środa, 30 października 2013

Migdałowa tarta z gruszkami.

O ile o wrześniu mogłam napisać tylko tyle, że pokopał niemiłosiernie, o tyle o październiku mogę powiedzieć, że stawiał mnie z powrotem do pionu. Może nie wydarzyło się nic spektakularnego, nie rzygam ze szczęścia na tęczowo, ale wreszcie wzięłam się w garść i powoli ogarniam życie. Był wyjazd w Kotlinę Kłodzką, WenDo, litry kawy wypitej z bliskimi osobami, smaczne obiady z fantastycznymi ludźmi, koncerty, które chwytały za samo serce. Taki październik, jak na życzenie. 

Cieszę się, że do Poznania wróciły ważne dla mnie osoby i mam je na wyciągnięcie ręki, nawet o 1:00 w nocy są gotowe mi pomóc, towarzyszą, gdy pakuję się w dziwne sytuacje... Wycierają łzy, gdy ryczę, mobilizują, gdy wpadam w panikę i milczą gdy chcę z nimi pomilczeć. Dużo radości w moje życie wnosi Malaika, bo wiernie mi towarzyszy i choć, jak to w sumie jeszcze szczeniak, czasami narozrabia to jednak jest mi totalnie oddana i nikt nie cieszy się na mój widok tak bardzo, jak ona. 
Wróciły zajęcia na uczelni i choć brzmię może w tej chwili, jak ostatni kujon, to naprawdę czerpię z nich dużo satysfakcji i nie potrafię sobie wyobrazić, że robię w życiu coś innego. 
Straszenie dużo ostatnio czytam, chodzę do kina, spotykam ludzi. Spędzam też sporo czasu poza domem, w kawiarniach, gdzie przy kubku kawy pochłaniam lektury i podręczniki. Październik jest trochę, jak nagroda pocieszenia za niefortunny wrzesień. Cokolwiek się nie działo było dobre, z kimkolwiek nie spędzałam czasu było energetycznie, gdziekolwiek nie poszłam - było mi tam, jak w domu...
Wreszcie odzyskałam mój rower po kwietniowym wypadku i jestem tym faktem niezmiernie uszczęśliwiona, bo zupełnie inaczej jeździ się na swoim własnym rowerze, niż nawet najlepszym, ale zastępczym. 

Cztery ostatnie przepisy, jakie publikowałam na blogu były konkretami, dlatego teraz bez wyrzutów sumienia pokuszę Was tartą z migdałowym wnętrzem z gruszkami. Idealne ciasto na jesienne popołudnie, do kubka czarnej mocnej kawy. 







Składniki na ciasto:
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 1/3 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1/3 szklanki napoju sojowego
  • 1/3 szklanki oleju 
Wrzucamy składniki do miski i ugniatamy z nich jednolite ciasto. Foremkę do tarty smarujemy olejem lub wykładamy papierem do pieczenia, a następnie ciastem. Formując rant wokół ścian formy. Nakłuwamy widelcem i pieczemy w 180 st. C przez 15 minut. 

Składniki na masę migdałową: 

  • 1 szklanka bardzo gęstego mleka kokosowego, o niemal stałej konsystencji. ( przechowywanie puszki z mlekiem koko w lodówce pomoże nam to osiągnać;)) 
  • 1 i 1/4 szklanki płatków migdałowych, zmielonych na mąkę
  • 2 czubate łyżki mąki kukurydzianej
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • kilka kropel aromatu waniliowego i migdałowego

  • 4 gruszki, przekrojone na pół, obrane, pozbawione gniazd nasiennych i pokrojone w paseczki 


Wszystkie składniki na masę ( poza gruszkami oczywiście) blenderujemy na jak najbardziej gładką masę. Po 15 minutach pieczenia wyciągamy kruche ciasto z piekarnika, wylewamy masą migdałową. Następnie układamy gruszki, robimy to tak, aby całe połówki pozostawały w jednym rzędzie. 
Pieczemy przez kolejne 40-45 minut. Jeżeli zbyt szybko będzie się rumienić, możemy pod koniec pieczenia przykryć folią aluminiową. 
Tartę studzimy, a gdy będzie już wychłodzona wstawiamy do lodówki. Najlepsza następnego dnia po upieczeniu. 
Gotowe!
Smacznego!







Sunday morning, praise the dawning
It's just a restless feeling by my side
Early dawning, sunday morning
It's just the wasted years so close behind

Watch out, the world's behind you
There's always someone around you who will call
It's nothing at all

Sunday morning and I'm falling
I've got a feeling I don't want to know
Early dawning, sunday morning
It's all the streets you crossed, not so long ago

Watch out, the world's behind you
There's always someone around you who will call
It's nothing at all

Watch out, the world's behind you
There's always someone around you who will call
It's nothing at all

Sunday morning
Sunday morning
Sunday morning

poniedziałek, 28 października 2013

Droga kobiet, czyli co mi się przytrafiło w weekend i jesienne pozytywne rozkminy ode mnie.

"Mówienie ludziom „nie” jest wspaniałą rzeczą, jest to część przebudzenia. I zrozum, to nie jest egoizm. Egoizmem jest wymaganie od innych, by żyli życiem, które akurat tobie wydaje 
się najwłaściwsze. To jest egoizm. 
Żyć swoim życiem nie jest egoizmem."

