sobota, 4 października 2014

Czekoladowy mus z awokado i bananami.


Uwielbiam jesień słoneczną i złotą. Uwielbiam jesienne kwiaty, szeleszczące pod nogami liście, kasztany, po które w jakimś dziecięcym odruchu zawsze się schylam i wkładam do kieszeni, a potem ściskam kurczowo, gdy jadę tramwajem. Uwielbiam to, że choć już ubieramy się grubiej to nadal do cieplejszych butów, grubych rajstop i spod płaszczy, wystają letnie sukienki. Taki modowy miszmasz jest taki mój. Lubię bardzo łączyć lekkie, wakacyjne ciuchy z tymi grubymi, już zimowymi. 
Kocham jesienne warzywa, a z dynią to już zdecydowanie mogłabym się ożenić. Generalnie: uwielbiam jesień w kuchni w całej okazałości, ale nawet ja, taka miłośniczka tej pory roku muszę to przyznać. W pewnym momencie robi się po prostu psychicznie trudniej i pewnych rzeczy nie można przeskoczyć. Nie da się i już. Przychodzi jesienna szaruga, deszcze, zimno. Rano ciemno, popołudniu ciemno. Wpadam w lekką chandrę.  
Wiem, że do listopada jeszcze cały październik, ale tym bardziej wolę poruszyć ten temat zawczasu, kiedy ciągle możemy uzbroić się po zęby w świece, również te zapachowe, otoczyć roślinami w doniczkach, również tymi kwitnącymi. Wybrać na zakupy po lakiery do paznokci w całej gamie kolorów. Ja maluję paznokcie na jaskrawo, choć już na pierwszym roku medycyny na zajęciach z propedeutyki medycyny pan doktor powtarzał, że lekarkom NIE WOLNO. Ostatecznie już bezbarwny i perłowy lakier wchodzi w grę. Ja natomiast wychodzę z założenia, że lepsza lekarka seledynowymi paznokciami, niż z depresją. Poza tym mam wrażenie, że pan doktor, który dawał nam takie "złot rady" dawno temu zatrzymał się w miejscu podczas, gdy świat poszedł milion mil do przodu... Niemniej dla mnie, która maluje paznokcie na okrągło, mocno wbiło się to w pamięć. 
Okey. Wymieniłam już kilka metod na rozpogodzenie jesiennej, nie zawsze sprzyjającej aury. W pochmurne dni palę świeczki. Tego nauczyłam się od Babci, która zawsze w jesienne dni mówi, że trzeba zapalić tealight'a. Mam też rośliny na parapecie, w kuchni zioła, a na paznokciach barwny lakier. Kiedyś nie uznawałam żadnego koloru ubrań poza czarnym, a dziś? Dziś staram się dobierać to tak, żebym całą sobą nadała trochę kolorytu rzeczywistości, która nie zawsze łaskocze. Czasem nawet kopie dość konkretnie, rzekłabym.
Bardzo ważnym elementem mojej "terapii" jest muzyka. Musi być dużo i ciągle. Częściej sięgam po lekkie, przyjemne dla ucha dźwięki. Muzykę, do której mogę sobie śpiewać i tańczyć. Dużo soulu, zwłaszcza starych numerów z lat sześćdziesiątych, ale też sporo Joy Denalane na przykład.
Kolejnym elementem terapii jest kino. Ponurą jesienią sięgam po pogodne filmy z pozytywnym przesłaniem. Nawet, gdy aura nie sprzyja zalecam (a przemawia teraz przeze mnie lekarz) ruszyć się z domu, choćby w kaloszach i płaszczu przeciwdeszczowym i iść właśnie do kina. Pomimo, że naprawdę bardzo nie chce nam się nic robić to mówię Wam - powinnyśmy wychodzić, bo kiedy to zrobicie to poczujecie się milion razy lepiej.
Podobnie sprawa ma się, jeżeli chodzi o spacery czy wszelakie sporty. Najgorzej jest się zmobilizować, ale kiedy uda Wam się porwać na choć minimalny wysiłek fizyczny to poczujecie ten rodzaj satysfakcji, który poprawia humor o 100% i pozwala przetrwać nawet najbardziej ponure momenty. Ja nie mam problemu z mobilizacją, bo odkąd zaadoptowałam moją sukę to może walić się i palić, a ja i tak zacznę dzień od spaceru.
Wracając jednak do kina i filmów. Wiadomym jest, że nie zawsze uda nam się wpakować w harmonogram dnia dwugodzinny film. Pozostają jednak seriale. Ja oglądam dla rozrywki "New Girl" czy "Girls". Obowiązkowo "Grey's Anatomy", choć to bardziej z przyzwyczajenia i poczucia więzi z bohaterami z racji mojego świeżego niczym bułeczka, zawodu. ;)
Mam też swój bardzo ekspresowy sposób na poprawę nastroju. Wykorzystuję go w chwilach, gdy tkwię nad książkami, dużo pracuję, przygotowuję się do jakiś egzaminów. Wówczas sięgam po trailery filmów, które już widziałam, a które szczególnie dobrze wbiły mi się w pamięć i dały pozytywnego kopa. Niekoniecznie i nie zawsze są to produkcje ambitne, ale czasami po prostu dobrze mi się kojarzą.
Najczęściej są to: "Happy Go Lucky", "Billy Elliot", "You've got mail" ,"Juno", "Frances Ha", "Litte Miss Sunshine", "Unmade beds", "Because I said so", "Before sunrise", "Before sunset", "Before Midnight", "Love and other drugs", "Chocolat", "Eagle vs shark", "Something's Gotta Give", "Amelie", "Run Lola Run", "500 days od Summer", "Beasts of the Southern Wild", "Love actually", "Bridget Jones", "Nothing Hill". I jeszcze wiele innych. Jak choćby "O północy w Paryżu" czy "Zakochani w Rzymie". 



