sobota, 31 sierpnia 2013

Rozstania i powroty. I just wanna light up the world.


Powrót do miasta po dłuższym okresie czasu, w tym przypadku po miesiącu, zawsze kończy się tak samo, czyli rozczarowanie miesza się z ekscytajcą. Mijam burżujskie lofty, strzeżone osiedla i patrzących na mnie zza płotu ludzi, spijajacych kawę w przyloftowej kawiarni i mam ochotę się porzygać. Obce miejsca, obce twarze, świat, który mnie przerasta i z którym się nie chcemy. Nie rozumiemy. Nie moja bajka, nie moja przestrzeń. Nie w tym filmie gram. Potem mijam mój drogi szpital "na Przybysza" i ogarnia mnie spokój, że to miasto to jednak jest moje i mam tu swoje miejsca. Wychodząc z tramwaju, wpadam na kumpelę, której nie widziałam od miesiąca i czuję ogromną ulgę. Myślę sobie: O.K., spokojnie Magdaleno, masz tu też SWOICH LUDZI. Nie panikuj! Przy bloku mijam tego samego Pana Żula, co zwykle i już w ogóle czuję się tak swojsko i dobrze, że znowu się śmieję i ze spokojem patrzę na swoje życie tu.
I myślę, że "za chwilę" skoczę na swojego ulubionego burgera na ul. Żydowską, na kawę i muffina do kafeterii w Pasażu Apollo, że przybiję sobie piątkę z barmanami ulubionej knajpy i przesiedzę cały dzień w ulubionej ksiagarni, przygotowując fajny projekt społeczny. Myślę o lunchach i innych wydarzeniach, które Vegan Hooligan Crew będzie tworzyć i czuję takie przyjemne ciepło na sercu, które zaczyna mocniej walić i zaraz krew mi lepiej krąży. Rumienię się.

Z drugiej strony miesiąc odizolowania, przebywania poza codziennością, sprawia, że wiele miejsc, osób, zaczynam postrzegać inaczej. Jestem cichym, zdystanswoanym obserwatorem. Są miejsca i ludzie, za którymi tęsknię niewyobrażalnie. Są osoby, które z perspektywy czasu i odległości, jaka nas dzieli, rozczarowują i wiem, że muszę trzymać się z daleka, nawet gdy stoją ze mną ramię w ramię...  Na wsi, otoczona byłam niewielką liczbą osób, czasami sama. Niewątpliwie przez cały miesiąc zupełenie wolna od negatywnych emocji, od nageatywnych postaw i agresji wymierzonej w moją stronę. Wręcz przeciwnie. Spotkałam się z pozytywnymi postawami, ludźmi, którzy siebie szanują, o siebie dbają i są bezinteresowni. Bardzo przyjemna lekcja życia, muszę przyznać.  Dzięki temu sama byłam totalnie bezpieczna, pozytywna, spokojna. Nic mnie nie rozczarowywało, ja nie rozczarowywałam nikogo.

Przytłaczają mnie ludzie, których postawa, sposób bycia, a z nawet ubierania są tak krzykliwe, głośne, przaśne, że zupełnie nie wiem kim są, co mają do powiedzenia. Nie słyszę tego, co mówią. Cały sens gdzieś znika. Widzę ich, jako jakieś takie marionetki, aktorów na jednoosobowej scenie ich pustego, pozbawionego jakiejkolwiek głębi życia, jakiekolowiek większego sensu.
Widzę w tych ludziach osoby, które być może potrzebują pomocy, którzy się zgubili, ale nie za bardzo wiem, jak się za to zabrać. Poza tym, mam świadomość też, że trudno jest pomagać komuś, kto nie wykazuje woli. 

Sama wiem dokładnie dokąd zmierzam. Jestem już (prawie) pewna, czego chcę, dlatego teraz powoli i z rozwagą idę w obranym przez siebie kierunku. Nie chcę pisać, że wszystko jest idealnie, bo po pierwsze  nie jest, nigdy nie będzie i nie oczekuję takiego stanu rzeczy, a po drugie, gdy ostatnim razem, napisałam tu, że wszystko jest cudownie (choć to pewnie było tylko moje złudzenie), jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, sprawy zaczęły się sypać, jak domek z kart. 
Dlatego to, o czym marzę, to po prostu możliwość robienia tego, co lubię, co mi daje satysfakcję, radość i energię i nieważne, czy aby tak było, będę musiała się nagimnastykować, przejść drogę przez piekło, czy też pójdzie mi to, jak z pałatka. Ważne, że mam marzenia, cel i pasję, że się realizuję, choć naprawdę - łatwo nie jest!

vio-lettes:

I think this is the best thing I’ve ever seen on tumblr.

