piątek, 22 marca 2013

Mój domowy fast food raz jeszcze :)

Zima nie odpuszcza. Mamy prawie kwiecień, a ja o siódmej rano siłuję się z drzwiami od klatki, bo są przysypane śniegiem, gdy próbuję je otworzyć. Nie jestem jakoś szczególnie konsekwentna w mojej nienawiści do zimy, bo złapałam ostatnio zajawkę na oglądnie snowboardowych filmików na youtube'ie i z utęsknieniem myślę o kolejnym sezonie. Plany są piękne i mam nadzieję, że wszystko uda się zrealizować. Nie będę się za dużo rozwodzić na temat pogody, bo cały mój stosunek do niej świetnie oddaje wpis na blogu Pana Wokalisty WAI.  Serdecznie polecam bloga nie tylko punkom, ale wszystkim, którzy lubią czytać. ;)

Ostatnio jestem zapracowana jeszcze bardziej niż zwykle i totalnie zaniedbuję codzienne czynności. Nie jest to dla mnie najlepsze, ponieważ należę do osób, które jeżeli nie mają wszystkiego poukładanego i nie stosują się do wypracowanych, codziennych rytuałów, tracą kontrolę nad własnym życiem i nie mogą się odnaleźć. Jeżeli nie włączę rano radia, nie zjem owsianki, nie zabiorę herbaty, kanapki i jabłka na drugie śniadanie, jeżeli nie mogę pojechać rowerem do szkoły, jeżeli nie zrobię w sobotę zakupów, żeby się nie martwić o jedzenie na cały kolejny tydzień, jeżeli nie poćwiczę jogi przez 20 minut dziennie to często mam cały dzień do niczego. Nie chodzi o to, że nie lubię spontaniczności. Uwielbiam, ale tylko pewne stałe elementy codziennego harmonogramu dają mi poczucie bezpieczeństwa i sprawiają, że czuję, że to ja jestem panią swojego życia i stoję za przysłowiowymi sterami. 
Czas tak galopuje jednak, że naprawdę trudno trzymać się planu, a  zamiast rozkoszować się chwilą, biegam w wywieszonym językiem, z miejsca w miejsce. Z zajęć na zajęcia, z próby na próbę, z egzaminu na egzamin, z lunchu z kumplem na kawę z przyjaciółką lub odwrotnie... Chcę zadowolić wszystkich, a ostatecznie ktoś ciągle ma do mnie pretensje, że nie mam czasu, że nie pojawiam się tu, czy tam, że obiecuję, a potem odwołuję i tak w kółko. 

***

Może wiosny za oknem nie ma, ale niedawno napisałam mojej siostrze, że wiosna to stan umysłu, dlatego w głowie gości już od jakiegoś czasu. Zresztą nie tylko w głowie. Te nieznośne motyle w brzuchu i  nieodpowiedzenia są klasycznym objawem wiosny, które są niczym grypa - sezonowe i miją. Kojarzą mi się z wiosną nawet bardziej niż przebiśniegi i krokusy. Nie jest to najlepszy moment na mocniejsze bicie serca, bo jak już wspomniałam wyżej, raczej mam problem z ogarnięciem siebie i swojego życia i działam po omacku, ale z drugiej strony, chyba nigdy nie było w moim życiu czasu, kiedy nie mogłabym zacytować głównego bohatera, jednego z moich ulubionych filmów: "You've met me in a very strange time in my life". Bo życie ma to do siebie, że raczej zawsze jest nieco dziwaczne...... ;) 
Koniec końców to chyba chodzi o to, żeby był ktoś, kto nawet jak cały świat się wali i tak trzymał cię za rękę. W jakkolwiek dziwnych okolicznościach nie przyszłoby Wam żyć. 



Robię, co mogę, aby ogarnąć wszystko. I szkołę, i kapele i lunche, bo teraz, gdy grupa jest nieco większa, znowu mam ochotę działać w Vegan Hooligan Crew i widzę sens inicjatywy, którą traktuję trochę, jak swoje dziecko. ;) Mamy za sobą dziewiąty już lunch. Tym razem tematem przewodnim była kuchnia arabska, czyli to, co uwielbiam i jeżeli o mnie chodzi był to zdecydowanie najlepszy event. Nie tylko dlatego, że naprawdę się nie napracowałam i skończyliśmy gotować o bardzo przyzwoitej porze, ale też dlatego, że bardzo dobrze czuję się w daniach kuchni wschodu, które przygotowywałam. Nie miałam wątpliwości, że będą smakować
Nie przypadkiem niektórzy znajomi nazywają mnie córką szejka ;)

Skoro już przy lunchu jestem to zdradzę, że tematem przewodnim majowego będą wegańskie burgery... Powoli myślę o przepisach i wertuję swoją "burgerową" książkę kucharską, zastanawiając się, czy któryś z zamieszczonych tam przepisów nie sprawdzi się. Jest ich mnóstwo, a przecież burgery to nie tylko kotlety, ale też bułki, sosy, sałatki, dodatki czy frytki z rozmaitych warzyw. Do tego coś słodkiego, a że pod koniec maja może będą już nasze polskie truskawki to pewnie coś z nimi? Zobaczymy.

