennym blacie przez około 0,5 h, a następnie zdobimy granatem i wstawiamy na minimum 3 godziny, a najlepiej całą noc do lodówki. Przed podaniem dodajemy listki mięty. 



wtorek, 7 października 2014

Pierogi z ziemniakami i wędzonym tofu. Na chłopską modłę :)

Lubicie pierogi? Lepicie sami czy może kupujecie gotowe? Wolicie wytrawne, a może przeciwnie - najchętniej na słodko? 
Ja lubię, choć rzadko lepię sama. Czasami kupuję gotowe, ale nie zawsze łatwo jest zdobyć sensowne wegańskie. Wolę wytrawne, choć nigdy nie pogardzę takimi z jagodami czy malinami. Albo z jeżynami, bo właśnie takie rok temu zrobiła mi moja Mama. 



Bardzo rzadko je robię, choć miewam takie niespodziewane zrywy, kiedy się za nie zabieram. Najchętniej lepię takie z owocami, bo nie trzeba do nich specjalnie przygotowywać farszu. Jestem zdania, że jeżeli już robić pierogi to tylko ze znajomymi, żeby podzielić się zadaniami i nie zmęczyć za bardzo. Jednak tym razem zabrałam się za lepienie zupełnie samotnie. Zajrzałam do lodówki i jedyne, co znalazłam to ziemniaki i pół kostki wędzonego tofu. Cebula i czosnek są zawsze są pod ręką, a tak się jeszcze dobrze złożyło, że ostatnio na zakupach "wpadła" mi do koszyka doniczka mięty. Jedyne na co miałam ochotę, a co mogłam z powyższych składników przyrządzić to właśnie pierogi. W dodatku po ugotowaniu trochę je podsmażyłam, bo najbardziej lubię je właśnie lekko przyrumienione. Takie trochę ruskie, ale jednak tak nie do końca. Zresztą podarujmy sobie nazewnictwo i skupmy się na smaku, a są naprawdę pyszne. Polecam z ręką na sercu. ;) 



Składniki ma masę:
  • 300 g ziemniaków, wcześniej ugotowanych
  • 100 g wędzonego tofu, pokrojony w bardzo drobną kosteczkę
  • 1 cebula, posiekana z drobną kosteczkę
  • ząbek czosnku, posiekany drobniutko 
  • sól, pieprz 
  • kilka lisków świeżej mięty
  • 2-3 łyżki soku z cytryny 
  • olej
Składniki na ciasto na pierogi: 
  • 0,5 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej 
  • 1 szklanka mąki pszennej białej 
  • 0,5 szklanki bardzo ciepłej wody 
  • szczypta soli 
Ziemniaki należy utłuc na puree. Na patelni rozgrzać 2-3 łyżki oleju. Wsypać bardzo drobno posiekaną cebulę. Kiedy się zeszkli, a nawet lekko zarumieni dodajemy czosnek i tofu. Smażymy, aż tofu zarumieni się ładnie. Chcemy uzyskać coś w rodzaju "skwarek" z tofu. Następnie wyłączamy ogień, dodajmy ziemniaki i mieszamy. Jeżeli masa jest zbyt gęsta może dodać po dwie łyżki wody i oleju. Przyprawiamy do smaku solą i dużą ilością świeżo mielonego pieprzu. Dodajemy sok,  z cytryny i posiekane listki mięty. Odstawiamy na bok, aby masa delikatnie wystygła.

Z mąki, wody i soli ugniatamy ciasto. Rozwałkowujemy, wycinamy okręgi, nadziewamy masą ziemniaczaną i sklejamy. Gotujemy w osolonej wodzie. Odcedzamy. Najlepiej smakują podsmażone  na złoto na odrobinie oleju. Polecam oczywiście ze świeżą surówką. 


sobota, 4 października 2014

Czekoladowy mus z awokado i bananami.