A teraz piosenka, która doda mi energii! Klimat jeszcze bardzo letni, oby pozosatał jak najdłużej ;) 


I need a release for the moment (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
Something to relieve my mind (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
I cannot deal with all this tension (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
I’ve been feeling like this all the time (yeah yeah)

Feeling like I need some room
Feeling like I need some space
Got to find something soon
To take me to outer space

I just wanna light up the world
I just wanna light up the world

Soaring through the clouds like an eagle (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
With the sun beating on my skin (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
Looking down at all these people (yeah yeah, yeah yeah, yeah yeah)
And the confusion that they bring (yeah yeah)

Feeling like I need some room
Feeling like I need some space
Got to find something soon
To take me to outer space

I just wanna light up the world
I just wanna light up the world

I just wanna light it up one time
Just to see what it’s worth
I just wanna light up the world

I ….
Afraid to see the night shine
Some are runnin’ and still hidin’ in the night time
Don’t you know there ain’t no place that I don’t know
Just get the fire ablaze from deep within your soul
Lalalalala light up your world now
Inside I’ll make the light …
…, just believe in what you see
And your light’s the only thing that’d set you free

I just want something to light up my moment
I just want something to light up my day
I just want something to light up my moment
I just want something to light up my day

I just wanna light up the world
I just wanna light up the world

I just wanna light it up one time
Just to see what it’s worth
I just wanna light up the world
Tonight

czwartek, 22 sierpnia 2013

Burgery buraczane. Wyśmienite.

Gotowanie jest dobre na wszystko. Gdy świętuję - gotuję, gdy dołuję - gotuję. Zaszycie się kuchni jest dla mnie oderwaniem od rzeczywistości, odpoczynkiem, czasem też ucieczką. Pomaga uporządkować myśli, zastanowić się nad tym, co mnie męczy, a w dodatku zdystansować, choć są sprawy nie do rozwiązania, więc trzeba się umieć z tym pogodzić i żyć dalej, pamiętając, że na niektóre ścieżki czasami nie warto jest wchodzić. 
Najbardziej lubię gotować dla innych, dla przyjaciół czy rodziny, gdy ją odwiedzam. Lubię widzieć, że im smakuje, że cieszą się przygotowanym przez mnie wegańskim jedzeniem i spełniam się w tym w 100%. Czasami mam wyrzuty sumienia, że tyle czasu spędzam nad książkami i wydaje mi się, że jakiś smaczny posiłek to jedyne, co mogę dać tym, na których mi zależy, żeby o tym wiedzieli, choć zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę dla nich ma znaczenie to, że po prostu jestem, zupełnie nieważne, czy z ciastem, czy też bez. Często na obiad zapraszam bliskie mi osoby, nawet wtedy, gdy mam na głowie milion spraw, naukę i inne obowiązki, ale już kiedyś o tym pisałam - potrzebuję tych momentów, ponieważ nawet najwięksi tytani pracy nie wkuwają cały czas, nie są aktywistami przez 24 godziny na dobę. Jeżeli mam wybór - siedzieć na "fejesie" czy oglądać serial, aby się "zrelaksować", a spotkać znajomych - ta druga opcja zawsze będzie dla mnie atrakcyjniejsza. Lubię to, bo wtedy czuję, że jest normalnie, bezpiecznie, domowo, że mam wokół siebie fajnych, życzliwych ludzi i daję im znać, że nawet, gdy tygodniami uciekam w medyczny świat, to nadal tu jestem, nadal mogą na mnie liczyć. 
Moje życie znowu jest rozbujaną na całego, huśtawką, ale choć mam wrażenie, że zaraz "spadnę i znowu będę potłuczona", to jednak chyba dobrze jest tak, jak jest. Przynajmniej coś się dzieje. Choć może moje przeżycia nie zawsze są pozytywne, to jednak to, że w ogóle coś czuję jest w sumie pocieszające.

Do przygotowania tytułowych burgerów przymierzałam się już od baaaardzo dawna, odkąd pojawiły się na moim ukochanym The Post Punk Kitchen. Wiedziałam, że w końcu je zrobię, choć przyznaję się od razu, że trochę czasu mi to zajęło.
Przepis musiałam zmodyfikować i zastąpić tym, co akurat miałam w domu, u rodziców. Tak więc zamiast brązowego ryżu użyłam basmati, zamiast masła migdałowego - masło orzechowe z orzeszków ziemnych, a nasiona kopru włoskiego zamieniłam na majeranek, choć wiem doskonale, że jedno ma się nijak do drugiego, ale nie miałam tego pierwszego, a majeranek w kotletach zawsze daje radę i tym razem nie zawiódł.
Burgery wyszły pyszne. Oprócz tego są przepiękne, zdrowe i do tego baaardzo sycące. Wszyscy domownicy byli oczarowani. Do tego bułki posmarowałam gęstym pesto przygotowanym z pestek słonecznika i bazylii. Podałam je z rukolą, pomidorami, ogórkami kiszonymi, a dla Taty, w wersji ostrzejszej, włożyłam jeszcze papryczki jalapeno.
Niestety tym razem nie upiekłam samodzielnie bułek, ale zbyt dużo czasu zajęło mi buszowanie w lokalnych second handach, więc po powrocie do domu nie mogłam czekać na wyrastające drożdżowe ciasto. Rodzina domagała się obiadu. I słusznie, bo takich pysznych obiadów każdy wyczekuje zniecierpliwiony.

