niedziela, 20 lipca 2014

Gazpacho z arbuza, czyli wytrawny chłodnik arbuzowy.

Kiedy trzymam w rękach okrągłego, wielkiego arbuza przychodzi mi na myśl lekcja wuefu, której tematem przewodnim był rzut piłką lekarską... Wbrew pozorom bardzo to lubiłam. Owszem, byłam raczej małym pamperkiem, drobną, chudą i kościstą małą dziewczynką, ale przy tym miałam w sobie bardzo dużo siły i dlatego zawsze daleko oraz wysoko skakałam, więc żadne skrzynie, kozły, skoki w dal i wzwyż nie były mi obce, a na dodatek miałam rozmach w rzucie piłką lekarską. Śmiesznie to musiało wyglądać, bo pewnie sprawiałam wrażenie, jakbym miała polecieć razem z tą piłką... 
No dobrze, ale powstrzymam dopadającą mnie nieraz chęć, aby rzucić sobie tak takiego arbuza, niczym piłkę, a zamiast tego zrobię arbuzowe gazpacho, które chodzi już za mną od lat, ale jakoś nie udało mi się go jeszcze przygotować. Wreszcie nadarzyła się okazja, w dodatku lato ciepłe i słoneczne zachęca do robienia chłodników, a ja, jako wielka arbuzożerczyni musiałam się skusić w końcu na tę opcję. 


Składniki:

  • 1 kg miąższu arbuza ( bez skóry, odpestkowany) 
  • 5 malinowych, mięsistych pomidorów, obranych ze skórki  
  • 5 łyżek mielonych migdałów
  • 2 cebule
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki octu winnego 
  • 4 łyżki oliwy z oliwek 
  • sól i pieprz do smaku 
  • świeża bazylia do posypania 
800 g miąższu arbuza, cztery pozbawione skóry i szypułek pomidory, migdały, czosnek przeciśnięty przez praskę, umieszczamy w naczyniu i przy pomocy blendera mielimy. Dodajemy oliwę, ocet, sól i pieprz do smaku. Pomidora, pozostały miąższ arbuza oraz cebule kroimy w kosteczkę. Dodajemy do płynnej części naszego gazpacho. Chłodzimy przez minimum godzinę w lodówce. Podajemy posypane świeżą bazylią i zagryzamy czosnkowo-ziołowymi grzaneczkami. Pycha! 


A teraz tańczymy w basenie ;) 


sobota, 19 lipca 2014

Kruche kakaowe ciacho z budyniem lawendowym i agrestem.


Wypad na wieś zawsze wiąże się z gotowaniem. Nawet, gdy obiecuję sobie pilną naukę do LEKu, trudno oprzeć mi się pokusie przygotowania czegoś pysznego z dostępnych w ogrodzie rodziców warzyw, ziół i owoców. Czasami myślę, że powinnam cofnąć się do starych przepisów, porobić nowe zdjęcia, odświeżyć posty i przypomnieć o nich na moim FACEBOOKU, bo to naprawdę pyszne jedzenie, ale często nie udało mi się tego pokazać na fotografiach. Jednak głowa ciągle pełna nowych pomysłów, inspiracje płyną zewsząd, więc zamiast oglądać się wstecz przygotowuję nowe smakołyki. Tym razem tarta, bardzo mocno kakaowa ze słodkim, waniliowo-cytrynowo-lawendowym jaglanym wnętrzem przełamanym kwaśnym agrestem. Bardzo wakacyjne, letnio. Najlepiej smakuje w ogrodzie rodziców, ale wszędzie indziej też będzie pyszne. 
Wiem, że muszę sobie teraz nasuszyć mięty i lawendy, a będzie jak znalazł w jesienią i zimną. Będę pić herbaty i piec lawendowe ciasta. Jesienią i zimną zacznę pracę w szpitalu, więc łakocie przypominające o lecie będą, jak znalazł, aby ulżyć mi w tych pewnie całkiem stresujących chwilach, kiedy wszystko i wszyscy będą dla mnie nowi. 







Składniki na budyń lawendowy :
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej, przepłukanej wodą
  • 3 szklanki mleka roślinnego 
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią. 
  • 2/3 szklanki brązowego cukru, lub więcej do smaku
  • 3 łyżki delikatnego oleju o neutralnym smaku
  • sok wyciśnięty z połowy cytryny
  • skórka otarta z całej cytryny
  • kwiatki z pięciu kwiatostanów lawendy
  • dodatkowo 2 szklanki agrestu
Do rondelka z grubym dnem wsyp kaszę, cukier, olej, skórkę i sok z cytryny i lawendę, wszystko zalej mlekiem i gotuj na minimalnym ogniu, co jakiś czas mieszając, aby kasza nie przywarła. Kiedy kasza wchłonie większość mleka i będzie bardzo miękka, zdejmij ją z ognia i zmiksować ręcznym blenderem na gęsty budyń.

