środa, 25 września 2013

[*] [*] [*]

perpetu8:

Ascension by Rudy Chidiac

2013 nie jest dla mnie ani lekki, ani przyjemny. Doświadcza okrutnie i bezlitośnie kopie...
W ciągu ostatnich dni przekonałam się, że nasz młody wiek nic nie znaczy. Wobec śmierci, gdy ona puka do naszych drzwi, wszyscy jesteśmy tacy sami. Nic nie ma dla niej znaczenia. Jest bezwzględna i bez skrupułów zabiera nas stąd. Tylko dokąd? Tego nigdy się nie dowiemy, dopóki nie przyjdzie na nas czas...
Myślałam, że wkrótce dotrze do mnie wiadomość o Jego weselu, więc gdy tego okropnego, zimnego, sobotniego wieczoru dowiedziałam się, że od nas odszedł, grunt dosłownie usunął mi się spod nóg. Nerwowe szukanie inhalatora i kogoś, kto mnie przytuli. Na szczęście przyjaciele nie zawodzą. 

Byliśmy kiedyś z Karolem bardzo blisko. Moja pierwsza wielka miłość. Jak na gimnazjalno-licealny wiek stworzyliśmy bardzo długi i stabilny związek, coś czego do tej pory z nikim nie udało mi się powtórzyć. Prawie 4 lata przyjaźni i miłości. Dorastaliśmy razem. Z pryszczatych podlotków zamieniliśmy się w dorosłych ludzi. Miliony wzlotów i upadków. Tysiące godzin śmiechu, również tego przez łzy. Wspólne wyjazdy, koncerty, spotkania. Wspólni znajomi. Z czasem nasze drogi całkowicie się rozeszły. Jakoś przed rokiem wysłał mi maila, w którym podesłał link do jakiegoś artykułu. Wspólnie pośmialiśmy się wirtualnie, ale zupełnie nie pomyślałam, żeby spotkać się z realu, wypić kawę, pogadać o tym, jak nam życie upływa. A teraz... Teraz już nigdy nie będę mieć takiej okazji... 
Jestem w rodzinnym domu, który przez cały czas trwania naszego związku był też trochę domem Karola. Był częścią nie tylko mojego życia, ale życia całej mojej rodziny...
Zabieram Malaikę na spacer, pokonuję łąki, pola, lasy, chodzę nad jeziora. Wędruję tymi ścieżkami, które kiedyś wydeptaliśmy wspólnie z Karolem i nie wierzę, że On odszedł. Przecież mieliśmy się kiedyś spotkać na zjeździe LO, przybić piątki, pokazać zdjęcia dzieciaków, opowiedzieć o podróżach i o tym, że szczęśliwie realizujemy swoje marzenia ze szczenięcych lat. Że trzymamy się kurczowo swoich ideałów i wartości, w które oboje wierzymy. To się już nie wydarzy. Już żaden poranek nie będzie taki, jak ten sobotni. Moja beztroska i to, co w mnie jeszcze dziecinne, niewinne odchodzi gdzieś i nie wróci. Zbyt dużo zmienia się bezpowrotnie... 

Przeglądam stare listy, kartki, które wręczał mi przy każdej możliwej okazji. Wszystkie bardzo osobiste, staranne, przemyślane, pełne mądrych rad, życzeń, słów otuchy. 
Kiedyś do jakieś kartki z życzeniami z okazji imienin dołożył mi wyrwaną z zeszytu kartkę, na której zapisał cytat Rafała Wojaczka:
 Ktoś,
Kto kocha

Nie jest tym, co

Umrze.



Karol niewątpliwie kochał wszystko, co robił, ludzi, którymi się otaczał, świat, o który walczył i który budował. Do życia podchodził z energia i pasją. 

Ja pamiętam Go zapewne inaczej, niż ci, którzy znali Go obecnie, ale nie zmienia to niczego. W moim sercu zawsze będzie mieć swoje, szczególne miejsce i nigdy nie zapomnę Mu tego całego dobra, światła, miłości i energii, którą wniósł w moje życie. 

R.I.P. Karol... 


Kochajcie ludzi, których macie blisko i cieszcie się każdą wspólną chwilą, bo one są ulotne i odchodzą bezpowrotnie. I nigdy nie odkładajcie "na zaś" kawy z kimś, z kim zawsze chcieliście pogadać, czasami coś sobie wyjaśnić, bo bywa, że "później" już nie ma... 



Jak wierzyć, że odszedł...? 





wtorek, 17 września 2013

Wegańskie spaghetti po bolońsku. Z tempehem.

