czwartek, 26 czerwca 2014

Tempeh z groszkiem cukrowym i mlekiem kokosowym

Z azjatyckich smaków moim faworytem jest kuchnia indyjska, na drugim miejscu plasuje się tajska, z kolei najmniej przepadam za chińską, choć możecie znaleźć na moim blogu przepis na tofu z rzodkiewką i innymi warzywami po chińsku, ale już w tamtym poście wspominam uczciwie, że kuchnia chińska to nie moja bajka i się w niej nie odnajduję.  To danie pojawiło się na zasadzie "co ja mam z lodówce i co by z tego zrobić?" i wyszło pyszne. Choć w sumie coś co ma w sobie tempeh, mleko kokosowe i limonkę nie może wyjść inaczej. W dodatku jest to potrawa dla wszystkich, którzy cenią sobie wysokobiałkowe posiłki, bo mamy tu groszek, soję w postaci tempehu, orzechy ziemne, które też są przecież strączkami, a gdy podamy danie z makaronem sojowym to jeszcze bardziej wzbogacimy je w białko. 



Składniki:
  • 250 g groszku cukrowego
  • 200 g naturalnego tempehu, pokrojonego w kostkę
  • 1 duża lub trzy mniejsze, młode marchewki, obrane i posiekane w cienkie plasterki 
  • szalotka, cebula wraz ze szczypiorkiem, posiekana, jeśli jest bardzo mała dodać dwie
  • 120 g posiekanych orzechów ziemnych
  • 200 ml mleka kokosowego 
  • 2 łyżeczki cukru trzcinowego 
  • 4 łyżki sosu sojowego 
  • 1 płaska łyżeczka płatków chilli 
  • sok z 1 limonki 
Groszek i cienko pokrojoną marchewkę zalać gorącą wodą i blanszować przez 3 minuty, odcedzić i przelać zimną wodą. Do rondla wlać mleczko kokosowe, zagotować dodać tempeh, szalotkę, sos sojowy, płatki chili. Gotować przez 2-3 minuty, po czym wsypać cukier, orzechy, wlać sok z limonki. Wymieszać. Na koniec dodać groszek i marchewkę i po minucie wyłączyć gaz spod rondla. Podawać z makaronem z fasoli mung. 


Smaczne-GO! :) 

I trochę muzyki na koniec. 


niedziela, 22 czerwca 2014

Chałwowe lody z banana i tahini.


Lody to jedne z tych słodyczy tudzież deserów, których przygotowania podejmuję się bardzo rzadko, a zdecydowanie wiodą prym, jeżeli chodzi o moje ulubione przysmaki. Myślę, że to też byłyby jedyne słodycze, które tolerowałabym u swojego potencjalnego potomstwa i wtedy pewnie stałby się jedynymi słodkimi rzeczami, które przygotowywałabym w domu. Kiedyś wegańską opcją, jaką można było znaleźć w sklepowych lodówkach były sorbety i tylko sorbety, jeżeli w ogóle, bo oczywiście nie w każdym sklepie takowe mieli, nie zawsze sorbety były koszerne, bo tu i ówdzie mleko się wkradało i sorbet tracił swoją "sorbetowość". Obecnie coraz częściej można natrafić na sojowe i ryżowe lody. Jak grzyby po deszczu wyrastają lodziarnie, które serwują co najmniej przepyszne sorbety, ale też fajne lody o różnych ciekawych smakach na bazie produktów roślinnych. Nie zawsze jednak są one pod ręką, nie każdy mieszka w dużym mieście, dlatego receptura na domowe lody pozostanie jeszcze na długo w cenie. 
Ostatnio skusiłam się na przepis z bananów i tahini ze strony puszka.pl , a przekonał mnie tytuł " wegańskie lody o smaku chałwy". Do podstawowej receptury dodałam świeżo wyciśniętego soku z cytryny, bo zdecydowanie zbyt słodki wydał mi się powstały krem, a jednak lubię, gdy lody mają w sobie coś orzeźwiającego. 



Składniki:
  • 3 dojrzałe banany 
  • 1 szklanka pasty tahini 
  • 1/2 szklanki syropu z agawy
  • sok z połowy cytryny
Wszystkie składniki zmiksować przy użyciu blendera i przełożyć do pojemniczków na lody. Włożyć do zamrażarki. Gotowe będą po kilku godzinach, w zależności od tego, jak mocno mrozi Wasza zamrażarka. U mnie trwało to około 4-6 h. 
Gotowe i smacznego! 