Składniki na ciasto: 
  • 3 szklanki mąki
  • 2/3 szklaki kakao
  • 1 i 1/3 szklanki cukru pudru
  • 1 szklanki zmrożonego oleju ( tak około godziny czy dwóch trzymanego w zamrażarce minimum, im dłużej tym lepiej w sumie, może być płynny, a może już przyjmować stałą konsystencję - np. po nocy w zamrażarce. Musi być lodowaty!) 
  • 6 łyżek mleka roślinnego 
Składniki połączyć i ugnieść z nich jednolite ciasto. Włożyć na około godzinę do lodówki. Podzielić ciasto. 2/3 wyłożyć w foremce do tarty wyłożonej papierem do pieczenia. Tartę wypełnić budyniem lawendowym i agrestem. Wierzch posypać 1/3 pozostałego ciasta, pokruszonego lub startego.  Piec około 45-50 minut w temp. 180 st. C. Gotowe posypać cukrem pudrem. 








Bardzo lubię ostatnimi czasy ten numer: 


piątek, 18 lipca 2014

Pieczony kalafior z salsą pomidorowo-truskawkową

Kończą się truskawki. Czas ucieka i sezonowe owoce i warzywa znikają w okamgnieniu. W niektórych regionach Polski pewnie już ich nie ma. Ja wczoraj dorwałam jeszcze na lokalnym ryneczku, w dodatku za 3,5 za kilogram. Owszem malutkie, ale za to bardzo intensywnie pachnące i słodkie. To pewnie ostatni raz z truskawkami w tym roku, bo choć pewnie pojawią się jeszcze jesienią, jak to ma miejsce od kilku lat, to jednak nie będzie to już to samo... Żegnam się w truskawkami w sposób nietypowy, bo nie pulchnym ciastem ani słodką truskawkową pianką, a bardzo aromatyczną i letnią salsą, która stała się dodatkiem do pieczonego kalafiora.





Pieczony kalafior:
  • 1 mały lub połowa dużego kalafiora
  • 2-3 łyżki oliwy 
  • ostra i słodka papryka
  • kurkuma 
  • czarnuszka 
  • sól, pieprz 
  • 3 ząbki czosnku, lekko rozgniecione 
  • kilka gałązek świeżego tymianku
Piekarnik rozgrzać do 200 st.C. Kalafior podzielić na różyczki, wymieszać z oliwą, paprykami, solą i pieprzem. Celowo nie podaję ilości użytych przypraw, aby każdy dodał ich według własnych preferencji. Umieścić w naczyniu żaroodpornym. Pomiędzy różyczkami ułożyć ząbki czosnki i tymianek. Zapiekać przez 30-35 minut. W połowie pieczenia różyczki obrócić, zamieszać. Podawać z pomidorowo-truskawkową salsą.



Salsa pomidorowo-truskawkowa:
  • 3 pomidory malinowe
  • 150 g truskawek 
  • łyżka liści oregano 
  • łyżka posiekanych liści mięty 
  • łyżka posiekanej natki 
  • 1 mała cebula 
  • sól, pieprz do smaku 
  • łyżka oliwy 
  • sok z połowy cytryny 
Pomidory, truskawki, cebulkę pokroić w drobną kostkę. Dodać posiekane zioła, przyprawy, sok z cytryny i oliwę. Podawać z pieczonym kalafiorem. 

czwartek, 17 lipca 2014

Pierogi z borówkami amerykańskimi, lawendą podane z sosem miętowo-czekoladowym

Nie ma lata bez pierogów. Nie ma i już. Pierogi lepię ze starszymi siostrami, z mamą, z dzieciakami moich sióstr. Lepimy dużo, bo rodzina iście włoska (duża, głośna i czasami wydaje mi się, że wystarczy, że kichnę w Poznaniu, a moja siostra w Sheffield natychmiast o tym wie ;)), a takie kluchy z owocami znikają w okamgnieniu. Rok temu Mama zrobiła wersję z uzbieranymi w lesie jeżynami i to też było super. W tym roku przygotowałam już raz pierogi z jagodami z kimś bardzo bliskim. Ale to było w Poznaniu, jagody były kupione na rynku, a to nie to samo, co zabrane własnoręcznie w pobliskim lesie. Robiliśmy je na śniadanie, polaliśmy z jogurtem sojowym i posypaliśmy świeżymi owocami. Pychaaaa.... i tak powinno się jeść w każdą wakacyjną niedzielę. Na wsi natomiast skusiłam się na coś oryginalniejszego. Zainspirowana przez dziewczyny z WYPAS'u zrobiłam ciasto z dodatkiem ogrodowej lawendy, owocowe wnętrze stanowiła borówka amerykańska, którą Mama dostała w prezencie, ale "wisienką na torcie" stał się sos miętowo-czekoladowy.  Zazwyczaj jadam pierogi owocowe z sojowym jogurtem, "śmietanką" z jakiś orzechów czy pestek lub ryżową albo po prostu jakąś fajną oliwą i trzcinowym cukrem, ale tym razem pomyślałam, że muszę wymyślić coś oryginalniejszego i tak na stole pojawił się miętowy sos. Nada się nie tylko do pierogów, ale będzie stanowił świetny dodatek do wielu letnich deserów.
Oczywiście borówkę możecie zastąpić jagódkami lub malinami i będzie równie pyszne, jak nie pyszniejsze. 