Anthony de Mello





W miniony weekend miałam wielką przyjemność uczestnictwa w kursie WENDO. Nie zamierzam Wam tu za bardzo przybliżać, czym jest ta metoda, gdyż to możecie sobie doczytać sami_e na stronie jej poświęconej. 
Chciałabym natomiast podzielić się swoimi odczuciami, przemyśleniami i tym, dlaczego uważam, że jest to kurs, który przydałby się KAŻDEJ dziewczynce, dziewczynie czy dorosłej kobiecie, a nawet bardzo dojrzałej już damie, którą znam. 
Ja sama wybierałam się na WENDO od co najmniej sześciu lat. Jeżeli na drodze nie stawały mi finanse, to pojawiał się problem braku czasu lub nieobecność w mieście w danym czasie. Tej jesieni nadarzyła się niepowtarzalna okazja, gdyż wreszcie kurs odbywał się w chwili, gdy nie mam na głowie zbyt dużo obowiązków, a do tego patronat nad wydarzeniem obejmowała KONSOLA, która jako Stowarzyszanie Kobiet poniosła koszty uczestnictwa. 
Było nas czternaście, plus oczywiście trenerka. Same kobiety, dla kobiet, o kobietach... 
Co mi dało uczestniczenie w warsztatach? Przede wszystkim poczucie siły. Uświadomiły mi, jaki potencjał we mnie drzemie i jak wiele w moim życiu zależy ode mnie samej, od granic, które postawię i jak skutecznie będę ich bronić. Okazało się, że nie jestem ani wątła, ani krucha, ani słaba,  moja drobna postura nie stanowi przeszkody, aby uporać się z napastnikiem czy to słownie czy fizycznie i nawet ubrana w spódnicę potrafię być skuteczna w swojej obranie. Siła nie tyle pochodzi z mięśni, ale rodzi się w głowie. Wzmaga ją prawidłowy oddech i umiejętność wydobycia z siebie głosu - okrzyku. 
Wendo pomogło mi też odkryć granice innych, a jest to równoważne ze zrozumieniem swoich własnych. Nauczyło szacunku i zrozumienia dla pewnych zachowań, które jeszcze w piątek były dla mnie zupełnie niepojęte oraz tego, że mam prawo wymagać go od innych.
Niby to wszystko jest takie jasne, a jednak na co dzień, w praktyce, w wielu sytuacjach nie potrafimy się odnaleźć, zachować adekwatnie. Pozwalamy, aby ktoś nas źle traktował i poniżał, stłamsił nasz głos i sprawił, że jest niesłyszalny. Nie powiem, czuję się po tym weekendzie, jakbym właśnie go odzyskała.
W każdej z nas, kobiecie, kryją się ogromne pokłady siły, energii. Wielki potencjał i prawdziwa, nieskrępowana asertywność. W ciągu lat, dorastania, obracania w takiej, a nie innej kulturze, w efekcie wychowywania, doświadczania wielu niemiłych sytuacji, gubimy jednak to przekonanie o mocy, jaka w nas drzemie. 
Po to właśnie przychodzi nam z pomocą WENDO, które na początku za sprawą drewnianej, sosnowej deski, którą każda uczestniczka ma szansę rozbić swoją pięścią, a potem kolejnych ćwiczeń fizycznych, intelektualnych, rozmów i scenek, udowadnia, że jesteśmy dużo silniejsze, niż same przypuszczałyśmy. Na tyle silne, aby wyznaczyć granice i ich bronić, aby uchronić się przed przemocą, zarówno fizyczną, jak i tą psychiczną, która stosowana jest chyba jeszcze częściej, niż ta pierwsza. 
Nasz głos może być silny, postawa zdecydowana, gdy tylko same o to zadbamy. 

Inną ważną rzeczą, którą wyniosłam z warsztatów była współpraca z kobietami. W dużej mierze obcymi dla mnie, a jednak otrzymałam od nich więcej, niż od dziewcząt, które mnie otaczają w życiu codziennym. Czuć było między nami wsparcie i solidarność, a mi jednego i drugiego bardzo brakuje i mam wrażenie, że zostały wielokrotnie wyparte przez jakąś nieuzasadnioną zawiść, zazdrość czy ten niezdrowy egoizm. Nie chcę jednak odbiegać od tematu WENDO i tego, jak cudowne warsztaty wreszcie mam za sobą oraz ile dobrego udało mi się z nich wynieść. 
Niewątpliwie duże znaczenie ma też fakt, że wreszcie zrobiłam coś tylko dla siebie, rozwinęłam, otworzyłam na innych, odkryłam coś, z czym wcześniej nie miałam styczności. Znalazłam nawet rozwiązanie dla trapiącego mnie od miesięcy problemu, więc powód do radości jest tym większy. 

Gorąco polecam WENDO każdej kobiecie, a jeżeli jesteście mężczyznami czytającymi ten wpis, zadbajcie, aby o warsztatach i metodzie dowiedziały się Wasze Matki, Siostry, Ciotki, Żony, Córki, Partnerki, Dziewczyny, Przyjaciółki, Koleżanki. Naprawdę jestem przekonana, że wszyscy byśmy na tym skorzystali... 

Tym hiper-optymistycznym wpisem na temat warsztatów, w których miałam tak niezmierną przyjemność uczestniczyć, ślę Wam jeszcze garść znalezionych w internecie, inspirujących zdjęć. 

Życzę Wam naprawdę udanego tygodnia! 

Spacerujcie po lesie, cieszcie się słoneczną jesienią, póki jeszcze jest! 

twdm:

This reminds me so much of Rutgers Gardens. I wish that those beautiful trees didn’t get messed up in the hurricane last year.

W końcu siły trzeba szukać w naturze....

woodendreams:

(by Emily Boyer Photography)

... ale nawet , gdy zrobi się już buro i szaro za oknem, nie łamcie się! ;)



Jeżeli, podobnie jak ja, lubicie czasem sobie spędzić dzień w łóżku to teraz, jesienią szczególnie pozwólcie sobie na taką drobną przyjemność...



... bo takie dni są po to, aby uporządkować myśli i się uporać z bałaganem w głowie...



... i próbą zrozumienia, kim ja tak w ogóle jestem...?

cherry-and-also-bomb:

juno

Choć podobno trwanie w toksycznych związkach jest czymś, co chroni przez dorastaniem, jednak moje doświadczenie uczy, że bardziej należy obawiać się toksycznych relacji, niż dorosłości... SERIO!



... czasami spotykamy kogoś w złym momencie życia, ale ono jest przewrotne i bywa, że daje nam jeszcze jedną szansę... Nie zmarnujcie jej!


narcolepticnomad:

via imgfave for iPhone


Więc, gdy mamy wokół siebie dobrych ludzi, zwierzęta i miejsca to trzymamy się ich kurczowo i nie puszczamy. JASNE?



Jesienią oprócz spacerów i leniuchowania w łóżku, zalecam  również pyszne ŚNIADANIA. Muszą być sycące i dawać kopa na caluśki dzień. Mogą to być nawet wegańskie lody, grunt żebyśmy jedli je z kochanymi osobami.



