środa, 30 kwietnia 2014

Tofu z rzodkiewką i innymi warzywami po chińsku

Nie jestem fanką kuchni chińskiej. Muszę przyznać się od razu, żeby nie robić z siebie ekspertki, którą nie jestem. Umiem przyrządzić kilka potraw, ale nie sięgam po nie częściej niż raz do roku. Zdecydowanie lepiej odnajduję się w kuchni indyjskiej, afrykańskiej i wszelkich europejskich. Czasami jadałam tofu z warzywami po chińsku na mieście. Zwłaszcza kilka lat temu, gdy nie było za bardzo żadnej alternatywy. Nigdy nie byłam entuzjastką tego jedzenia, ale mój ówczesny chłopak owszem, toteż bywaliśmy tu i tam. Obecnie nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz byłam na jakimś "tofu w 5 smakach" poza domem. 
Na szczęście pojawiło się w Poznaniu kilka miejsc, gdzie serwują tak pyszne wegańskie jedzenie, że zupełnie nie mam potrzeby ratowania się jedzeniem w knajpach z kuchnią chińską. 

Dlaczego w takim razie zdecydowałam się podzielić się z Wami przepisem na coś za czym sama nie przepadam? Otóż po pierwsze jest to "rewitalizacja" postu, który pojawił się na blogu ponad 4 lata tamu. Po drugie to jedzenie jest smaczne i wiele osób bardzo je ceni i choćby z myślą o nich. Poza tym wpadlibyście na pomysł, żeby zrobić tofu z w pięciu smakach" z rzodkiewką?
Chciałam zrobić nowe zdjęcia, bo te które były raczej nie zachęcały do spróbowania, a warto. Zwłaszcza z makaronem ryżowym lub sojowym.

Co do warzyw do możecie dodawać takie, jakie chcecie i lubicie. Prawie każde się nada. W zależności od sezonu i dostępności. Ważne jest to, że warzywa powinny być al dente, więc gdy decydujecie się na te, które gotują się szybko, musicie skrócić czas duszenia. Tylko tyle.




Składniki:

  • 1/2 średniej cukinii (ok.200-250 g), pokrojonej w półksiężyce 
  • 1 średnia marchewka ( ok. 180-200 g), pokrojonej w półksiężyce 
  • 10-15 cm pora ( ok. 100-120 g), pokrojonego w krążki
  • pęczek rzodkiewek (ok.250-300 g)  pokrojonych w ćwiartki lub ósemki ( w zależności od wielkości)
  • 300 g tofu, pokrojone w kosteczkę ( 1 cm)
  • olej do smażenia 
Sos:
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka mąki ryżowej lub ziemniaczanej
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 1-1,5 łyżeczki przyprawy 5 smaków ( szukajcie mieszanek przypraw w sklepach ze zdrową żywności, które nie zawierają glutaminianu sodu)
  • 0,5 szklanki wody
Wszystkie składniki sosu mieszamy w zamkniętym słoiku lub shakerze. Odstawiamy.

Tofu smażymy na głębokim oleju do czasu aż się przyrumieni. Lekko je solimy i pieprzymy. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku. Na dużej patelni rozgrzewamy 3 łyżki oleju, wrzucamy pora i smażymy do czasu aż się zeszkli. Następnie wrzucamy marchewkę i rzodkiewkę, a po 3 minutach dodajemy cukinię. Smażymy razem ok.10 minut. Dodajemy podsmażone tofu. Następnie warzywa z tofu zalewamy przygotowanym sosem. Dusimy wszystko razem przez kolejne 10 minut. Podajemy z ryżem lub makaronem "sojowym".

Smacznego!!





wtorek, 29 kwietnia 2014

Wegańskie tiramisu z kremem z kaszy jaglanej.