Uwielbiam jesień słoneczną i złotą. Uwielbiam jesienne kwiaty, szeleszczące pod nogami liście, kasztany, po które w jakimś dziecięcym odruchu zawsze się schylam i wkładam do kieszeni, a potem ściskam kurczowo, gdy jadę tramwajem. Uwielbiam to, że choć już ubieramy się grubiej to nadal do cieplejszych butów, grubych rajstop i spod płaszczy, wystają letnie sukienki. Taki modowy miszmasz jest taki mój. Lubię bardzo łączyć lekkie, wakacyjne ciuchy z tymi grubymi, już zimowymi. 
Kocham jesienne warzywa, a z dynią to już zdecydowanie mogłabym się ożenić. Generalnie: uwielbiam jesień w kuchni w całej okazałości, ale nawet ja, taka miłośniczka tej pory roku muszę to przyznać. W pewnym momencie robi się po prostu psychicznie trudniej i pewnych rzeczy nie można przeskoczyć. Nie da się i już. Przychodzi jesienna szaruga, deszcze, zimno. Rano ciemno, popołudniu ciemno. Wpadam w lekką chandrę.  
Wiem, że do listopada jeszcze cały październik, ale tym bardziej wolę poruszyć ten temat zawczasu, kiedy ciągle możemy uzbroić się po zęby w świece, również te zapachowe, otoczyć roślinami w doniczkach, również tymi kwitnącymi. Wybrać na zakupy po lakiery do paznokci w całej gamie kolorów. Ja maluję paznokcie na jaskrawo, choć już na pierwszym roku medycyny na zajęciach z propedeutyki medycyny pan doktor powtarzał, że lekarkom NIE WOLNO. Ostatecznie już bezbarwny i perłowy lakier wchodzi w grę. Ja natomiast wychodzę z założenia, że lepsza lekarka seledynowymi paznokciami, niż z depresją. Poza tym mam wrażenie, że pan doktor, który dawał nam takie "złot rady" dawno temu zatrzymał się w miejscu podczas, gdy świat poszedł milion mil do przodu... Niemniej dla mnie, która maluje paznokcie na okrągło, mocno wbiło się to w pamięć. 
Okey. Wymieniłam już kilka metod na rozpogodzenie jesiennej, nie zawsze sprzyjającej aury. W pochmurne dni palę świeczki. Tego nauczyłam się od Babci, która zawsze w jesienne dni mówi, że trzeba zapalić tealight'a. Mam też rośliny na parapecie, w kuchni zioła, a na paznokciach barwny lakier. Kiedyś nie uznawałam żadnego koloru ubrań poza czarnym, a dziś? Dziś staram się dobierać to tak, żebym całą sobą nadała trochę kolorytu rzeczywistości, która nie zawsze łaskocze. Czasem nawet kopie dość konkretnie, rzekłabym.
Bardzo ważnym elementem mojej "terapii" jest muzyka. Musi być dużo i ciągle. Częściej sięgam po lekkie, przyjemne dla ucha dźwięki. Muzykę, do której mogę sobie śpiewać i tańczyć. Dużo soulu, zwłaszcza starych numerów z lat sześćdziesiątych, ale też sporo Joy Denalane na przykład.
Kolejnym elementem terapii jest kino. Ponurą jesienią sięgam po pogodne filmy z pozytywnym przesłaniem. Nawet, gdy aura nie sprzyja zalecam (a przemawia teraz przeze mnie lekarz) ruszyć się z domu, choćby w kaloszach i płaszczu przeciwdeszczowym i iść właśnie do kina. Pomimo, że naprawdę bardzo nie chce nam się nic robić to mówię Wam - powinnyśmy wychodzić, bo kiedy to zrobicie to poczujecie się milion razy lepiej.
Podobnie sprawa ma się, jeżeli chodzi o spacery czy wszelakie sporty. Najgorzej jest się zmobilizować, ale kiedy uda Wam się porwać na choć minimalny wysiłek fizyczny to poczujecie ten rodzaj satysfakcji, który poprawia humor o 100% i pozwala przetrwać nawet najbardziej ponure momenty. Ja nie mam problemu z mobilizacją, bo odkąd zaadoptowałam moją sukę to może walić się i palić, a ja i tak zacznę dzień od spaceru.
Wracając jednak do kina i filmów. Wiadomym jest, że nie zawsze uda nam się wpakować w harmonogram dnia dwugodzinny film. Pozostają jednak seriale. Ja oglądam dla rozrywki "New Girl" czy "Girls". Obowiązkowo "Grey's Anatomy", choć to bardziej z przyzwyczajenia i poczucia więzi z bohaterami z racji mojego świeżego niczym bułeczka, zawodu. ;)
Mam też swój bardzo ekspresowy sposób na poprawę nastroju. Wykorzystuję go w chwilach, gdy tkwię nad książkami, dużo pracuję, przygotowuję się do jakiś egzaminów. Wówczas sięgam po trailery filmów, które już widziałam, a które szczególnie dobrze wbiły mi się w pamięć i dały pozytywnego kopa. Niekoniecznie i nie zawsze są to produkcje ambitne, ale czasami po prostu dobrze mi się kojarzą.
Najczęściej są to: "Happy Go Lucky", "Billy Elliot", "You've got mail" ,"Juno", "Frances Ha", "Litte Miss Sunshine", "Unmade beds", "Because I said so", "Before sunrise", "Before sunset", "Before Midnight", "Love and other drugs", "Chocolat", "Eagle vs shark", "Something's Gotta Give", "Amelie", "Run Lola Run", "500 days od Summer", "Beasts of the Southern Wild", "Love actually", "Bridget Jones", "Nothing Hill". I jeszcze wiele innych. Jak choćby "O północy w Paryżu" czy "Zakochani w Rzymie". 



