piątek, 30 maja 2014

Deser z ryżowego ptasiego mleczka i kremu z awokado i nerkowców z truskawkami


Na wstępie chciałam zachęcić Was bardzo serdecznie do polubienia mojej strony na Facebook'u, ponieważ zdecydowałam założyć się nowy fanpage, którego nazwa pokrywa się z tytułem bloga. Z powodu różnych zawirowań przez pewien czas można mnie było znaleźć pod innym adresem. Teraz jestem tylko tutaj, na blogu oraz pod tym adresem. Na stornie facebook'owej regularnie aktualizuję każdy blogowy wpis, przypominam stare oraz wrzucam różne różności, które nie zmieściły się tutaj. :)
Klikajcie, polubicie, sprawcie mi tę przyjemność i dziękuję pięknie z góry.

Deser powstał w wyniku moich kulinarnych niepowodzeń. Chciałam upiec dla moich rodziców brownies bananowe z kremem z awokado, ale z przyczyn zupełnie dla mnie niezrozumiałych ciasto nie wyszło. 
Trzeba było wymyślić na szybko coś innego, ale nie wchodziło w grę pieczenie kolejnego ciasta, bo nie było na to czasu. Miałam już przygotowany krem z awokado, więc przyszedł mi do głowy deser. Tylko musiałam go jakoś wzbogacić. Tutaj na ratunek pojawiła się Wegan Nerd. Wykorzystałam przepis na ptasie mleczko, znalezione na tymże blogu, dodałam wszechobecne i niezbędne teraz truskawki, a całość zwieńczył krem z awokado i nerkowców.  

Żeby było ładnie i elegancko, w końcu deser robiony był na rodziców, podałam go w lampkach do wina. Wyglądał zjawiskowo, a do tego smak... A co najważniejsze? Jest prosty w przygotowaniu, a to ceni sobie chyba każdy, kto ma na głowie sporo spraw, jak ja.

Ja z podanych proporcji zrobiłam 6 porcji, ale można zrobić 4 większe. :) 

Składniki na warstwę "ptasiego mleczka": 
  • 1/2 litra śmietanki ryżowej ( 1 kubek płatków ryżowych  i 1/2 l mleka roślinnego)
  • opakowanie wegańskiej galaretki ( ja użyłam firmy Delecta) 
  • 3 łyżki syropu z agawy
  • skórka starta z cytryny
Przygotuj śmietanę ryżową. Przesyp płatki ryżowe do mleka roślinnego i podgrzewaj na małym ogniu. Kiedy zacznę się gotować wyłącz i odstaw w zimne miejsce. Zimną masę zmiksuj na gładko. Galaretkę rozpuść w 1 kubku (250ml) wrzątku. Również zostaw do ostudzenia. Galaretka powinna być chłodna i powoli tężeć.Kiedy  dwie masy galaretka i śmietana będą zimne przełóż je do miski. Ubij mikserem, zmieszaj tak by powstały bąbelki. Podczas miksowania dodaj skórkę z cytryny startą na tarce.

Powstałą masę przełóż do 4-6 lampek do wina. Schłodź w lodówce. 



Składniki na krem z awokado i nerkowców 
  • 1/2 szklanki nerkowców namoczonych przez noc w zimnej wodzie, odsączonych
  • 1 dojrzałe awokado
  • sok z 1 lub 1/2 cytryny, w zależności, jak bardzo kwaśny ma być krem
  • 3-6 łyżek syropu z agawy, zależnie od tego, jak słodki krem chcecie uzyskać, lepiej dodać mniej i dosłodzić w miarę potrzeby, niż przesłodzić na wstępie ( oczywiście można użyć każdego dowolnego słodu, cukru pudru - pełna dowolność ;)) 
Wszystkie składniki miksujemy w blenderze, aby uzyskać możliwie gładką masę. Chodzimy w lodówce

Przygotowanie deseru:
 truskawki myjemy, kroimy w ćwiartki
♥ owoce układamy na warstwie "ptasiego mleczka" 
♥ przy pomocy rękawa cukierniczego nakładamy krem z awokado i nerkowców 
♥ zdobimy truskawką, miętą i czym tam jeszcze chcemy


Najedzeni? Przesłodzeni? Napojeni kawą? 
Gotowi do tańca? 