Ostatni przepis kwietniowy i ostatni przed długim weekendem. Mam nadzieję, że przyda Wam się w te wolne dni, które spędzicie w gronie przyjaciół czy rodziny w jakimiś przyjemnym miejscu. Podobno ma być zimno, więc polecam z kubikiem aromatycznej kawy. :) 
A jak nie teraz to później. Przed nami cały miesiąc na pikniki i majówki. Takie tiramisu nie musi mieć formy ciasta, bo można zrobić je warstwowo z zamykanych słoiczkach i zabrać w plener. Idealnie. 
Deser jest naprawdę smaczny i ja jestem w nim rozkochana na całego. 
Kolejne ciasto z kremem, ale jednocześnie bez takich cudów jak margaryny. Gdy pomyślę, że kiedyś większość kremów w moich tortach i deserach bazowało na Alsanie, a teraz jest to naprawdę rzadkość w mojej kuchni to widzę, że bardzo się rozwinęłam kulinarnie i mam dużo więcej do zaoferowania zarówno osobom, które karmię, jak mi tym, którzy zamawiają czasami jakieś ciasto ode mnie na rozmaite imprezy, ale przede wszystkim czytelnikom bloga, którzy z tych przepisów korzystają. 


Składniki na ciasto:
  • 3 łyżki zmielonego siemienia lnianego
  • 3/4 szklanki bardzo ciepłej, niemal gorącej wody
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 2 łyżki oleju 
  • 6 łyżek mąki kukurydzianej 
  • 3/4 szklanki mleka sojowego 
  • 3/4 szklanki + jedna łyżka mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżka octu
Rozgrzej piekarnik do 180 st.C. Siemię wymieszaj z wodą, tak aby nie było grudek. Odstaw na chwilę, nich napęcznieje. Dodaj olej i cukier. Ubij trzepaczką bądź mikserem. Wlej mleko sojowe, proszek do pieczenia i mąkę kukurydzianą. Wymieszaj i  przesiej mąką pszenną. Na koniec dodaj łyżkę octu i wymieszaj.
Ciasto przełóż do tortownicy tradycyjnej wielkości. Jeżeli używasz zwykłej to wyłóż ją papierem do pieczenia lub wysmaruj olejem i posyp bułką tartą. Ja używam silikonowej. 
Piecz przez około 25-30 minut, aż ciasto się zarumieni, a wetknięty w niego patyczek będzie suchy. 
Wystudź.
Uwaga: Ciasto wychodzi bardzo niskie, ale takie ma być. To nie ono jest clou tego deseru, a krem. Ciasto i tak da się przeciąć w pół. 

Składniki na krem:
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej 
  • 3 szklanki mleka roślinnego 
  • 2 łyżki oleju kokosowego (około 25 g)
  • łyżeczka skórki starej z cytryny
  • 4-6 łyżek cukru trzcinowego ( w zależności czy chcemy słodki czy bardzo słodki deser) - ja proponuję dodać mniej, a zawsze można dosłodzić cukrem pudrem przy miksowaniu
  • odrobina cukru waniliowego z prawdziwą wanilią ( 0,5 łyżeczki) 
Mleko doprowadź do wrzenia. Dodaj resztę składników i gotuj na minimalnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aby nie przywarło. Kiedy kasza będzie gotowa, czyli miękka, może być nawet lekko rozgotowana odstawiamy ją do schłodzenia. Kiedy jest letnia miksujemy ją blenderem, aby powstał z nam gładki "budyń". 

Dodatkowo
  • Kubek mocnej,świeżo parzonej kawy, ostudzonej 
  • 2-4 łyżek amaretto 
  • 1-2 łyżki gorzkiego kakao
Ostudzone ciasto przekrawamy wzdłuż, aby powstały nam dwa mniej więcej równe płaty ciasta. 
Układamy pierwszy na talerzu, wkrapiamy połową kawy wymieszanej z amaretto i pokrywamy połową kremu z kaszy jaglanej. Kładziemy na krem drugi płat ciasta i skrapiamy pozostałą kawą z amaretto. Pokrywamy drugą połową kremu i wyrównujemy dużym gładkim nożem. Posypujemy równomiernie kakao. Możemy ozdobić jagodami goji, jak widać na zdjęciach. 
Ciasto wkładamy na minimum dwie godziny do lodówki, aby krem się ściął i dobrze się kroił. 

Gotowe! SMACZNEGO! :) 



Udanego długiego weekendu! :) 


sobota, 26 kwietnia 2014

Zielony koktajl z pietruszką. Mniam!