Składniki na pierogi ( około 80 sztuk): 
  • 6 szklanek mąki pszennej
  • 2 szklanki bardzo ciepłej wody
  • 4 łyżki oleju
  • 1,5 łyżeczki soli 
  • 5-6 łyżek kwiatów lawendy
  • ok.600 g borówek amerykańskich, można zastąpić innymi letnimi owocami
Wszystkie składniki, poza owocami umieszczamy w misce i ugniatamy z nich gładkie, elastyczne ciasto. Dzielimy je na 3 części. Dwie pozostawiamy w misce, przykryte ściereczką, a pozostałe ciasto wałkujemy na stolnicy oprószonej mąką, wycinamy szklanką koła, które nadziewamy owocami, sklejamy i układamy na oprószonej mąką tacy i przykrywamy ściereczką, aby nie wyschły. Podobnie postępujemy z pozostałym ciastem. 
Pierogi gotujemy we wrzącej, osolonej wodzie z odrobiną oleju. Odsączamy. Podajemy z owocami i miętowo-czekoladowym sosem. 

Składniki na sos miętowo-czekoladowy do pierogów i deserów: 
  • 6 łyżek posiekanych liści mięty
  • sok wyciśnięty z dwóch dużych cytryn 
  • 6-8 łyżek cukru pudru
  • 6 łyżek startej gorzkiej czekolady o wegańskim składzie
Miętę, sok z cytryny i cukier blendujemy. Przelewamy do miseczki i mieszamy ze startą czekoladą. Trzymamy w lodówce, aby czekolada nie zaczęła się rozpuszczać pod wpływem temperatury. Gotowe. 




:)

wtorek, 15 lipca 2014

Serniko-brownie z serkiem jaglanym i owocami leśnymi.


Wegańskie brownie piekłam wielokrotnie, choć tak naprawdę, wbrew pozorom upiec dobry wegański odpowiednik tego ciasta wcale nie jest prosto, bo bardzo często wychodzi zwykłe ciasto czekoladowe. W końcu brownie nie powinno być puszyste, ale raczej takie zakalcowate, a taki zamierzony efekt nie jest prosty do osiągnięcia... Jedno z moich ulubionych jest autorstwa mojej guru wegańskiego gotowania, a chodzi oczywiście o brownie dyniowe, które pojawiło się na blogu w zeszłe wakacje. 
Tym razem skusiłam się na całkiem nową wersję. Co prawda od bardzo dawna widziałam niewegańskie pierwowzory w wielu miejscach, jednak sama nie podjęłam wcześniej próby zrobienia takiego czegoś w roślinnej wersji. Bardzo zainspirowałam się ciastem, które robiła Wegan Nerd, ale ciągle coś stawało mi na drodze, aby je upiec. Jakiś czas temu na Facebooku jednej z wege knajp z Poznania - Mavi Kus widziałam zdjęcie sernikobrownie z serkiem z kaszy jaglanej i z czereśniami, ale nie udało mi się tam dotrzeć, aby spróbować, ale był to impuls, aby wreszcie zrobić takie ciacho w domu. Tak naprawdę, choć miejsce to działa w Poznaniu od maja, jeszcze mnie tam nie było, ale pewnie poprawię się niebawem i przygotuję własną recenzję na bloga. Przyznaję się, że odkąd jest WYPAS pod nosem, nie mam za dużo powodów, aby przekraczać granicę Ronda Kaponiera i moje życie w Poznaniu sprowadza się do Grunwaldu i Jeżyc. 

