poniedziałek, 25 lutego 2013

Pieczeń z seitanu z farszem z pieczarek i porów

Przeglądam czasami bloga i jestem zdumiona ilością postów, jakie zamieszczałam tutaj dawniej. Kiedy ja na to miałam czas? A może po prostu zwyczajnie mi się znudziła zabawa w pół-kulinarną blogerkę? A może mój Szwagier ma rację - znalazłam coś, co kręci mnie bardziej niż pisanie tutaj swoich wynurzeń i dzielenie się przepisami? Blog jest jednak dla mnie niezłą pamiątką i wskazówką, jak bardzo się zmieniam i idę do przodu. Nie tylko kulinarnie. Zmieniałam się w ogóle. 
Naprawdę lubię gotować, lubię to robić dla innych, ale zamiast fotografować swoje dzieła, wolę wyjść z domu, pojeździć na rowerze, spotkać się z kimś fajnym w knajpie, kawiarni, kinie. Kapele, w których się udzielam, choć są dla mnie raczej oderwaniem od rzeczywistości, niż kolejnym obowiązkiem, wymagają też choćby minimalnej uwagi. W końcu teksty same się nie napiszą. Musze to sobie też od czasu do czasu w głowie ponucić, bo wszelkie próby ćwiczenia na głos kończą się interwencją sąsiadów... :) 

Przez miniony tydzień byłam na wczasach. Wczasy są ekstra! Zaczęło się od najlepszego weekendu we Wrocławiu. Koncert pierwsza klasa, a potem melanż w Falansterze.:) W dodatku kumpel, u którego z siostrą nocowałyśmy, upiekł dla nas tofu-sernik, więc w sumie przeszło nam przez myśl, że mogłybyśmy zostać tam na zawsze ;) A tak na poważnie, to Wrocław bardzo zapulsował. Mogłabym tam zrobić semestr pomostowy  ale niestety z tego, co się orientowałam nie ma na mojej uczelni takiej możliwości... Szkoda, bo trochę mnie męczy siedzenie w jednym miejscu od tylu lat, a charakter mam taki, że nosi mnie nieco z kąta w kąt... 
Jeszcze jednym jasnym punktem pobytu we Wrocławiu był niedzielny lunch, z moimi drogimi kolegami bliższymi, bądź dalszymi memu sercu, w Najadaczach. Zamówiłyśmy sobie z Agatą zestaw Wolna Palestyna i zestaw Thali i w połowie jedzenia, zamieniłyśmy się talerzami. Zawsze tak robimy, żeby wyrobić sobie zdanie o jedzeniu w danym miejscu. Oba zestawy bardzo mi smakowały i mogę Wam spokojnie zarekomendować "Najadaczy". Zazdroszczę wrocławskim weganom, że mają szansę się tam stołować. "Najadacze" serwują bardzo dobre jedzenie, co więcej w  przystępnej cenie, a o to coraz trudniej na mieście. Z utęsknieniem czekam na filię w Poznaniu, bo stanowczo brakuje u nas takich miejsc, gdzie bez wstydu mogłabym zabrać nawet moich mięsożernych znajomych, wiedząc, że nie zrażę ich tym do roślinnego jedzenia... 

Po lunchu w "Najadaczach" grzecznie zebrałyśmy się na pociąg, który miał nas zwieźć prosto na zaśnieżone stoki ( no może nie całkiem prosto, bo z przesiadką w Kłodzku;P) . Chłopcy na pożegnanie, ostrzegli, nas przed Góralami, dodającymi wg nich do wszystkiego smalcu (po ostatniej wizycie z Zakopanem, naprawdę nie trzeba mi dwa razy powtarzać, że muszę zabrać ze sobą jedzenie :P) oraz oczywiście tymi, czyhającymi na nasze niewinne, dziewczęca serca. Dobrze, że przyjaźnię się z tak troskliwymi typami, którzy chętnie odgrywają rolę starszych braci ;). Bez ich złotych rad, zagubiłabym się już trzy razy... ;) Ostatecznie trafiłyśmy do Stronia Śląskiego. Muszę przyznać, że jechałam tam trochę z duszą na ramieniu, bo każdy z moich wrocławskich znajomych słysząc, gdzie się wybieramy, wzdrygał się. Potem trochę zrozumiałam, że chodziło o to, że Stronie ma niewiele do zaoferowania. Nie ma dokąd wyjść wieczorem. Brakuje sensownych miejscówek do posiedzenia, zwłaszcza dla młodych ludzi. Jest tam raczej smutno i nudno... Tyle, że my knajpy mamy w Poznaniu, a wyjazd w góry, miał inny cel. 
Jeździłyśmy, a dokładnie próbowałyśmy uskutecznić jeżdżenie na desce pod okiem instruktora w miejscowości Bolesławów. Ręka w górę, kto w ogóle wie, gdzie to jest...? ;) 
Agatce szło całkiem ładnie, a mi jak zawsze. Gdybym miała choć połowę spokoju i pewności siebie swojej siostry, moje życie byłoby łatwiejsze, a tak to jest, jak jest. Jednak, i tak totalnie się w desce zakochałam, choć nie mogę napisać, że jest to miłość wolna od bólu i cierpienia, bo już pierwszego dnia nieźle się poobijałam, a ostatniego dnia próbując "bawić się" w zwroty dobiłam barki. Chyba mam  jakiś problem z psychiką, bo ten ból nawet mnie cieszy. Każdy siniak ma swoją historię, ale przede wszystkim czuję, że żyję. Naprawdę nie mogę doczekać się kolejnej okazji, aby wypróbować swoich sił na stoku... 

