wtorek, 30 września 2014

Jesienne curry z modrą kapustą.

Tak jak już dawno przewidywałam i zdaje się, że pisałam o tym na blogu niejednokrotnie w dużo, dużo wcześniejszych wpisach, wraz z końcem studiów i początkiem pracy opuszczam Poznań. Miasto, które długo, długo było w moim wyobrażeniu jedynym miejscem, gdzie mogłabym osiąść. Dorosłam i widzę, że takie miejsce tak naprawdę nie istnieje... Przez najbliższe trzynaście miesięcy będę opisywać Wam to, co tworzę w kuchni spoglądając z okna na wrocławski Biskupin. Na Instagramie będę częściej pisać "#hello #wroclaw" niż cokolwiek innego... Mam nadzieję, że uda mi się również zrealizować mój plan zrecenzowania kilku fajnych miejsc w tym mieście... Plany są wielkie, a czas pewnie będzie pędził, jak oszalały.

Początek jest w reguły dla mnie prosty (nie licząc tremy i stresu, że pogubię się w mieście lub szpitalu;)), ponieważ trzymam się sztywno opracowanego planu. Jestem jednak przekonana, bo zawsze mi się to dzieje, że wszystko z biegiem czasu się rozsypie i znów będę działać w charakterystycznym dla mnie chaosie.

Wiele rzeczy będzie nowych. Nowy dom, praca, miejsca, w których bywam, jadam, kupuję warzywa czy tofu. Właściwie prawie wszystko jest nowe. Znalazłam się w mieście, w którym praktycznie nie mam bliskich przyjaciół, znajomych i to mi trochę łamie serce. Mam wiele obaw, ale przecież dam radę. Jak zawsze. Tak już mam. Pochodzę z rodziny, w której kobiety były i są bardzo dzielne i silne, więc geny mnie zdeterminowały ;)  
Będę tęsknić do tak wielu ludzi i miejsc z Poznaniu, że nawet nie chcę tu wymieniać w obawie, że pominę kogoś lub coś istotnego. Niemniej. Jest to kolejny już wyraźny koniec i początek w moim życiu i traktuję go jako przygodę, która jakiegokolwiek nie będzie miała zakończenia to będzie ono dobre. Po prostu.  
Kurczowo trzymam się tekstu, że "everything will be okay in the end. If it's not okay - it's not the end".

Malaika czeka na obiad, który niestety nie dla niej. 

Z Wami wszystkimi natomiast dzielę się dziś przepisem na jesienne curry, które miało być mojego autorstwa, ale jakoś tak, co jest zupełnie nie w moim stylu,  pozwoliłam przejąć komuś inicjatywę w kuchni. Pozostało mi tylko spisywanie przepisu. Danie jest niecodzienne, a jednocześnie proste. W dodatku bardzo sezonowe i lokalne, jeżeli chodzi o warzywa użyte w przepisie, więc polecam serdecznie zwłaszcza teraz. Uwielbiam takie potrawy, które przygotowuje się praktycznie w jednym garnku, a są tak przebogate w składniki i naprawdę smakowite. Jedyną wadą jest to, że po kilka godzinach staje się mniej barwne, ale wiecie, jak to jest z modrą kapustą. Po kilku godzinach staje się szara i zaraża szarością inne warzywa. Można spróbować zahamować ten proces skokiem z cytryny. My tego nie zrobiliśmy. Natomiast nawet po kilku godzinach, a nawet dobie jest wciąż pyszne. Smacznego! :)

Zdjęcia tym razem mniej dopieszczone, ale zrobione w pośpiechu. Poprawię się, bo szkoda nie wykorzystywać możliwości fotografowania, jakie daje lustrzanka ;)


Składniki:
  • 1/4 główki modrej kapusty, posiekana 
  • 1 mała zielona cukinia, pokrojone w "półksiężyce"
  • 1 mała żółta cukinia, pokrojone w "półksiężyce" 
  • 1 marchewka, pokrojona w krążki
  • 2 małe czerwone cebule, posiekane w piórka
  • 2 ząbki czosnku, posiekane
  • 1 papryka, pokrojona w paski
  • 5 dużych pieczarek, pokrojonych w plastry
  • 2-3 łyżki czerwonej pasty curry
  • olej 
  • sól
  • 4 łyżki gęstego mleka kokosowego 
  • 1 papryczka jalapeno z zalewy, pokrojona w krążki 
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku 
  • świeżo mielony pieprz
  • 2-3 łyżki sosu sojowego 
  • opcjonalnie łyżka asafetidy 
W rondlu o grubym dnie lub dużej patelni rozgrzewamy dwie 3-4 łyżki oleju. Dodajemy pastę curry i mieszamy, aby równomiernie rozprowadziła się w oleju i na patelni. Następnie wrzucamy cebulę i smażymy 2-3 minuty. Dodajemy czosnek, imbir i smażymy kolejne 2 minutki. Wrzucamy marchewkę, lekko solimy, mieszamy i smażymy przez 3 minuty, mieszając co jakiś czas. Następnie dodajemy paprykę, cukinię żółtą i zieloną, kapustę. doprawiamy dwiema łyżkami sosu sojowego, asafetidą. Mieszamy dokładnie, przykrywamy rondel lub patelnię przykrywką i dusimy 10 minut. Następnie dodajemy pieczarki oraz papryczkę jalapeno i dusimy kolejne 10 minut. Pod koniec dodajemy mleko kokosowe, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Gotujemy jeszcze razem 5-7 minut. Podajemy posypane świeżą kolendrą lub natką z ryżem basmati, makaronem ryżowym lub sojowym czy też, jak my, z nudlami. Świetnie zasmakuje tez po prostu ze świeżym pieczywem. 