Kolejnym lekiem jest kuchnia. Gotowanie ma dla mnie zdecydowanie funkcję terapeutyczną. O tym, że jest aktem twórczym, którego mogę się podjąć, kiedy tylko najdzie mnie ochota, nie będę już kolejny raz tłumaczyć, choć po niedzielnym pokazie mam lekką ochotę. Właśnie podczas pokazu bardzo zależało mi, aby udowodnić, że gotowanie to sztuka, którą możemy nakarmić i ciało, i duszę, bo może zaspokoić nie tylko głód, ale też zmył estetyki, a to dla mnie bardzo ważne.
Piszę o tym dlatego, że czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie wokół traktują mnie, jak taką pocieszą "kuchareczkę", której zawsze można zlecić ugotowanie czy upieczenie czegoś, a ja przyjmę to z pocałowaniem ręki. Irytuje mnie takie pobłażliwe traktowanie, tym bardziej, że na co dzień zajmuję się czymś zupełnie innym, nierzadko też odżywiam się "na pół gwizdka", a swoje kulinarne umiejętności chowam na specjalne okazje. Mam wręcz wrażenie, że przez to, że tak obnoszę się ze swoją pasją gotowania poprzez bloga to niejednokrotnie tracę, bo nikt nie traktuje mnie poważnie. Tak naprawdę jest dokładnie odwrotnie i gotowanie, jak każda inna czynność, jeżeli ma być dobrze wykonana, wymaga wkładu energii, pracy i serca i nie wychodziłaby mi tak dobrze, gdybym nie podchodziła to tematu profesjonalnie.

Jedzenie, które przygotowuję jesienią również ma przynosić ulgę, więc albo musi być kolorowe, mocno warzywne, bo te sezonowe wciąż wnoszą milion barw na nasze talerze, ale  może też być po prostu dobrym źródłem endorfin i  wystarczy.

Chyba każde dziecko wie, że nastrój najlepiej poprawia CZEKOLADA. Czasami, gdy rozmawiam z moją mamą i jestem w kiepskim humorze to zawsze radzi mi, aby zjadała sobie czekoladkę. 
Równie dobrym, o ile nawet nie lepszym rozwiązaniem jest przygotowanie musu czekoladowego. Całkiem zdrowego, bez dodatku cukru, na bazie owoców. Ja go uwielbiam. Gromadzi w sobie tyle dobra i składników odżywczych, że po prostu trzeba go uwielbiać. Nie ma innej opcji..