Dla tych, którzy są ciekawi, jak radzi sobie weganka w górach dodam tylko, że radzi sobie doskonale, bo jest, skubana, przewidująca. Zresztą stamtąd nie miałam tak daleko do Nahodu, gdzie znajduje się bardzo dobrze wyposażony sklep ze wszystkim, co jeść lubię, znany mi z wypadów na Fluff Fest. :) W razie "W" mogłabym się nim ratować, ale na szczęście nie było takiej potrzeby... 

No dobrze! Totalnie się rozpisałam, a tak chciałam Wam wrzucić przepis na seitanową pieczeń nadziewaną pieczarkami i porem. Sama nie należę do fanów seitanu, bo to w końcu sam gluten, ale myślę, że od czasu do czasu można się pobawić i upiec coś takiego. Ja podjęłam się wyzwaniu raz, na miniony lunch... Może się jeszcze kiedyś skuszę, a może zrobię zupełnie inny... Zobaczymy. W każdym razie recepturę podaję! 


Składniki na farsz: 
  • 2 łyżki oleju
  •  ok. 200 g pieczarek, obranych i pokrojonych w cienkie paseczki
  • 2 pory, białe i jasno zielone części, cienko pokrojone w półksiężyce
  • 1/2 łyżeczki soli
  • świeżo mielony pieprz
  • 3 ząbki czosnku, zmiażdżone
  • 1 łyżka suszonego tymianku
  • 1/4 szklanki bułki tartej
  • 1/4 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 łyżka soku z cytryny
Składniki na pieczeń:
  • 2 ząbki czosnku
  • 3/4 szklanki fasolki pinto lub innej, może być zwykła czerwona, ugotowanej, świeżej lub z puszki 
  • 1 i 1/2 szklanki bulionu warzywnego
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki oleju
  • 2 szklanki glutenu ( można dostać w sklepach z żywnością dla wegetarian) 
  • 1/3 szklanki płatków drożdżowych ( sklepy ze zdrową żywnością)
  • 1 łyżeczka nasion kopru włoskiego, zmielonych
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka suszonej szałwii
  • świeżo mielony pieprz
Przygotowujemy farsz:

Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy pieczarki i pory. Dusimy przez około 10 minut. Następnie dodajemy czosnek, pieprz, tymianek i sól. Gotujemy kolejne 2 minuty, mieszając. Następnie wsypujemy bułkę tartą i mieszamy co jakiś czas, czekając aż bułka się zrumieni, a farsz stanie się suchy. Powinno to zająć około 5 minut, ale uważajmy, by nie przypalić bułki. Kolejnym krokiem jest wlanie bulionu i soku z cytryny. Gotujemy jeszcze razem przez chwilę, a następnie odstawiamy i zabieramy się za pieczeń.

Nastawiamy piekarnik na 180 st.C. Przy pomocy malaksera, rozdrabniacza lub blendera, siekamy czosnek, dodajemy oliwę, bulin, fasolkę i sos sojowy. Blendujemy do czasu, aż uzyskamy gładkie puree. W misce mieszam ze sobą gluten, płatki drożdżowe, przyprawy i zioła. Do suchych składników wlewamy fasolowe puree i mieszamy drewnianą łyżką, a następnie wyrabiamy rękami. 

Przygotuj dwa kawałki foli aluminiowej o długości około 45 cm. Ułóż je poziomo do siebie, aby nachodziły na siebie ( około 14 cm). Rozwałkuj farsz na prostokąt o bokach ok. 30 na 25 cm. Przełóż na przygotowana folie aluminiową. Nałóż farsz w około 1/3 bliższej. Zostawiając około 5 cm wolnego miejsca, przy obu końcach. Zwiń pieczeń, aby powstał zwarty wałek. Następnie zwiń folią tak, aby szczelnie tworzyła kieszeń wokół pieczeni. Zwiń na końcach. 
Piecz przez około 90 minut, obracając co około 20 minut, aby wypiekł się równomiernie. 