Kapuściane curry

U nas w wersji z nudlami.

I piosenka, która teraz przemawia do mnie bardziej niż kiedyś...

These strange faces
It was only yesterday we spoke on the phone
A distant memory from all those years ago
But now I'm looking at these strange faces
And I'm not coming home


sobota, 27 września 2014

Brazylijska sałatka z jarmużem. Smakowity dodatek do wegańskiego fast foodu.

Osoby, które obserwują mojego blogowego fanpage'a wiedzą, że niedawno dotarła do mnie przesyłka z zinem, w którym znalazł się mój krótki tekst na temat weganizmu oraz kilka przepisów z bloga. Abstrahując od tego, że w druku do nazwy wkradł się błąd,  tekst napisany przeze mnie kilka ładnych miesięcy temu okazuje się być bardzo na czasie. Krytykuję w nim między innymi postawy osób będących zdeklarowanymi weganami, które uzurpują sobie prawo do decydowania o tym kto jest O.K. i zasługuje na miano "PRAWDZIWEGO" weganina, a kto tylko podąża za MODĄ i zasługuje co najwyżej na pogardę, zerkanie w wyższością i pouczanie. Piszę w nim, że czasami największymi wrogami weganizmu okazują się sami weganie, którzy na każdym kroku wytykają innym błędy mówiąc przez to, mniej lub bardziej świadomie: "ej, ty sobie nie poradzisz, to dla ciebie za trudne. WEGANIZM TO POŚWIĘCENIE".  Żadną też zachętą jest  "udowadnianie", jak trudna to ścieżka - nie do przejścia. Prawda jest taka, że NIKT nie lubi być krytykowany i prędzej czy później zwyczajnie wymięknie, odpuści. Zamiast podważać czyjąś wiarygodność otwórzmy się na innych, pomagajmy, radźmy, pokazujmy, że wybór weganizmu daje nam tyle nowych możliwości, ale przestańmy terroryzować wszystkich dookoła, bo to naprawdę nie służy niczemu dobremu. A już na pewno nie służy zwierzętom, a czy nie o to nam chodzi, aby to ich prawa były wreszcie respektowane?
Niedawno przyglądałam się krucjacie, jaką urządzono przeciwko sojowym parówkom, a konkretne przeciwko akcji #lepszyorlen zorganizowanej przez Otwarte Klatki, której celem ma być pojawienie się wegańskich hot-dogów w sieci tejże stacji. Byłam bardzo zaskoczona faktem, że parówka z bule może wywołać taką histerię, bo tego co zaczęło się dziać nie można nazwać inaczej. Mięsożercy wpadli z rozpacz, że banda "lewackich oszołomów z Otwartych Klatek" chce im ODEBRAĆ MIĘSO. Weganie opętała paranoja, że nie daj boże wegańskie parówki będą podgrzewane na tym samym opiekaczu, co mięsne i, że akcja jest głupia, bo a) powinno się stworzyć osobne stacje benzynowe dla wegan b) jesteśmy tacy PURE, że domagamy się wprowadzenia certyfikatu - Nie Leżało Obok Mięsa c) nie bo nie, zawsze jestem na nie, nic mi się nie podoba (uwielbiam!) d) chcemy, żeby stacje benzynowe wprowadziły owoce, a nie jakieś paskudne, niezdrowe parówki e) NIE wolno wchodzić w dialog z wielką korporacją, która niszczy ziemię, nawet gdyby stała się ona dzięki temu bardziej przyjazna dla świata. Mamy zasady i będziemy się ich trzymać nawet, gdy będą one przysłowiowym "strzałem w stopę" dla idei, którą przecież tak bardzo chcemy szerzyć. Chcemy, prawda?
Przeżyłam szok, jak bardzo egoistyczne jest podejście wielu wegan i tak naprawdę okazuje się, że zapominają, że najważniejsze w całej tej ideologi, postawie czy też stylu życia, nieważne do której grupy zaliczymy weganizm, są zwierzęta i ich dobro. Nie moje czy Twoje. Czasami musimy sobie schować do kieszeni nasze przekonania, czasami po prostu musimy chodzić na kompromisy, myśląc o dobrostanie zwierząt. Tym bardziej, że w moim odczuciu dobrostan zwierząt to nasz dobrostan. Zawsze zależało mi, aby nas wegan - zdeklarowanych, ale też takich, którzy żyją "po wegańsku" nie nazywając tak siebie, było jak najwięcej. Jestem zdania, że przecież im szerzej roślinne produkty i wegańskie opcje będą dostępne, tym realniejsze to się stanie. Dlatego tak, uważam, że sojowy hot-dog jest opcją, ba, nawet bardzo dobrą opcją, a zrozumie to każdy, kto bywa w trasie i czasami dopada go głód i ma ochotę na coś ciepłego, a na stacji znajduje tylko oreo i chipsy solone. I uwierzcie mi, że wówczas taki wegański hot-dog okazałby się być na wagę złota.
Wiem, że może trudno Wam w to uwierzyć, ale chciałabym, aby wegańskie opcje były wszędzie. Dosłownie wszędzie. Nawet w tych wszystkich sieciowych burgerowniach typu McDonald. Jako weganka chcę, aby mój światopogląd był respektowany i dostrzeżony w możliwie jak największej ilości miejsc. Chcę mieć wybór i chcę, aby ten wybór mieli inni. Przede wszystkim jednak chcę móc powiedzieć: "zrezygnuj z produktów odzwierzęcych, sam zobacz jakie to takie proste" i właśnie akcje typu #lepszyorlen mogą dać mi taką możliwość. Prawda?