W wakacje z kolei dużo czasu spędzam u rodziców. Życie na wsi ma jedną WIELKĄ zaletę. Pod nosem może nie ma wegańskich knajp, ale jest las, a las to bogactwo. Są owoce, grzyby i zioła. Krótki wypad rowerem i wracam z kilkoma garściami jagód, malin i poziomek, które pachną jak marzenie. Poziomki, zbierane i nawlekane na trawę, tworzące pachnące, czerwone, owocowe korale to jedno z moich wspomnień z dzieciństwa. Gdy o nim myślę, to widzę jaką sielankę zafundowali mi rodzice wynosząc się z Poznania na wieś. Dzięki temu nie siedziałam w mieszkaniu czekając kiedy rodzice wrócą z pracy, nie biegałam po podwórku kamienicy i nie bawiłam się pomiędzy blokami, ale miałam bardzo dużo kontaktu z przyrodą. Moją codziennością były łąki, lasy i jeziora. W miarę dorastania męczyło mi dojeżdżanie do szkół, moich rodziców dowożenie nas na rozmaite zajęcia pozalekcyjne, ale pewnie i tak poświęcaliśmy temu mniej czasu, niż wiele osób żyjących w wielkich miastach, które najwięcej czasu spędzają w korkach i tracą cenne godziny na przemieszczanie się. 
A ja, gdy myślę o wsi, o lecie, które spędzało się między drzewami, polami i w ogrodzie, o tym, że obiady to na przemian zupy jagodowe, pierogi z jagodami i kurki na rozmaite sposoby. O jesieni, kiedy co piątek wyjeżdżaliśmy na grzyby, a potem jedliśmy kanie w panierce na kolację. Zima to z kolei sanki na pobliskich górkach i kuligi. W moim przedszkolu i podstawówce mieliśmy grupowy i klasowy ogródek w warzywami. Były klasowe wypady na grzyby, na kuligi. 
Z obecnej perspektywy bardzo doceniam ten czas. Dzięki temu moje dzieciństwo przypominało to opisane w moich ulubionych szwedzkich książkach dla dzieci. Myślę, że ten czas miał na mnie większy wpływ niż cokolwiek innego. Ten kontakt z przyrodą mocno mnie uwrażliwił i sprawił, że wciąż mnie ciągnie między lasy, łąki i jeziora.



Wrócimy jednak do brownie i przepisu. Baza na część czekoladową czerpałam od Wegan Nerd.




Składniki na masę jaglaną ( tradycyjnie czerpane od Jadłonomii)
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej, przepłukanej wodą
  • 3 szklanki mleka roślinnego ( u mnie owsiane) 
  • 2/3 szklanki brązowego cukru, lub więcej do smaku
  • 3 łyżki delikatnego oleju o neutralnym smaku
  • sok wyciśnięty z połowy cytryny
  • skórka otarta z całej cytryny
  • szklanka owoców leśnych ( jagód, poziomek, malin) 
Do rondelka z grubym dnem wsyp kaszę, cukier, olej, skórkę i sok z cytryny, wszystko zalej mlekiem i gotuj na minimalnym ogniu, co jakiś czas mieszając, aby kasza nie przywarła. Kiedy kasza wchłonie większość mleka i będzie bardzo miękka, zdejmij ją z ognia i zmiksuj ręcznym blenderem na gęsty budyń.

Składniki na masę czekoladową:
  • 2 szklanki mąki
  • 4 łyżki kakao
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 1/2 szklanki cukru
  • szczypta soli
  • szczypta cynamonu
  • 1,5 szklanki mleka roślinnego ( ja użyłam owsianego) 
  • 1 łyżka octu jabłkowego
  • 1,5 (150 g) tabliczki gorzkiej czekolady 
  • 5 łyżek oleju rzepakowego/słonecznikowego
Przesiej suche składniki: mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę i cynamon. Wymieszaj. W drugiej misce wymieszaj mleko i ocet jabłkowy. Dodaj mieszaninę do suchych składników. Zacznij mieszać łopatką. W misce rozpuść czekoladę w kąpieli wodnej razem z olejem. Rozpuszczoną czekoladę dodaj do ciasta. Dodaj cukier. Mieszaj, aż powstanie jednolita masa. Ciasto przelej do formy do pieczenia. Dodaj masę z kaszy jaglanej. Można rozprowadzić ja na całej powierzchni, pozostawiając marginesy ( tak zrobiłam ja)  lub za pomocą łyżki przełóż masę w kilka miejsc i lekko wmieszaj ją w czekoladowe ciasto. Umyte owoce powkładaj w masę. Piekarnik nagrzej do 170 stopni C. Piecz około 40-45 minut. 




A teraz trochę sielanki w muzyce: 

niedziela, 13 lipca 2014

Sałatka z młodym jarmużem i bobem

Mój rok powinnam liczyć chyba od lata na wsi do lata na wsi. Pamiętam dobrze zeszłoroczne wakacje  i cały czas zdumiewa mnie to ile się zmieniło od minionego lipca, sierpnia. Trochę świat przewrócił mi się do góry nogami, mam za sobą wiele ciężkich momentów i chwil tak niezwykłych i dobrych, że trochę zrównoważyły to, co się działo, a pozostawiło mi blizny w głowie i sercu. Poszłam naprzód. Daleko. Tak daleko, że już wiem, że pewne rzeczy w nigdy nie wrócą. Mam poczucie, jakbym osiągnęła kolejny poziom "wtajemniczenia". Ambicje wzrosły, a ja coraz częściej szukam nowego, co pomoże mi odmieniać życie na lepsze. Wciąż lepsze. Nie jestem typem osoby, która lubi zmieniać na siłę coś, co działa. Zmiana dla samej zmiany i ryzykowanie nie do końca leży w mojej naturze, ale ostatni rok pokazał, że czasami warto przekroczyć własne ograniczenia. Bezpieczne warianty nie zawsze są dobre, a już na pewno nie zawsze pozwolą nam pójść do przodu, odkrywać i być szczęśliwymi...