W czwartek wieczorem wróciłam po tygodniu nieobecności do Poznania. I oniemiałam. W przeciągu tygodnia zazieleniło się totalnie. Taki świeży chlorofil. Kwitną kwiaty i bez przyniesiony do domu wypełnia pokoje swoim obłędnym zapachem. Uwielbiam tę porę roku, choć nieco trudniej i z większym żalem myślę o siedzeniu w domu, szpitalu czy gdziekolwiek. 
Właściwie mogłabym non stop siedzieć na zewnętrznej spotykać się ze znajomymi, wyprowadzać Malaikę na długie spacery i leżeć na trawie czytając zaległe lektury, niedoczytane "Medycyny Praktyczne" i nawet podręczniki. 

Zainspirowana wszechobecną zielenią zrobiłam sobie koktajl w równie obłędnym odcieniu. Skład jest prosty. Nic wyszukanego. A jednak. Banany są źródłem potasu i magnezu, cytrusy i pietruszką są bogate w witaminę C, a dodatkowo natka zawiera sporo żelaza, co przy połączeniu z witaminą C jest doskonałym źródłem tego pierwiastka dla naszego organizmu. Smacznego i zdrowego! :) 

Składniki ( mi wyszło 1,25 litra):
  • 2 banany
  • 4 pomarańcze
  • 2 cytryny
  • 3 pęczki natki pietruszki
Cytryny, pomarańcze myjemy, przekrawamy na pół i wyciskamy z nich sok, najlepiej przy użyciu ręcznego wyciskacza, bo wówczas uzyskamy więcej soku. Pietruszkę siekamy. Banany, sos w cytrusów i pietruszkę umieszczamy w kielichu blendera. Miksujemy przez około minuty. Rozlewamy do szklaneczek lub do zamykanej butelki, jeżeli chcemy zabrać napój ze sobą do pracy czy szkoły lub na piknik... :) 

Smacznego!






A teraz tańczymy, pełni witamin, minerałów i energii ;) 


czwartek, 24 kwietnia 2014

Buraczane burgery na bazie kaszy jaglanej.

Ostatnio Moja Mama organizowała małe spotkanie dla swoich koleżanek z okazji, że ponownie już została babcią. Tak, tak Moi Drodzy to, co dla wielu z nas wydaje się być dość przerażającą wizją, w odpowiednim momencie jest źródłem niezłej frajdy i powodem do świętowania. Serio. 


Oczywiście nie wyglądało to tak, jak na tym zdjęciu, ale gdy myślę o tym, że ja miałabym być  babcią to widzę mniej więcej taki obraz, jak na powyższym zdjęciu. ;) 

Jak to z imprezami bywa trzeba było wymyślić coś do jedzenia. Na początek padał pomysł jakiejś zapiekanki makaronowej z surówką. Jakiś kanapeczek z pastami i sałatek rozmaitych, ale natchnęło mnie jednak, aby podziałać niekonwencjonalnie. Postanowiłam, że upiekę buły, zrobię kotlety, ukręcę sos i podamy burgery. Z frytkami i surówką. 
Zmodyfikowałam przepis na buraczane burgery, który pojawił się już wcześniej na blogu. Buły zrobiłam wg przepisu stąd, z sosem ziołowym na bazie majonezu z kaszy jaglanej. Do tego kiełki rzodkiewki i soczewicy, sałata, ogórek kiszony, czerwona cebula, pomidor. Mmmm! Pycha. 


Składniki na burgery: 
  • 1,5 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej 
  • 1 szklanka czerwonej soczewicy, ugotowanej
  • 1,5 szklanka buraka startego na drobnych oczkach 
  • płaska łyżeczka soli
  • łyżeczka majeranku
  • łyżeczka tymianku
  • łyżeczka estragonu
  • świeżo mielony pieprz
  • 2 ząbki czosnku posiekane lub przeciśnięte przez praskę
  • jedna mała posiekana cebulka 
  • łyżeczka musztardy 
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 1/2 szklanki bułki tartej 
  • 1/4 szklanki sezamu 
  • 1/4 szklanki podprażonych ziaren słonecznika 
Wszystkie składniki wsypać do miski i połączyć. Nie potrzebujemy żadnego blendera, ponieważ składniki bez niego bardzo ładnie stworzą zwartą masę. Odstawiamy na około 30 minut, żeby masa lepiej się "ścięła", choć i gdy pominiemy Z masy formujemy około 9-10 dużych, płaskich kotletów i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C przez 15 min z każdej strony ( można użyć termoobiegu, ale wtedy należy trochę skrócić czas pieczenia. Jednorazowo smarujemy je z obu stron olejem. Na początku jedną stronę i przy obracaniu drugą. 