Wiem doskonale, że mam tendencję do komplikowania prostych rzeczy i sytuacji. Jesienią szczególnie ważne jest, aby odnaleźć coś i kogoś, kto sprawia, że jesteśmy szczęśliwi_e.

lovequotesrus:

EVERYTHING LOVE

I nie mówcie mi, że muzyka nie stanowi różnicy, bo stanowi. (!)




Trochę tanecznych rytmów na koniec, ale jesienią rozgrzewka przy muzyce, jest tak samo ważna jak kubek gorącej kawy.








sobota, 26 października 2013

Spaghetti z jarmużem



W tym roku jem wyjątkowo dużo jarmużu. O ile do tej pory zdarzało mi się to dwa czy trzy razy w sezonie, tej jesieni jadam go dwa lub trzy razy w tygodniu. Troszkę mi się śmiać chce, gdy dzwoni do mnie mój przyjaciel i na pytanie, co robię, bardzo często słyszy, że przygotowuję jakieś danie z jarmużem...
Ale chyba nie powinien to być powód do narzekania, ponieważ jarmuż jest naprawdę fajną rośliną, daje duże pole do popisu w kuchni i jest zdrowy, więc trudno, żebym nie sięgała po nią, gdy tylko mam taką możliwość. Jarmuż zawsze kupuję na ryneczku, na stoisku gospodarstwa rolnego spod poznańskiej wsi. Jest lokalnie, a ja coraz bardziej wciągam się w sezonowe jedzenie.
Upieczony przeze mnie chleb z domowym masłem orzechowym i dżemem z mirabelek, które moja Mama zebrała samodzielnie u nas na wsi i przygotowała z nich to cudo, naprawdę smakuje najlepiej na świecie. Nie ma porównania z sieciową piekarnią, masłem orzechowym z dodatkiem tłuszczu palmowego, gdzie orzechy stanowią nie 99%, a powiedzmy 60-70% i dżemem ze sklepu.
Coraz częściej dążę do tego, aby przygotowane przeze mnie jedzenie było nie tylko wegańskie, bo to przecież jest oczywiste, ale też sezonowe, lokalne. Żeby nie pochodziło z marketu, nie jechało do mnie z drugiego końca świata. Dlatego teraz jem tyle dyni, jarmużu, szpinaku i roślin bulwiastych. Dlatego piję jabłkowo-śliwkowe smoothies, wybieram olej rydzowy zamiast oliwy z oliwek. Dlatego nie tylko sobie, ale również mojej psinie serwuję roślinną kuchnię. Wybory jakich dokonujemy w kuchni, te codzienne i wydające się takie proste, są bardziej polityczne niż by się mogło nam wydawać. Naszą kuchnią możemy bojkotować czy też zmienić dużo więcej niż moglibyśmy przypuszczać.
Dla mnie to, co znajduje się na moim talerzu musi być, jak najbardziej etyczne. Tak, jak tylko to możliwe. Dlatego nie wchodzą w grę produkty pochodzenia zwierzęcego, dlatego unikam, jak tylko mogę sieciowego-śmieciowego jedzenia.

Spaghetti, które dziś ląduje na blogu ma jedną wielką zaletę. Jest bardzo proste i szybkie w przygotowaniu i jest idealne dla wszystkich zabieganych. 




Składniki: 
  • pęk jarmużu
  • mała czerwona cebulka, posiekana w kosteczkę
  • 3 ząbki czosnku, posiekane
  • 3 łyżki oleju do smażenia
  • 1/2 papryczki chili ( jak ktoś woli ostrzej to wówczas całą), posiekana drobniutko 
  • sól i pieprz do smaku
  • olej rzepakowy tłoczony na zimno lub inny dobrej jakości olej/oliwa o aromatycznym smaku
  • wegański parmezan do posypania
  • paczka pełnoziarnistego spaghetti 
Jarmuż umyć, wyciąć twarde części i posiekać liście. W rondlu o grubym dnie rozgrzać olej. Wrzucić posiekaną cebulę, po chwili dodać czosnek i chili. Smażyć razem przez chwilę,  aż cebula będzie szklista, a nawet delikatnie się zarumieni. Następnie wsypać jarmuż. Wymieszać z cebulą. Przykryć i dusić, do czasu aż jarmuż zmięknie. Przymieszać do jakiś czas, żeby liście nie przywierały, nie przypalały się.
Ugotować makaron.
Jarmuż przyprawić solą i pieprzem. Wymieszać z makaronem, skropić oliwą lub innym dobrej jakości olejem. Podawać obficie posypane wegańskim parmezanem.
Gotowe! 




Soundtrack:



czwartek, 24 października 2013

Wschodnio-afrykańska zupa dyniowo-soczewicowa z mlekiem kokosowym

Jesień jest teraz  najlepsza. Jest ciepło i słonecznie. Ulice wyglądają, jak pomalowane. Jest złoto i czerwono od liści, w ogrodach wciąż jeszcze można natknąć się na kwitnące kwiaty.  Ale, co najlepsze chyba, można spacerować, nosić trampki i letnie ciuchy swobodnie łączyć z jesiennymi.  Można pić kawę na zewnętrznej i przesiadywać w ogródku ulubionej knajpy. W dodatku ma się energię, aby zabrać swoją kochaną psinkę na dłuuuugi spacer nad Wartę i to nawet nie raz. Ręce przestały marznąć na rowerze i myślę, że wcale bym się nie obraziła, gdyby tak właśnie wyglądała zima.

Nadal czuję się rozbita, co chwila wpadająca w refleksyjne nastroje, choć coraz częściej myśląca, że cytat, który pojawił się w ostatnim poście, jest ważny. Rzeczywiście, jeżeli będziemy czekać, aż staniemy się na coś gotowi, będziemy czekać do końca życia. W nieskończoność. Właściwie, gdy patrzę na swoje życie, to w 90% nie byłam gotowa na to, co mnie spotkało, choć bez względu na to, czy było to dobre, czy złe, zawsze sobie poradziłam. Wychodziłam na swoje, więc może rzeczywiście, nie ma na co czekać. Życie raczej ucieka, czasu ubywa, kolejni ludzie się przewijają, tworzymy przyjaźnie, budujemy relacje, a innymi urywa się kontakt i burzymy, palimy mosty. I tak w kółko. Wiosna, lato, jesień itd. ...