Składniki na około 18 burgerów:
  • 2,5 szklanki ugotowanego ryżu basmati (może być brązowy)
  • 2 szklanki ugotowanej zielonej lub brązowej soczewicy ( można użyć z puszki)
  • 2 szklanki startych surowych buraczków 
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • świeżo mielony pieprz
  • 2 łyżeczki majeranku
  • 2 łyżeczki tymianku
  • 4 ząbki czosnku, przeciśniętego przez praskę
  • 2 małe lub jedna duża czerwona cebula, bardzo drobno posiekana
  • 2 łyżeczki musztardy
  • 4 łyżki masła orzechowego
  • 1 szklanka bułki tartej
Ryż, soczewicę i buraki zmielić przy użyciu blendera, niekoniecznie na gładką masę. Następnie dodać pozostałe składniki i dokładnie wymieszać łyżką czy też łapkami. Odstawić przygotowaną masę na chwilę. W tym czasie możemy zrobić pesto czy też inny sos do bułek, przekroić bułki, pokroić warzywa, które zamierzamy dodać do naszych burgerów. Następnie formułujemy około 18 równych kotletów. Starałam się, aby moje były możliwie płaskie, bo wiem z doświadczenia, że zdecydowanie prościej się je wówczas zajada. 
Kotlety można usmażyć na patelni, podobno zajmuje to około 12 minut, przewracając od czasu do czasu. Inną opcją jest upieczenie ich w piekarniku. Układamy je wówczas na papierze do pieczenia, smarujemy na wierzchu odrobiną oleju i wkładamy do rozgrzanego do 180 st. C piekarnika. Pieczemy po 10-15 minut z każdej strony. Ostrożnie je obracamy i ponownie delikatnie smarujemy olejem. Pod koniec pieczenia możemy włączyć termoobieg, aby odrobinę je przyrumienić. 
Ja zdecydowałam się upiec je na grillu elektrycznym i był to dobry wybór. Pieczemy z obu stron do czasu, aż się zarumienią. Upieczone kotlety natychmiast ładujemy do bułek, a następnie do wygłodniałych brzuszków! Gotowe i smacznego! :) 




A  te zdjęcia pozostały z sentymentu.



A co to?



Troszkę melancholii na koniec, czyli smutna piosenka, którą uwielbiam katować, zwłaszcza, gdy intensywnie pracuję umysłowo, zamknięta wśród czterech ścian:

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

♥ Urodzinki Idy i Misi, czyli wegańskie smakołyki na drugie i trzecie urodzinki ♥

Trzy lata temu, gdy 17 sierpnia na świat przychodziła Misia, byłam akurat w Marsylii i o powiększeniu rodziny dowiedziałam się z SMSa. Strasznie wtedy zatęskniłam za domem, za siostrami, ponieważ miałam poczucie, że coś mnie omija. Od tego czasu przekonałam się, że takie już jest to dorosłe życie, że coraz więcej wydarzeń dotyczących naszych bliskich dzieje się bez nas i nie możemy w nich w pełni uczestniczyć i być na wyciągnięcie ręki, tak jakbyśmy tego sobie życzyli. 
Tym mocniej przekonałam się o tym dokładnie rok i 2 dwa dni później, gdy rodziła się córeczka mojej drugiej siostry. Pamiętam dokładnie, gdy zadzwoniłam do szwagra i okazało się, że Ida jest już z nami od 15 minut, a mi ze wzruszenia i tęsknoty już nie do dwóch, a trzech osób w Anglii dosłownie popłynęły łzy po policzkach. Jestem bardzo emocjonalna i bardzo związana ze swoim rodzeństwem, więc taka reakcja była do przewidzenia... Rodzaj więzi, która nas łączy jest zrozumiała tylko dla osób, które przeżywają coś podobnego. W przeciwnym razie traktują nas, jak jakiś siostrzany fenomen lub coś nienormalnego... ;)
Nie mogę uwierzyć, że dziewczynki są już dwu- trzylatkami. Uwielbiam je w stu procentach i spędzam z nimi czas z ogromną przyjemnością. Myślę, że dla mnie jest to większa frajda, niż dla młodych. Poza tym łączy nas miłość, taka bezwarunkowa i to jest dla mnie niezła lekcja tego uczucia. 

Gotowanie i pieczenie dla ludzi, których się kocha to zupełnie inna bajka, niż choćby gotowanie na Vegan Lunch czy przygotowanie posiłków dla samej siebie. Vegan Lunche to idea i promowanie weganizmu, taki mało nachalny rodzaj aktywizmu, a z kolei dla mnie samej po prostu z reguły mi się nie chce, więc jakbym mieszkała sama, najpewniej bym się zagłodziła lub jadła byle co. Z kolei kucharzenie dla najbliższych ma w sobie moc. Nic lepiej mi nie wychodzi i nie smakuje bardziej, niż to w co włożyłam całe serce, miłość i najlepsze chęci. 
Zresztą, co ja tu będę dużo pisać. Zobaczcie sami, jakie piękne wegańskie urodzinki można wyprawić dla dzieciaków! :) 

Kokosowy tort z jeżynami i ananasami. PYCHA!!!



Ida, jak zawsze ostatnio chętnie przygląda się moim "sesjom" jedzenia... ;)











Kakaowe tarteletki nadziewane jeżynami i wegańską galaretką cytrynową. Bardzo kakaowe i bardzo owocowe.