Kolejnym lekiem jest kuchnia. Gotowanie ma dla mnie zdecydowanie funkcję terapeutyczną. O tym, że jest aktem twórczym, którego mogę się podjąć, kiedy tylko najdzie mnie ochota, nie będę już kolejny raz tłumaczyć, choć po niedzielnym pokazie mam lekką ochotę. Właśnie podczas pokazu bardzo zależało mi, aby udowodnić, że gotowanie to sztuka, którą możemy nakarmić i ciało, i duszę, bo może zaspokoić nie tylko głód, ale też zmył estetyki, a to dla mnie bardzo ważne.
Piszę o tym dlatego, że czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie wokół traktują mnie, jak taką pocieszą "kuchareczkę", której zawsze można zlecić ugotowanie czy upieczenie czegoś, a ja przyjmę to z pocałowaniem ręki. Irytuje mnie takie pobłażliwe traktowanie, tym bardziej, że na co dzień zajmuję się czymś zupełnie innym, nierzadko też odżywiam się "na pół gwizdka", a swoje kulinarne umiejętności chowam na specjalne okazje. Mam wręcz wrażenie, że przez to, że tak obnoszę się ze swoją pasją gotowania poprzez bloga to niejednokrotnie tracę, bo nikt nie traktuje mnie poważnie. Tak naprawdę jest dokładnie odwrotnie i gotowanie, jak każda inna czynność, jeżeli ma być dobrze wykonana, wymaga wkładu energii, pracy i serca i nie wychodziłaby mi tak dobrze, gdybym nie podchodziła to tematu profesjonalnie.

Jedzenie, które przygotowuję jesienią również ma przynosić ulgę, więc albo musi być kolorowe, mocno warzywne, bo te sezonowe wciąż wnoszą milion barw na nasze talerze, ale  może też być po prostu dobrym źródłem endorfin i  wystarczy.

Chyba każde dziecko wie, że nastrój najlepiej poprawia CZEKOLADA. Czasami, gdy rozmawiam z moją mamą i jestem w kiepskim humorze to zawsze radzi mi, aby zjadała sobie czekoladkę. 
Równie dobrym, o ile nawet nie lepszym rozwiązaniem jest przygotowanie musu czekoladowego. Całkiem zdrowego, bez dodatku cukru, na bazie owoców. Ja go uwielbiam. Gromadzi w sobie tyle dobra i składników odżywczych, że po prostu trzeba go uwielbiać. Nie ma innej opcji..


Ostatnio przygotowywałam go podczas pokazu gotowania na poznańskiej Veganmanii. Nie do końca udało mi się po przemnożeniu składników uzyskać taki efekt, jaki chciałam, ale przepis podany poniżej jest już całkowicie dopracowany. 
Postanowiłam sukcesywnie wrzucać przepisy, które pojawiły się podczas pokazu, aby każdy kto nie był mógł je sobie przygotować w domu. Receptura, która idzie na pierwszy ogień to deser, a powinnam chyba zacząć od konkretów, ale pokombinujemy na początek na słodko, a na tofucznicę, pesto czy też majonez przyjdzie jeszcze czas.


Składniki na 4 porcje:
  • 2 dojrzałe awokado
  • 2 dojrzały banany
  • 6 łyżek masła migdałowego ( można zastąpić dowolnym orzechowym)
  • 15-20 daktyli, w zależności od tego, jak bardzo słodki ma być nasz mus, zalanych wrzatkim i odstawionych na 30 minut do zmiękczenia – podczas pokazu użyłam musu z daktyli, ale podany sposób jest szybszy, a równie skuteczny.
  • 8 płaskich łyżek kakao lub karobu
  • szczypta soli, szczypta cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii
Owoce obieramy i kroimy w mniejsze kawałki, dodajemy pozostałe składniki i miksujemy na mus przy pomocy blendera lub rozdrabniacza. Jeżeli mus jest zbyt gęsty dodajmy odrobinę mleka roślinnego, ale zdarzyć to się może tylko jeżeli użyjemy niedojrzałych bananów i awokado. 
Przekładamy do miseczek i zdobimy  granatem, miętą.