A teraz Kochani_ne! Zapraszam do tańca! Świętujemy! :) 



wtorek, 22 kwietnia 2014

Selerowa "ryba" w glonach nori.

Za nami kolejny wegański lunch. Trochę głupio mi pisać w wielkich superlatywach o inicjatywie, którą współtworzę, ale po raz pierwszy od miesięcy mogę powiedzieć z ręką na sercu, że się udało. Nie tylko dlatego, że daliśmy radę kulinarnie. Jedzenia było w sam raz na liczbę gości, w dodatku było oryginalne, pyszne i patrząc na kompozycje, jakie przygotowane przez nas potrawy tworzyły na talerzach lunch'owych gości, wszystko było spójne. Chodzi też o klimat, jaki udało się stworzyć. Zarówno wśród osób, które zawitały w Meskalinie, jak i wśród chuligańskiej załogi dało się wyczuć swobodę, luz, nie było spiny. Po prostu. Było miło. I o to chodzi. Pomimo, że miałam mnóstwo na głowie, "wisiał nade mną" egzamin, który musiałam zdać jeszcze przed świętami, udało mi się przeżyć ten lunch przyjemnie. Wiem, że w dużej mierze jest to zasługa ekipy, która po prostu daje radę. Naprawdę miło się działa i już cieszę się na "Słodką Miksturę", którą niebawem organizujemy wspólnie na rzecz Stowarzyszenia Otwarte Klatki. 
Ale dlaczego piszę o Vegan Lunchu? Otóż ostatni miał miano VEGAN ROOT LUNCHU "MOCNE KORZENIE". Dlatego tematem przewodnim były warzywa korzeniowe i bulwiaste. W menu pojawiło się marchewkowe risotto i tytułowy seler a la ryba. Na przystawkę carpaccio na ruccoli z sosem migdałowym, paszteciki z warzyw korzeniowych z płatkami owsianymi z sosem z orzeszków ziemnych. Była zupa-krem z pietruszki i gruszki, sałatka z pieczonych ziemniaków z zieloną i czarną soczewicą, ruccolą i jarmużem z winegretem cytrynowo-rozmarynowym oraz surówka z białej rzodkwi i czarnej rzepy z ziołowym sosem. Na deser budyń jaglano-marchewkowy pod pierzynką ze śmietanki kokosowej oraz imbirowe muffiny z musem jabłkowym polane czekoladą imbirową. I co? Możemy czuć lekką dumę, no nie? 

Robiłam kiedyś "rybę" z selera z przepisu jednaj blogerki, zdaje się Vegelicious, ale nie smakowała mi i nie wracałam do tej wariacji na temat selera przez lata. Nowy przepis przypadł mi do gustu, chyba że z biegiem lat po prostu zmieniły mi smaki... Sama nie wiem. 
Seler a la ryba jest super prostym przepisem, choć zrobienie około 150 takich kawałków było już nieco nużące... Jednak nie na tyle, abym nie powtórzyła tego dania tydzień później podczas Świąt w rodzinnym domu. 
Przepis pochodzi z filmu opublikowanego przez Otwarte Klatki w okolicach Bożego Narodzenia. Możecie obejrzeć go tu. Nie jest może zbyt precyzyjny, a ja staram się unikać tego typu receptur, ale tym razem zrobię wyjątek. Wierzę, że sobie poradzicie. ;) 

 