Krucha tarta w borówką amerykańską przygotowana przez Asię, moją najstarszą siostrę bazująca na tej recepturze. Bardzo kruche i bardzo smaczne ciacho!!!





♥ Misia 



♥ Ida 





Gdy ma się dwa czy trzy lata to najbardziej lubi się przesiadywać w piaskownicy, a nie przy stole... Nawet z najpyszniejszymi wegańskimi smakołykami...



♥ Dziewczyny, czyli ja i szanowne solenizantki 



... i takie tam zdjęcie moje i wszystkich moich siostrzenic oraz siostrzeńca 





I pioseneczka dla Dziewczynek! ♥ TAŃCZYMY ♥


niedziela, 18 sierpnia 2013

Miętowe ciacho z jagodami

Mieszkanie na wsi ma niewątpliwie jedną dużą zaletę. Jesteśmy niemal obsypywani owocami od sąsiadów, znajomych i nieznajomych. Zresztą nie tylko owocami, ale też warzywami i grzybami. Dla takiej kuchennej wilczycy, jak ja te dary są sporym polem do popisu, bo mogę piec, kombinować, tworzyć. Ostatnio upiekłam bułeczki drożdżowe nadziewane jeżynami, które własnoręcznie ( kując się potwornie przy tym ;)) zbierałam. 
Zbieram też kurki oraz jagody, i te drugie decydowanie się kończą, ale gdy ma się swoje miejsca, można je jeszcze znaleźć to tu, to tam. 
Ja postanowiłam się z jagodami w tym roku pożegnać ciastem od Vegan Nerd. Wprawdzie oryginalnie było przygotowane z porzeczkami, ale próbowałam już wersji jagodowej przed rokiem i daje radę. W dodatku użyłam mięty z ogrodu rodziców. Ciasto, więc ekologiczne i utrzymane mocno w moim ukochanym duchu D.I.Y. W dodatku proste i pyszne! Czego chcieć więcej? 

Zaraz zmykam do miasta, bo ile można siedzieć i udawać, że nie ma świata, ludzi, codzienności...? Czas wrócić i ogarnąć kilka spraw, bo same się nie rozwiążą. Ale póki, co... 

"Mówię do siebie i patrzę na mroczne drzewa, cudownie obojętne. To znacznie łatwiejsze niż stać twarzą w twarz z ludźmi, kiedy trzeba sprawiać wrażenie szczęśliwej, silnej, inteligentnej. Zdjąwszy maskę, idę, mówię do księżyca, do obojętnej, bezosobowej siły, która nie słyszy mnie, lecz tylko akceptuje moje istnienie. I nie miażdży mnie."

Sylvia Plath




A teraz pieczemy!!


  • 2,5 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka sody
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 1 szklanka mleka sojowego
  • 1 szklanka średnio mocnego wywaru ze świeżej mięty
  • 2 łyżki octu jabłkowego 
  • 2 łyżki oleju
  • kilkanaście listków świeżej mięty
  • 2 szklanki jagód
  • cukier puder

Odmierz kubek mleka sojowego, dodaj 2 małe łyżki octu jabłkowego wymieszaj i odstaw na bok. Umyj i obierz porzeczkę z zielonych części.  Przesiej do miski mąkę. Dodaj inne suche składniki, proszek, sodę, sól i cukier i wymieszaj. Wlej mleko sojowe zacznij mieszać masę i dolewaj wywar z mięty.

Masa powinna być lejąca i lekka. Ciągle mieszając dodaj 2  łyżki stołowe oleju. Listki mięty umyj i posiekaj drobno. Dodaj do ciasta i wymieszaj dokładnie. Masę przelej do żaroodpornego naczynia lub blaszki wyłożonej papierem do pieczenia. Obficie posyp ciasto jagodami. Piekarnik rozgrzej do 180 st.  i piecz ciasto około 40 minut. Po wystygnięciu posyp ciasto cukrem pudrem. 






A to co?



Co by tu jeszcze zmajstrować?



I'm not full of fear 'cause I'm not really here
I'm nowhere near here



sobota, 17 sierpnia 2013

Dwie proste pasty na kanapki i nie tylko...