środa, 18 czerwca 2014

Tabbouleh, czyli najbardziej zielona sałatka świata.

Tabbouleh to jedna z moich ulubionych letnich sałatek. Jej głównym składnikiem są zioła i znacząco dominują nad kuskusem i warzywami. Bardzo lubię to połączenie, choć niejednokrotnie zmieniam oryginalny skład dodając, a to cieciorki, a to selera naciowego, ogórka czy papryki. Ta wariacja dodatkowo zawiera koperek, czyli zioło w Polsce pospolite i nie robiące specjalnego wrażenia. Ja jednak bardzo cenię i dodaję w wakacyjnym okresie do ogromnej ilości dań, w tym do tych egzotycznych.
Dla mnie lato w kuchni to przede wszystkim pierogi z leśnymi owocami, gazpacho, spaghetti ze świeżymi pomidorami, bazylią i tofu. Ale też placki z cukinii, lasagne ze szpinakiem, socca z kurkami, leśne grzyby z tymiankiem w cieście francuskim  czy też w sosie "śmietanowym" itp. itd. Ponad to wakacje to też grillowanie, a  do tego koniecznie miliony sałatek i surówek. Rozmarzyłam się...
O deserach pisać dziś nie będę, bo już w ogóle odpłynę, a przecież chcę Wam podać przepis! :)

Tabbouleh lubię jeść z falafelami, oczywiście co bardziej wygłodniali poszerzą ten zestaw o co najmniej pitę, jak i nie sam hummus. Ja do łakomczuchów nie należę i ta para na obiad w zupełności mi wystarcza. 



Składniki:
  • pęczek pietruszki 
  • pączek koperku
  • mały pęczek szczypiorku
  • mały pęczek mięty 
  • czerwona cebula 
  • jeden duży pomidor
  • jedna łodyga selera naciowego 
  • 2 małe ogórki gruntowe 
  • 1/2 szklanki kaszy kuskus 
  • sok z 1/2 cytryny
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • sól do smaku
Kuskus przygotować według instrukcji na opakowaniu. Zioła posiekać drobno. Cebulę, pomidora, seler, ogórki pokroić w bardzo małą kosteczkę. Wymieszać z ziołami i wystudzonym kuskusem. Doprawić sokiem z cytryny, oliwą z oliwek i solą. Gotowe. SMACZNEGO!!





EDGE OF LIVING
DO YOU NEED A CHANGE? LIKE A NEW PAIR OF RUNNING SHOES TO MAKE A QUICK ESCAPE BEFORE THIS PLACE FUCKING KILLS YOU/WE’RE ALL HYPOCRITES AND HALF-ASSED LIARS/LONELY FREAKS WITH HEARTS ON FIRE/THEY BURN SO BRIGHT WE HAVE TO HIDE BEHIND OUR DAILY LIES/CUZ YOU TOSS AND TURN EVERY NIGHT, YOU MADE IT THRU THE DAY BUT SOMETHING JUST AIN’T RIGHT/AS YOU TRY TO BALANCE ON THE EDGE OF LIVING/RIGHT AND WRONG BLUR TO GREY/YOU START THE DAY WITH NOTHING GOOD TO SAY/NEVER THOUGHT YOU BE THIS WAY/SO SCARED OF GROWING OLD/FRIEND HOLD ON DO YOU NEED A BREAK? (SLOW DOWN THIS MANIC PACE/SMASH A FUCKING PLATE IT’LL MAKE YOU FEEL MUCH BETTER)/FROM THESE SHITTY JOBS AND MOLD HOUSES/BROKEN BONES AND OVERDOSES/THE FACT THAT WE SURVIVE AT ALL IS KIND OF A SURPRISE/OLD FRIEND HOLD/IF NOTHING THAN TO THIS SONG/OLD FRIEND STAY STRONG/TAKE WHAT YOU NEED AND MOVE ON

sobota, 14 czerwca 2014

Ananasowo-pietruszkowo-selerowy koktajl na dzień dobry.