Kiedy wyjeżdżam z Poznania to najbardziej tęsknię za ludźmi, z którymi się tutaj przyjaźnię. Tęsknię za wspólnymi posiłkami, przy których można pogadać, poczuć domową atmosferę i to, że w sumie tworzymy coś na kształt rodziny. Lubię gotować z myślą, że nie robię tego tylko dla siebie. Dla mnie samej to mi się co najwyżej kanapki chce przygotować...

Zupa, którą wczoraj ugotowałam pochodzi z zeszytu autorstwa Lindy Majzlik "A vegan taste of East Africa". Z przyczyn czysto osobistych kuchnia tego regionu świata interesuje mnie szczególnie, dlatego bardzo ucieszyłam się, gdy mi Siostra sprezentowała tą książkę. Lubię eksperymentować z kuchnią afrykańską, choć chyba na blogu za bardzo tego nie widać. Pojawił się kiedyś jarmuż z orzechami i mandazi aż dwukrotnie - 1 i 2. I to byłoby chyba tyle. Przepis, choć pochodzi z jednego z najbardziej gorących regionów świata, doskonale sprawdzi się w naszym klimacie zimną, bo zupa jest baaardzo rozgrzewająca. 
Receptura została lekko przeze mnie zmodyfikowana - brązową soczewicę zastąpiłam zieloną, pominęłam rodzynki i zamiast świeżego kokosu, dodałam mleko kokosowe. 
Wielu z Was stwierdzi, że ta zupa ma charakter indyjski. I słusznie. Kto się interesuje, ten wie, że w Afryce Wschodniej, wpływy indyjskie są szczególnie silne i mieszka tam wielu Hindusów.


Składniki ( porcja dla 3-4 osób): 
  • 450 g obranej i pokrojonej w kostkę dyni
  • 100 g zielonej lub brązowej soczewicy 
  • 100 g pomidorów, obranych ze skórki i posiekanych 
  • 1 cebula, obrana i drobno posiekana
  • 1 ząbek czosnku, rozgnieciony 
  • 1 łyżka oleju, najlepiej z orzechów ziemnych
  • 1 łyżka przecieru lub koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżeczka curry
  • 1 łyżeczka nasion kuminu ( kminu rzymskiego) 
  • świeżo mielony czary pieprz
  • 350 ml bulionu warzywnego 
  • 1/2 puszki mleka kokosowego ( 200 ml) 
Ugotuj w osobnym garnku soczewicę. Zalej ją dwukrotną ilością gorącej wody i gotuj przez około 30 minut.

W międzyczasie przygotuj, obierz i posiekaj pozostałe warzywa. W garnku o grubym dnie rozgrzewamy olej. Wsypujemy cebulkę, czosnek i szklimy  przez chwilę. Następnie wsypujemy curry i kmin. Mieszamy i smażymy razem kilka sekund. Dodajemy pomidory i gotujemy przez kilka minut. Na koniec wrzucamy soczewicę, dynię, przecier pomidorowy i bulion warzywny. Doprawiamy pieprzem. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy około 20 minut. Na koniec dodajmy mleko kokosowe, mieszamy. Podajemy z pieczywem. 
Smacznego!



jeszcze większy las 
często cię widzę, lecz boje się podejść 
a dziś masz taką smutna twarz 
zmęczone oczy, zmęczone dłonie 
propozycję dla ciebie mam 
chodź ze mną, zabiorę cię do lasu 
uciekniemy na chwilę, by złapać powietrza 
tak niewiele trzeba, by na moment się oderwać 
od wszelkiego zgiełku, plotek i hałasu 
usiądziemy gdzieś na łące, ja historię ci opowiem 
o tym co się działo u mnie przez ostatni czas 
tak nam minie parę godzin 
niby wszystko będzie dobrze 
a wieczorem gdy wrócimy znów będziemy obce

środa, 16 października 2013

Zupa z jarmużem i quinoa. Mniam_mniam.

Jesień jest w tym roku złota, ale zimna i smutna. Czuję straszną pustkę w środku. Jakby los mnie oszukiwał. Zabijam ją milionem zajęć i spotkań, które cały czas sobie organizuję, ale im więcej wokół mnie ludzi, tym bardziej samotna się czuję. Mam ochotę na wyjazd stąd. Zamknęłabym się w chatce na Kaszubach i czekała na zimę, piła gorące napary z ziół i owoców, na śniadanie zajadała naleśniki z syropem klonowym, paliła w kozie i czytała książkę za książką. Potem spadłby pierwszy śnieg i może odczarował trochę rzeczywistość. 

fuckyouverymuch:

We live on an island.


Niestety nie pojadę na Kaszuby, ale pozostanę tutaj, bo muszę skończyć studia, muszę zamknąć wiele spraw, muszę uporać się sama ze sobą. Ze swoim życiem i swoimi wspomnieniami. Ze swoją samotnością i swoimi wątpliwościami, ze smutkiem, z rozczarowaniem, które dopada coraz częściej i kopie coraz, coraz mocniej. 
Muszę brać swoje życie we własne ręce i nie czekać, aż wydarzy się coś niezwykłego. Scenariusz już został napisany, a my musimy odegrać role, które życie nam przyznało najlepiej, jak potrafimy. Dla mnie oznacza to nierzadko takie absurdalne sytuacje, jak rozcinanie sygnetu przez dwunastu strażaków lub dzisiejsze utknięcie na 50 minut w windzie... Na szczęście z przyjaciółmi, więc nawet było to zabawne i urocze. Na szczęście obyło się tym razem bez interwencji straży, choć trochę to dziwne, że do mojego pierścionka potrzeba było dwunastu, a do windy z trójką uwięzionych ludzi wystarczył jeden portier... 