Miałam ambitny wakacyjny plan, polegający na tym, aby się trochę wyciszyć, odpocząć w jakimś odludnym miejscu i wsłuchać się w siebie. Zastanowić się, czego chcę i dokąd to moje życie zmierza. Tak naprawdę dzień za dniem ucieka, ja wypełniam swoje obowiązki najlepiej, jak umiem, ale nie mam czasu na przemyślenie tego, jaką specjalizację chciałabym robić, gdzie mogłabym żyć. Z jednej strony lubię Poznań, z drugiej nic mnie w nim nie trzyma i czy może nie warto wykorzystać tego stanu rzeczy, aby ruszyć gdzieś indziej. Wiem, że to nie jest tak, że gdzie indziej będzie lepiej, ale niewątpliwie zmiana otoczenia na głowę działa dobrze. Daje poczucie jakiegoś dynamizmu życiowego, a to napędza do działania i daje energię. 
Z drugiej strony czy nie wystarczyłaby praca lekarza bez granic? Czy opuszczać miasto pełne przyjaciół, znajomych, rodziny? Do kogo będę wracać z tych swoich misji, gdy zamieszkam w jakimś obcym mieście...? Dylematów nie brakuje, bo przecież tyle możliwości przede mną. Na szczęście jestem pewna, że jedyna słuszna droga nie istnieje, więc czegokolwiek nie wybiorę, na cokolwiek się nie zdecyduję to przecież będzie dobrze, poradzę sobie i będę wieść udane, ciekawe życie. W końcu robię to, co kocham, pozostając wierna sobie, swojemu światopoglądowi od lat. To ważne, bo wiem, że jest silna i oporna wpływy. Że otoczenie nie sprawia, że rezygnuję z siebie, więc nawet bez grupy wegan, anarchistów, feministek czy innych aktywistów wokół, pozostanę przy swoich przekonaniach. Jest to dla mnie ogromnie ważne, bo dzięki temu nie muszę tak bardzo bać się tego, jakie konsekwencje swoich decyzji poniosę. 
Jak na razie jednak nie chce mi się o tym myśleć. W roku akademickim żyję z dnia na dzień, bo w sumie nie mam innego wyjścia, a teraz, gdy sprawy mogłyby wyglądać inaczej, zwyczajnie mi się nie chce rozkminiać kwestii swojej przyszłości... Ech... Ciągle czaruję się, że wciąż mam czas... ;)


Dziś mam dla Was baaardzo proste przepisy na dwie fajne, letnie pasty do kanapek. Może nie są one wyjątkowo odżywcze, ale stanowią dobrą odmianę dla klasycznych past ze strączkowców. Są lekkie i przywodzą na myśl wakacje na południu Europy... I jak tu ich nie lubić?


Pasta z suszonych pomidorów:

  • słoik ok. 250-280 g pomidorów suszonych w zalewie
  • 5 listków bazylii
  • pieprz do smaku
Pomidory odsączyć z zalewy ( pozostały olej świetnie nadaje się do marynat czy sosów do sałatek!), dodać bazylię i zmielić wszystko w blenderze na gładką masę. Przyprawić do smaku świeżo mielonym pieprzem. 


Tapenade 

  • mały słoik czarnych oliwek ( ok. 130 g bez zalewy)
  • 5 listków bazylii
  • ząbek czosnku
  • 3 łyżki dobrej jakości oleju ( ja użyłam rzepakowego, tłoczonego na zimno)
  • pieprz do smaku
Zmielić wymienione składniki przy pomocy blendera na gładką masę. Przyprawić do smaku pieprzem. 


I co? Proste? A jakie pyszne! Polecam na sierpniowe kolacje!


środa, 14 sierpnia 2013

Dyniowe brownies. Dyniowy sezon uważam za otwarty.

Z dala od Poznania. Odpoczywam od miasta, od myśli, które mnie przygniatały, od ludzi, którzy mi dokopali. Odpoczywam od hałasu, od tłumów na ulicach, od kurzu, od mieszkania na trzecim piętrze, od ciągle tych samych twarzy i wiecznie nowych, które zawracają mi głowę, od imprez, od nocnych powrotów ulicą Bukowską. Tęsknię jednak do tych, którzy są moją tarczą i wentylem bezpieczeństwa psychicznego, ale dobrze jest czuć akurat tego rodzaju tęsknotę i mieć świadomość, że w tym mieście, które kocham, tak samo, jak nienawidzę, są osoby, do których chce się wracać. Nie mogę się doczekać, aż znowu zjem z nimi wspólny obiad, upiekę ciasto czy chleb, który im podrzucę. Już jestem cała podekscytowana na samą myśl o chwili, gdy będziemy rozgrzewać się kawą z moich ulubionych kawiarni, siedząc lub włócząc się po mieście i podziwiając kamienice lub też ogrzewać zmarznięte ręce kawą na wynos, uparcie siedząc na ławce, w czapkach i kapturach gapić się na świat, który nas otacza. Październik będzie ekstra. Wiem, że może za bardzo wybiegam myślami do przodu, ale nic za to nie mogę. Po prostu lubię ten miesiąc. 
Myślę, że kiedyś napiszę tutaj coś na temat Poznania, tego jak go widzę, kilka słów o moich ulubionych miejscach, o tym gdzie jadam, gdzie spotykam się z przyjaciółmi, gdzie imprezuję. Muszę tylko ogarnąć temat aparatu, bo jak na razie korzystam z pożyczonego.