Ogród warzywny moich rodziców choć nie jest szczególnie dopieszczany, pielęgnowany i nikt nie wkłada w niego choćby połowy swego serca, co roku dostarcza całej rodzinie warzyw, ziół i owoców. Nie za wiele, ale zawsze. W tym roku po raz pierwszy pojawił się jarmuż i rośnie nam pięknie, ciesząc oczy i podniebienia. Na pierwszy rzut poszła sałatka, choć ja sam uwielbiam koktajle z jego udziałem i chipsy paprykowo-orzechowe i po te dwa jarmużowe smakołyki sięgam najczęściej. Jednak taki młody, jeszcze bardzo delikatny jarmuż doskonale pasuje do świeżych sałatek. Owoce porzeczki czy bób można zamienić z czymś innym w miarę, jak będzie kończył się sezon na nie, natomiast jarmuż zostanie z nami do mroźnej zimy, kiedy będzie wygrzebywany spod śniegu, a to bardzo odporna roślina.


Składniki na sałatkę:
  • pęczek młodego jarmużu
  • 0,5 kg bobu, ugotowanego na parze i obranego
  • 1 awokado, obrane i pokrojone w kostkę
  • garść czerwonej porzeczki
  • garść suszonych owoców goji 
  • garść prażonego słonecznika 
  • liście mięty, porzeczka do ozdoby
Sos miętowo- pietruszkowy:
  • garść liści mięty
  • garść natki pietruszki
  • 1 ząbek czosnku, przeciśnięty przez praskę
  • sok z jednej cytryny
  • łyżeczka syropu klonowego lub innego słodu
  • 6-7 łyżek oleju
  • sól i pieprz do smaku, wg uznania 
  • 1/2 łyżeczki kuminu 
Liście jarmużu rwiemy, wrzucamy do miski, dodajemy obrany bób i pokrojone w kostkę awokado. Dodajemy owoce porzeczki, goji i prażonego słonecznika. 
Wszystkie składniki sosu umieszczamy w rozdrabniaczu, kielichu blendera lub innym urządzeniu, które pozwoli nam zrobić sos. Mielimy, aby powstał zielony, dość jednolity sos. Przygotowanym dressingiem polewany naszą sałatkę, zdobimy liśćmi mięty i porzeczkami. Podajemy ze świeżym pieczywem.



A teraz tańczymy :D 


czwartek, 10 lipca 2014

Bezsernik ze słonecznika, czyli wegański sernik z malinami



Nie tak dawno dzieliłam się z Wami przepisem na bezserniczki z kaszy jaglanej, które są małą wersją ciasta, które w lutym pojawiło się na organizowanym przez Vegan Hooligan Crew wydarzeniu "Słodka Zemsta", czyli jednodniowa cukiernia, która była benefitem na rzecz Stowarzyszenia Otwarte Klatki. Jakiś czas później, bo w maju zorganizowaliśmy z VHC kolejne, siostrzane wydarzenie, ale tym razem w MiXtura Vege Cafe, czyli "Słodką MiXturę". Znowu pojawił się bezsernik, ale tym razem przygotowała go Agata (ta sama, która jest autorką jaglanego kremu marchewkowego), a bazowym składnikiem tego ciasta był słonecznik. Co więcej, nie było to ciasto surowe, jak to zazwyczaj dzieje się w przypadku orzechów i pestek, ale jak najbardziej pieczone. Na szczęście słodkości słodko-mixturowe znikały w okamgnieniu, co sprawiło, że nie udało mi się skosztować wówczas praktycznie żadnego przygotowanego przez nas smakołyku. 
Ostatnio Agata przesłała mi przepis na słonecznikowy bezsernik i choć ostatecznie nie zdecydowaliśmy się brać udziału w evencie, na który owe ciasto miało być pieczone to chęć przygotowania go nie mijała, a przede wszystkim byłam ogromnie ciekawa czy mi zasmakuje. Nie jest on ani trudny, ani pracochłonny, ani skomplikowany, dlatego myślę, że jeszcze do niego powrócę przy okazji jakiś imprez. Upieczone, gotowe ciasto możemy polać rozpuszczoną czekoladą, polewą toffi lub jakimś owocowym sosem. Zwykły, cytrynowy lukier też się nada. W tym względzie panuje totalna dowolność i każdy niech wybiera według własnego uznania.