What you want
Baby, I got
What you need
Do you know I got it?




środa, 28 maja 2014

Deser chałwowo-kawowy z truskawkami i magdalenkami


Pamiętacie magdalenki? Jeżeli nie to musicie koniecznie nadrobić zaległości, a następnie przygotować deser, w którym wykorzystałam wymienione ciastka. 
Jeżeli nie jesteście fanami_kami kawy lub też nie lubicie deserów i słodkości z jej udziałem to może niekoniecznie dodawajcie do kremu kawę i pozostańcie przy wersji czysto chałwowej. Dodatek kawy może też niekoniecznie przypaść do smaku dzieciom, więc i w tym przypadku zachowajcie czujność. 
Deser jest banalnie prosty, a bardzo bardzo pyszny.  Z podanych proporcji wychodzi 12 mini deserków, ale możecie robić równie dobrze 6 midi lub 4 maxi. Dodanie świeżych owoców, a tym przypadku truskawek  jest tu niezbędne, aby przełamać słodycz kremu. 

Jeżeli zastanawiacie się dlaczego jem ze słoików, czy to taki hipsterski trend  to od razu wyjaśniam, że deserek przygotowywałam na  grilla do znajomych, więc musiałam wybrać coś, co łatwo się przetransportuje na drugą stronę miasta. :) 
Ładownie wszelkiego rodzaju jedzenia do słoiczków jest dobrym sposobem do zabrania sobie jedzenia do pracy, szkoły, na uczelnię. Świetnie sprawdziłoby się również na pikniku, więc może nie warto tak pochopnie wyrzucać szkła po wyjedzonym dżemie, maśle orzechowym czy nawet musztardzie? :) 

Składniki krem chałowo-czekoladowy:
  • puszka mleka kokosowego, które postało w lodówce mniej więcej dobę i się ładnie rozwarstwiło
  • 250 g chałwy waniliowej
  • 25 g oleju kokosowego 
  • 2 łyżki kawy mielonej 
Gęstą cześć mleka koksowego ( stanowi mniej więcej 2/3-3/4 puszki) łączymy z pokruszoną chałwą i olejem kokosowym. Miksujemy za pomocą blendera. Powstałą masę mieszamy z kawą i odstawiamy na kilka godzin do lodówki. 

W przygotowanych naczyniach, w których chcemy podać nasze deserki, układamy pokrojone w ćwiartki truskawki, nakładamy krem. Na wierzchu zdobimy magdalenką, truskawką i liściem mięty. 
Gotowe i smacznego.  



Tańczymy, bo nic tak nie poprawia humoru i w dodatku tańcząc rozwijamy obie półkule mózgu :

 

A gdy już wyczerpiemy siły to zajadamy...: 



... i tańczymy dalej...
Miłego dnia! :) 

poniedziałek, 26 maja 2014

Wytrawne muffiny z zielonymi szparagami z buraczanym hummusem.


Wiem, że może trudno w to uwierzyć, ale to mój pierwszy raz z wytrawnymi muffinami. Trochę to zaskakujące nawet dla mnie samej. Myślę, że nadają się na piknik, jak mało co. Do tego popakowane w słoiczki sałatki, jakaś lemoniada i gotowe. Kocyk na zielonej trawie, najlepiej w pobliżu jakiegoś akwenu czy innego strumyka, rzeki czy bajora. Oczywiście grono przyjaciół, ale o tym chyba nawet nie powinnam wspominać, bo to jest przecież oczywiste. Liczą się ludzie, a nie miejsca i powtarzam to sobie w głowie, jak mantrę ostatnio. W końcu nie jest ważne, gdzie jesteśmy, ale najważniejsze z kim... 