Brownies, które trafia dziś na bloga jest autorstwa.... i tu nie będę oryginalna, bo znowu wzoruję się na Pani Isie Chandrze Moskowitz, a co zrobić, skoro jej receptury są tak niezawodne i dobre. W internecie znajdziecie całą plejadę dyniowych brownies, bo w pewnym momencie były chyba na każdym, zwłaszcza zagranicznym blogu. Uznałam jednak, że jest to tak fajny przepis, a sezon dyniowy właśnie się rozkręca, więc jest to idealny czas, aby Wam o nim przypomnieć. Jestem absolutną fanką dyni i przyjmuję ją pod każdą postacią, dlatego i to ciacho musiało przypaść mi do gustu. Aby je przygotować potrzebny jest nam mus dyniowy, który możemy przygotować dwojako: albo jak ja tutaj, albo tak, jak w przypadku ciasta ze zdjęcia - gotując pokrojoną w kostkę dynię na parze i miksująca ją przy użyciu blendera. Ta druga metoda jest nieco prostsza, ale pierwsza pozwala mi przygotować dyniowe brownies o każdej porze roku i za to szczególnie ją cenię ;) 


Składniki na warstwę czekoladową:
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 1 szklanka musu dyniowego
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 szklanki oleju
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 3/4 szklanki mąki
  • 1/4 szklanki kakao 
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej 
  • 1/4 łyżeczki sody 
Składniki na warstwę dyniową: 
  • 1 szklanka musu dyniowego
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej 
  • 1/2 szklanki mleka roślinnego
  • 1/3 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego 
  • 1/4 łyżeczki imbiru w proszku
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • szczypta startej gałki muszkatołowej 
  • szczypta przyprawy korzennej 
Rozgrzej piekarnik do 180st.C. 
Na początek przygotowujemy warstwę czekoladową. W kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę. W misce mieszamy mus dyniowy, cukier, olej, aromat. Dodajmy mąkę ziemniaczaną, sodę i kakao oraz mąkę. Mieszamy. Na koniec wlewamy rozpuszczoną czekoladę i mieszamy do czasu, aż uzyskamy jednolite gęste ciasto. 
W drugiej misce mieszamy wszystkie składniki masy dyniowej, tak aby powstała mieszanina była jednolita i gładka. 
Tortownicę lub wybraną foremkę tych samych parametrów wykładamy papierem do pieczenia, smarujemy olejem lub, gdy używamy silikonowej, nie robimy nic, wykładamy czekoladową masą, wytwarzając z niej około centymetrowy rant wokół brzegu foremki. Powstałe zagłębienie wypełniamy masą dyniową. 
Brownies pieczemy przez około 30 minut, aż masa dyniowa ładnie się zetnie. Gotowe ciacho możemy przyozdobić wegańskimi czekoladowymi groszkami lub startą czekoladą. 
Smacznego!








I don't like walking around this old and empty house
So hold my hand, I'll walk with you, my dear
The stairs creak as I sleep, it's keeping me awake
It's the house telling you to close your eyes

Some days I can't even trust myself
It's killing me to see you this way

'Cause though the truth may vary this
Ship will carry our
Bodies safe to shore

Hey! Hey! Hey!

There's an old voice in my head that's holding me back
Well tell her that I miss our little talks
Soon it will be all over and buried with our past
We used to play outside when we were young
And full of life and full of love

Some days I don't know if I am wrong or right
Your mind is playing tricks on you my dear

'Cause though the truth may vary this
Ship will carry our
Bodies safe to shore

Hey!
Don't listen to a word I say
Hey!
The screams all sound the same
Hey!

Though the truth may vary this
Ship will carry our
Bodies safe to shore

You're gone, gone, gone away
I watched you disappear
All that's left is a ghost of you
Now we're torn, torn, torn apart, there's nothing we can do
Just let me go we'll meet again soon
No, wait, wait, wait for me!
Please, hang around!
I'll see you when I fall asleep

Hey!
Don't listen to a word I say
Hey!
The screams all sound the same
Hey!

Though the truth may vary this
Ship will carry our
Bodies safe to shore

czwartek, 8 sierpnia 2013

Babka marmurkowa z jagodami

Znowu uciekłam z Poznania. Daję sobie tydzień na wsi i nad morzem, aby się zrelaksować, zdystansować i wyciszyć myśli i serce. Potem pewnie znowu zatęsknię za miastem, życiem w Poznaniu i przyjaciółmi, którzy tam mieszkają.