Wiem, że to, co zaraz napiszę zabrzmi z lekka makabrycznie. Wiecie, co jest fajne w zderzeniu się z autem podczas jazdy rowerem? Wiecie, jaki strach się czuje, gdy nagle tuż przed Wami pojawia się maska samochodu i nie możecie zrobić już nic? Uderzacie w nią, przelatujecie przez kierownicę, spadacie na maskę, następnie na asfalt? Pisk opon, huk uderzenia roweru o blachę samochodu, dźwięk ciała uderzającego o maskę. Mam to w głowie, choć od wypadku minęło już kilka ładnych miesięcy. Rwący ból lewej nogi raczej nie da mi o tym zbyt szybko zapomnieć. Ale to może i dobrze? Może to ma nawet sens? Dzięki temu, a właściwie od tamtego kwietniowego, swoją drogą, bardzo słonecznego, wiosennego dnia, , kiedy wybrałam się z siostrą po tofu, bo naszła nas ochota na tofucznicę, nawet przez chwilę nie wątpię w sens życia, nawet przez moment nie jest mi wszystko jedno. Wręcz przeciwnie, chcę żyć na 100%, w najlepszym znaczeniu oczywiście. Nie chcę marnować chwil, nie chcę tracić najlepszych momentów, chcę mieć blisko ludzi, których kocham, których przyjaźń jest najcenniejszym, co mam. Staram się. Chcę dawać z siebie wszystko. Chcę być tak dobra, jak tylko mogę, pozwalają mi na to zdolności, umiejętności i czas. Nie ma czasu na marnowanie chwil, nie ma czasu dla ludzi, którzy wysysają ze mnie energię i zabierają radość życia i spokój. Po prostu. 
Jest za to czas na rozmowę, wino z przyjaciółmi, burgera z przyjaciółką i kawę z najlepszymi ludźmi, jakich przyszło mi w spotkać. Jest czas na pieczenie chleba i domowy hummus. Jest czas na przygotowanie ciasta dla przyjaciół, wyjście nad Wartę, piwo przy barze z kimś super ważnym, z kim można gadać i gadać i gadać i to nigdy się nie nudzi. Jest czas dla Sióstr, Rodziców. W końcu też jest czas dla mnie. Chłonę kolejne lektury, zapisuję się na dawno odkładane zajęcia, kursy. Szukam kolejnych form aktywności, żeby nauczyć się jak najwięcej. To jest mój czas i moje życie. Całkowicie w moich rękach. 
Czasami potrzebujemy takich przykrych lekcji życia, żeby je docenić i aby  się obudzić, otrząsnąć i nie marnować nigdy więcej.

To co się stało, skłoniło mnie do tego, aby zacząć realizować w życiu to, o czym zawsze marzyłam, a odkładałam w nieskończoność, bo przecież mam jeszcze czas... Okazało się, że niekoniecznie. Dlatego postanowiłam zaprosić do swojego życia super Psinkę. Wabi się Malaika, co z w suahili znaczy Anioł, ma piękne czarne umaszczenie i wierne spojrzenie. Jest mądrym, towarzyskim i miłym dziewięciomiesięcznym psiakiem, który od teraz będzie mi towarzyszył w życiu. Wiem, jak dużą odpowiedzialnością się obarczyłam, ale powiem Wam szczerze, że zupełnie się nie boję, bo znam siebie, zawsze kochałam zwierzęta i uwielbiam psy. Wiem też, że jestem odpowiedzialna, ogarnięta i troskliwa, więc dlaczego nie? Kolejne wyzwanie przede mną. Trzymajcie kciuki! :)


A teraz wybieramy się myślami do Włoch! Jest piękny słoneczny wrześniowy dzień we Florencji... albo w Weronie... No nie ważne. Siedzimy w klimatycznej knajpie, z najlepszymi przyjaciółmi i czekając na zamówienie - spaghetti oczywiście- pijemy pyszne wino i plotkujemy o tym i o owym.