Ryba z selera (źródło:Otwarte Klatki)
Składniki:
  • 1 seler
  • 1 paczka alg nori
  • bułka tarta, sezam, wiórki kokosowe
  • mąka pszenna ( można zastąpić inną, bezglutenową)
  • kurkuma
  • ziele angielskie
  • liść laurowy
  • przyprawa do ryb, poszukajcie takiej bez dziwnych, "chemicznych" dodatków
  • ew. trochę soli
  • olej do smażenia
Umytego i obranego selera kroimy na plastry grubości około 1 cm. Do gotującej się wody z przyprawami wrzucamy pokrojonego selera i gotujemy około 3 minut, tak aby był al dente i nie rozpadał się przy smażeniu. Ugotowanego selera owijamy w pocięte płaty nori. Następnie moczymy na moment w wodzie, aby glony lepiej przylegały do selera. Możemy też najpierw moczyć na sekundę pokrojone płaty nori, a następnie owijać nimi seler. Jak komu wygodniej. ;) Mąkę pszenną mieszamy z wodą tak, aby uzyskać konsystencję ciasta naleśnikowego. Przygotowujemy panierkę. Mieszamy bułkę tartą, sezam i kokos. Przygotowanego selera zanurzamy w cieście oraz obtaczamy w panierce. Na patelni rozgrzewamy olej i smażmy seler z obu stron na złoto.
Gotowy układamy na liściach ulubionej sałaty. Zdobimy oliwkami i plastrami cytryny.
  


A teraz mały rzut na przyrodę okolic, gdzie przyszło mi wyrastać ;) 















Na koniec The Cure z okazji wczorajszych 55'tych urodzin Robert'a Smith'a.


niedziela, 20 kwietnia 2014

Dulce de leche de soja y coco, czyli po naszemu WEGAŃKIE TOFFI.

Gdybym miała wymienić słowa, których nadużywam to w czołówce znalazłoby się SPOKO! To jest wręcz niesamowite ile razy dziennie pada z moich ust i czasami totalnie nieadekwatnie do sytuacji. Co więcej oprócz samego "spoko" pojawia się jeszcze "bardzo spoko". Nie wiem kiedy się tego nauczyłam,ale naprawdę może się "palić i walić", a ja z z uśmiechem na twarzy skomentuję całą sytuację stwierdzeniem, że jest spoko. I żadna to hipokryzja. To raczej brak dramatyzmu. Zawsze przecież może być gorzej...;)
Bardzo to lubię, bo jednak wierzę trochę, że w życiu  dużo jesteśmy w stanie sobie oraz otoczeniu wmówić. Ja swoim "spoko" staram się zaklinać rzeczywistość. Nie zawsze się udaje, ale uwierzcie mi, że pozytywnym podejściem do wielu spraw, zakładaniem, że przecież nie może nie wyjść, nie ma opcji, udało mi się osiągnąć bardzo dużo w ostatnim czasie. Niedasizmowi mówię stanowczo nie ;) 
Nie narzekam. Na nic. Do wszystkiego staram się podchodzić z dużą rezerwą, ale przede wszystkim z optymizmem. Przecież musi się udać. Wyjdzie. Prę do przodu, idę jak burza, biorę co chcę i nie przepraszam za to, że tu jestem i żyję. Nie użalam się i nie pochylam nad jakimiś toksycznymi sprawami, nie rozczulam nad błędami i potknięciami. Biorę szybką lekcję życia, ale zamiast popadać w panikę, rozpacz i strach o to co dalej, cieszę się tym co jest. 
Ile musiałam nad tym pracować? Ile łez się wylało, wody w Warcie przepłynęło, kłótni odbyło, mostów spaliło, abym znalazła to czego szukam? Milion. Widocznie tak musiało być. Zawsze dostaje się coś za coś, za szczęście też trzeba swoje zapłacić. Kiedyś mnie to przytłaczało, że nie jestem w stanie wszystkich zadowolić, że wybierając jedno, często trzeba zrezygnować z drugiego. Może to jest ta dorosłość, o której wszyscy mówili z TAKIM "och i ach". Dokonywanie wyborów i ponoszenie konsekwencji  decyzji, które się podjęło. 
Kiedyś nie umiałam udźwignąć wielu problemów, które pojawiały się znienacka, kiedyś bardziej ulegałam wpływom. Zatańczyłabym tak, jak mi zagrają, byleby wszyscy mnie lubili i akceptowali. Ale dziś? Dziś z satysfakcją odmawiam tego tańca, gdy mi się nie podoba...