Tak naprawdę najlepszym sposobem na radzenie sobie z jesienną chandrą jest po prostu cieszenie się codziennością. Każdym jej elementem. Spokojnie zjedzone śniadanie, kawa z ulubionym człowiekiem, dobra książka przed snem i poczucie, że się rozwijamy, czyli nic innego, jak edukacja. Nauka nowego języka, uprawianie nowego sportu czy kurs Decoupage. Czegokolwiek.  Chodzi o to poczucie, że idziemy do przodu. 




12 komentarzy:

  1. Z przyjemnością przeczytałam twojego posta! Jest w tym jakaś racja. Ostatnio zaczęłam chodzić na pole dance, rozpoczynają mi się nowe zajęcia na studiach, ruszyłam trochę bloga i częściej i z większą przyjemnością gotuję. I to mnie napędza, jest moim najlepszym paliwem. :) Nawet w chwilach zwątpienia wystarczy, że zacznę coś robić, nawet bez przekonania. Potem już jest tylko lepiej.

    A taki mus oczywiście uwielbiam i sama też robię. Bardzo lubię wersję z sokiem i skórką z pomarańczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za patent z traileremi i linki, wykorzystam :)
    I jeszcze uczepię się "cieplejszych butów", zbliża się zima i chciałam kupić jakieś ciepłe butki nie ze skóry, ale też nie takie tekturowe chińskie, a w dodatku nie mogę wydać na nie miliona monet, gdzie ty się zaopatrujesz w takie rzeczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym Ci dać jakąś złotą radę, ale chyba nie mam. Buty kupuję w różnych miejscach, od sieciówek po sklepy internetowe. Te pierwsze są tanie, ale buty są średniej jakości i z reguły jedno sezonowe. Z tym, że tanie. Natomiast w internecie można znaleźć coś bardziej sensownego, ale niestety też trzeba trochę zapłacić. Ja rok temu kupiłam sobie po prostu dwie pary kozaków - jedne wysokie, drugie takie za kostkę i nosiłam na zmianę i dzięki temu, że nosiłam je na zmianę pewnie ponoszę je jeszcze i w tym roku. Jakimś rozwiązaniem są też ocieplane kalosze, które można dostać w całkiem eleganckiej oprawie.

      Usuń
    2. Ja też się przyczajam na ten sklep - wegańskie buty produkowane z PL i to brzmi sensownie ;)
      https://www.facebook.com/bohema.clothing?ref=ts&fref=ts

      Usuń
    3. dzięki, w takim razie póki co rozejrzę się za sieciówkowymi :)

      Usuń
  3. ostatni akapit - mistrzostwo! mam tyle planów na tę jesień! okropny jest ten rok dla mnie, na jego początku straciłam ojca. Ale nie daję się, mówimy stop depresji. Jest nowy klub fitness od 2 tygodni, walczę z zaprawami, by umilić jesień i zimę (we wrześniu już robiłam pierwsze puree dyniowe, nigdy tak wcześnie!), więcej kombinuję w kuchni. Ważna rzecz, którą napisałaś, to właśnie rozwój. Wrócę do języka z duolingo i wiele innych rzeczy zrobię. I Wy też zróbcie, nie dajmy się! Przy okazji - dziękuję za blog, sporo inspiracji czerpię. Pomagasz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zeszłej jesieni również straciłam kogoś bardzo ważnego w moim życiu i właśnie terapia, którą urządziłam sobie sama we własnej kuchni, dużo czasu spędzałam z ludźmi i to nie z bliskimi przyjaciółmi, ale nowopoznanymi i dalszymi znajomymi, zyskując w ten sposób nowych znajomych. Miliony godzin na spacerach, w książkach i z muzyką. Przetrwałam.

      Usuń
    2. i dziękuję za miłe słowa o blogu.

      Usuń
  4. Większość osób, które znam lub o których czytam, zaczyna ćwiczyć wczesną wiosną. Żeby latem bosko wyglądać w bikini ;) Ja wiosną mam zawsze milion innych zajęć, i ćwiczenia średnio mnie interesują. Za to we wrześniu nabieram motywacji, i zaczynam się ruszać. Zdecydowanie poprawia mi to humor, czuję się lżejsza (nie tylko dosłownie), i tak jak napisałaś - odczuwam satysfakcję, która sprawia, że daleko mi do jesiennej depresji. Poza tym jak ćwiczę, to mogę wieczorem bezkarnie wypić kubek gorącej czekolady, prawda...? :)
    W tym szaleństwie jest metoda. Mam nadzieję...

    I dużo spaceruję. Też mam psę - choćby nie wiem co, na dwór trzeba wyjść. A że póki co wynajmuję mieszkanie, nie mam luksusu wyrzucenia jej na pół godziny do ogrodu. Ale to dobrze. Bo ruch na świeżym powietrzu, nawet niemrawy, pozytywnie wpływa na samopoczucie. Przynajmniej moje.

    No, to idę poćwiczyć ;)

    OdpowiedzUsuń