Pisząc o burgerach muszę koniecznie wspomnieć o miejscu w Poznaniu, gdzie takowe weganie mogą zjeść. Chodzi o kawiarnię Piece of Cake przy ulicy Żydowskiej, gdzie w bardzo miłej atmosferze można przekąsić domowego burgera, wypić dobrą herbatkę, sok czy też kawę. Czekam tylko, aż pojawią się u nich wegańskie ciasta i będę w pełni usatysfakcjonowana tym miejscem. ;) Jest to chyba najlepsza możliwa opcja zjedzenia wegańskiego dobrego jedzenia w tym momencie w Poznaniu. Fakt, facet się taką jedną bułą nie naje, większość dziewcząt również. Mnie trzymał przez sześć godzin, ale to przez to, że ja jem raczej mniejsze posiłki, ale 5-6 razy dziennie, zamiast trzech, bardzo obfitych. Generalnie pewnie w tym tkwi sekret tego, że jestem taka szczupła. Łatwo modyfikuję dietę w zależności od potrzeb energetycznych i nie obżeram się. Poza tym jem, tak, żeby się odżywić, a nie, żeby nie móc się po jedzeniu ruszać.


Na blogu ostatnio burgerowo i ze względu na to, że będę eksperymentować przed kolejnym lunchem, nie zmieni się to radykalnie. Tytułowe burgery są bardzo smaczne i zwalają z nóg mięsożerców. Naprawdę. Owszem, zawierają ten nieszczęsny gluten, który tak wielu wegan bojkotuje, ale od czasu do czasu nasze enterocyty nie poczują się wybitnie obciążone i możemy sobie na takie obiad/lunch/kolację pozwolić.
Zatem do dzieła.

Składniki:
  • 3 szklanki granulatu sojowego
  • 2,5 szklanki bulionu warzywnego
  • 2 łyżki sosu sojowego 
  • 2 łyżki oliwy lub oleju rzepakowego
  • 1 duża cebula, posiekana
  • 2 ząbki czosnku, posiekany lub przeciśnięty przez praskę
  • 1 łyżeczka świeżo mielonego pieprzu
  • 1 łyżeczka czosnku z proszku
  • 1 łyżeczka sproszkowanej cebuli
  • 1/2 łyżeczki mielonego kuminu 
  • 1 szklanka ketchupu ( ja użyłam pikantnego) + ekstra do posmarowania
  • 1,5 szklanki glutenu 
  Rozgrzej piekarnik do 180 st.C. Przygotuj blachę wyłożoną matą silikonową lub papierem do pieczenia.
Doprowadź bulion do wrzenia, dodaj sos sojowy, dosyp granulat, przykryj i odstaw na co najmniej 10 minut.
Następnie rozgrzej olej i smaż cebulę z czosnkiem przez około 7-10 minut. Mają delikatnie zbrązowieć. Następnie dodaj nasączony granulat, pieprz, sproszkowaną cebulę i czosnek, kumin, szklankę ketchupu oraz gluten i dokładnie wymieszaj. Możesz to zrobić rękami, aby mieć pewność, że wszystko jest dokładnie wymieszane. Odstaw na 20 minut.
Uformuj około 8-10 kotletów i ułóż na blasze wyłożonej matą lub papierem. Piecz przez 15 minut. Wyciągnij z piekarnika, posmaruj wierzch każdego ketchupem, a następnie piecz kolejne 15 minut, aż ketchup zacznie lekko karmelizować.
Serwuj w bułkach, z wegańskim majonezem i warzywami! Gotowe! :)



Na koniec mały ukłon w stronę minionego lunchu i dziewczęcy rap po arabsku! :)


I trochę punka, żeby nikt nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia! :)



Do miłego! 

czwartek, 7 marca 2013

Burgery z quinoą i zielonym groszkiem!