Fajnie byłoby, aby weganie oprócz tego, że wybierają dietę roślinną rzeczywiście odżywiali się zdrowo. Tak byłoby optymalnie, ale nie każdy o to dba, nie każdy lubi i ma to tego prawo, ale jednocześnie ma też prawo do wyboru weganizmu i nie rzadko będzie on po prostu fast foodowy.

Nie raz kuszę się na wegański fast food. Robię hot-dogi, przygotowuję burgery. Czasami "od zera", czasami z półproduktów. Te, które widzicie na poniższym zdjęciu to zwykłe grahamki z pesto, rydzami i i smażoną cukinią. Nic nadzwyczajnego.


Sałatka jest bardziej wymyślna. Jest piękna, zdrowa, kolorowa. W dodatku smaczna. Ma w sobie to czego oczekuję od jedzenia. W dodatku nie znalazłam jej w żadnej wielkiej książce kucharskiej, ale recepturę podsunęła mi siostra, która wyszukała ją w angielskim magazynie "Tesco Real Food".
Choć ma brazylijskie korzenie jest to zdecydowanie zimowa sałatka, bo zarówno kapusta i marchewka, które dobrze się przechowuje, jak i jarmuż odporny na wszelkie zimno to warzywa, po które powinniśmy sięgnąć zwłaszcza, gdy znikną te wszystkie pomidory, papryki i cukinie.
Pomidorki koktajlowe można zastąpić ulubionym warzywem strączkowym. Może to być fasolka lub ciecierzyca. Opcji jest dużo i wszystko w rękach Waszej kulinarnej fantazji. :)


Składniki:
  • 400 g jarmużu, porwanego na kawałki 
  • 1/4 główki małej czerwonej kapusty, posiekanej
  • dwie marchewki, obrane i pokrojone w cienkie paski
  • 1 duże awokado, pokrojone w paski
  • 200 g pomidorków koktajlowych, pokrojonych w połówki 
  • 4 łyżki oliwy z oliwek 
  • sok wyciśnięty z 1/2 pomarańczy
  • 2 łyżki octu winnego 
  • sól i pieprz
W dużej misce na sałatkę wymieszaj jarmuż, kapustę i marchewkę. Dopraw do smaku solą i pieprzem. Wymieszaj i odstaw na chwilę, aby warzywa zmiękły . Po tym czasie wlej sok z pomarańczy, ocet i oliwę. Lekko "wmasuj" dłońmi w surówkę, co również sprawi, że kapusta i jarmuż zmiękną. Im młodszy jarmuż, tym mniej "zabiegów masowania" wymaga. ;) Odczekaj 5 minut, aby smaki się "przegryzły". Na wierzchu ułóż awokado i pomidorki.  Gotowe!



Smacznego! 

czwartek, 25 września 2014

Jaglana szarlotka bez cukru. Wegańska, bezglutenowa, idealna na śniadanie.



Przyznam się szczerze, że uwielbiam glutenowe wypieki. Dopóki nie zmusiłoby mnie do tego uczulenie nie umiałabym zrezygnować z pszennego ciasta drożdżowego, pysznych amerykanek, puszystych muffinów czy też delikatnych biszkoptów. Bardzo też lubię pszenny czy żytni chleb. 
Zależy mi jednak, aby odżywiać się jak najzdrowiej i przemycać jak najwięcej dobroci w swoim jedzeniu. Dlatego wbrew pozorom nie piekę za często, chleb stanowi u mnie raczej dodatek do dań, a nie reszta dodatek do chleba. 
Jestem jednak trochę niejadkiem i szybko nudzę się jedzeniem. Ciągle muszę wprowadzać jakieś urozmaicenia. Zdecydowanie jest jakaś dziecięca cecha, która u mnie przetrwała, a co gorsze świetnie się ma. Siostra podrzuciła mi dziś link z przepisem na na wegańską szarlotkę jaglaną z bardzo pięknego bloga Lawendowy Dom.
Muszę się przyznać, że to właśnie niewegańskie blogi są dla mnie nieustającym źródłem inspiracji, a coraz częściej dostrzegam na nich wegańskie receptury, co bardzo mnie cieszy, gdyż podejrzewam, że mają one zupełnie inne grono odbiorców (może poza nielicznymi wyjątkami) i trafiają tam inni czytelnicy czy czytelniczki, niż na stricte wegańskie blogi. 
Kiedy zobaczyłam podesłany przepis to nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości czemu takie ciasto mogłoby posłużyć, choć nazywanie go ciastem to jednak chyba za dużo powiedziane. Jest to raczej jaglana zapiekana z owocami. Otóż czasami brakuje mi pomysłów na śniadanie. Czasami czasu, aby rano je przygotować. Jednocześnie szczególną potrzebę zdrowego jedzenia odczuwam własnie rano. 
Tutaj nie znajdę dodatkowych cukrów, bo "ciasto" posłodzone jest daktylami i bananem, w środku znajduje się uwielbiana przeze mnie kasza jaglana. Ja urozmaiciłam pierwotną recepturę i wysmarowałam upieczone ciasto z wierzchu cienką warstwą masy z daktyli. Świeże owoce na wierzchu również doskonale wzbogaciłyby smak. Myślę, że fantastycznym dodatkiem mógłby być sos z owoców, takich jak maliny czy jagody. Co więcej, rzeczywiście smakuje jabłkami, które o tej porze roku są najlepsze, najbardziej soczyste i aromatyczne. 
Polecam więc na pierwsze, drugie śniadanie, natomiast nie jest to rodzaj ciasta, który podałabym znajomym do kawy i tutaj pozostanę przy bardziej słodkich smakołykach, czy to ciastach czy deserach. Obiecuję, że niebawem pojawi się przepis na zwykłe, znane nam z dzieciństwa ciastka i pobawię się trochę z comfort food, bo kto mi zabroni? ;) 