 
Ostatnio częstowałam tytułowym ciastem moich bliskich znajomych i  zapytali, jak się robi taką pyszną wegańską babkę. Oczywiście odpowiedziałam, że przepis pojawi się na blogu i wtedy się dowiedzą. :) A ciacho jest rzeczywiście pyszne. Letnie, owocowe, delikatne, wilgotne. Można przygotować je z jagodami, ale bez problemu zastąpimy je borówką amerykańską lub malinami. Polecam Wam taką marmurkową babkę serdecznie!
Wracając do tego, co należy zrobić, aby wyszło nam pyszne ciasto, to tak naprawdę najlepsze wegańskie wypieki ( i pewnie nie tylko wegańskie), jestem tego w 100% pewna,  wychodzą wtedy, gdy wkłada się w ich przygotowanie serce.
Ja staram się wkładać serce we wszystko, co robię. W każdy element mojego życia, bo gdybym tego nie robiła, to już dawno bym się poddała. Nie byłoby medycyny, nie byłoby przyjaźni, nie  byłoby żadnej formy aktywizmu, nie byłoby wegańskich lunchów w Meskalinie. Ja  po prostu się staram, i albo robię coś na 100%, albo nie biorę się za to w ogóle.
Z drugiej strony to jest bardzo wyczerpujące, a gdy przychodzi słabszy okres w życiu, znoszę to gorzej, bo przecież tak się staram, więc dlaczego wciąż coś nie wchodzi? A może to tylko kwestia moich ambicji...?
W miniony weekend odbył się kolejny meskalinowy lunch w wydaniu mojego drogiego Vegan Hooligan Crew. Jak zwykle byłam totalnie nim pochłonięta, ale muszę przyznać, że wysiłek się opłacił, bo zastrzyk energii, jaki otrzymałam jest bezcenny. W dodatku pojawiają się nowe twarze,  po głowie chodzą ciekawe pomysły i mam takie przeczucie, że czeka nas dobra druga połowa lata i fajna jesień. Mam nadzieję, że wkrótce będę się mogła z Wami podzielić dobrymi wiadomościami, zaprosić na kolejne wydarzenia, ugotować coś i spotkać Was na lunchu.
Choć, gdy piekę o 3:00 w nocy babeczki na lunch,  dziwię się sobie i trochę wątpię, czy wszystko ze mną O.K., że ciągle mi się chce, że szukam wciąż coraz to nowych form aktywności, że nie umiem odpuścić sobie i zająć się tylko medycyną, ale moje życie byłoby wtedy takie niekompletne, tyle bym traciła...
Teraz jestem w domu moich rodziców, są tu też moje trzy siostry, trzy siostrzenice i siostrzeniec. Mamy niezłe przedszkole i totalne zamieszanie, więc po całym dniu dosłownie padam z nóg. Gdy zasypiam, słyszę pracujące w oddali na polach kombajny. Budzi mnie pianie koguta u sąsiadów, a potem biegające od rana po domu dzieci moich starszych sióstr. Chodzę do lasu na jagody, lepię pierogi, piekę, przyrządzam gar sosu do makaronu. Cały czas gotuję niemal w "lunchowych" ilościach, aby cała ta ferajna miała co jeść.  Jutro już będę nad morzem.
Przyjazd do rodzinnego domu zawsze ma trochę nostalgiczny charakter. Z jednej strony jest czymś w rodzaju powrotu, próbą odnalezienia straconego czasu.
Powrót do "źródeł" pomaga mi zrozumieć teraźniejszość, to dlaczego jestem taka, a nie inna. Skąd się biorą moje lęki i obawy, dlaczego nie radzę sobie z życiem osobistym, podczas, gdy bez problemu ogarniam kilka projektów i myślę o kolejnych.
Wiem, też że zostałam wychowana tak, że muszę mieć milion pomysłów na minutę. Moi rodzice zawsze byli bardzo zajęci, więc dla mnie jest oczywiste, że siedzenie bezczynnie jest stratą czasu, energii i potencjału, który mam w sobie, a dzięki któremu mogę się jakoś przysłużyć ludziom, zwierzętom i światu. ( Hehe, nie bez powodu, mój przyjaciel powtarza mi, że jestem jego "ulubioną lewuchą" ;))
Przyjazd do domu oznacza w dużej mierze spotkanie z siostrami. Mamy szansę coś razem ugotować, posiedzieć do późna w ogrodzie i pogadać. To jest ważne, bo daje poczucie, że są na świecie ludzie, do których zawsze mogę wrócić.
Przejdźmy jednak do przepisu. Robiłam go już trzykrotnie i zawsze byłam bardzo zadowolona z efektu. W oryginalnym przepisie zamiast mleka kokosowego użyty jest jogurt sojowy. Ja nie miałam, a nawet jakbym miała, byłoby mi go szkoda zużywać do pieczenia, natomiast mleka kokosowego zawsze mam dużo w domu i świetnie się sprawdza w roli zamiennika.

 
Składniki:
  • 3 szklanki mąki pszennej ( może być razowa, orkiszowa)
  • 2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 szklanka cukru trzcinowego
  • 2/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego lub jogurtu sojowego
  • 1 szklanka dowolnego napoju roślinnego
  • 2 łyżki octu jabłkowego
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 1i1/2 szklanki jagód
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka startej skórki z cytryny
W jednej misce mieszamy ze sobą mąkę, proszek, sodę, cukier. W drugiej mleko koko, napój sojowy olej, ocet i wanilię. Wlewamy mokre składniki do suchych i dokładnie mieszamy, aż do uzyskania gładkiego, jednolitego ciasta. Otrzymaną masę dzielimy na dwie, mniej więcej równe części.
Do jednej porcji dodajemy sok i skórkę z cytryny. Do drugiej szklankę "zblenderowanych" jagód. Mieszamy dokładnie. Następnie do jagodowej masy dodajmy pół szklanki całych jagód i delikatnie mieszamy. Jeżeli mamy zwykłą foremkę do babki, smarujemy ją olejem, jeżeli silikonową - nic nie musimy robić. Nakładamy małymi warstwami ciasto do formy, na przemian cytrynowe i jagodowe, a następnie, po wlaniu ostatniej, delikatnie, JEDNOKROTNIE mieszamy łyżką.
Pieczemy przez około godzinę w temp. 180 st. C. Gotową babkę, jeszcze ciepłą należy polukrować lukrem przyrządzonym z cukru pudru i soku z cytryny! Gotowe! :)