Ostatnio sporo chodzę po mieście załatwiając sprawy dotyczące końca studiów, bo trzeba mieć wszystkie wpisy, obiegówki, fotki, zaświadczenia. Jeżdżę rowerem, spaceruję, odbijam się od knajp, kawiarni i lodziarni. Obserwuję otoczenie, przyglądam się ludziom, których mijam i analizuję. Bardzo, ale to bardzo rozczulają mnie sędziwe pary, małżeństwa, które ciągną się pewnie od ładnych kilkudziesięciu lat, a wyglądają na najszczęśliwsze na świecie. Bez kitu, dostrzegam tam troskę i miłość, której można pozazdrościć. Robi to na mnie ogromne wrażenie, bo wciąż wydaje mi się, że ja sama należę do pokolenia ( wprawdzie nie utożsamiam się), które nie jest zdolne do czegoś takiego, że bardzo mało jest trwałych związków czy uczuć, które się gdzieś tam po drodze się nie wypalają i wszystko sypie się w drobny pył. Wiele związków opiera się na rywalizacji, chorobliwej zazdrości, a nie na przyjaźni i totalnym zaufaniu, że druga osoba jest tą. Myśląc o własnych doświadczeniach, ale przede wszystkim, gdy obserwuję świat wokół i słucham historii bliższych czy dalszych mi osób, zastanawiam się, czy na pewno wiedzą czego chcą, ba, czy potrafią podejmować świadome decyzje, czy też ich związki są efektem chwilowej niepoczytalności... Wydaje mi się, że gdy pojawiają się problemy to częściej niż kiedyś okazują się nie do pokonania i raczej wolimy wybierać łatwe ścieżki i uciekamy, przez pozostawioną na czarną godzinę furtkę bezpieczeństwa. Jesteśmy asekurantami i nie idziemy na całość, bo ciągle mamy w głowie myśl, że co będzie, gdy coś nie pójdzie? Dokąd uciekniemy? Wiem, że bardzo w tej chwili generalizuję, ale jest to takie moje subiektywne spostrzeżenie. Mogę się mylić, ale sama doświadczałam już chyba wszystkiego stąd czuję, że jestem w stanie coś w tej kwestii powiedzieć. Z drugiej strony to efekt świata, w którym żyjemy, który daje nam mnóstwo możliwości, kusi i podsuwa pod nos coraz nowsze pomysły i wizje, zachęca, aby żyć szybko i wygodnie. Do tego więcej przemieszczamy się, jesteśmy dużo bardziej niezależni niż poprzednie pokolenia i sami nie potrzebujemy tak naprawdę drugiej osoby do tego, aby ustabilizować się, mieć poczucie bezpieczeństwa, a nawet posiadać dzieci. Wiele aspektów praktycznych w dzisiejszych czasach odpada, ale ja dostrzegam w tym szansę, jaką mamy i myślę optymistycznie, że dzięki temu z moim partnerem łączyć nas może coś więcej niż konto, kredyt, dzieci czy przyzwyczajanie. Nie trzyma nas przy sobie pragmatyzm i wygoda, ale to, że razem tworzymy coś najlepszego na świecie. I myśląc w ten sposób, wydaje mi się, że może nie wszystko stracone i nasze pokolenie zapełni kiedyś ulice takimi oto staruszkami, bo może w tym całym "łatwym, lekkim i beztroskim życiu" znajdzie się czas na pielęgnowanie uczuć i budowanie głębokich relacji, bez patrzenia na bycie razem przez pryzmat wspólnego konta, kredytu, dzieci i zwykłego przyzwyczajenia, wygody i lenistwa.










Mogłabym snuć temat koktajli bez końca, bo przecież wariacji może być milion. Obecnie, przy panujących upałach wszelkie koktajle, smoothies oraz lemoniady są w cenie. Ja wymyślam przeróżne wersje, a jedna jest lepsza od drugiej. W zależności od przeznaczenia robię czysto owocowe, owocowo-warzywne, z dodatkiem napojów roślinnych, kasz, płatków. Często zaczynam i kończę dzień przeróżnymi miksturami, które wymyślam w mojej malutkiej kuchni. 
Dziesiejsza wariacja jest wakacyjna do kwadratu i mam na myśli raczej wakacje w tropikach, bo zawiera ananasa, banana i mleko kokosowe, a pietruszka i seler naciowy stanowią warzywo-ziołowy akcent i dopełniają bombę witaminową, jaka się tu znajduje.  
W smaku najbardziej wyczuwalny jest oczywiście ananas, pietruszka i seler, więc fani tych smaków do blenderów :) 




Składniki: 
  • 1/3 sporego ananasa, obrać i pokroić w kostkę
  • 1 banan, obrać i pokroić
  • 2  łodygi selera, umyć i pokroić 
  • 1/2 puszki mleka kokosowego ( około 200 ml)
  • 1 pęczek pietruszki, umyć i posiekać 
Wszystkie składniki umieścić w kielichu blendera i zmiksować. Gotowe. Warto podawać z lodem ;) 

czwartek, 12 czerwca 2014

Truskawkowa pianka na surowym spodzie, czyli wegańskie ciacho bez pieczenia.