Bardzo zależało mi, aby w wymyślonych w mojej głowie muffinach pojawił się element zielonego. Od początku myślałam, żeby przyozdobić je buraczanym hummusem, więc takie połączenie kolorów wydało mi się bardzo bajkowe. 
W ręce wpadły mi zielone szparagi, a na parapecie dorodny szczypior niemal wołał: "ej, małą, wybierz mnie, wybierz mnie!" :) No to wybrałam... ;)

Przepis jest tak naprawdę prosty. Z podanych proporcji wyszło 12 sporych muffinów. Spokojnie można by upiec z tej proporcji 24 niższe i przyozdobione hummusem stanowiłyby doskonałą przystawkę, która stałaby się gwiazdą niejednej imprezy. 

Składniki na muffiny z zielonymi szparagami: 
  • 1 szklanka mąki pszennej ( możecie kombinować z orkiszową) 
  • 1 szklanka drobnych płatków owsianych 
  • 3 kopiaste łyżki mąki kukurydzianej 
  • 2 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia 
  • 2 łyżki cukru 
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 i 1/4 szklanki niesłodzonego napoju roślinnego
  • 1/4 szklanki oleju 
  • 2 łyżeczki musztardy 
  • 1 szklanka posiekanego szczypiorku 
  • 1 szklanka, ugotowanych wcześniej na parze i pokrojonych w cienkie krążki, zielonych szparagów ( watro pozostawić 12 główek szparagów do ozdobienia naszych cupcake'ów) 
  • 1/2 szklanki płatków drożdżowych 
  • 1 łyżka octu
  • 1 łyżeczka czarnuszki
  • 1 łyżeczka siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka sezamu ( ja użyłam czarnego) 
Mąkę kukurydzianą i mleko ubijamy trzepaczką lub przy pomocy miksera. Wlewamy łyżkę octu i ponownie chwilę razem ubijamy. Dodajemy olej, mieszamy, a następnie wsypujemy cukier, sól, proszek do pieczenia, musztardę, płatki drożdżowe i owsiane i łączymy. Przesiewamy szklankę mąki i dokładnie mieszamy. Na koniec wsypujemy warzywa, czarnuszkę, siemię i sezam. Mieszamy tak, aby składniki równomiernie rozprowadzić po cieście. 
Gotową masę przekładamy do foremek na muffiny i pieczemy przez około 20 minut w temp. 180 st. C. 





Przepis na hummus zaczerpnięty jest od Jadłonomii. Tak naprawdę wystarczy połowa podanych proporcji, aby ozdobić 12 muffinów, ale hummus jest tak pyszny, że przecież resztę wyje się z pieczywem i świeżymi, chrupkimi warzywami, takimi jak marchewka czy kalarepka. :) 
Podaję za Jadłonomią

Składniki:
  • 1 szklanka suchej ciecierzycy
  • 1/2 szklanki tahiny
  • 1 średni burak
  • sok z połowy cytryny
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • sól
  • do podania: kilka kropli oliwy, czarnuszka albo przyprawa za'atar

Ciecierzycę zalać dużą ilością zimnej wody, dodać łyżeczkę sody oczyszczonej i zostawić na noc. 

Następnego dnia ciecierzycę odcedzić, opłukać i zalać świeżą wodą także z łyżeczką sody. Gotować na średnim ogniu, uważając na kipiącą białą pianę - cieciorka będzie gotowa, kiedy ziarenko po naciśnięciu palcami będzie się rozchodzić i będzie maślane w środku. To ważne, aby ciecierzyca była bardzo miękka - ugotowanie do tego stopnia miękkości zajmuje około 30-50 minut. 
W międzyczasie buraka upiec w folii lub ugotować do miękkości, pieczenie zajmuje około godziny ale burak jest wtedy dużo słodszy i smaczniejszy. Ważne jednak, aby był naprawdę dobrze upieczony i bardzo miękki. 
Ugotowaną ciecierzycę należy dokładnie opłukać w zimnej wodzie, dodać tahinę z czosnkiem i wszystko utrzeć ręcznym blenderem. Następnie dodać buraka, sok z cytryny i wszystko utrzeć na bardzo gładką masę, na koniec doprawić do smaku solą albo większą ilością cytryny lub czosnku.
Hummus przekładamy do rękawa cukierniczego i zdobimy nasze szparagowe muffiny. Na wierzch kładziemy kawałek szparaga, buraczka i posypujemy czarnuszką. 
Gotowe! :) 

Smacznego! :) 




niedziela, 25 maja 2014

W poszukiwaniu straconego czasu, czyli wegańskie magdalenki...