Ostatnio przygotowywałam go podczas pokazu gotowania na poznańskiej Veganmanii. Nie do końca udało mi się po przemnożeniu składników uzyskać taki efekt, jaki chciałam, ale przepis podany poniżej jest już całkowicie dopracowany. 
Postanowiłam sukcesywnie wrzucać przepisy, które pojawiły się podczas pokazu, aby każdy kto nie był mógł je sobie przygotować w domu. Receptura, która idzie na pierwszy ogień to deser, a powinnam chyba zacząć od konkretów, ale pokombinujemy na początek na słodko, a na tofucznicę, pesto czy też majonez przyjdzie jeszcze czas.


Składniki na 4 porcje:
  • 2 dojrzałe awokado
  • 2 dojrzały banany
  • 6 łyżek masła migdałowego ( można zastąpić dowolnym orzechowym)
  • 15-20 daktyli, w zależności od tego, jak bardzo słodki ma być nasz mus, zalanych wrzatkim i odstawionych na 30 minut do zmiękczenia – podczas pokazu użyłam musu z daktyli, ale podany sposób jest szybszy, a równie skuteczny.
  • 8 płaskich łyżek kakao lub karobu
  • szczypta soli, szczypta cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii
Owoce obieramy i kroimy w mniejsze kawałki, dodajemy pozostałe składniki i miksujemy na mus przy pomocy blendera lub rozdrabniacza. Jeżeli mus jest zbyt gęsty dodajmy odrobinę mleka roślinnego, ale zdarzyć to się może tylko jeżeli użyjemy niedojrzałych bananów i awokado. 
Przekładamy do miseczek i zdobimy  granatem, miętą.




Tak naprawdę najlepszym sposobem na radzenie sobie z jesienną chandrą jest po prostu cieszenie się codziennością. Każdym jej elementem. Spokojnie zjedzone śniadanie, kawa z ulubionym człowiekiem, dobra książka przed snem i poczucie, że się rozwijamy, czyli nic innego, jak edukacja. Nauka nowego języka, uprawianie nowego sportu czy kurs Decoupage. Czegokolwiek.  Chodzi o to poczucie, że idziemy do przodu. 




czwartek, 2 października 2014

Amerykanki. Wegańskie. Na oleju.

Amerykanki to ciastka dzieciństwa. To comfort food. Kojarzą się z wakacyjnymi wyjazdami nad morze czy nad jeziora, gdzie rodzice kupowali każdej z nas po jednym takim ciachu, a my po kąpieli w takim czy innym akwenie zajadałyśmy się nimi, mokre, owinięte w ręczniki. Piasek między zębami i cukier we krwi. Definicja dzieciństwa? Może trochę? 
Amerykanki są biszkoptowe, ale z amoniakowym posmakiem. Na płaskiej stronie posmarowane lukrem. Najzwyklejszym - z cukru pudru i wody. Te ciastka to sam cukier i mąka. Zapomnijcie tu o zdrowym odżywianiu, ale poczujcie smak dzieciństwa. Lata dziewięćdziesiąte. Plażing w Rowach czy Łebie. Ja się nawet trochę rozmarzyłam. Nie wiem czy byłabym taką fanką tych ciastek, gdyby nie to, że kojarzą mi się z błogim, małoletnim czasem mojego życia. Wiem też, że można by pokombinować i dodać do nich jakieś owoce, urozmaicić polewę, ale powiedzmy sobie szczerze, tak z ręką na sercu, że to nie byłyby już TE amerykanki.