Tak więc jestem MEDYCYNA, MALAIKA I JA. Trzy razy "M". I dobrze.

Ten cytat już był umieszczany na tym blogu, ale tak do mnie przemawia, że ląduje tu jeszcze raz przy okazji nowego wpisu.
"Mówienie ludziom „nie” jest wspaniałą rzeczą, jest to część przebudzenia. I zrozum, to nie jest egoizm. Egoizmem jest wymaganie od innych, by żyli życiem, które akurat tobie wydaje 
się najwłaściwsze. To jest egoizm. 
Żyć swoim życiem nie jest egoizmem."

Anthony de Mello



To co? Robimy sos toffi? 





Inspiracja pochodzi stąd. Serdecznie polecam bloga "Seitan is my motor", choć samego seitanu jako tako nie lubię, nie polecam i jadam z rzadka, głównie w burgerach na zagranicznych wczasach. ;) 

Składniki: 
  • 3 i 1/2 szklanki mleka sojowego waniliowego
  • 1/2- 3/4 szklanki gęstego mleka kokosowego 
  • 2 szklanki cukru 
  • 1/2 łyżeczki wanilii 
  • 1/2 łyżeczki soli
  • szczypta sody
  • 1 łyżka melasy buraczanej lub trzcinowej
W dużym rondlu wymieszaj wszystkie składniki, tak aby się połączyły, a cukier praktycznie całkiem rozpuścił. Doprowadź do wrzenia, a następnie zmniejsz ogień do minimum. Gotuj przez około 2,5 godziny, doglądając co 20 minut i mieszając od czasu do czasu. Masa nie powinna się gotować, choć pojedyncze bąbelki są dopuszczalne. Po 2,5 godzinach masa powinna być ciemniejsza i gęsta. Jeżeli wydaje nam się wciąż zbyt rzadka możemy jeszcze chwilę potrzymać na ogniu. Studzimy i letnie toffi przekładamy do słoika/słoików lub polewamy ciasto/deser/lody lub kawy. Masę trzymamy w lodówce, ale powinniśmy wyciągnąć ją na 1-2 godziny przed użyciem. 
Nie mam pojęcia, jak długo możemy ją trzymać w lodówce, ale u nas znika szybko. 
Polecam serdecznie jako polewę do BEZSERNICZKÓW






Sing with me tonight
Love in a room alright
Dance to your heart’s delight
Dance up a storm tonight

‘Cause my heart needs a love dance
My heart needs a love dance
Could your heart use some romance
‘Cause my heart needs a love dance

I wrap my arms around you and pull you to my chest
Narrow is the doorway when I will attest
That I am for you, you’re not ever alone
Words in these moments, forever untold

‘Cause my heart needs a love dance
My heart needs a love dance
Could your heart use some romance
Cause my heart needs a love dance

My heart needs a love dance 

My heart, my heart, my heart 

I run away, I run away, I run away

sobota, 19 kwietnia 2014

Jaglane serniczki. Bezserniczki.

Nie wiem do końca czy to normalne, czy może też nie, ale im lepsze rzeczy dzieją się w moim życiu, tym mniejszą mam ochotę dzielić się nimi w wirtualnej przestrzeni. 
Tym bardziej niepokojące wydaje mi się zdradzanie zawartości tego co mam w lodówce, co stoi na półce z książkami i leci w głośnikach czy słuchawkach. Mam ochotę schować całą moją prywatność gdzieś bardzo, bardzo głęboko. Bez zamęczania świata swoim szczęściem czy sweet fotami ze spaceru. Wszystko co mogę zaoferować to przepisy, jakieś ogólne rozkminy, ale nic bezpośredniego. Nic więcej. Dziś tylko przepis. 