Ostatni czas ma dla mnie dość nostalgiczny charakter... Dużo rozmyślam, dużo wspominam. Coś się kończy, a coś innego zaczyna. Strach miesza się z ekscytacją. Parcie do przodu i chęć odkrywania przeplata się z marazmem i stagnacją. 
W dodatku jestem świeżo po urodzinach, a to jak nic innego przypomina o upływającym czasie. Każe mi się nad pewnym spawami lepiej zastanowić. Uświadamiam sobie, że tracę coś bezpowrotnie. Z jednej strony chcę iść do przodu, z drugiej strony są ludzie, miejsca, rzeczy, których kurczowo się trzymam, doskonale wiedząc, że wszystko się w końcu skończy, wyczerpie, odejdzie. 
Bardzo dawno temu, przygotowując się do pracy maturalnej z polskiego chciałam poruszyć motyw dzieciństwa w literaturze i filmie. Spowodowało to, że sięgnęłam po powieść Marcela Prousta "W stronę Swanna", która jest pierwszą częścią całego cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu". To właśnie tutaj możemy przeczytać opis magdalenek, ciasteczek, które skłaniają głównego bohatera do wspomnienia dzieciństwa. Ja uwielbiam wszelkiego rodzaju reminiscencje, a same magdalenki musiały urzec mnie choćby swą nazwą, która odwołuje się do mojego imienia.
Ostatecznie, choć "W stronę Swanna" przeczytałam, zmieniłam temat na "Motyw buntu w literaturze i filmie", ponieważ w miarę zbliżania się egzaminu, moje polonistyczne ambicje malały na rzecz biologii i chemii, a bunt "mniej wymagał" , niż temat dzieciństwa. Takie życie. 
Jadnak, co przeczytałam i przerobiłam to moje, a więc pierwsza cześć "W poszukiwaniu straconego czasu" została odhaczona na liście lektur. A wraz z nimi magdalenki. 


Skoro jestem przy temacie dzieciństwa to koniecznie zapraszam na kolejną, szesnastą edycję wegańskiego lunchu, który wraz z Vegan Hooligan Crew organizuję już w przyszłą niedzielę, w Dzień Dziecka. Jak zawsze w Meskalinie, tradycyjnie o 13:30. Motyw przewodni lunchu to "Świat Baśni". Prawda, że ciekawy, twórczy, pobudzający wyobraźnię? 


No dobrze, ale wrócimy do meritum, a dokładnie przejdę do przepisu na Magdalenki. Zacznę od tego, że nie mam pojęcia do czego dążyłam, bo nie jadałam oryginału, aby próbować podrobić ich smak. Jest to moje wyobrażenie na temat tego, jak powinny one smakować, ale być może ktoś stwierdzi, że one koło magdalenek nawet "nie stały". Dla mnie jednak liczy się się to, że wyszły miękkie, pulchne i złoto-brązowe, karbowane ciastka w kształcie muszelek. 
Oczywiście, aby magdalenki wyszły, jak trzeba warto zainwestować w specjalną, dzieloną i karbowaną formę, które pozwoli stworzyć nam ciastka łudząco przypominające te z opisu Prousta. 

"(...) matka widząc, że mi jest zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe krótkie i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem (...) machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz (...). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (...). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (...). I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii.(...)"

Składniki:

  • 1 szklanka mąki pszennej 
  • 4-5 łyżek cukru trzcinowego 
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego ( najlepiej 1/2 szklanki mleka roślinnego i 1/4 szklanki wody)
  • 1 łyżka skórki startej z cytryny
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 3 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego 
W jednej misce mieszamy suche składniki. W drugiej mokre, a następnie łączymy ze sobą. Gotowym ciastem wypełniamy posmarowane delikatnie olejem foremki do magdalenek. Wystarczy na około 18 ciastek. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. przez około 15 minut. 
Studzimy na kratce i posypujemy cukrem pudrem. 