Tak więc siedzę przy kubku kawy, odurzam się jej aromatycznym zapachem i wertuję podręczniki. Sięgam po zaległe lektury i myślę o tym, że tak naprawdę to dopiero początek... 



 cybergirllfriend:

lnvaded:

i-was-like-wtf:

liddoshane:

self0bsession:

invokes:

OMG i just found the hottest boy on tumblr
his link’s here
can he just get in my bed

jesus christ he brings joy to my eyes


oh my god his blog is perf


MY OVARIES


I mam nadzieję, że znowu kiedyś uda mi się odnaleźć radość w codzienności... Bo pewnie rację mają Ci, którzy mówią, że wszystko będzie kiedyś dobrze. Będzie, prawda? 

cybergirllfriend:

lnvaded:

i-was-like-wtf:

liddoshane:

self0bsession:

invokes:

OMG i just found the hottest boy on tumblr
his link’s here
can he just get in my bed

jesus christ he brings joy to my eyes


oh my god his blog is perf


MY OVARIES

Jedno jest pewne - uciekając od świata, zawsze wpadam w szał gotowania i powstają wtedy najlepsze potrawy, jakie mogą wyjść spod moich niezdarnych rąk. 

Obiecywałam, że pojawi się jeszcze jarmużowy przepis na blogu, więc słowa dotrzymuję i oto on. Zupa jest idealna na jesień. Doskonale rozgrzewa, jest cudownie aromatyczna, gęsta, wyrazista w smaku, odżywcza i sezonowa. Ja pokochałam ją od pierwszej łyżki i będę wracać do niej jeszcze nie raz. Bardzo gorąco Wam ją polecam i mam nadzieję, że wzbudzi w Was podobny zachwyt. 

Dla tych, co lubią klikać: "LUBIĘ TO" moja facebook'owa strona





Składniki: 
  • 1 łyżka oleju
  • 2 szklanki posiekanej w kosteczkę cebuli 
  • 1 łyżka rozgniecionego czosnku
  • 2 łyżeczki chili w proszku
  • 2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1 łyżeczka soli
  • 3 szklanki pokrojonych w kostkę ziemniaków
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • 1/2 szklanki nieugotowanych ziaren quinoa 
  • 6 szklanek wody
  • 4 szklanki posiekanego jarmużu
  • 1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z limonki lub cytryny

 W dużym rondlu lub zwykłym garnku z grubym dnem rozgrzej olej. Dodaj cebulę, czosnek, chili, kmin rzymski, kolendrę, oregano, sól i gotuj, mieszając od czasu do czasu, aż cebulka się zarumieni. Około 5 minut.
Dodaj ziemniaki, pomidory, quinoa oraz wodę. Doprowadź do wrzenia, zmniejsz ogień i gotuj przez kolejne 20 minut. Następnie wsyp jarmuż. Gotuj jeszcze 10 minut. Dopraw sokiem z cytryny lub limonki przed podaniem. Gotowe!
Smacznego! 

 

Znowu wracam do muzyki sprzed lat. Melancholijna jesień tego roku... 


wtorek, 15 października 2013

Jarmuż z grzankami i rozmarynem

Jarmuż zdecydowanie wraca do łask. Po latach zapomnienia znowu jest gwiazdą. Bryluje w czasopismach kulinarnych i gwiazdorzy na blogach. Jarmuż jest świetny, ponieważ jest jedną z tych roślin zielonych, która doskonale znosi niskie temperatury i można go zbierać długo po pierwszych opadach śniegu. Poza tym, że jest taki odporny, lokalny, sezonowy, jest również bardzo zdrowy, bogaty w witaminy, minerały i substancje odżywcze. Świetny w daniach na ciepło, ale również można z niego przyrządzać smakowite smoothies. W trzech słowach: JARMUŻ JEST EKSTRA.

Ponieważ nie ma żadnych rozkmin poza kulinarnych, zaśmiecę ten wpis czymś innym! Otóż od ponad roku mój drogi blog można śledzić przy pomocy FACEBOOK'a. Zachęcam Was gorąco do polubienia fanpage'a, na którym dzielę się nowymi wpisami stąd, ale również podsyłam wszystko to,  czego nie publikują tutaj... :)

Klikamy: 


HAPPY GO LUCKY!

A następnie kucharzymy:

 

Składniki: 
  • 6 szklanek pełnoziarnistego pieczywa pokrojonego w kostkę ( około 1 cm x 1 cm) 
  • 1,5 szklanki bulionu warzywnego
  •  2 łyżki oliwy
  • 1 duża czerwona cebula, posiekana w kosteczkę
  • 3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez wyciskacz
  • 2 łyżeczki suszonego rozmarynu
  • 1 łyżeczka ziół prowansalskich
  • 1 duży pęk jarmużu, posiekany
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/4 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu 
  • prażone orzechy piniowe lub pestki słonecznika, w wersji biedniejszej ( opcjonalnie!) 
Rozgrzej piekarnik do 200 st. C. Foremkę z piekarnika wyłóż papierem do pieczenia lub formą sylikonową i lekko posmaruj olejem. 
W dużej misce wymieszaj pokrojony chleb z bulionem. Odstaw na bok.
Na patelni rozgrzej oliwę i smaż cebulę do czasu, aż lekko zbrązowieje. Następnie dodaj przeciśnięty czosnek i podsmażaj chwilę. Cebulę z czosnkiem dodaj do chlebowej mikstury, wsyp rozmaryn i zioła prowansalskie. Całość wymieszaj i przełóż na formę do pieczenia. Rozłóż równomiernie, a następnie piecz przez około 25-30 minut, do czasu aż chleb się zarumieni i grzanki będą gotowe. 
Zwilż dłonie oliwą i "masuj" posiekany jarmuż przez minutę. Ten zabieg sprawia, że liście stają się miękkie i delikatniejsze. Wyciągnij foremkę z grzankami, dodaj do nich jarmuż i wymieszaj. Włóż ponownie do piekarnika i piecz jeszcze 10 minut. 
Wyciągnij, przypraw solą i pieprzem. Posyp orzechami lub pestkami. Podawaj na ciepło!

Gotowe!

Przepis pochodzi z magazynu VegNewes. Nieznacznie go zmodyfikowałam.

Gotuję, tańczę, śpiewam... 