Składniki: 
  • 350 g kaszy jaglanej ( nieugotowanej) 
  • 1,3 kg kwaśnych, soczystych jabłek ( obrane z pestek i skórki, starte na tarce lub zmielone w blenderze) - dałam więcej niż w pierwowzorze, ale wolę wilgotniejszą opcję
  • 3/4 szklanki suszonych daktyli ( namoczonych przez 0,5 h w gorącej wodzie) 
  • 1 duży, dojrzały banan
  • 50 g płatków migdałowych, można zmielić na mąkę
  • 1 łyżka mielonego cynamonu. 
Składniki na masę daktylową na wierzch ciasta
  • 25 daktyli bez pestek, pokrojonych na kawałki
  • 10 łyżek mleka sojowego niesłodzonego lub wody
W blenderze umieszczamy pokrojonego banana, pół szklanki wody, daktyle i miksujmy. Do dużej miski przekładamy starte lub zmiksowane jabłka, dodajemy daktylowy sos i wsypujemy kaszę, migdały i cynamon. Mieszamy dokładnie. Przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy ( u mnie klasyczna 28 cm, ale może być nieco mniejsza 24-25 cm i wówczas ciasto wyjedzie wyższe). Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 200 st. C przez około 60-70 minut. Gotowe, lekko ostudzone ciasto smarujemy masą z daktyli, którą przygotowujemy rozgotowując daktyle w mleku sojowym (gdy płyn szybko odparuje możemy dodać jeszcze trochę mleka lub wody) i miksując masę na gładko blenderem. Gotowe! Ciasto możemy zjadać zarówno na ciepło, jak i na zimno. Smacznego! 

wtorek, 23 września 2014

Kukurydziany chowder, czyli pyszna i sycąca zupa na początek jesieni...

Chciałam Wam coś napisać, czymś dobrym się podzielić. Jakieś myśli, jakieś przeżycia, ale jestem teraz w takim punkcie życia, że nie potrafię tego dobrze ująć w słowa. Może najlepszy w tym przypadku byłby po prostu znak zapytania. Moje życie to teraz jeden wielki pytajnik. Czuję, że brakuje mi słów, aby móc powiedzieć co dzieje się w mojej głowie. Czas zmian i przemian. Z jednej strony czuję koszmarne przerażenie i zastanawiam się, jak to się ułoży. Z drugiej ekscytację, bo przecież mogę tyle zacząć od nowa. Nowe miejsce, dom, ludzie. Nowa praca. Nowe pomysły, plany i marzenia. Serce zaczyna bić mocniej, bo czuję, że wiele będzie zależeć ode mnie. Dawno nie byłam w takim punkcie życia, nawet w sumie nie wiem czy kiedykolwiek... 
Jesień, jesień. Będzie psychicznie trudniej. Wiem to, ale jednocześnie wiem też, że wieczory z kubkiem herbaty i ciepłym ciastem jednej dłoni i książką czy podręcznikiem, gazetą w ręce oznaczają dobro. One też są potrzebne i doceniam ten czas. 
 

Jesień zaczęła się pełną parą. Nie tylko w kalendarzu. Zrobiło się zimniej i to jest TO zimno. Inne niż w lipcu, sierpniu czy nawet na początku września. Sprawia, że myślę już o butach za kostkę, płaszczu, czapce, a nawet rękawiczkach, bo marzną mi ręce na spacerze z Malaiką. 
Miałam plan, aby wrzucić tu kilka fajnych przepisów na słodkie, na sałatkę, na inne cuda na kiju, ale zimno, jakie poczułam rano, po wyjściu z domu sprawiło, że bardzo zapragnęłam gęstej, gorącej zupy. Pomyślałam: "Chowder". Jest to zupa wyjątkowo popularna w krajach anglosaskich i choć pierwotnie jest raczej totalnym przeciwieństwem wegańskiego dania, bo gotowana z ryb lub owoców morza, z zasmażką, mlekiem, to jednak jest mnóstwo wersji tej zupy w wersji roślinnej. Wiele przepisów opiera się właśnie na kukurydzy, więc i ja uczyniłam ją głównym składnikiem mojej. Oczywiście moja przygoda z tym daniem rozpoczęła się od przejrzenia propozycji Isy Chandry Moskowitz, a następnie uprościłam jej przepis, modyfikując ilość składników według własnego pomysłu i wyszło takie cudo. Gęste, sycące, rozgrzewające. Na jesień. 