"It's alright
Even though we had to struggle
Sometimes
Even if we stumbled
It's all good
Cause I learned how to stay on my feet
It's all good
Cause I learned how to do for me

If my life's like your life, then I want for you to know
There's not a thing in the world you can't achieve
If your life's like my life, you got to keep on keeping on
Cause there's so much more you can be"


czwartek, 22 maja 2014

Liście botwinki faszerowane komosą ryżową z pikantnym sosem fistaszkowym

Od tygodnia wreszcie zawitała prawdziwa wiosna. Ba! Nawet może bardziej lato. Jest ciepło, słonecznie i ciągnie mnie nad wodę. Maj już się kończy, a ja nadal nie dotarłam na żadną majówkę. Wiem, wiem, aura nie sprzyjała, a do tego wszyscy jacyś tacy zapracowani, zabiegani, bez chwili czasu na posiedzenie na trawie, pogranie we frisbee czy wspólne spałaszowanie różnych pyszności na zewnętrznej. Ja sama też nie jestem bez winy, bo w tym miesiącu mimo, że miałam naprawdę dużo teoretycznie wolnych do szpitala dni, to jednak ciągle wypełniałam czas zadaniami, które nie pozwalały mi tak po prostu posiedzieć i wyautować się, jak trzeba. Odpoczynek i relaks mi się marzy, ale nie mam chwili wytchnienia, a od kilku dni zapracowanie osiągnęło apogeum. Dlatego dziś powiedziałam sobie STOP. Nigdzie nie idę, nie umawiam się, nie mam żadnej konferencji, ani innego spotkania, które w ciągu ostatnich dni wypełniały całkowicie czas. Nie będę jeść na mieście, choć trochę trudno czasami odmówić sobie wypasowego lunchu czy ciacha, burgera z miXtury czy Piece of Cake czy też lodów z Wronieckiej. 
Konsekwentnie jednak wróciłam do domu, zahaczając po drodze o ryneczek z warzywami i ugotowałam obiad. Już wczoraj przygotowałam quinoę ( komosę ryżową), także dziś musiałam tylko dokończyć farsz, nadziać liście, upiec, a w między czasie przygotować sos i oczywiście zjeść. 
Wyszło pyszne i aromatyczne, tak więc dzielę się na blogu recepturą. Zapewne część z Was lekko zsiwieje lub wyłysieje, bo liście będą się rwać, a farsz wysypywać, ale nie nabierze się wprawy nie próbując, więc mimo wszystko gorąco zachęcam, bo efekt i satysfakcja, że umie się zrobić coś tak oryginalnego jest niewątpliwie miłym uczuciem. :) 



Składniki na liście botwinki nadziewane komosą:
  • Liście z pęczka botwinki ( jak największe), możecie kupić dwa i owijać w podwójną warstwę, będzie prościej. Z liści wycinamy twarde łodyżki, sparzamy wrzątkiem, a następnie zlewamy zimną wodą. 
  • 0,5 szklanki quinoa, ugotowanej w szklance osolonej wody ( po ugotowaniu mniej więcej szklanka)
  • mała czerwona cebulka, pokrojona w kosteczkę
  • ząbek czosnku
  • płaska łyżka czarnuszki 
  • sól i pieprz do smaku 
  • garść świeżej mięty, posiekanej 
  • 2-3 łyżki oleju do smażenia
  • 2-3 łyżki oleju z orzechów laskowych 
  • około szklanka bulionu warzywnego

Na patelni rozgrzać olej, rzucić posiekaną cebulkę i zeszklić na małym ogniu. Dodać posiekany ząbek czosnku i smażyć jeszcze przez chwilę. Wsypać czarnuszkę, wymieszać z cebulą i czosnkiem, a po chwili dodać ugotowaną komosę ryżową. Na koniec wsypać posiekaną miętę, wlać 2-3 łyżki oleju orzechowego i wymieszać. Można posolić i popieprzyć do smaku. 
Piekarnik rozgrzać do 200 st. C
Sparzone liście botwinki układać na deseczce, porcjować farsz w komosy od 1 łyżeczki do sporej łyżki w zależności od wielkości liścia. Zwijać, jak gołąbki ( początkowo będzie to może wychodzić ciapowato, ale w czasem nabierzemy wprawy i wyjdą tak, jak na zdjęciu ).