Babka podczas "sesji" wzbudziła spore zainteresowanie ;)





Uwielbiam! :)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Curry ze szpinakiem i smażonym tempehem


Witam ponownie i kłaniam się nisko! ;) Nie byłam tutaj od dwóch miesięcy. Dwóch ciężkich i bardzo pracowitych miesięcy, kiedy chcąc nie chcąc, ale jednak bardziej chcąc, musiałam oddać się nauce medycyny. Ślęczałam, więc nad tymi książkami, zarywałam noce, wypijałam litry kawy i napoi energetyzujących, patrząc z nadzieją w przyszłość. 
Mimo iż moje życie nabrało trochę monotonnego rytmu, działo się w sumie dosyć sporo. Powiedziałabym, że zaszły nawet pewne życiowe rewolucje. Jedne bardziej, inne mniej pozytywne, ale nie będę tu się na za bardzo "obnażać", bo wiele spraw nadal czeka na rozwiązanie, więc trzymajcie kciuki, aby skończyły się dla mnie dobrze. 

Chyba mam za sobą najbardziej wyczerpującą sesję w życiu, podupadłam na zdrowiu, ale wygrałam. Zresztą prawda jest taka, że ja, gdy wypompowana, jestem najszczęśliwsza. Ostatnio znajoma stwierdziła, że gdy zaczynam mówić o medycynie, oczy mi się błyszczą i widać, że to jest moje miejsce i czas. Mam szczęście, że mogę robić to, co mnie pasjonuje, choć wiem, że cena jaką płacę i jeszcze będę płacić jest wysoka, poświęcony czas i utracone miłości nie do odzyskania. Nie można mieć jednak wszystkiego, a weganizm i medycyna to jedyne trwałe rzeczy w moim życiu i trzymam się ich kurczowo i nie puszczę. W przeciwnym razie nie mogłabym spojrzeć na siebie w lustrze. 

Wczoraj uciekłam na moment z Poznania na wieś, do moich rodziców. Wszędzie dobrze, ale na wsi najlepiej! Odpierałam atak gęsi, zbierałam wiśnie w dzikim sadzie u pacjetki mojej Mamy, przedzierałam się przez pokrzywy, leżałam w ogrodzie i czytałam "Mistykę kobiecości", jedząc papierówki prosto z drzewa. No i jeszcze radziłam jakiejś starszej pani w jaki sposób może naprawić ławkę, choć średnio się na tym znam, ale znam tych, co się na drewnie znają, więc czułam się upoważniona.;)
Jutro znowu wracam do Poznania, bo w niedzielę w Meskalinie, razem z Vegan Hooligan Crew organizujemy grilla, na którego oczywiście zapraszam serdecznie! Będzie smakowicie i wesoło! 


Z racji wizyty w domu rodzinnym, ugotowałam dla rodziców obiad. Curry warzywne ze smażonym tempehem, który można już od tygodnia regularnie nabyć w Poznaniu na ulicy Jackowskiego w trzech wersjach: naturalny, smażony i w formie czipsów, a niedługo będzie też wędzony! 
Poznaniaków odsyłam do Merapi Tempeh i zachęcam do eksperymentowania! Ja sama postaram się regularnie dzielić moimi tempehowymi przepisami, więc gdy pomysłów Wam zabraknie, to wicie, gdzie szukać! ;) 


Składniki:
  • 1 bakłażan, pokrojony 1,5 cm kostkę
  • 2 czerwone papryki, pokrojone w 1,5 cm kawałki
  • 1 czerwona cebula, posiekana w piórka
  • 2 ząbki czosnku, posiekany
  • 300 g liści szpinaku
  • puszka ciecierzycy
  • puszka mleka kokosowego
  • 200 g smażonego tempehu,  pokrojonego w kostkę
  • łyżka curry
  • łyżeczka kurkumy
  • łyżeczka imbiru
  • 0,5 łyżeczki garam masala
  • 0,5 łyżeczki kolendry w proszku
  • 0,5 łyżeczki cynamonu
  • pieprz i sól do smaku
  • olej 
W rondlu rozgrzewamy 2-3 łyżki oleju. Wrzucamy wszystkie przyprawy poza solą i pieprzem i smażymy przez chwilę, aż uwolnią aromat. Dodajmy cebulę i czosnek. Smażymy kolejną minutkę. Następnie dodajmy paprykę i bakłażana. Mieszamy z przyprawami, wlewamy 0,5 szklanki wody i dusimy pod przykrywką do czasu, aż warzywa zmiękną ( jakieś 10 minut). Następnie dodajemy szpinak i ponownie dusimy kilka minut. Wlewamy mleko kokosowe, dodajmy odcedzoną ciecierzycę, pokrojony w kostkę tempeh, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. 
Podajmy z ryżem lub kaszą. Smacznego! 

A na koniec piosenka, która towarzyszyła mi przez całą sesję, gdy podczas upałów i duchoty, marzyłam, aby ktoś obkładał mnie mrożonymi truskawkami... Ech... taka tam sobie - FANTAZJA! :)