Historia bezsernika słonecznikowego jest znana, więc dodam tylko, że jest pyszny i chyba obecnie znajduje się wśród moich faworytów, jeżeli chodzi o wegańskich naśladowców sernika. Szczególnie z owocami. Myślę, że doskonały byłby również z jagodami czy brzoskwiniami oraz, że świetnie komponowałby się ze śmietanką kokosową, równomiernie wysmarowany i posypany startą czekoladą, posypany porzeczkami i borówką amerykańską. Pychota!
Troszkę zmodyfikowałam przepis Agaty, bo dodałam mniej mąki, a za to użyłam więcej mleka ryżowego. Zamiast skórki z pomarańczy wybrałam skórkę cytrynową. 



Składniki na jedną blachę ok. 24 cm: 
  • 400 g słonecznika
  • 100 g cukru ( tak naprawdę można użyć każdego dowolnego słodu) 
  • sok z 1,5 cytryny 
  • kilka kropli aromatu migdałowego
  • skórka starta z jednej cytryny 
  • ok. 300-350 ml wody lub mleka roślinnego ( ja użyłam ryżowego o smaku wanilii i polecam szczególnie taką opcję)
  • opakowanie budyniu waniliowego ( 38 g) (może być więcej - do 60 g max) 
  • 20 g mąki pszennej ( kopiasta łyżka) 
  • maliny
  • wybrana polewa ( na zdjęciu cytrynowy lukier i maliny, jako ozdoba)
Słonecznik moczymy przez noc w ziemnej wodzie. Odsączamy, przepłukujemy pod bieżącą wodą. Wszystko, poza mąkami, miksujemy z blenderze na gładką masę, próbujemy czy dobre. Następnie blendujemy z mąkami - ziemniaczaną (budyniem) i pszenną.  Ciasto przelewamy do wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej olejem tortownicy (19-23 cm), układamy maliny, delikatnie wciskając je w masę i pieczmy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez około 45-60 minut, aż będzie złote i zwarte. Czas pieczenia zleży m.in. po średnicy foremki i piekarnika).  Studzimy, polewamy wybraną polewą i podajemy po schłodzeniu w lodówce.






Żeby nie było wątpliwości, dlaczego nie sięgnę nigdy po sernik tradycyjny:


poniedziałek, 7 lipca 2014

Zupa z bobu, kurek i rukoli z mleczkiem kokosowym i makaronem ryżowym

Czasami zastanawiam się, czy my - weganie nie rozmawiamy zbyt dużo o jedzeniu. Wiele rozmów sprowadza się właśnie do żarcia. O tym co i gdzie można zjeść, która knajpa lepsza, a gdzie kupić to czy tamto. W sieci znajdziemy sporo stron poświęconych takiej tematyce i z jednej strony rozumiem to w pełni, bo warto przesyłać sobie informacje, ale z drugiej strony odrzuca mi pewien rodzaj konsumpcjonizmu. To, że niektórzy na wieść o ciastkach wegańskich po drugiej stronie miasta są wstanie jechać po nie w korkach, choć tak naprawdę, ani one dobre, ani zdrowe, a tymczasem w warzywniaku pod chatą półki uginają się od smakowitych sezonowych, letnich owoców... Kochani, nie dajmy się zwariować. Mnie też to wszystko cieszy, jaram się poszerzającym asortymentem wegańskich smakołyków, ale nie mogę pozwolić, aby coś takiego determinowało moje życie. Lubię te wszystkie gotowe smakołyki, bo nie zawsze mam czas, aby samodzielnie coś przygotować, lubię zwłaszcza czekolady, a ostatnio ta nadziewana masłem orzechowym wiedzie prym, ale lubię najbardziej to, że weganizm jest taki ekstra, że wystarczy wejść do zwykłego warzywniaka czy przejść się na ryneczek, aby osiągnąć pełnią kulinarnego szczęścia. 


Bób to król strączków, zwłaszcza w sezonie letnim. Ja uwielbiam i na dobrą sprawę mogłabym jeść sam, ugotowany na parze i posypany świeżym koperkiem. Tym razem postanowiłam trochę pokombinować i zrobiłam zupę. Potrawa kojarzy mi się z kuchnią tajską. Jest bardzo gęsta i sycąca. Jeżeli ktoś woli bardziej dostępną, tańszą opcję to proponuję dodać pieczarki zamiast kurek. Jest przepięknie zielona dzięki rukoli, sezonowa dzięki grzybom i bobowi, a przywołuje wspomnienie o egzotycznych wakacjach za sprawą mleka kokosowego i limonki. 
Jak dla mnie super sprawa i gorąco polecam na letnią obiadokolację. 