Układamy w naczyniu żaroodpornym tak, aby ciasno do siebie przylegały. Zalewamy bulionem tak, aby przykryły liście i nasze danie nie wyschło podczas pieczenia. 
Wkładamy do rozgrzanego piekarniki i pieczemy przez około 20 minut.

Składniki na sos orzechowy:

  • mała cebulka, posiekana w kosteczkę
  • ząbek czosnku 
  • szklanka bulionu warzywnego
  • odrobina płatków chili 
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki 
  • 1 spora łyżka masła orzechowego 
Cebulkę podsmażamy, dodajemy posiekany ząbek czosnku, chili i paprykę. Po chwili wlewamy bulion, a gdy zacznie wrzeć, dodajemy masło orzechowe. Rozprowadzamy, aby powstał jednolity sos, a następnie gotujemy na małym ogniu do czasu, aż zgęstnieje. 
Gotowym sosem polewamy liście botwinki nadziewane komosą. 





Smacznego! :) 

I trochę tańca na koniec! :) 




środa, 14 maja 2014

Relacja ze "Słodkiej MiXtury".



Vegan Hooligan Crew "zasłynęło" z organizowanych cyklicznie w Meskalinie wegańskich lunchy. Od początku do teraz przez grupę przewinęło się sporo osób, a każda wnosi swoją energię i pomysły. Były lepsze i gorsze momenty, lunche udane i takie, które pozostawiały wiele do życzenia. Mam wrażenia, że teraz grupa przeżywa rozkwit, bo panuje fajna atmosfera, jest zabawnie, twórczo i coraz smaczniej. Choć poprzeczka się podniosła, rosną oczekiwania, więc to chyba prawda, że apatyt rośnie w miarę jedzenia. Dotyczy to w każdym razie VHC. 
W końcu udało się wyjść poza formułę lunchy. Już organizowana przez nas do spółki z WYPASEM "Słodka Zemsta" pokazała, że stać nas na dużo. Dała możliwość wykazania się zupełnie innymi umiejętnościami niż podczas lunchu. "Słodka MiXtura", którą opanowaliśmy w miniony weekend była takim postawieniem kropki nad "i". 
Sama nie mogę uwierzyć, że wyszło nam to tak dobrze. Sprzedaliśmy WSZYSTKO i to na dwie godziny przed planowanym zakończeniem imprezy, a gdybyśmy zdecydowali się na dwa - trzy torty i kilka słoiczków tiramisu więcej, na pewno rozeszłyby się bez najmniejszego problemu. To cieszy, bo każde sprzedane ciastko oznaczało, że uda nam się zebrać sporą sumę na działalność "Otwartych Klatek". Dla mnie ważne jest,  aby ogromna praca ze strony Vegan Hooligan Crew, Muffinfaktury i goszczącej nas MiXtura Vege Cafe nie poszła na marne. Kiedy widzimy, że to wychodzi, że włożony trud przynosi efekty to pomimo chwilowego wyczerpania, czujemy się nakręcani do dalszego działania. 
Udało się wytworzyć fajny klimat, miłą, przyjazną atmosferę i tak naprawdę o to chodzi. W knajpie zabrakło jedzenia w menu, a nam ciast już o 17:00, ale to tylko i wyłącznie dowód, że znów się udało. Myślę, że to jeszcze nie koniec i powtórzymy kolejny słodki "event" w niedalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że do zobaczenia! :) 

VHC = LOVE! :)

Patrzę na poniższe foty i czuję się dumna, że mogę to współtworzyć, współuczestniczyć. 

Na pierwszym planie tort czekoladowo-fistaszkowy z karmelem. W tle tort kokosowy i chałwowy z czarną porzeczką i granatem.