Przepis jest fajny i można go dowolnie modyfikować. Zimą użyć tylko warzyw korzeniowych. Świetnie pasowałyby też ziemniaki. Jeżeli nie będzie już świeżej kukurydzy to może być mrożona, albo nawet z puszki, ale wówczas należy dodać ją pod koniec gotowania warzyw. 
Mam już inne pomyły na ten rodzaj zup, więc jeszcze wrócę do Was na blogu z miską pysznego, sycącego dania. Tym bardziej, że zaraz zacznie się praca, a to oznacza, że czasu na gotowanie będzie mniej, a dania, które nadają się do odgrzania, czyli wszelkiego rodzaju zupy i jednogarnkowce docenię szczególnie. 



Składniki:
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1 szklanka posiekanej w piórka szalotki 
  • 1 czerwona papryka, pokrojona w kosteczkę
  • 4 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • 1 łyżka świeżo startego imbiru 
  • 1/4 łyżeczki płatków chili, może być więcej jeżeli bardzo, bardzo lubicie ostre jedzenie
  • 1 mała cukinia, pokrojona w cienkie paseczki 
  • 4,5 szklanki świeżej kukurydzy, ziarna kukurydzy z mniej więcej dwóch kolb 
  • 4 szklanki bulionu warzywnego 
  • 3 łyżki mąki kukurydzianej 
  • 1 marchewka pokrojona w cienkie plasterki 
  • 1 - 1,5 łyżeczki proszku curry 
  • 400 ml mleka kokosowego
  • ew. sól, pieprz do smaku
  • sok z 1/2 limonki 
  • coś zielonego do posypania, może być pietruszka lub kiełki ( jak u mnie), a najlepiej świeża kolendra 
W dużym rondlu rozgrzewamy olej i wsypujemy szalotkę oraz paprykę. Dusimy około 4 minut, a następnie dodajemy czosnek, imbir, płatki chili i dusimy kolejną minutę, Następnie wsypujemy ziarna kukurydzy, cukinię i marchewkę, dodajemy curry, łączymy, aby równomiernie pokryło warzywa w garnku i dusimy kolejne 3 minuty, mieszając raz po raz. Zalewamy 3-3,5 szklankami bulionu i gotujmy na małym ogniu pod przykryciem przez około 20 minut. Pozostały bulion mieszamy z mąką kukurydzianą. Po około 15 minutach gotowania dolewamy miksturę z mąki kukurydzianej, gotujemy pozostałe 5 minut. Wyłączamy. Lekko chłodzimy. Dwie chochle zupy przekładamy do kielicha blendera, wlewamy puszkę mleka kokosowego i miksujemy na gładko. Wlewamy do pozostawionej w rondlu zupy. Dodajemy sok z limonki. Mieszamy, wlewamy do miseczek. Podajemy posypane kolendrą ze świeżym pieczywem.
Smacznego! 



Znacie tę piosenkę. Teraz posłuchajcie innej wersji. :)


niedziela, 7 września 2014

Bezglutenowe wegańskie pankcakes. Amerykańskie naleśniki w wersji zdrowszej. Równie smacznej.

Po przerwie, podczas której zajęłam się recenzowaniem, wracam do Was z nowym przepisem. Moje, subiektywne opinie na temat różnych miejsc jeszcze pojawią się na blogu nie raz, ale mam w zanadrzu tyle pomysłów do zrealizowania, że muszę się też zająć gotowaniem. Wprawdzie może to być nieco utrudnione przez WIELKIE życiowe zmiany, które właśnie się dokonują, a których boję się tak samo, jak się nimi cieszę. Tak czy siak, będzie fajnie i zabawnie, będę się dużo uczyć, gotować, jak w amoku jak zwykle, spotykać ludzi (może bardziej mijać ludzi, bo moje relacje interpersonalne chyba ostatnio bardziej na tym polegają ;)), szlajać się po wege knajpach, pstrykać foty, pisać bloga i coś jeszcze. Będzie dużo muzyki, książek, spacerów, rowerów. Zawsze jednak aktualizuję fanpage Hello Morning i zachwycam się światem wokół przez Instagram, więc tam zapraszam, tam mnie znajdziecie. Co za szczęście, że mamy smartfony... ;)

Z bezglutenowym jedzeniem jestem raczej na bakier. Wiadomo, że jem jaglankę czy gryczaną w rozmaitych wariantach. Zazwyczaj w formie obiadu, ale desery na bazie kasz, orzechów i ziaren też się pojawiają tu i ówdzie, ale głownie dlatego, że są po prostu pyszne, a nie ze względu na brak glutenu. Nie piekę bezglutenowych ciast, bo podjęłam się raz - nie wyszło i mi się odechciało, choć czasem bawię się w te na surowym spodzie z suszonych owoców i orzechów. Pancakes zazwyczaj przygotowuję na mące pszennej pół na pół białej i razowej, ale ostatnio napadała mnie ochota na odmianę. Chciałam zjeść coś, co będzie zarówno pyszne, jak i nieco bardziej odżywcze. Oczywiście takie rzeczy zdarzają mi się zawsze wtedy, kiedy nie jestem na to przygotowana. Przejrzałam jednak solidnie zawartość szafek oraz szuflad i stworzyłam takie oto cudo. 