Do seitanu warto przygotować jeszcze jakiś sosik, bo sam w sobie może być nieco suchy! 
I co? Pokomplikowane, c'nie? 
Oryginalny przepis pochodzi z tego bloga. Postarałam się go możliwie uprościć i dostosować do polskich warunków. 



Puzzled by people
Loving isn't easy
You can't google the solutions to people's feelings

Sometimes you have to find out for yourself.
Sometimes you need to be told.
Sometimes you never find the answer.

I na koniec moje kochana punki!!!

DON’T WANNA END UP LIKE  A MARTYR/
STUCK THINKING THAT I GOT IT HARDER
/BENT AND BROKEN/FIGHT TO FIND CONTROL
/SOMEONE’S ALWAYS TRYING TO TELL ME WHAT I AM
/WHO TO LOVE AND HOW TO FUCK AND THAT IT’S TIME TO PAY THE RENT
/AND TO CLOSE MY EYES
/ITS FIGHT OR DIE/I TOUCH THE GROUND
/SEND ROOTS DEEP DOWN
/TRY TO STICK AROUND
/BRAINS ON THE GROUND
/NOW I’M BURNING RUBBER
/SIREN SOUNDS I’M IN TROUBLE TROUBLE TROUBE
/LEARNED MY NAME
/NOW I’M A CRIMINAL
/I’M TRYING TO STAND IN MY POWER
/I’M TRYING TO STAND IN MY POWER/OUR VOICES GETTING LOUDER
/I TOUCH THE GROUND/SEND MY ROOTS DEEP DOWN
/WHEN IT GETS TOO LOUD
/IT’S LIKE A
/WRONG WAY ON A ONE WAY STREET
/PROMISE TO MYSELF THAT I JUST DON’T KEEP
/YOU CAN HATE ME NOW
/BUT I’LL STICK AROUND/DON’T FIT
/FULL OF SHIT/STRUGGLE WITH IDENTITY
/TRY TO FIND ME/WHEN IT FEELS LIKE YOU’VE BEEN TAMED
/DRAGGING AROUND YOUR CHAINS
/START SCREAMING YOUR TRUE NAME
/
/WRONG WAY ON A ONE WAY STREET
/PROMISE TO YOURSELF THAT YA JUST DON’T KEEP
/WELL I CAN HATE ME NOW
/BUT YOU’LL STICK AROUND
/DON’T FIT
/FULL OF SHIT
/STRUGGLE WITH IDENTITY
/DON’T FIT
/FULL OF SHIT
/I’M JUST TRYING TO BE


Do miłego! 

środa, 13 lutego 2013

Drugie podejście do MANDAZI i zaproszenia!

Nie każdy za nas jest urodzonym aktywistą czy aktywistką. Nie każdego też stać na działania poza granicami prawa. Część nie ma odwagi, część po prostu z natury jest zbyt spokojna, by się wychylać. Część z nas z takich bądź innych powodów nie może się narażać, bo np. ma w domu małe dziecko. Nie każdego/ą z nas stać na akacje bezpośrednie. Nie staniemy do walki z przeciwnikiem/czką, jak bohaterki "Cwaniar" Sylwii Chutnik. Świat jednak daleki jest od ideału i niewątpliwie wymaga zmian. Myślę, że trzeba wykazać się tu jakąś aktywnością, zamiast narzekania, jak źle jest. Warto zabrać się za naprawianie tego, co w nim nie działa, zamiast biernie czekać, aż zrobią to za nas inni. Trzeba czasami wykorzystać swoją charyzmatyczną osobowość, o ile się taką posiada, aby pociągnąć za sobą innych i zrobić razem coś fajnego, co sprawi, że ten nasz nędzy padół, stanie się odrobinę przyjemniejszym miejscem. 
Mamy dużo do zrobienia. Jest całe mnóstwo akcji, za które nie trafimy od razu do aresztu, są działania, za które nikt nie będzie nam kazał tłumaczyć się miesiącami na długich i żmudnych rozprawach. Wystarczy tylko się rozejrzeć się wokół. Można dołączyć do istniejących już inicjatyw, albo zacząć coś nowego, od podstaw. Każda akcja promująca weganizm "od kuchni", czyli wszystkie lunche, brunche, kuchnie społeczne i inne to jedna z najłagodniejszych form aktywizmu, jakie można sobie wyobrazić. 
W ciągu tego tygodnia dzieją się dwie akcje warte uwagi. Co więcej, odbywają się w wielu miejscach w całej Polsce, a nawet i na świecie, więc nie wykluczone, że również u Ciebie.
Pierwsza ma miejsce już jutro, czyli w czwartek. Chodzi o akcję "Nazywam się Miliard", którą zainicjowała Eve Ensler, autorka znanych także w Polsce "Monologów waginy", a także aktywna działaczka przeciw przemocy wobec kobiet. Akcja powstała w proteście przeciwko przemocy wobec kobiet. 