No dobrze, nie za bardzo możemy być teraz we Florencji, ale włoskie jedzenie i wino zawsze i wszędzie możemy sobie zorganizować. Przyjaciół, którzy z nami je pochłoną? Tym bardziej.
Tak więc jest ciepły, słoneczny, wrześniowy dzień w Poznaniu. Nieustraszona weganka i blogerka Maddy zabiera się za obiad dla przyjaciół - SPAGHETTI PO BOLOŃSKU z TEMPEHEM! Zaadoptowałam przepis z bloga Kwestia Smaku, a efekt? Przerósł moje najśmielsze oczekiwania! Naprawdę jest pyszny i warto zainwestować w tempeh dla tego smaku! Może zdjęcia nie do końca oddają zalety tego dania, ale tak się złożyło, że wczoraj zamiast obiadu była obiado-kolacja ;)


Składniki:
  • 3 łyżki oliwy extra virgine
  • 1 cebula
  • 1 ząbek czosnku
  •  2 łodygi selera naciowego
  • 1 marchewka
  • 400 g naturalnego tempehu pokrojonego w malutką kosteczkę
  • 1 szklanka białego wina
  • 140 g (4 łyżki) koncentratu pomidorowego 
  • 1 szklanka gorącego bulionu warzywnego
  • 1 puszka (400 g) pomidorów pelati lub passaty pomidorowej
  • sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano (opcjonalnie)

Na oliwie, w większym garnku, zeszklić na umiarkowanym ogniu drobno posiekaną cebulę i czosnek, dodać posiekany w drobną kosteczkę seler naciowy oraz startą na drobnej tarce marchewkę. Przesunąć wszystko na bok garnka i wsypać pokrojony w drobną kosteczkę tempeh, zarumienić. Następnie wymieszać.Wlać wino i gotować na średnim ogniu przez 3 minuty, dodać koncentrat pomidorowy uprzednio rozprowadzony w 3 łyżkach gorącego bulionu, dokładnie wymieszać. Wlać resztę gorącego bulionu, zagotować, dodać passatę pomidorową lub zmiksowane pomidory pelati z puszki. Doprawić solą, pieprzem i oregano. Przykryć i gotować na małym ogniu przez 2 godziny. Od czasu do czasu zamieszać, podlać odrobiną wody. Oczywiście, niecierpliwi mogą sobie skrócić czas gotowania o połowę. Podawać na podgrzanych talerzach z ugotowanym al dente makaronem tagliatelle lub spaghetti - najlepiej pełnoziarnistym, posypując wegańskim parmezanem. 




Soundtrack? Mój ukochany Miraż! http://mirazgirls.bandcamp.com/


Zwierzęta 

Ptaki do śpiewania 

Koty do głaskania 

Norki do ubrania 

Małpy do zabawiania 

Krowy do zjadania 

Psy do wyżywania 

Psy do znęcania 

Psy do katowania 

Fabryka zwierząt do usług człowieka 

Produkcja cierpienia, tylko to je w życiu czeka 

Najpierw głaski a później kopnięcia 

Kochasz zwierzęta, wykańczasz zwierzęta 

A ja mam dość, 

W tryby maszyny wkładam klucz francuski 
Wzbiera we mnie złość 
Lecą śruby, sprężyny i łuski 
Kwiat cywilizacji, damy radę bez tych maszyn 
Pomyśl tylko co dla ciebie życie zwierząt znaczy 
Kwiat cywilizacji, damy radę bez cierpienia 
Pomyśl tylko jak niewiele masz do stracenia


A na koniec FAJNA DARMOWA ANTY-CYRKOWA KOLOROWANKA

Macie dzieci? Drukujcie i uczcie szacunku 
dla zwierząt! 





wtorek, 3 września 2013

Malinowe loveee, czyli są maliny, są rozkminy i masa dobrych słów oraz inspiracji na jesień...


"Człowiek jest do wszystkiego w stanie przywyknąć. Wytrzymuje ból, zrywa kontakt, zaczyna, zapomina, zdarza mu się zaprzepaścić największe namiętności. Ale czasami wystarczy byle głupstwo by się przekonać, że te drzwi tak na prawdę nigdy nie zostały zamknięte na klucz."

Federico Moccia


Czy również patrzycie z nostalgią w stronę lata, w stronę wakacji...?