Czasami mijam ludzi, którzy kiedyś byli w moim życiu bardzo ważni, niejednokrotnie odegrali kluczową rolę. Moje decyzje, czasami bardzo ważne i dotyczące całego mojego życia, a w każdym razie sporego jego kawałka, był podyktowane ich obecnością przy mnie. Oglądałam się na nich i liczyłam z opinią. Teraz mijamy się, jak obcy sobie ludzie i w gruncie rzeczy takimi jesteśmy, bo nie znaczymy dla siebie nic, zupełnie nic. Nawet przez myśl mi nie przychodzi, żeby zagaić. Trochę straszne, że ludzie, o których kiedyś dbałam, już w ogóle mnie obchodzą. Numery telefonów już dawno zostały wykasowane, aby nie zagracać i tak długiej listy kontaktów, pod które w większości nigdy nie zadzwonię. Nie żałuję, że byli kiedyś w moim życiu, ale bynajmniej nie martwi mnie, że zniknęli, bo teraz zupełnie nie widzę tu dla nich miejsca. 
Patrzę na osoby, które dzisiaj mam w pobliżu i zastanawiam się, ilu/e z nich zostanie przy mnie na dłużej. Pewnie nikt, prawie nikt. Może to wynika z tego, jaka ja jestem, z mojej osobowości. Może moja koleżanka ze studiów ma rację. Jestem zimną, niedostępną osobą. Jakby to powiedział mój znajomy: "bez kija nie podchodź". W każdym razie dobrze taką gram. Myślę, że kiedyś taka nie byłam, ale świat, w którym się znalazłam, sprawił, że tak bardzo zdystansowałam się do ludzi. Moja przestrzeń osobista jest większa, niż u przeciętnego człowieka i nerwowo reaguję, gdy tylko ktoś przekracza jej granicę.  
Nic na to nie poradzę. Ja w ogóle bardzo się peszę. Czasami, na co dzień spotykam osoby, które czytają mojego bloga. Ponieważ niejednokrotnie się na nim uzewnętrzniałam, nie dziwne jest, że te dziewczęta czy też chłopcy czują, jakby mnie choć trochę znali. Wiedzą o mnie sporo. Podchodzą, zagadują i wydaje im się, że ktoś kto tyle o sobie pisze, podejmie rozmowę, a ja tym czasem się wycofuję. Odpowiadam jednym zdaniem i nagle się "gdzieś śpieszę". Nie robię tego dlatego, że nie mam ochoty gadać, ale po prostu pomimo, że tutaj piszę np. o tym, co czułam, gdy zostałam porzucona, albo jak mi było przykro, gdy umarła pacjentka na moich praktykach, czyli odsłaniam najbardziej intymne sfery swojej osobowości, to jednak niekoniecznie mam ochotę rozmawiać tak szczerze w realu, z osobami, które widzę po raz pierwszy na oczy. Wybaczcie mi to, jeżeli to czytacie i nie zrażajcie się. Naprawdę potrafię być miła, ale do mnie trafią się powoli i miesiącami. Potrzebuję czasu na socjalizację. 
Może też dlatego, że kiedyś bardzo ufałam ludziom, łatwo się zaprzyjaźniałam, a potem na tym traciłam, teraz tak długo trzymam innych na dystans. 
Zachowanie, które jest dla mnie klasyczne, gdy podchodzi do mnie chłopak, rzuca mi jakiś komplement, a nawet wali wprost, że mu się podobam,  a ja niemal zawsze odpowiadam: "ahaaa..", również jest dla wielu moich znajomych niezrozumiałe. Dlaczego nie zacznę flirtować? Chociażby dla zabawy? Dla sportu? Ja zamiast tego odwracam się i odchodzę. Jak zimna, wyniosła księżniczka, którą naprawdę nie jestem... Z tym, że  nie jestem też, jak wiele dziewcząt, które znam, nawet tych, co mają się za wyzwolone, niezależne wolne kobiety... Nie dbam o to, co o mnie myślą nosiciele chromosomu Y, bo nie dla nich tu jestem, nie dla nich dbam o siebie i choć przykładam, na tylko sobie zrozumiały sposób, wagę do własnego wyglądu, to robię to dla siebie. Bardziej po to, aby wyróżnić się z tłumu, żeby nie być kolejnym szarym człowiekiem na ulicach tego smutnego miasta, niż aby pałker jakiejś kapeli "zwiesił się" patrząc mi w oczy, sprzedając mi koszulkę. Nie mam piętnastu lat, ale dziesięć więcej, aby się tym jarać.
Miniony tydzień był baaardzo wiosenny, a co za tym idzie bardzo rowerowy. Gazelle'a dostała nową kierownicę, ale jeszcze ani ona, ani ja nie przywykłyśmy do tej zmiany... Obie potrzebujemy czasu. 
Coraz częściej myślę o zabiegowych specjalizacjach, gdzie nikt nie będzie przykładał wagi, czy przychodzę do pracy z jeansach i bluzie, z torbą kurierską na palcach czy w szpilkach, torebką od jakiegoś projektanta, którego mam gdzieś i pełnym makijażem na twarzy. I tak w pracy będę mieć uniform. Chcę specjalizacji, która nie będzie zbyt zdominowana przez jedną z płci, bo to zawsze rodzi jakieś toksyczne sytuacje. Szkoda, ale tak wiele stereotypów jest zakorzenionych w ludzkich postawach, że coraz częściej tracę nadzieję, że coś się zmieni i że mogę mieć na to realny wpływ. Dlatego muszę poszukać przestrzeni, w której uda mi się to wszystko jakoś przetrwać, choć wiem, że wcale łatwo nie będzie... 