Kiedyś wrzuciłam już na nie przepis, ale musiałam go usunąć, bo gdy chciałam go znaleźć na blogu, okazało się, że przepadł... Nieważne zresztą, bo było lata świetlne stąd. Inne miejsca, inni ludzie, jeszcze głęboko na studiach. Pamiętam, że były smaczne, choć miałam poczucie, pomimo zapewnień znajomych, że są pyszne, że jednak receptura wymaga dalszej modyfikacji. Chciałam pominąć jajko zawarte w oryginalnym przepisie, ale zamiast zastępować je mąką z ciecierzycy mogłam po prostu zignorować je, nie siląc się za zastępstwo oraz zamiast użytego alsanu wykorzystać olej roślinny. Mijały lata, a ja nie piekłam amerykanek, bo naprawdę bardzo rzadko zdarza się, ze piekę dwa razy to samo. Tym bardziej, że obecnie panujące trendy kulinarne kierują się raczej w stronę "zdrowych" słodyczy, surowych, odżywczych, które mają być czymś więcej niż lepkim zapychaczem. Mile widzenie są kasze, bakalie, owoce, orzechy. Jeżeli już wracam do jakiś receptur to najczęściej powtarzalnym przepisem jest ciasto drożdżowe i jego pochodne. Mam po prostu tyle przepisów do wypróbowania, ze nie sposób jest wracać do raz przygotowanych... W końcu jednak wiedząc, jak moja siostra je uwielbia i postanowiłam upiec je po raz kolejny podczas mojej ostatniej wizyty w Sheffield, czyli ponad dwa lata temu. Zmodyfikowałam zmodyfikowany wcześniej przepis i wyszły tak, jak powinny. Chciałam nawet przepis opublikować już wtedy, ale trafił do postów roboczych i tak tam tkwił ponad dwa lata. 
We wrześniu tego roku moja siostra spędziła ze mną kilka dni jeszcze w moim poznańskim mieszkaniu i wspomniała, że amerykankę chętnie by zjadała.  Wróciłam więc do zmodyfikowanego przepisu sprzed dwóch lat motającego się wśród wersji roboczych postów i zrobiłam jej miłą niespodziankę.  




Nie wiem, gdzie ja miałam głowę przygotowując pierwszą wersję tych ciastek, bo choć mąka z ciecierzycy czy margaryna wegańska to może nie taki znowu dramat, ale powiedzmy sobie szczerze, że każdy nie trzyma ich w lodówce. Sama spędzam nieraz trochę czasu na wsi i widzę, jak trudno w takich miejscach bardziej wyszukane produkty. Nie każdy lubi robić zamówienia przez internet, bo aby to się rzeczywiście opłacało trzeba zamówić sporą ilość produktów. Wiadomo. Tłumaczę sobie to małym doświadczeniem kulinarnym. Prowadząc bloga zależy mi jednak, żeby pokazać, ze nie taki weganizm straszny, więc dziś częstuję amerykankami, która przyrządzimy z tego, co mamy w domu, a jak nie to na pewno znajdziemy w spożywczaku koło domu.
Dlatego robię podejście nr 2  do tych amoniakowych ciastek. Efekt - baaardzo smaczny. Tak więc trochę na pohybel modzie na zdrowe, bezglutenowe słodycze wrzucam takie o to ciastka, pełne glutenowej mąki i cukru. A co! Kto mi zabroni? 

Składniki:
  • 600 g maki pszennej
  • 2 - 2,3 szklanki mleka roślinnego
  • 1,5 szklanka  cukru
  • 0,5 szklanki oleju roślinnego
  • 1 czubata łyżeczka amoniaku
  • 1 plaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • kilka kropli ekstraktu waniliowego lub cukru waniliowego
Do miski wlej mleko ( na początek 2 szklanki, gdy na końcu uznasz, że ciasto jest tak zwarte, że nie da się go przekładać na blachę możesz ew. dodać jeszcze 1/3 szklanki), olej, wanilię i wsyp cukier. Wymieszaj. Dodaj amoniak i proszek do pieczenia i ponownie wymieszaj. Na końcu przesiej mąkę. Zmiksuj przy pomocy miksera lub łyżką, masa będzie bardzo gęsta.  Ciasto nakładaj na wyłożoną pergaminem blachę. Ilość zależy od tego jakie duże mają być nasze amerykanki. Ja dawałam ok. 1 dużej, kopiastej łyżki stołowej. Ważne, aby zachować między nimi dość duży odstęp, ponieważ urosną mniej więcej dwukrotnie. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 st. C przez mniej więcej 15 minut. Studzimy ja na kratce, żeby amoniakowy aromat nieco wywietrzał.
Z odrobiny wody i cukru pudry przygotowujemy gęsty lukier. Smarujemy ciastka po ich płaskiej stronie. 


Amerykanki proste, jak ABC :)