Życie dzieli się na etapy. Jakkolwiek banalnie to nie brzmi jest swego rodzaju drogą, którą przemierzamy, co jakiś czas dochodząc do rozwidlenia, gdzie obieramy nowy kierunek. Czasami żałuję, że nie mogę cofnąć czasu i niektórych odcinków przejść jeszcze raz, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że to tylko złudzenie, bo tak naprawdę wszystkie błędy, które chciałabym naprawiać są błędami, które mogę dostrzec dopiera teraz, kiedy nabrałam wystarczającego doświadczenia. Wtedy postępowałam najlepiej, jak umiałam, tak jak mi się wydawało najsłuszniej, a że się myliłam wychodziło dopiero później, czasami dużo, dużo później. Choć koniec końców nie mogę narzekać, bo często też było odwrotnie i to co wydawało mi się przysłowiowym "końcem świata", "życiową porażką" i generalnie totalnym dramatem, chaosem, złem wychodziło mi na dobre i okazywało się najlepszą lekcją, jaką mogłam dostać. Dzięki temu wiem, co jest ważne, wiem jak cieszyć się i wykorzystywać chwile, jak doceniać ludzi wokół, dopóki jeszcze są i mam ich w zasięgu swojej ręki. Uczę się cały czas, wiadomo, ale wiem, że punkt do którego dotarłam jest dokładnie tym, którego chciałam. Nie mam już wątpliwości, co wybrać, w dodatku czuję się totalnie wspierana w swoich decyzjach i nie czuję się w nich osamotniona, bo wiem, że to co dla mnie ważne, jest też ważne dla bliskich mi osób i chyba to jest to, czego ciągle szukałam, a czego tak długo mi brakowało.

Dobrze, ale już kończę tan krótki wywód, bo kogo tak naprawdę to obchodzi i dzielę się z Wami przepisem na pyszną truskawkową piankę, która wprost rozpływa się w ustach.


Odnoszę wrażenie, że coś takiego jak pieczone ciasto, a już w ogóle ciasto z mąki pszennej powoli odchodzi do lamusa. Nie wpisuje się w obecne kulinarne trendy, choć myślę, że oczywiście przyjdzie jeszcze czas, że wszyscy zatęsknią za drożdżówką i babkami piaskowymi. To, co jest obecnie "w cenie" to ciasta bez pieczenia, niekoniecznie raw, ale takie, które chociaż imitują zdrowe jedzenie, choć samo dodanie syropu z agawy nie czyni ciasta zdrowszym. ;) 
Moja tarta bazuje na tym samym "ptasim mleczku", na którym bazował ten deser, choć dodałam do środka świeże owoce i galaretkę zastąpiłam agarem. Wyszło przepyszne. Sama pianka nie jest bardzo słodka, ale doskonale kontrastuje z bardzo słodkim spodem. 
Polecam gorąco dopóki sezon na truskawki trwa, a potem zachęcam do kombinowania z jagodami, malinami, porzeczkami, borówkami amerykańskim i innymi owocami. Myślę, że w tech gorączkach każde ciasto, które można zrobić bez użycia piekarnika jest na wagę złota. ;) Zatem do dzieła.