Crawlin' back to you
Ever thought of calling when you've had a few?
Cause I always do
Maybe I'm too... busy being yours to fall for somebody new
Now I've thought it through
Crawling back to you





poniedziałek, 14 października 2013

Konfitura z dyni z pomarańczą, imbirem i kardamonem. MOC!

Ostatni weekend był jedyny w swoim rodzaju. Pod wieloma względami... Zawsze byłam freakiem, rodzice określali mnie mianem aparatki i powiedzmy sobie szczerze, że coś na rzeczy jest... Po kim ja taka? Tego tak do końca nie wie nikt... Wiecznie się w coś pakowałam jeszcze, gdy byłam dzieckiem i w sumie pozostało mi to do dziś... Jak magnes przyciąga metale, tak ja absurdalne sytuacje, dziwnych ludzi i miejsca. Z drugiej strony, przynajmniej nie mam nudnego życia, a do tego wprowadzam sporo zamieszania do codzienności bliskich mi osób...

Plan na sobotę był dosyć jasny. O 13:30 idę na spotkanie z Sylwią Chutnik do "Zemsty" z ramach festiwalu NO WOMEN NO ART . Niestety z różnych powodów, o których nie będę tu przynudzać, położyłam się spać na lekkim rauszu, zupełnie zapominając, aby ściągnąć z palca dosyć ciasny pierścionek... W sobotę obudziłam się z dwa razy większym palcem, bólem i zerową szansą na ściągniecie go domowymi metodami i z milionem rad z internetowych forów dla nieokrzesanych.... W sumie to nie był taki zwykły pierścionek, ale dość duży sygnet ze stali chirurgicznej... Razem z kumplem, psem, spuchniętym palcem pojechaliśmy do znajomych, którzy potencjalnie mogliby mi pomóc. Wizyta u nich skończyła się godzinnym piłowaniem pierścionka, ale niestety efekt był mniej niż mierny... W końcu ktoś poradził, żebyśmy skoczyli do straży pożarnej, bo przecież tam na pewno dysponują niezbędnym sprzętem... Niestety komenda, która była najbliżej przechodzi właśnie remont i została przeniesiona gdzieś, sama nie wiem gdzie... Kolejnym  punktem była "Zemsta", gdzie Sylwia Chutnik prowadziła swoje spotkanie, a ja szukałam pomocy u znajomego, który na cięciu i takich tam zabawach podobno trochę się zna. Niestety czas uciekał, a mój palec nadal był uwięziony. Ostatnią deską ratunku był SOR. Pawełek straszył mnie już martwicami i niedowładami, więc co począć? Trzeba iść się skompromitować i modlić się, żeby nie musieć pracować nigdy z ludźmi, którzy będą świadkami tej całej absurdalnej sytuacji.... Koniec końców przypomniało nam się, że przecież tuż obok szpitala jest jednostka straży pożarnej, więc postanowiliśmy jeszcze raz poszukać szczęścia poza SORem...
Gdy pan strażak zapytał się o co chodzi, nie byłam w stanie nic powiedzieć, bo tak chciało mi się śmiać.... Na szczęście Pawełek opowiedział pokrótce o wszystkim, na co pan strażak powiedział, że musi zawołać komendanta.... Potem już wszystko poszło niemal, jak z płatka. Sama nie wiem, kiedy ale znalazłam się w garażu straży pożarnej, z rączką na imadle,  sercem w przełyku, otoczona dwunastoma strażakami i Pawełkiem za plecami. Trochę to piłowanie trwało, ale koniec końców udało się - palec został uwolniony, obrzęk zszedł, ja byłam prze szczęśliwa, panowie strażacy spisali się na medal i nawet nie kpili ze mnie tak bardzo... Z emocji aż zapomniałam okularów, więc niestety muszę tam jeszcze po nie wrócić i wytłumaczyć, że to ja - ta od pierścionka... Zdjęcia nie mam, a szkoda... Może następnym razem...:)

Na zakończenie tej HERstorii powiem tylko, że z takimi problemami chodzi się do jubilera... Ale gdybyście woleli niekonwencjonalnie, absurdalnie i zabawnie to straż pożarną polecam z całego serca! ;)

Wieczorem mogłam udać się ze spokojem na spektakl "Ceglorz" .



A teraz zapraszam na jesienną konfiturę z dyni. Ja przerobiłam chyba z 8 kg i obdarowują nią teraz wszystkich dookoła. Jest pyszna i aromatyczna. Idealna do ciast, herbat i deserów. Wykorzystujcie sezon, róbcie domowe przetwory, bo naprawdę nie ma nic lepszego. 

Przepis pochodzi ze strony Biblia Smaków.




Składniki:

(na 4 słoiki po 250 ml)
  • 2 kg dyni
  • 2 pomarańcze
  • 1 cytryna
  • 1,5 łyżeczki tartego kardamonu
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku
  • 1,5 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżka syropu klonowego

Dynię obrać, oczyścić z pestek i pokroić w kawałki. Jeśli ktoś ma ochotę i miejsce na to, pestki również można oczyścić i suszyć na słońcu. Pomarańcze przelać wrzątkiem i wyszorować.
Na głęboką patelnię wsypać cukier i wlać 1/2 szklanki wody – robię to po to, żeby dynia nie przypaliła się zanim sama puści sok. Na małym ogniu rozpuścić odrobinę cukier, dodać dynię, skórkę startą z dwóch pomarańczy i sok z nich. Dokładamy kardamon, imbir i sok z cytryny, na koniec syrop.
Najpierw dusić wszystko pod przykryciem przez 15 minut. Potem zdjąć pokrywkę i smażyć tak długo, aż konfitura zgęstnieje. Jeśli zostaną kawałki dyni, to konfitura będzie jeszcze smaczniejsza. Żeby nie zrobić ze wszystkiego „ciapki” trzeba pamiętać o tym, że zarówno duszenie jak i smażenie musi być na małym ogniu, a mieszać trzeba bardzo delikatnie drewnianą łyżką.
Gotową konfiturę przełożyć do słoików i dokładnie zakręcić. Na dno dużego garnka położyć ścierkę, wlać letnią wodę, ustawić słoiki i gotować. Od momentu kiedy woda zacznie wrzeć pasteryzować 20 minut. Pasteryzuję pod przykryciem, a potem zdejmuję garnek z ognia i czekam aż słoiki trochę wystygną. Przekładam je na ścierkę ustawiając do góry dnem, i tam pozostają aż do całkowitego ostudzenia.
 