No dobrze! Klasycznie już, słowo wstępu jest niezłym pomieszaniem z poplątaniem, a burgery czekają. Poniższy przepis pochodzi z cudownej książki, którą przywiozłam sobie jesienią z Sheffield. Mój zachwyt nią nie słabnie, a wręcz przeciwnie. Wiem, że zrobienie tych burgerów dla wielu osób nie będzie prościzną, bo gdy musieliby kupić wszystkie potrzebne składniki, to jednorazowo wydadzą na składniki sporą sumę. Ja musiałam tylko dokupić quinoa'ę. Tahinę trzymam w domu do hummusu, pudełko pasty curry to podstawa, gdy sięgam do kuchni azjatyckiej, więc jest po ręką, a orzechy nerkowca... Hmm...? Czy ktoś zna weganina czy wegankę, który/a nie podjada ich nałogowo i nie dba, by zawsze były w zasięgu wzroku? 
Z podanej proporcji wyszło mi dziesięć sporych kotletów. Raz jadłam je kaszą pęczak, raz z ryżem, a raz w bułce z sosem czosnkowym i wszystkie trzy opcje polecam. 
Kotlety są wysokobiałkowe, więc spokojnie powinnam polecić je moim usportowionym znajomym. Na szczęście mogę powiedzieć tak o większości, gdyż prawie każdy z nich ćwiczy i dba o swoją kondycję, co napawa mnie dumą, że mam takich fajnych ludzi dookoła i o ile sport nie jest ich chorą obsesją, o której gadają non stop, jak ja o weganizmie, gdy się upiję tequilą, to serdecznie im kibicuję. Tak trzymajcie!!!




Składniki:
  • 1 i 1/2 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 szklanka quinoa
  • 1 puszka białej fasoli
  • 2 szklanki zielonego groszku, świeżego lub mrożonego
  • 1/2 szklanki orzechów nerkowca, zmielonych na proszek np. w młynku do kawy lub blenderze czy rozdrabniaczu
  • 1 łyżeczka zielonej pasty curry ( ja dałam czerwoną)
  • 1 łyżeczka imbiru w proszku ( ja dałam świeży, starty - około 1 łyżki)
  • 2 łyżki tahiny
  • 2 łyżki oleju
  • 1/2 szklanki mąki kukurydzianej
  • sól i pieprz do smaku 
Przygotuj bulion ( choć możesz też użyć wody, ale wówczas musisz mocniej przyprawić solą i pieprzem, ew. sosem sojowym). 
Na suchej patelni podpraż quinoa'ę, a gdy zacznie strzelać ( jak prażona kukurydza lub gorczyca), wlej bulion i gotuj pod przykryciem przez 12 minut, aż cały płyn zostanie zaabsorbowany. Wystudź. 
W misce wymieszaj fasolę, nerkowce, imbir, curry, tahinę, olej. Zmiażdż blenderem. Dodaj groszek, quinoa'ę, mąkę kukurydzianą  Wymieszaj i dopraw do smaku solą i pieprzem. Odstaw na 20 minut do lodówki, a następnie uformuj 8-10 kotletów i smaż na patelni ( uprzednio rozgrzej na niej odrobinę oleju) na złoty kolor po 3 minuty z każdej strony. Gotowe! Smacznego! 

Pisałam, że są nieziemsko smaczne? Są.... :D



I trochę kobiecego rapu z dedykacją dla wszystkich Kobiet, Dziewcząt i Dziewczynek z okazji jutrzejszego Święta! Pamiętajcie, że macie takie samo prawo do tego świata i szczęścia, jak mężczyźni.