Składniki:
  • 800 ml bulionu warzywnego 
  • 0,5 kg bobu, wyłuskanego 
  • 200 g kurek 
  • 100 g rukoli   
  • sok z jednej limonki
  • płaska łyżeczka płatków chili 
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • 200 g marynowanego lub wędzonego tofu, pokrojonego w drobną kostkę
  • 400 ml mleka kokosowego 
  • makaron ryżowy 
  • szalotka do posypania
Na łyżce oleju, w głębokim rondelku podsmażmy kurki (3-4 minuty). Dodajmy wyłuskany bób i płatki chili, smażmy jeszcze chwilę, a następnie zalewamy bulionem i gotujemy około 10 minut. Odsączamy warzywno-bobowo-kurkowy wywar. Kurki i bób odstawiamy na bok, a do wywaru dodajmy rukolę i blendujemy, aby uzyskać jednolity krem. Mieszamy z mleczkiem kokosowym, sokiem z limonki oraz sosem sojowym i podgrzewamy przez 3 minuty. Wsypujmy kurki i bób, ewentualnie doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Wsypujemy pokrojone tofu. Podajemy z makaronem ryżowym, posypane świeżo poszatkowaną szalotką.


:)

piątek, 4 lipca 2014

Miejsca w Poznaniu - PIECE OF CAKE i LODZIARNIA WRONIECKA 17.

Nadeszło lato, a ja jakoś nie za bardzo rozkręciłam się z opisem miejsc, gdzie w Poznaniu można zjeść wegańskie pyszności. Po opisie Wypasu i Merapi Tempeh na Jackowskiego zamilkłam w tej kwestii. Po pierwsze odkąd na Jeżycach pojawiła się 100% wegańska knajpka moje potrzeby, aby jeździć gdzie indziej zmalały. Inna sprawa, że nie zawsze mam przy sobie aparat, nie zawsze chęć na zabawę w opisywanie, a poza tym obiecałam sobie, że o żadnym miejscu nie napiszę na podstawie jednokrotnej wizyty, ale odwiedzę każde co najmniej dwa czy trzy razy, aby utwierdzić się w swojej opinii. Poza tym knajpa, która przykładowo robi fatalny hummus, przygotowuje za to świetne smoothie (podobno niektórzy czytają  SMOTIE ;)), a często przy jednorazowej wizycie nie mam okazji, aby spróbować wszystkiego chyba, że idziemy ekipą i bezczelnie wyjadam z talerzy moim towarzyszom i towarzyszkom posiłku.
Pomimo, że zostało trochę stricte wegańskich czy wegetariańskich miejsc z jedzeniem, jednak powiem dziś kilka słów o dwóch, które typowo wegańskie nie są. Mieszczą się za to przy ulicach dochodzących do Starego Rynku, więc potencjalni turyście czy też zwykli przejezdni nie będę mieć wielkiego problemu, aby tam trafić. Oczywiście uwielbiam miejsca całkowicie zweganizowane, gdzie nie muszę podkreślać, że jestem weganką, ale ciesz mnie bardzo, gdy wchodząc do "zwykłej" kawiarni widzę wypisane, jak byk "burger wegański", "mleko sojowe", bo z racji, że wśród otaczających mnie osób jest niewielu wegan i środowisko medyczne raczej w tej kwestii jest dość ubogie, wiadomym jest, że siłą rzeczy bywamy w różnych miejscach. Najlepiej jest teraz, bo większość kawiarni oferuje warzywno-owoce koktajle i smoothies, ale zimą bardzo często zostaje czarna kawa lub herbaty do wyboru. Są jednak miejsca na mapie Poznania i do tego powstaje ich coraz więcej, gdzie wegańskie opcje nie są niczym wyjątkowym. Jak już wspominałam, potrzebuję czasu, aby je wszystkie opisać dlatego taką wegańską, subiektywną mapę Poznania będę ciągnąć w nieskończoność, aż pewnie w niego wyjadę, a to już nie jest ani tak nierealne, ani tak odległe, jak kiedyś.