Podałam je z powidłami śliwkowymi i jabłkami. Polałam oczywiście syropem klonowym, bo co to za pancakes bez tego syropu... Pyszne, zdrowe, odżywcze. Na śniadanie w sam raz. 


Tak więc mam za sobą próbę smażenia bezglutenowego. Pancakes wyszły ekstra, więc kolejnym wyzwaniem będą klasyczne, duże cienkie naleśniki w stylu francuskim. Internet już biegnie do mnie z pomocą, więc pewnie też wyjdą, jak marzenie. Chyba z jakimś konkretnym farszem w warzyw je podam...?  Na obiad?  Jak czas pozwoli i należyty apatyt wróci ... 
Tymczasem zostawiam Was z przepisem na te urocze placuszki i życzę miłej niedzieli. 



Składniki:
  • 1/2 szklanki kaszy gryczanej niepalonej ( zmielić w młynku do kawy na mąkę)
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej ( zmielić w młynku do kawy na mąkę)
  • 2 łyżki siemienia lnianego, zmielić
  • 2 łyżki płatków migdałowych, zmielić
  • 3 łyżki mąki kukurydzianej 
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej 
  • 1 łyżka oleju 
  • 1 szklanka mleka ryżowego waniliowego albo innego roślinnego
  • 1 szklanka wody mineralnej gazowanej ( może być też niegazowana, zwykła, jeżeli nie macie) 
  • 1 łyżka syropu klonowego 
  • do podania: powidła, świeże owoce, syrop klonowy 
W misce mieszamy suche składniki. w drugiej mokre, a następnie dodajemy całą zawartość do miski ze suchymi składnikami. Mieszamy, a następnie przez chwilę bledujemy ręcznym blenderem. Ciasto będzie dość rzadkie. Na rozgrzaną delikatnie spryskaną olejem patelnię, najlepiej taką do naleśników, bo jest płytka i łatwo obraca się placki,  nakładamy po około dwie łyżki ciasta. Ja robię to na oko, bo ładniejsze placki wychodzą, gdy nalewam na patelnię masę bezpośrednio z pojemnika, w którym przygotowywałam ciasto. Smażymy naleśniczki z obu stron na złoty kolor. Jednorazowo powinny się zmieścić 4-5 na patelni. Układamy je na sobie tworząc wieżę placków, na wierzchu zdobimy powidłami i jabłkami, polewamy syropem klonowym i zajadamy popijając do tego pyszną, czarną kawę. Hello Morning!
Smacznego! 




A teraz leniwie snujemy się po domu w rytm muzyki, popijając kawę, nucąc i kręcąc biodrami... Nawet, gdy są tak szczątkowe, jak moje ;) 


wtorek, 2 września 2014

Miejsca w Poznaniu - miXtura vege cafe.


 

MiXtura vege cafe to kolejne miejsce, które wrzucam na moją poznańską mapę knajp z wegańskim jedzeniem.  Jest stosunkowo nowa, bo nawet jeszcze nie skończyła roku, ale od niemal początku cieszy się dużym zainteresowaniem. Mieści się w lokalu po dawnej Ekowiarnii, ale całkowicie różni się od poprzedniczki, zarówno wystrojem, jak i menu. Przez moment bywałam w miXturze przynajmniej raz w tygodniu, bo stała się miejscem spotkań Vegan Hooligan Crew przed wakacyjną przerwą. Jest na tyle dużą przestrzenią, że zawsze było gdzie usiąść i pogadać. Wakacje to rozjazdy, więc z raz w tygodniu zamieniło się na raz w miesiącu.  
Zacznę od lokalizacji. MiXtura znajduje się w Pasażu Apollo, a to oznacza i niewtajemniczonym podpowiadam, że jest w centrum miasta. Nie gwarantuje to jednak, że zabłąkany turysta trafi tam bez problemu. Choć, gdy uda nam się zlokalizować owy Pasaż, idąc od ulicy Ratajczaka bądź Piekar, nie powinno być już większych kłopotów z trafieniem, gdzie trzeba. 
MiXtura sąsiaduje z kinem Apollo i może poszczycić się całkiem pokaźnym tarasem, na którym teraz - w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym - możemy przycupnąć na meblach zbudowanych między innymi z europalet czy krat po napojach. 
Wnętrze również jest dość spore, więc pozostawia niezłe pole do popisu twórczym umysłom. Dzięki temu mogłyby się tam odbywać drobne spotkania, pokazy, wernisaże czy koncerty, na które właściciele lokalu są szczerze otwarci, o czym przekonało się VHC organizując tam "Słodką MiXturę", czyli weekendową cukiernio-kawiarnię będącą benefitem na Otwarte Klatki. Notabene, chyba była to najlepsza i najskuteczniejsza impreza w historii naszej grupy. 