Dokładnie tak, jak głosi podpis na zdjęciu. :)

Absolutny hit imprezy - BEZsernik ze słonecznika ( w smaku przypominający marcepan) 

Przekrój przez bezsernik :) 

I torty "z lotu ptaka". 

Tort marchewkowo-kokosowy w musem z dyni.  

I w przekroju. 

Tartaleki słodzone syropem z agawy. 

Mniam <3 p="">



Wbrew podpisowi w słoiczkach znajduje się tiramisu na bazie kaszy jaglanej. 


Dwa powyższe zdjęcia to muffiny i cupcakes od Muffinfaktury. 

Podwójnie truskawkowe "ptasie mleczko" na surowym spodzie z migdałów i daktyli.

Tarta na surowym spodzie z musem figowym i masą różano-czekoladową. 

Bananowe brownies z musem z awokado :) Zaskakujące i przepyszne. 

Domowej produkcji batony. 

Owsiany. 

I surowy. Mniam! :) 

A całe zamieszanie dedykowaliśmy Otwartym Klatkom, które dzielnie i nieustanie walczą o prawa zwierząt. 

środa, 7 maja 2014

Miejsca w Poznaniu - WYPAS i MERAPI TEMPEH na Jackowskiego.

Postanowiłam już jakiś czas temu, że napiszę kilka słów o miejscach, które lubię i w których bywam w Poznaniu. Z naciskiem na punkty gastronomiczne, ale nie tylko. Może zdradzę też inne sekrety. ;) Od razu uprzedzam, że będą to wysoce subiektywne wpisy, moje własne odczucia i opinie. 
Traf chciał, że na początek wjeżdża relacja z miejsca, które jest najmłodsze spośród wszystkich, gdzie można mnie spotkać, ale kupiło moje serce od pierwszych chwil swojej bytności, a tak się składa, że wypróbowywaliśmy WYPASOWYCH smakołyków już w dniu otwarcia i trafiam tam co najmniej raz w tygodniu, jak nie na obiad to chociaż na ciasto. Jeszcze nie przydarzyło mi się rozczarowanie jakimkolwiek daniem tam serwowanym, a jestem wymagającą klientką i bardzo krytycznie podchodzą do jedzenia. Nie tak łatwo podbić moje podniebienie, o sercu nawet nie wspominając.
A jednak! WYPASOWI się udało. Jest to drugie, po Kwadracie miejsce w Poznaniu, serwujące w 100% roślinną kuchnię.
To co w Wypasie urzeka na pierwszy rzut oka to spójny wystrój.
Zaraz potem spotykamy którąś z dziewczyn, które prowadzą to miejsce i porażają nas swoim uśmiechem i pozytywną energią, pomimo że obroty wielkie i pracują nieustannie.
Ta mała przestrzeń jest wręcz idealnie urządzona. Ja odnoszę wrażenie, że nic, absolutnie nic, nawet najmniejszy słoiczek z zasianym zbożem nie jest przypadkowy. 
Jak dla mnie WYPASMERAPI TEMPEH stały się jasnym punktem ulicy Jackowskiego w Poznaniu. Naprawdę trudno przejść obok tego miejsca obojętnie. Przykuwa uwagę i prosi się o to, aby zajrzeć do środka. To nie tylko jedzenie, a podejście dziewczyn prowadzących WYPAS jest bardzo twórcze w każdym aspekcie. Nie tylko kulinarnym, ale dotyczy również wnętrza. Tam się po prostu dobrze czujesz. Połączenia serca, pasji i dobrej energii zawsze się sprawdza.

Zdjęcia nie są idealne, ale wiele z nich robiłam w pośpiechu, między falowo nadchodzącymi klientami, a nie chciałam krępować wypasowych gości nachalnym fotografowaniem. ;) 



 A stara suterena, która choć w pierwszym momencie wydawała się nie do zagospodarowania, okazała się świetnym miejscem na knajpkę serwującą lunche, przekąski i ciasta.