Składnik:
  • 0,5 litra mleka roślinnego
  • 1 szklanka płatków ryżowych 
  • 1 szklanka musu truskawkowego, surowe truskawki potraktowane blenderem 
  • 6 łyżek syropu z agawy
  • 2 łyżeczki agaru rozpuszczone w szklance wrzątku
  • 1/2 szklanki daktyli, namoczonych przez pół godziny w ciepłej wodzie
  • 2 szklanki migdałów
  • dodatkowe truskawki i migdały do ozdoby :) 
Migdały mielimy na mąkę, można użyć blendera, choć ja robię to zawsze w młynku do kawy. W blenderze miksujemy daktyle i dodajmy stopniowo mąkę migdałową. Musi powstać zwarta, nie krusząca się masa, którą wypełniamy foremką do tarty, wcześniej wyłożoną papierem lub nasmarowaną delikatnie olejem. 
Przygotuj śmietanę ryżową. Przesyp płatki ryżowe do mleka roślinnego i podgrzewaj na małym ogniu. Kiedy zacznę się gotować wyłącz i odstaw w zimne miejsce. Zimną masę zmiksuj na gładko. Przygotuj mus truskawkowy i dodaj do chłodnej śmietanki ryżowej oraz posłodź masę agawą. Agar rozpuść w 1 kubku (250ml) wrzątku. Również pozostaw na chwilę, aby nie było bardzo, bardzo gorące. Dodaj do ryżowo-truskawkowej masy i ubij mikserem, zmieszaj tak by powstały bąbelki. 

Maskę przełóż na daktylowo-migdałowy spód, ozdób truskawkami i płatkami migdałów. Wkładamy do lodówki, aby stężało, chłodzimy i zajadamy. 



A na koniec tematyczny soundtrack, czyli coś o truskawkowych polach z filmu, a właściwie musicalu "Across the Universe"



środa, 11 czerwca 2014

Relacja "Baśniowego Vegan Lunchu" i zaproszenia na "Śniadanie na Wolności"

Mała relacja z "Lunchu Świat Baśni", czyli 16 # edycji Vegan Lunchu organizowanego przez Vegan Hooligan Crew w Poznańskiej Meskalinie. Miał on miejsce 1.06.2014, czyli w samiutki Dzień Dziecka! Wszystkiego przez moje roztargnienie nie udało się sfotografować, ale mam nadzieję, że oczaruję Was chociaż garstką zdjęć, które posiadam.
Lunch, choć z racji daty i ogromnej ilości wydarzeń tego dnia oraz pięknej pogody, nie był tak liczny, jak zwykle, ale i tak udało nam się zebrać benefitowe pieniądze na warsztaty kulinarne dla dzieci, które zorganizujemy, gdy tylko pozwoli nam na to czas. Mamy też karton akcesoriów higienicznych dla niemowląt z Pogotowia Rodzinnego, co cieszy bardzo, bo świadczy o tym, że osoby przychodzące na lunche nie myślą tylko o jedzeniu, ale pamiętają też o innych aspektach wegańskiego lunchu.  

Menu wyglądało następująco: 

- przystawka: muffiny ziołowe z hummusem buraczanym Alicji w Krainie Czarów

- zupa pomidorowa z groszkiem Pana Kleksa

- I danie główne: Ragout grzybowe z Doliny Muminków z młodymi, pieczonymi ziemniakami
- II danie główne: soczewicowe kottbullar Karlssona z żurawiną
- Sałatka „tajemniczy ogród” ze szpinaku, truskawek i orzechów z sosem cytrynowo-ziołowym
-Tabbouleh z „Baśni Tysiąca i Jednej Nocy”
- Ryż z jabłkami i migdałami Dzieci z Bullerbyn
- Naleśniki z ananasami z Pippi na Południowym Pacyfiku 
- bonus - Popcakes'y  Charli'ego z Fabryka Czekolady














***
A na koniec chciałam Was bardzo serdecznie serdecznie zaprosić na "Śniadanie na wolności", czyli śniadanie na poznańskim Placu Wolności już w najbliższą niedzielę - 15.06 oraz 29.06, kiedy wraz z Vegan Hooligan Crew będziemy częstować Was naszymi propozycjami wegańskiego śniadania. 22.06 też oczywiście wpadajcie, bo wówczas swoje śniadania zaprezentują nam obcokrajowcy mieszkający w naszym mieście. Śniadanie są częścią odbywającego się właśnie w Poznaniu Festiwalu Malta i bardzo się cieszę, że możemy w ten sposób stać się jego częścią. 




ZAPRASZAM! 

niedziela, 8 czerwca 2014

Ziemniaki w sosie fistaszkowym w stylu afrykańskim.