Wnętrze urządzone jest raczej w minimalistycznym stylu - dość surowo, bazując trochę na recyklingu, trochę na D.I.Y. Menu rozpisane na pomalowanej kredową farbą ścianie, a na półkach znajdziemy spory wybór niszowych piw i rozmaitych niekorporacyjnych napoi chłodzących takich, jak kola czy mate. Może nie jest tu bardzo spójnie, ale generalnie  wpisuje się w obecnie panujące trendy, więc jest dobrze. 




Czego spróbujemy w MiXturze? Menu chyba i tu, zgodnie z panującymi trendami - w każdym razie w Poznaniu, jest raczej mało rozbudowane. Do wyboru mamy trzy burgery - jaglany, buraczany i wiośniak z brokułem,  frytki z selera z majonezem roślinnym, danie i zupę dnia oraz ciasto. Dla mnie jedzenie w miXturze ma pewną wadę. Otóż jest nierówne. Nawet, gdy zamawiam dokładnie to samo, jak np. burgera to raz smakuj dobrze, a raz średnio. Podejrzewałam, że to coś ze mną jest nie tak, ale słyszałam takie zdanie od kilku znajomych, więc coś chyba jest na rzeczy.


Zacznę od burgerów.  Serwowane są w żytniej bułce, która choć bardzo smaczna jest dość kłopotliwa przy jedzeniu. Głównie ze względu na wysokość, a już zwłaszcza, gdy zostanie zbyt mocno spieczona lub zamówimy opcję XL. Jeżeli nieodpowiednio do niej podejdziemy całe wnętrze może znaleźć się poza pieczywem, w najlepszym wypadku na talerzu, a nie na nas. Niektórzy są zdania, że burger, którym się nie upaprzesz to nie burger, więc może tak być musi. Choć ja sama lubię takie bułki do burgerów, które da się "zgnieść" przy jedzeniu- miękkie i słodkawe. Dla zainteresowanych dodam, że jest możliwość zamówienia burgera w bułce bezglutenowej, a to jest bardzo na plus przy obecnie panującej modzie na GF. Mocną stroną burgerowych kotletów jest fakt, że są pieczone, a nie smażone. Podawane z wegańskimi sosami i świeżymi warzywami, z możliwą opcją sera wegańskiego za niewielką dopłatą. Burgery są według mnie takie "domowe", co niektórzy cenią, a inni trochę ponarzekają, bo choć burger kojarzy się raczej z fast foodem, tym mixturowym jest bliżej jednak do slow foodu. Mi to  pasuje, wszystkich jednak tym nie zadowolimy.
MiXtura stricte wegańska nie jest, więc pamiętajmy o tym, zamawiając burgera, bo istnieje też opcja sera odzwierzęcego i na wszelki wypadek przypomnijmy, że prosimy o wersję vegan. 
Ja najczęściej kuszę się na jaglanego, bo buraczane mi się lekko przejadły (teraz naprawdę są już wszędzie, bo takie smaczne i proste w przygotowaniu, a poza tym robiłam je najczęściej w domu, a w knajpie wolę wybrać coś, czego sama nie gotuję, bo mi się nie chce). Z wiośniakiem jakoś się nie zaprzyjaźniłam. Nie wiem. Chyba ta nazwa. 


Dania dnia jadałam kilka razy, jednak nigdy nie miałam szczęścia trafić na coś, co naprawdę mnie zachwyciło. Ze względu na to, że menu jest zmienne to bardzo trudno wypowiadać na jego temat. Wszystko zależy zapewne od tego na co traficie, co lubicie, a i pewnie o jakiej porze dnia je jecie. Ja jestem koszmarnie wybredna i krytyczna. Wynika to po części z tego, że sama sporo gotuję,a w dodatku apetyt rośnie w miarę jedzenia i z biegiem lat rosną też nasze wymagania wobec tego, co nam serwują. To co jeszcze kilka lat temu zachwycało, dziś niekoniecznie kupujemy. Wydaje mi się, że jestem też bardziej krytyczna, jeżeli chodzi o wege miejsca, bo wiem, że mogę od nich oczekiwać więcej niż od przeciętej knajpy.
Najfajniejszą propozycją, jaką widziałam w miXturze była pizza na jaglanym spodzie, natomiast ostatni raz, kiedy skusiłam się na danie dnia jadałam ryż z kokosem, tempeh w cytrynowej marynacie, grillowanego ananasa i jakąś surówkę do tego, ale niestety danie było suche i pomimo ciekawie brzmiącego połączenia smaków zniechęciło mnie. Potem nawet zastanawialiśmy się czy nie zapomnieli polać go sosem, bo na FB danie to było czymś polane, natomiast moje nie. Może jakiś wypadek przy pracy, może sos się skończył. W końcu praca w gastronomi to niezła orka i zdarzają się wpadki.
Wydaje mi się, że czasami w daniu pojawiał się jakiś dodatek czy przypawa, za którą akurat ja nie przepadam, ale ktoś inny może kochać i dlatego nie trafiały w mój kulinarny gust. Dla mnie dania w miXturze są trochę przekombinowane, bo choć cenię innowację w kuchni, co chyba widać po blogu, to uważam, że aby je wprowadzać trzeba mieć niemało doświadczenia i pomysłowości. Myślę, że silenie się na oryginalność jest tutaj głównym problemem, a jednocześnie jakąś próbą powielania innych. Ja czekam na coś, co mnie zaskoczy, na coś nowego. Nie twierdzę, że wzorowanie się jest czymś złym, ale to nie uczyni tej knajpy kultową, a myślę, że miałaby takie aspiracje i ma ku temu potencjał. Na miejscu miXtury, wzorców szukałabym poza granicami Poznania. Zastanowiłabym się czego w mieście jeszcze nie ma i na to postawiła. Może po prostu nastawić się na burgery? Zacząć wypiekać samodzielnie bułki i co kilka miesięcy odświeżać menu? Kilka dużych polskich miast ma już swoje miejsca - wegańskie burgerownie? Zdrowy, solidny fast food wszędzie jest mile widziany.