 

Na miejscu nie ma za dużo stolików, ale przy odrobinie szczęście znajdziemy wolne krzesło, bo widoczny na zdjęciu obraz - czyli puste stoliki to naprawdę rzadki widok... 


A jak nie to nie zapominajmy, że jest to miejsce, które przede wszystkim służy idei "take away" 


Jak wspomniałam wcześniej. Tutaj nic nie jest przypadkowe. Wystrój poraża wręcz spójnością, łączy style. 

( przy okazji widać fragment krzesełka do dzieci, dla tych którzy odwiedzają WYPAS z maluchem czy też maluszką ;)) 



    



Wszechobecne zioła, sałaty, pomidorki i papryczki świetnie "ubierają" wnętrze, nadając miejscu lekko śródziemnomorski klimat, kojarzący się z wakacjami. 


A wszelkie motywy D.I.Y kochamy całym sercem. :)








A teraz trochę o jedzeniu. Zacznijmy od konkretów. 
Menu codziennie jest inne. WYPAS na swoim fejsbukowym fanpage'u prezentuje niepowtarzalne dania, a opisy są tak oryginalne, wyszukane, a jednocześnie oddające klimat potrawy, że trudno nie rzucić wszystkiego i z wywieszonym językiem nie biec na Jackowskiego. 
Dziewczyny serwują dania bardzo niecodzienne, a te codzienne czynią oryginalnymi i wyszukanymi. Łączą ze sobą z pozoru niepasujące do siebie składniki, odrywając przed swoimi gośćmi nowe smaki. Aby zrozumieć fenomen tutejszego menu najlepiej prześledźcie dania, jakie codziennie widnieją na wypasowym facebook'u, a sami zrozumiecie o co mi chodzi. 
W manu zawsze znajdziemy lunch tygodnia, zupę dania i lunch dnia w cenach odpowiednio 18, 8 i 22 zł. Czy dużo to czy nie, odpowiedzcie sobie sami. W moim odczuciu ceny są adekwatne do serwowanych dań, objętości i smaku. Podane na otrębowych talerzach, choć gdy mamy ochotę możemy zabrać ze sobą własny talerz czy kubek. Wówczas płacimy jeden polski złoty mniej za każde danie. Podobnie rzecz ma się, gdy przyniesiemy własne pudełko na jedzenie na wynos. 



Nie można też narzekać na wybór napojów, bo lodówka pęka w szwach. Nierzadko możemy też trafić na soki, kompoty i inne napoje produkowane i butelkowane na miejscu.

\

Choć zazwyczaj decyduję się na Mio Mio Mate. 


Dziś skusiłam się na wodę sodową w szkle. Urzekł mnie jej oldschool'owy charakter. ;)


Punkt zwrotu butelek również chwyta za serce.


Z WYPASU na pewno nie wyjdziemy głodni, a na dodatek mamy spory wybór jedzenia paczkowanego i w słoiczkach: past, pasztetów, chutney'ów, pikli i innych przetworów, jak choćby zupy kremy. I tu spotkamy niecodzienne połączenia i oryginalne rozwiązania kulinarne. 
Niezmiennie jest też dostępny TEMPEH produkowany na miejscu przez MERAPI TEMPEH: naturalny, smażony w plasterkach i w całości. 









Do domu możemy wrócić z WYPASIONĄ torebką z WYPASIONYMI dobrami od WYPASU i MERAPI TEMPEH



A teraz czas na deser. WYPAS specjalizuje się w ciastach przygotowywanych "na zimno". I dobrze, bo wychodzą im one rewelacyjnie. Poniżej wrzucam mały przegląd. 
Do ciasta, o ile jemy je na miejscu możemy zamówić sobie zapatystowską kawę





 Słynna tapioka z musem mango. 

 

W WYPASIE nic nie jest przypadkowe. Nawet półki pod stolikami. Malaika lubi oryginalne miejsca...
Dodam tylko, że osoby, które wpadają do WYPASU z psami mogą liczyć na miłe przyjęcie i miskę wody dla swojego pupila czy pupilki. 


To co? GO VEGAN? BE VEGAN! 
 I "niedasizmowi" mówimy NIE!