Na zakończenie utwór z wczorajszego koncertu, który zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie!

HERSTORIA! 

poniedziałek, 7 października 2013

Powidła śliwkowe z czekoladą

screams:

my blog will make you horny ;)

Szał gotowania, w który wpadałam kilka tygodni temu, kiedy szukałam zajęć, aby radzić sobie ze smutkiem i stresem w ogóle mnie nie opuszcza. Gotuję i piekę, jak w transie, ale w sumie pomyślcie sami. Jak taka kuchenna wilczyca mogłaby sobie odmówić tej przyjemności podczas zalewu świeżych owoców i warzyw, jaki przypada jesienią. W tym roku wróciłam do przygotowywania przetworów. Może nie są to jakieś szczególne skarby, ale kilka słoiczków domowych powideł czy konfitur docenia się zwłaszcza, gdy za oknem robi się coraz ciemniej, coraz zimniej... 
Połączenie czekolady i śliwek od zawsze doceniałam. Nutka pomarańczy i cynamonu dodała moim powidłom jeszcze fajniejszego posmaku i charakteru. Idealnie komponują się z chałką i kawą inką na jesienne śniadanko, stanowiąc doskonałe źródło energii i endorfin, których wszyscy tak bardzo, zwłaszcza teraz, potrzebujemy. Poza tym taki słoiczek powideł jest doskonałym prezentem dla każdego łasucha, więc nic tylko obdarowywać przyjaciół. Uwierzcie mi, że docenią ten gest... 


Składniki:
  • 3 kg śliwek węgierek 
  • 1/2-3/4 kg cukru trzcinowego
  • 3  x 100 g gorzkiej czekolady z pomarańczą o wegańskim składzie
  • łyżka cynamonu
Śliwki umyć, wypestkować i zmielić w maszynce "do mięsa" lub przy użyciu blendera. Przełożyć do garnka o grubym dnie i godzinę smażyć na małym ogniu. Po godzinie dodać cukier, wymieszać i smażyć kolejną godzinę, mieszając od czasu do czasu, aby nie przypalić. Następnie dodać cynamon i pokruszoną gorzką czekoladę. Wymieszać, gotować jeszcze razem przez kilkanaście minut.  Gorące powidła przelać do czystych, suchych słoików. Szczelnie zamknąć.
 Na dno dużego garnka położyć ścierkę, wlać letnią wodę, ustawić słoiki i gotować. Od momentu kiedy woda zacznie wrzeć pasteryzować 20 minut. Pasteryzuję pod przykryciem, a potem zdejmuję garnek z ognia i czekam aż słoiki trochę wystygną. Przekładam je na ścierkę ustawiając do góry dnem, i tam pozostają aż do całkowitego ostudzenia.
Gotowe.



Ostatnio słucham dużo Placebo. Zupełnie jak za moich nastoletnich czasów...



sobota, 5 października 2013

Dyniowa wegańska chałka. Mój smak dzieciństwa.

Nie wiem, czy też tak macie, ale ja, gdy jest mi źle i nie radzę sobie z rzeczywistością, czuję, że wszystko, co dzieje się wokół, mnie przerasta lub po prostu jest mi smutno, najchętniej uciekam do natury. Potrzebuję kontaktu z przyrodą, żeby ułożyć sobie myśli w głowie. Rozkminić wszystko. Czasami uciec od problemów, ludzi i się zdystansować trochę...
Nie dziwne więc, że tej jesieni, zamiast ruszyć na imprezowy weekend do Berlina, zdecydowałam się pojechać w Kotlinę Kłodzką. Na zabawę kiedyś przyjdzie znowu czas i nastrój, ale teraz kontakt z przyrodą, las, grzyby i górskie potoki bardziej są mi potrzebne, dobrze robią na głowę, są tym czego potrzebuję, ponieważ pomagają uspokoić myśli i serce. Jest czymś, do czego taka "dzikuska", jak ja zawsze będzie powracać i za czym będzie tęsknić, bo miejska dżungla czasami mi nie wystarcza.
Kotlina Kłodzka może nie jest dla mnie tak wielką miłością, jak Kaszuby, ale trafia do mnie to, że podobnie jak Kaszuby nadal ma wiele dzikich miejsc, nienaruszonych ludzką ręką, dziewiczych. Turyści nie zdążyli jeszcze wszystkiego wydeptać i zaśmiecić. Nie ma tłoków, nie ma hałasu i jarmarcznego klimatu wielkich i popularnych kurortów górskich. Jeżeli lubicie spokój i dziką przyrodę to szukajcie swoich miejsc właśnie tu.

***

Tak, jak już wcześniej zapowiadałam, w tym roku nie zabraknie przepisów z dynią. Po ciasteczkach i brownies proponuję dyniową chałkę. Uwielbiałam ten chlebek kuchni żydowskiej w dzieciństwie i dla mnie to taki comfort food, bo jedząc go czuję się dużo, dużo lepiej. Zaraz mi się przypomina dzieciństwo. Dlatego, gdy zobaczyłam przepis na chałkę na The Post Punk Kitchen, wiedziałam, że na pewno ją upiekę. Oczywiście trochę zmodyfikowałam  recepturę, ponieważ zamiast bananów dodałam dynię, a suche drożdże zastąpiłam świeżymi. Ciasto wyszło pięknie, wyrastało, jak marzenie i pachniało, jak sprzed lat. Upiekę, je jeszcze nie raz. I Was gorąco do tego zachęcam. 