W swoim dotychczasowym życiu robiłam trochę rzeczy i angażowałam się w sporą ilość "projektów". Większość polegała i polega na działalności non-profit. Jedną z nich były próby działania, jako aktywistka proanimalistyczna. I wiecie co?  Byłam do bani. Mało rzeczy w życiu tak partaczyłam, jak to. W dodatku miałam w tamtym czasie bardzo zawężony światopogląd w stosunku do dnia dzisiejszego. Zamknięta w miejscach i wśród ludzi, przy których trwanie sprawiłoby, że bym się nieźle uwsteczniła... Cechowało mnie wszystko to czego nie powinna mieć w sobie aktywistka, osoba, która w moim mniemaniu jest kimś o niezwykle szerokich horyzontach myślowych i jest otwarta na każdego. Zresztą ta cecha powinna wyróżniać zarówno aktywisków_ki, jak i lekarzy_ki... Był to chyba najbardziej frustrujący okres w moim życiu, gdy zupełnie nie udawało mi się łączyć medycyny z aktywizmem. Z racji, że jestem perfekcjonistką i daję z siebie zawsze 99%, wymiękałam. Ucierpiała na tym moja edukacja, moje działania w grupie pro-animalistycznej, ale też bardzo relacje z rozmaitymi ludźmi, bliższymi mi, bądź dalszymi. Dużo czasu zajęło mi uporządkowanie bałaganu, który zrobiłam sobie w życiu i wiele spraw musiałam przepracować, aby zrozumieć, że nie da się robić wszystkiego, być wszędzie, lubić się ze wszystkimi. Ponad rok przerwy, który poświęciłam tylko i wyłączenie medycynie zalicza się do tych najlepszych w moim dorosłym życiu. Skupienie się na jednej aktywności, pozwoliło mi po pierwsze zakochać się ponownie w moich studiach, które teraz za mną, ale też nabrać energii, zacisnąć więzi z ludźmi, otworzyć się na nowe rzeczy, nowe doświadczenia, nowe znajomości i przede wszystkim odkryć kim jestem i w czym jestem dobra. W tym wszystkim nawet na chwilę nie złamałam się i nie porzuciłam ważnych dla mnie spraw. Nawet na moment nie przestawałam stawiać na weganizm. 
Potem przyszedł okres Vegan Hooligan Crew, który trwa do dziś, a który ja nazywam czasami najlżejszą formą aktywizmu, choć tak naprawdę poza wsparciem finansowym rozmaitych organizacji, nie robimy bezpośrednio nic więcej. Na więcej mnie nie stać i nie będzie stać. Do aktywizmu sensu stricto nie wrócę, bo nigdy nie będę w tym tak dobra, jakbym chciała. A chciałabym dużo...
Nie mam już w sobie tej potrzeby, aby być wszędzie, jak kiedyś. Nie muszę "istnieć" na każdym polu, które przede mną roztacza wachlarz możliwości. Nie mam też zupełnie potrzeby posiadania szerokiego grona znajomych, jak kiedyś, bo nie dają mi one takiego poczucia bezpieczeństwa, jakie stwarza małe, ale zaufane grono. 
Przeżyłam dużo rozczarowań w ciągu ostatniego roku, ale jednocześnie milion razy więcej pozytywnych chwil i spotkań. Ludzie potrafią być tacy "och... i ach...", że naprawdę dech mi zapiera, gdy tylko o tym myślę. I jednak to poczucie, że "nigdy, nie będziesz szedł/szła sam_a" zawsze wraca, jak bumerang. Warto czasami wyjść poza utrwalone schematy, bo ktoś kto nigdy nie miał styczności ze środowiskiem wolnościowym okazuje się większym "wolnościowcem", osobą o bardziej sensowym światopoglądzie, niż większość tych, którzy z dumą się tak nawyzywają, ale mocni_ne są tylko w teorii, bo w praktyce nie przepracowali_ły nic.
Dlatego cały czas prę do przodu i jestem totalnie szczęśliwa, choć coraz chudsza, coraz bardziej zmęczona, częściej wybierająca miejsca kameralne, niszowe. Ale jestem spokojniejsza, bo mam to czego szukałam i życie mi się nowe teraz zaczyna dając tyle możliwości i ścieżek do wyboru... Wymarzone, wyczekane, wychuchane.

Za oknem lato w pełni. W ciągu dnia najchętniej jadłoby się tylko owoce, lody, sorbety. Ale w końcu przychodzi wieczór i potrzeba, aby spróbować czegoś nowego, pysznego, ciepłego. Może taka afrykańska potrawa przypadnie i Wam do gustu. Jest bardzo prosta w przygotowaniu, więc nie będziecie tkwić przy grach godzinami. W dodatku młode ziemniaki są takie pyszniutkie. Polecam te najmniejsze, ugotowane w skórce, na parze. 