Słowa, które mówimy, czy piszemy są tylko i aż słowami. Niby nie powinniśmy przykładać do nich zbyt wielkiej wagi, bo wypowiedziane przez różne osoby, w pewnym czasie, pod wpływem emocji towarzyszących danemu okresowi, czy też złości, okazują się mieć niewielkie znaczenie i niejednokrotnie są dalekie od prawdy. Jednak nie jest tak, że możemy mówić wszystko, co nam tylko ślina na język przyniesie. Nie zawsze powinniśmy dzielić się każdą myślą, która rodzi się w naszej głowie, nawet, gdy w danej chwili wydaje nam się być słuszna, bo prędzej, czy późnej poniesiemy konsekwencje naszych słów, czy to wypowiedzianych, czy to napisanych. O ile same słowa często zapominamy lub pamiętamy przekręcone, o tyle to jak ktoś się przez nie poczuł, wcale się łatwo nie zapomina i właśnie, dlatego tak trudno jest czasami komuś przebaczyć to, co "chlapnął" w nerwach czy stresie. Myślę, że rację ma Maya Angelou mówiąc, że "nauczyłam się, że ludzie zapomną, co powiedziałeś, ludzie zapomną, co zrobiłeś, ale ludzie nigdy nie zapomną, jak się przez to poczuli". 
Choć jestem osobą, której wydaje się, że przecież wszystko można przegadać, że odrobina dobrej woli z obu stron, cierpliwość, wyrozumiałość mogą sprawić, że przebaczymy sobie wiele. Dla mnie rozmowa jest kluczowa w wielu sytuacjach i jest czymś, czego raczej nie odmawiam, bo wydaje mi się ważne, aby umieć spokojnie usiąść i gadać, gadać, gadać, dopóki wszystko nie stanie się jasne... Niemniej musi być sporo prawdy w tym, że milczenie jest złotem i czasami lepiej jest nie rozmawiać, przemilczeć i czekać, co życie przyniesie i czas pokaże. Słowa też bywają źródłem nieporozumień, pewnie równie często, jak brak słów. Dlatego obiecuję sobie, że będę je staranniej ważyć, nie będę mówić tego, co rani, chyba, że będę w 100 % pewna, że robię to dla czyjegoś dobra. 
A może rację ma Chuck Palahniuk twierdząc, że  "ludzie nie słuchają, po prostu czekają na swoją kolej do mówienia." Hmm... Pewnie, jak to z racją z reguły bywa, jest gdzieś pośrodku... 

Czasami, przez nasz zwykły, ludzki egocentryzm wpadamy w pułapkę, kiedy wydaje nam się, że tylko my dźwigamy ze sobą bagaż negatywnych doświadczeń, bardzo łatwo zapominając o tym, o czym pisał Hemingway, a mianowicie, “pamiętaj, że każdy napotkany człowiek czegoś się boi, coś kocha i coś stracił.” Ja o tym zapominam notorycznie, choć teraz obiecuję sobie, że będę hamować moje roszczeniowe zapędy. Nie będę taka wymagająca i postaram się nie oceniać ani innych ludzi, ani siebie zbyt surowo, choć wiem, że mam ku temu tendencję. Ciągle uczę się pokory, bo nadal są momenty, kiedy mi jej brakuje, choć niewątpliwie medycyna daje mi niezłą lekcję... Praca i życie ciągle uczą, a ja wciąż się gubię... 

Jestem osobą wrażliwą, może nawet nadwrażliwą i to jest chyba w moim przypadku jakaś choroba uwarunkowana genetycznie.;) Zawsze taka byłam i pewnie pozostanę taka do końca. Dlatego, gdy kogoś zranię, często przejmuję się tym bardziej, niż osoby, którym swoimi słowami czy postępowaniem zrobiłam krzywdę. Znowu tutaj pojawia się problem rozmowy, bo ja niejednokrotnie chciałabym móc z tymi osobami porozmawiać, móc przeprosić, a zdarza się, że już nie mogę, czy to z powodu czasu czy też odległości, jaka nas dzieli. Nie mam szansy. Może kiedyś te osoby, a myślę, że będę wiedzieć, że to do nich, przeczytają ten wpis i zrozumieją. 
A tak poza tym, to piszę te słowa głównie dla siebie, abym nie zapomniała i abym nie powielała nigdy błędów, które popełniam w przeszłości, bo szkoda życia. 

Wiem, że mam zbyt dużą potrzebę dzielenia się na blogu sobą i to bywa drażniące, ale to jest moja przestrzeń, gdzie mogę wypowiedzieć się na każdy nurtujący mnie temat, gdzie mogę podzielić się tym, co chodzi mi po głowie i gdybym miała publikować same przepisy, już dawno bym się znudziła i blog nie miałby dla mnie racji bytu. Zresztą raz na jakiś czas pojawia się komentarz czy też mail, który utwierdza mnie w przekonaniu, że tak ma być. 

A na koniec, zanim polecę Wam kolejny przepis, podrzucam jeszcze cytat, tym razem autorstwa rosyjskiego pisarza, Vladimira Nabokova, pochodzący z "Lolity": "On złamał mi serce. Ty złamałeś mi TYLKO życie". Może rzeczywiście coś w tym jest. Życie jest jakoś tak łatwiej poskładać do kupy, niż złamane serce. Co o tym myślicie? Moje doświadczanie uczy, że dokładnie tak jest.