Dawno nie publikowałam niczego na blogu, dlatego powracam z nie byle czym, żeby odkupić nieco winy. Sernik z kaszy jaglanej piekłam kilkakrotnie. Przed "Słodką Zemstą" na próbę, na "Słodką Zemstę", na prezent dla znajomych. Zawsze inspirowałam się przepisem z na sernik bez sera - jaglany z bloga "Trochę inna cukiernia..." . Ale poza próbnym, nie trzymam się sztywno oryginału. 
Na "Słodką Zemstę" upiekłam go na spodzie z orzechów pekan i daktyli, więc był bez glutenu. Polałam sosem karmelowym i posypałam podprażonymi płatkami migdałowymi. Było to jedno z najchętniej wybieranych ciast, które zniknęło w okamgnieniu. 
Tym razem przygotowałam go w formie mini BEZserniczków. Nie przygotowałam spodu, ale wlałam bezpośrednio do foremek na muffiny. Polecam upiec je w silikonowych papilotkach/foremkach. Po upieczeniu polałam polewą toffi i posypałam suszonymi owocami. Z podanych proporcji wychodzi około 15 babeczek. Gotowe można włożyć do papierowych papilotek, aby ładnie wyglądały. Nie polecam piec w zwykłych papierowych foremkach, bo fatalnie się odklejają. Być może w takich specjalnych, usztywnianych będzie O.K.




Składniki:

  • 1 szklanka kaszy jaglanej
  • 2 szklanki mleka sojowego waniliowego
  • 1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią 
  • 1 łyżka oleju kokosowego lub oleju rzepakowego
  • 0,5 szklanki cukru, syropu z agawy lub innego wegańskiego słodu
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego
  • odrobina skórki startej z pomarańczy
  • po jednej garstce owoców goji, suszonej aronii i żurawiny

Kaszę jaglaną ugotować na miękko w mleku waniliowym, ale nie odparowywać całkiem. Przestudzić i zmielić blenderem o dużej mocy na gładko. Połączyć z resztą składników. Masa powinna być raczej rzadka, jeżeli jest zbyt gęsta, trzeba dolać trochę mleka. Tak przyrządzoną masę przełożyć do foremek na muffiny i piec na złocisty kolor około 35-40 minut w temperaturze 180 st. C. 
Ostudzone, ale jeszcze ciepłe bezserniczki można polać lukrem i posypać owocami i /lub orzechami. 
Można też podać z polewą toffi, jak ja. Przepis niebawem opublikuję na blogu. 




"Change is coming our way
Step by step and day by day"


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

VEGAN ROOT LUNCH #15 "MOCNE KORZENIE" W POZNAŃSKIEJ MESKALINIE. ZAPROSZENIE.




Z ogromną przyjemnością zapraszamy na piętnastą już edycję Vegan Lunchu. Tym razem tematem przewodnim będą KORZENIE. Warzywa lokalne ( lub niemal lokalne) wciąż sezonowe, często niedoceniane, a pyszne, zdrowe i pełne kulinarnych możliwości. Vegan Hooligan Crew wraca do korzeni ;) 


Jak zawsze każdy kto troszczy się o środowisko i przyniesie własny talerz oraz sztućce zostanie obdarowany drobnym, słodkim upominkiem. 

Zasady są proste. Płacisz 17 zł i smakujesz przygotowanych przez nas potraw podanych w formie szwedzkiego stołu. 

Nasza przestrzeń na FB jest TU.
A "zapisy" na lunch o TU TU. 

Vegan Hooligan Crew nie zgadza się na marnowanie żywności, dlatego prosimy Was o nakładanie na talerze takiej ilości, którą jesteście w stanie zjeść. Nie wyrzucamy jedzenia. Wszystko, co nie zostanie zjedzone przekazujemy potrzebującym. 

Dochód z lunchu przeznaczymy na Schronisko w Korabiewicach https://www.facebook.com/Schronisko.w.Korabiewicach?fref=ts




Ponadto będziemy zbierać SŁOICZKI( mogą być bez zakrętek). Chodzi o słoiki po rozmaitych, kupnych pasztetach sojowych czy innych vegan pastach. Słoiki przydadzą się na kolejne eventy i posłużą, jako naczynia np. do lodów  Nie chcemy więcej plastiku, więc pomóżcie nam wyeliminować go z imprez VHC  Przykładowe słoiki dla tych, którzy nie są pewni o co tu chodzi:

ZAPRASZAMY I DO ZOBACZENIA! 


GO VEGAN! ♥ ♥ ♥