Składniki: 
  • 1 i 1/2 szklanki wody
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 szklanka cukru trzcinowego (możecie zredukować do 1/2 szklanki, jeżeli chałki mają być bardziej wytrawne) 
  • 1/3 szklanki ciepłej wody
  • 1 łyżka cukru trzcinowego
  • 50 g świeżych drożdży
  • szklanka musu dyniowego ( pieczona lub ugotowana na parze dynia, zmielona blenderem)
  • 7 szklanek mąki pszennej + około jedna dodatkowa do wyrabiania ciasta
  • 1 płaska łyżeczka soli
Do posmarowania:
  • 2 łyżki mleka sojowego
  • 2 łyżki syropu klonowego ( lub oleju)
  • 2 łyżeczki maku do posypania

W rondlu wymieszaj wodę z kurkumą, doprowadź do wrzenia i wyłącz gaz. Dodaj olej i cukier. Wymieszaj. Odstaw mieszankę do ostygnięcia. 

W dużej misce wymieszaj pokruszone drożdże z łyżką cukru i ciepłą wodą. Oprósz odrobiną mąki. Przykryj miskę bawełnianym ręczniczkiem i odstaw drożdżowy zaczyn na 15-20 minut w ciepłe miejsce. 

Mieszankę wody z kurkumą i olejem wymieszaj z dyniowym musem. Następnie dodaj całość do "pracującego" zaczynu. 
Wsyp sól i przesiej pierwszą szklankę mąki. Wymieszaj i zacznij przesiewać kolejne szklanki mąki. Wyrabiaj ciasto, najlepiej przy pomocy rąk. Wyrobione ciasto uformuj kulę i włóż do posmarowanej olejem misy. Przykryj ręczniczkiem i odstaw na około 1,5 godziny wyrośnięcia. 

Wyrośnięte ciasto podziel na dwie części, a je na kolejne trzy. Uformuj wałeczki, z których upleć warkocze. Ułóż na formie wyłożonej papierem lub matą sylikonową. Posmaruj je mieszanką mleka i syropu. Posyp makiem. 
Odstaw na 30 minut do wyrośnięcia. 

Piecz w temperaturze 190 st.C przez około 40 minut. Studź na kratce.

Przepyszne z powidłami śliwkowo-czekoladowymi. Smacznego! 






Dwa piękne utwory dla Was, Kochani_ne! :*



środa, 2 października 2013

Jesienne ciasteczka owsiano-dyniowe z orzechami i rodzynkami.

Przyszła jesień. Psychicznie jest trudniej, choć słońce świeci mi prosto w oczy codziennie rano, gdy jem śniadanie. Jest zimno i jest refleksyjnie. Cały czas staram się otaczać ludźmi, mieć blisko przyjaciół, którzy w tej chwili są dla mnie ogromnym źródłem ciepła, energii i sprawiają, że się uśmiecham, choć wcale nie jest to już takie łatwe, jak jeszcze kilka tygodni temu.

Ostatnio znowu dużo gotuję, piekę, szukam nowych przepisów i smaków. Wykorzystuję sezon na dynię w 100%, o czym przekonacie się jeszcze nie raz tej jesieni...
Gdy dopada mnie chandra parzę kawę, włączam ukochaną muzykę, podkradam owsiane ciastko z puszki...
Jest mi wtedy troszkę lepiej. Podzielę się z Wami przepisem na pyszne owsiano-dyniowe ciasteczka, bo może i Wy macie takie chwile, gdy tylko takie ciastko z kawą, ktoś bliski przy boku i dobra muzyka mogą przynieść ulgę.

Wczoraj byłam na niesamowitym koncercie. Mum i grający przed nimi Sin Fang totalnie poruszyli moje serce. Dawno nie przeżyłam czegoś tak pięknego, artystycznego, ale jednocześnie szczerego.
Byłam wzruszona, bo wszystko co działo się tego wieczoru idealnie wpisało się z mój obecny nastrój...

***
W minioną niedzielę odbyła się kolejna edycja wegańskiego lunchu, który mam ogromną przyjemność współtworzyć razem z Vegan Hooligan Crew. Piękną relację z tego wydarzenia możecie zobaczyć na blogu Sylwii lub też na naszym facebookowym profilu. Wszystko było pyszne, piękne i taaakie włoskie. Pomysłów nam nie brakuje, chęci również. W dodatku za każdym razem wspieramy jakąś inicjatywę - tym razem poznańskie Jedzenie Zamiast Bomb. Staramy się pokazać, że oddolne inicjatywy są czymś czego lokalna społeczność bardzo potrzebuje i że można działać społecznie i non-profit czerpiąc z tego ogromną przyjemność, satysfakcję i pozytywną energię. 
Patrząc na minione edycje widzę, jak bardzo się rozwinęłam kulinarnie, ale przede wszystkim zyskałam wielu nowych znajomych, przyjaciół. Cały czas uczę się pracy w grupie, zespole, cały czas tworzę i wymyślam, jak jeszcze możemy wzbogacić naszą działalność. Na szczęście lunche to coś więcej niż tylko gotowanie, a potem jedzenie... 
***



Składniki: 
  • 225 g mąki pszennej
  • 125 g drobnych płatków owsianych
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 150 ml oleju
  • 1/4 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżeczki imbiru w proszku
  • 250 g cukru trzcinowego
  •  2 łyżki melasy
  • szklanka musu dyniowego ( ok. 250 ml)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżka mielonego siemienia lnianego
  • 115 g posiekanych orzechów włoskich
  • 65 g rodzynków lub suszonej żurawiny
Rozgrzej piekarnik do 180 st. C. Dwie blachy z piekarnika wyłóż papierem do pieczenia lub matą sylikonową. 

Wymieszaj ze sobą mąkę, płatki owsiane, proszek, sodę i przyprawy. 
W drugiej miejsce połącz pozostałe składniki, poza orzechami i rodzynkami, a następnie dodaj do nich suche i dokładnie wymieszaj. 

Ciasto nakładaj łyżką na wyłożone papierem blachy. Lekko uformuj i spłaszcz je widelcem. Powinno wyjść około 30-40 ciastek, w zależności od tego, jak duże porcje będziesz nakładać. Piecz od 16-20 minut ( w zależności od wielkości). W połowie pieczenie kolejność blach w piekarniku. 

Gotowe! Smacznego!  

Przepis pochodzi z książki Isy Chandry Moskowitz "Vegan with a Vengeance" z nieznacznymi modyfikacjami z mojej strony. 

 
I Mum dla Was ode mnie! :*