Większość potraw - dań dnia -  zawiera trzy składowe i zazwyczaj znajdzie się tam coś surowego, a to zawsze doceniam, bo ostatnio jadłam w jednej z wrocławskich knajp zestaw, w którym zabrakło tej "surowizny", a bardzo lubię coś świeżego, orzeźwiającego, zwłaszcza w wyrazistych, indyjskich czy arabskich potrawach. Wrócimy jednak do miXtury - dania są spore, więc spokojnie się nimi najecie, a nawet mogą okazać się za duże, jeżeli nie jesteście łakomczuchami, jak ja. Zainteresowanych odsyłam na fanpage miXtury, gdzie w miarę regularnie aktualizowane jest menu, niejednokrotnie z prezentacją dania dnia bądź ciasta.

Kolejną stałą częścią menu są frytki z selera, które może dla nas, wegan nie są jakąś specjalną nowością, ale do tej pory nigdzie w Poznaniu nie serwowano ich na stałe, a dla przypadkowych osób, które trafiają do miXtury mogą okazać się świetną odmianą od ziemniaczanych. Można zjeść zestaw składający się z buraczanego burgera z selerowymi frytkami, a to dla zabłąkanego tam mięsożercy może okazać wielkim odkryciem, a najlepiej zmianą podejścia do życia i odrzucenie mięsa ;) Do frytek podawany jest majonez sojowy i jedyne, co bym w nich zmieniła to ilość soli. Są ciut za słone. 


Oprócz tego w menu znajdują się mikstury, od których zapewne pochodzi nazwa miejsca, czyli soki, tudzież smoothies warzywno-owocowe, które możecie skomponować według własnego uznania, smaku, nastroju. Znajdą się też tu rozmaite wegańskie ciasta. Z reguły jedno do wyboru. Czasem też pojawią się jakieś roślinne desery. Jest też oczywiście kawa, herbaty w imbryczkach, opcja mleka sojowego, a dla tych, co wolą bez kofeiny znajdzie się zbożowa Inka.

Podsumowując, miXtura jest miejscem, gdzie wyskakuje się na nieoficjalny lunch, czyli mogę iść tam na burgera z mamą czy tatą, kiedy jesteśmy w mieście i trzeba przegryźć coś wegańskiego, przyjaciółką czy chłopakiem, spotkać się z ekipą VHC, ale raczej jakbym miała ochotę lub potrzebę elegancji, szukałabym czegoś bardziej oficjalnego to raczej musiałabym celować gdzie indziej. Ponadto pomimo, że burgery wydają się być totalnym fast foodem, w zależności od liczby gości czasami trzeba sobie trochę poczekać na jedzenie. Zawsze można wówczas sięgnąć po książkę na mixturowej półce, pogawędzić z osobą towarzyszącą czy też poserfować po sieci, korzystając z dostępnego dla gości WiFi. (Ja kiedyś nawet dla zabicia czasu zabrałam sobie Scrabble i rozegrałam rundkę, czekając na jedzenie ;) )
Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest przestrzeń. Może brakuje tam nieco spójności i sprawia wrażenie niewykończonej - jakby w trakcie zabrakło pomysłu,  ale myślę, że to kwestia czasu, aby i tu postawiono taką kropkę nad "i". Na pewno ma potencjał i mam nadzieję, że będzie się rozwijać i rosnąć w siłę.

Czy warto zaglądać do miXtury? Myślę, że jak najbardziej. Ja sama będąc w Poznaniu będę tu czasem wpadać z miłą chęcią i patrzeć, jak się rozwija.

Dodatkową zaletą  miXtury jest możliwość przyjścia tam ze swoim pupilem. Ja Malaikę zabieram, gdzie się da, bo lubimy się socjalizować i każda "dog-friendly" knajpa ma u nas dodatkowy plus. 


Jako weganka oczywiście miałabym takie życzenie, aby stało się ono w 100 % miejscem serwującym kuchnię roślinną. Jak widać na przykładzie innych wegańskich miejsc w Poznaniu jest to zarówno wykonalne, a przede wszystkim cieszy się niegasnącym zainteresowaniem.  
MiXtura? GO VEGAN! :)