Składniki:
  • 600-700 g ziemniaków, najlepiej młodych ugotowanych na parze ( gdy są małe pozostawiamy w całości, a gdy duże, kroimy na mniejsze kawałki) 
  • puszka ciecierzycy lub 100 g suchej ciecierzycy, namoczyć przez noc i ugotować. 
  • 25 g zmielonych orzeszków ziemnych 
  • 1 cebula, posiekana
  • 1 ząbek czosnku, posiekany lub przeciśnięty przez praskę
  • 1 mała papryczka chili, obrana i bardzo drobno posiekana 
  • 1 łyżeczka oliwy z oliwek
  • 200 ml bulionu warzywnego 
  • 1/2 łyżeczki papryki słodkiej 
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu
  • pieprz do smaku
  • posiekana kolendra lub natka pietruszki 
Na rozgrzanym oleju zeszklij cebulę, dodaj czosnek i paprykę i chwilę razem duś. Dodaj paprykę, kumin, ciecierzycę, bulion i pieprz. Wymieszaj i doprowadź do wrzenia. Gotuj pod przykryciem przez 3 minuty, dodaj zmielone orzechy i gotuj jeszcze dwie. Wymieszaj z ziemniakami i podawaj posypane świeżą kolendrą lub natką pietruszki. 
Gotowe! :) 


Przepis pochodzi w książki "A vegan taste of East Africa" 

Na koniec Touche Amore :) 

"but if the sun is in my eyes i think i’m doing the right thing
i rely on exit signs, and destination times
and this drive that knows me better than i think i know myself
with that being said i wont play pretend
that I'm not growing up, that I'm not giving in
late nights and all night drives are reminders why i’m alive
and I'm not going anywhere"


piątek, 6 czerwca 2014

Koktajl truskawkowy z komosą ryżową



Odkąd jestem w posiadaniu blendera kielichowego moje śniadania bardzo często przybierają formę koktajli, smoothies i rozmaitych shake'ów. Sprawdzają się doskonale, bez względu czy jej sama, czy mam gości. To bardzo fajny sposób na przemycenie w tym jednym posiłku ogromnej ilości warzyw i owoców. Zwłaszcza, gdy sięgamy po smoothies warzywo-owocowe. Bardzo lubię połączenia owoców z natką pietruszki, szpinakiem, selerem naciowym czy też jarmużem. Możemy dodawać również kaszę jaglaną, płatki owsiane czy jaglane, suszone owoce, orzechy czy spirulinę.
  Dzisiejszy koktajl nada się zarówno na śniadania, jak i na kolację. To, że komosa ryżowa to samo dobro, zawierające kompleks aminokwasów egzogennych wie w końcu każde wegańskie dziecko. Tym bardziej wie, że należy jeść sezonowo, więc i tu nie ma wątpliwości, że truskawki są zdecydowanie na miejscu. Zakładam, że skoro czytacie tego posta to znaczy, że macie powyżej 4-5 lat i wiecie dużo, dużo więcej...
Idealne jedzenie jest WEGAŃSKIE, pyszne, zdrowe, kolorowe i ładnie wygląda. Tyle. Smacznego.

Zachęcam gorąco do polubienia FACEBOOKA bloga i śledzenia moich poczynań za jego pomocą. 


Składniki na dwie porcje:
  • 2 szklanki mleka owsianego
  • 3-4 daktyle, pokrojone
  • 3 płaskie łyżki komosy ryżowej, dowolnej ( ja użyłam czerwonej)
  • szklanka świeżych truskawek*
  • łyżeczka tahini 
W rondelku umieszczamy mleko, komosę i daktyle. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy jeszcze 10-15 minut na małym ogniu. Wystudzone miksujemy z umytymi i obranymi truskawkami i tahiną. Gotowe.
*Jeżeli truskawki są mało słodkie, wówczas trzeba użyć więcej daktyli lub posłodzić ulubionym słodem np. syropem klonowym. Można też dodać bardzo dojrzałego banana i to również załatwi sprawę. :)




Lato już za progiem, więc wrzucam Wam bardzo pogodną piosenkę. Klip nagrany w Barcelonie, więc mmmmm.... idealnie. No i ten tekst...