Pierwsze miejsce, do którego warto zajrzeć to Piece of Cake. Mały szyld przy ulicy Żydowskiej 29 można przegapić, ale z drugiej strony czy coś, czego polska nazwa brzmi "Kawałek ciasta" powinno mieć duży szyld? Raczej nie... Miejsce wypełnione miłą dla ucha muzyką, klimatycznym wnętrzem, które łączy domowe ciepło z subtelnym stylem D.I.Y. i recyklingiem. Lubię tam siedzieć, bo w moim odczuciu nie jest ani za duże, ani za małe i nie mam poczucia ścisku, ale jednocześnie goście nie są porozrzucani po lokalu, jakby byli tam sami. Bardzo mocną stroną tego miejsca jest ogródek usytuowany za lokalem, w podwórku kamienicy, gdzie mieści się Piece of Cake. Można usiąść niemal w kwiatach i sącząc lemoniadę poczuć klimat lata. Ma fajny, luźny, można powiedzieć, że trochę berliński charakter, gdzie przyknajpiane ogródki tętnią życiem i niczym nie przypominają sztywnych, przyrestauracyjnych, rodem ze starego rynku polskich miast, gdzie wydaje mi się, że można zjeść obiad biznesowy, ale nie ma atmosfery, aby się zwyczajnie wyczilować. 
W zasadzie jest to kawiarnia, dlatego polecam tam przede wszystkim bezbłędne kawy parzone rozmaitymi sposobami. Gwarantuję, że smakosze tego napoju będę usatysfakcjonowani. Do tego możemy wybrać gatunek kawy według własnych preferencji, a w razie zakłopotania Pani Baristka doradzi lub też rozchwieje nasze wątpliwości. Oczywiście takie kawy jak cappuccino czy latte też się znajdą i można bez problemu zamówić je z mlekiem sojowym. 
Oprócz tego serwują tam pyszne lemoniady i inne sezonowe napoje. Jednak to, co sprawiło, że większość poznańskich wegan znalazła się tam nie przypadkiem to burgery szpinakowe podawane w wypiekanych na miejscu bułek. Opcje są dwie: z pesto lub na ostro. Ja zazwyczaj wybieram tę drugą, ale obie są baaardzo smaczne. Pamiętam szał na te burgery, jaki pojawił się jakieś półtora roku temu i naprawdę nie było wizyty, abym nie wpadała na bliższego bądź dalszego znajomego. Od tego czasu mamy wegańskie burgery w rozmaitych knajpach w mieście, ale ja jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że takich, które dorównałyby smakiem tym z Piece of Cake jeszcze nie ma. Oczywiście jedzenie ich zbyt często skończyć by się mogło znudzeniem ich smakiem, ale raz na jakiś czas nie umiem sobie odmówić wizyty w Piece of Cake.  Dodam jeszcze, że taki burger może stanowić lunchyk czy też inną przekąskę, jednak nie jest to buła, którą naje się do syta przeciętny wegański dorosły osobnik, tudzież osobniczka. Cena? 13 zł. Ceny napoi plasują się w okolicach 10 zł. Od czasu do czasu można też trafić na wegańskie ciasto. Polecam. 

Ogródek przy Piece of Cake








Aeropress, czyli jedna z opcji parzenia kawy w Piece of Cake



Wegańskie "gwiazdy" Piece of Cake, czyli szpinakowe burgery w domowej bułce.





... i szybki rzut na część wnętrza z widokiem na wyjście do ogródka. 


Kiedy nasze żołądki poruszyliśmy burgerami, ale wciąż czujemy, że coś jeszcze wcisnęlibyśmy w nasze brzuchy to wystarczy  przejść z ulicy Żydowskiej, ulicą Mokrą, na ulicę Wronicką. Na narożniku Mokrej i Wronieckiej, pod numerem 17 znajduje się Lodziarnia, które wyrabia prawdziwe, naturalne, domowe lody. Co więcej, oprócz sorbetów, dla wegan przygotowywane są codziennie dwie opcje smakowe pysznych, kremowych lodów na bazie mleka roślinnego. Wafelki do lodów są wegańskie, jednak producent zastrzega sobie, że śladowe ilości mleka mogą być obecne, dlatego alergicy ostrożnie! Oprócz tego istnieje opcja wafelków bezglutenowych, więc każdy kto z takiej czy innej przyczyny nie przyjmuje go w swoim jedzeniu, również ma możliwość skosztowania lodów w wafelku. Fajnie? Pewnie! :) Jak na razie byłam tam tylko dwa razy. Kilka razy nie miałam ochoty na wystawanie w kolejce, choć jednocześnie zupełnie nie dziwię się, że takowa tam powstaje, bo lody są naprawdę przepyszne. Cena porcji to 4 zł, ale od razu informuję, że porcja oznacza solidną łychę, a nie taką tam malutką gałeczkę - dokładnie pół kulki i ani grama więcej. 
Lodziarnia Wroniecka 17 przykuwa uwagę, szyld od razu rzuca się w oczy. Małe, ale przytulne, domowe wnętrze świetnie spaja klimat. Niewątpliwie po wizycie w tym miejscu nie wyjdziecie rozczarowani. Ja jadałam w sumie trzy smaki lodów: ananasowe, miętowe i ostatnio podwójną porcję fistaszkowych. Ponieważ śledzę to miejsce na Facebooku to widzę, że codziennie pojawia się coś innego, dlatego bez wątpienia zajrzę tam jeszcze nie raz. Zwłaszcza teraz, latem. 





Fistaszkowe lody - pyszne, pełne orzeszków ziemnych. Podwójna porcja to dla mnie dużooo! :) 



:)