Każdemu się to czasem zdarza, że życie go przytłacza... 


"Świat jest pokręcony i przez to powstaje trójwymiarowa głębia. Jak ktoś chce mieć wszystko proste, powinien żyć w świecie opartym na ekierce."


Haruki Murakami "Kafka nad morzem"





Jak powszechnie wiadomo, szczęścia nie można kupić.

cherry-and-also-bomb:

♡♡♡

.... ale można kupić lody, a to czasami to samo... 

distraction:

it is the same thing

Obdarowujmy innych uśmiechem :) 


Każdy z nas kogoś kocha  i każdy też jest przez kogoś kochany. Nie pozwólmy, aby te osoby o tym zapomniały. 



Otaczajmy się ludźmi, którzy mają pasję, zarażają nią innych i którym oczy się błyszczą, gdy o niej mówią.


Bo jeżeli mamy umierać, to tylko od tego, co kochamy :)


<3

Wiążmy się z mądrymi ludźmi. Namiętny szachista się nadaje ;) 


Unikajmy ludzi, którzy doprowadzają nas do takiego stanu... ;)

"Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić."

Harlan Coben

image

Bądźmy solidarni z naszymi przyjaciółmi ;)


I przygotujmy sobie ładną sypialnię, bo nie ma, jak to spędzać długie jesienne popołudnia w rozświetlonym od lampek łóżku ;) 


Bądźmy weganami_kami! 


I czujmy się dobrze w swojej skórze, bo wszyscy jesteśmy PIĘKNI! 



Były rozkimny, były inspirujące słowa i foty to czas na jedzenie! 

Tarta kakaowa z waniliowo-cytrynowym budyniem jaglanym i malinami! 








Składniki na tartę:

  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 1/3 szklaki kakao
  • 2/3 szklanki cukru pudru
  • 1/2 szklanki zmrożonego oleju ( tak około godziny czy dwóch trzymanego w zamrażarce minimum, im dłużej tym lepiej w sumie, może być płynny, a może już przyjmować stałą konsystencję - np. po nocy w zamrażarce. Musi być lodowaty!) 
  • 2-3 łyżki mleka roślinnego 
Składniki połączyć i ugnieść z nich jednolite ciasto. Włożyć na około godzinę do lodówki. Następnie wyłożyć ciastem formę do tary - nakłuć widelcem i włożyć jeszcze na na 15 minut do zamrażarki. Piec około 18 minut w temp. 180 st. C. 

Wystudzone ciasto wypełnić przygotowanym budyniem z kaszy jaglanej: 

Na krem ( przepis od Jadłonomii, cytuję za oryginałem) :
  • 1/2 szklanki kaszy jaglanej
  • 3 szklanki mleka roślinnego waniliowego
  • 1/4 szklanki brązowego cukru, lub więcej do smaku
  • 3 łyżki delikatnego oleju
  • sok wyciśnięty z połowy cytryny
  • skórka otarta z całej cytryny
  • oraz: ulubione sezonowe owoce ( u mnie maliny)
Do rondelka z grubym dnem wsypać kaszę, cukier, olej, skórkę i sok z cytryny, wszystko zalać mlekiem i gotować na małym ogniu, co jakiś czas mieszając. Kiedy kasza wchłonie większość mleka i będzie bardzo miękka, zdjąć ją z ognia i zmiksować ręcznym blenderem na gęsty budyń. Budyń wylać na spód i od razu udekorować owocami, delikatnie je wciskając w krem. Odstawić do wystudzenia, następnie schłodzić w lodówce przez przynajmniej godzinę.

Opcjonalnie można jeszcze przygotować wegańską galaretkę i polać wierzch tarty! 

Gotowe! Smacznego! 




A teraz siadamy w naszym ulubionym miejscu mieszkania, włączamy sobie melancholijne Daughter i zajadając, myślimy jak to jest fantastycznie, że jest, jak jest. 
Bo jest dokładnie tak, jak być powinno! 


Love!! 



Blow out all the candles, blow out all the candles
"You're too old to be so shy," he says to me so I stay the night
Just a young heart confusing my mind, but we're both in silence
Wide-eyed, both in silence
Wide-eyed

Cause we both know I'll never be your lover
I only bring the heat
Company under cover
Filling space in your sheets