One Billion Rising to: 

- globalny protest; 
- zaproszenie do tańca;
- wezwanie do mężczyzn i kobiet, by odmówili wspierania status quo póki gwałt i kultura gwałtu nie odejdą       w przeszłość; 
- akt solidarności, 
- unaoczniający kobietom powszechność ich walki i ich siłę w liczbach; 
- odmowa zaakceptowania przemocy wobec kobiet i dziewcząt jako zgodnych z koleją losu; 
- nowa epoka i nowy sposób bycia

Polska akcja nosi nazwę "NAZYWAM SIĘ MILIARD". Do akcji przyłączyło się w Polsce 25 miast, by zaprotestować przeciwko przemocy wobec kobiet!!!!

O wszystkich wydarzeniach w Polsce znajdziesz informacje tutaj: http://www.feminoteka.pl/nazywamsiemiliard/ ( cytując za facebookiem) 

***

Kolejną akcją, na którą bardzo gorąco Was zapraszam to pro-animalistyczna inicjatywa "Wyślij pocztówkę - odeślij futro do historii."

"Na pewno podpisaliście/łyście się już pod petycją na rzecz zakazu hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. Warto jednak w bardziej osobisty sposób przekazać Premierowi RP dlaczego jesteś przeciwko hodowaniu i zabijaniu zwierząt dla ich futer. 
Przygotowaliśmy dla Was kilka wzorów antyfutrzarskich pocztówek – zapraszamy do tego, abyście napisali/ły na nich o swoich powodach, dla których uważacie, że fermy futrzarskie muszą zniknąć z Polski. Zwierzęta zamknięte w klatkach nie mogą nic zrobić, więc Ty jesteś ich głosem! 
Już wkrótce napiszemy szczegółowo gdzie i kiedy znaleźć nasze kartki pocztowe. Będziecie mogli/ły je wysłać samodzielnie lub zostawić je nam do wysłania. Zapraszajcie znajomych do uczestnictwa w tej akcji!"
(cytując za facebookiem).

W Poznaniu napisać kartki będziecie mięli okazję dwukrotnie. W piątek - przy pomniku Starego Marycha  oraz w sobotę - w kawiarni Głośna

Gdy po naszych działaniach wrócimy wymęczeni do domu warto przygotować coś do przegryzienia. Coś w nagrodę, aby mobilizować się do podejmowania kolejnych wyzwań. 
Mandazi pojawiły się już na blogu kilka lat temu. Robiłam je z pierwszego przepisu, na jaki trafiłam i nie mogę powiedzieć, że były niedobre czy coś z tych rzeczy, ale miałam wrażenie, że czegoś im brakuje. W tym roku znowu postanowiłam je przygotować, choć muszę się przyznać, że nie jestem fanką smażenia w głębokim tłuszczu tych wszystkich pączków, chruścików, racuchów czy chociażby mandazi, choć te ostatnie okazały się tym razem naprawdę warte zachodu. Postanowiłam rozejrzeć się za nowym przepisem w internecie i zweryfikować go z poprzednim. Bingo! Trafiałam na przepis, który zadowolił moje kubki smakowe w 100%. Co więcej, takie mandazi smakowały nawet mojej Babci, która raczej fanką kulinarnych eksperymentów nie jest. 


O samych mandazi napiszę tylko tyle, że pochodzą z południowo-wschodniej części Afryki, a więc jada się je w Tanzanii czy też Kenii. Gdybym miała porównać do czegoś nam znanego to powiedziałabym, że są czymś pośrednim pomiędzy pączkami, a chruścikami. W Tanzanii jada się je na ciepło na śniadanie. Ich ogromną zaletą jest to, że z założenia są wegańskie, więc nie trzeba nic majstrować przy przepisie.
Oryginalny przepis pochodzi z tej strony.


Składniki na około 20 sztuk:
  • 1/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 i 1/2 łyżeczki suszonych drożdży
  • 2/3 szklanki ciepłej wody
  • 1/2 szklanki mleczka kokosowego
  • 1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki mąki ryżowej
  • 3 łyżki wiórków kokosowych
  • 3/4- 1 i 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • olej do głębokiego smażenia
  • cukier puder i (opcjonalnie) cynamon do posypania
Do miski wsyp drożdże, cukier i wlej wodę. Wymieszaj i odstaw pod przykryciem na 10 minut w ciepłe miejsce. W drugiej misce wymieszaj przesianą mąkę pszenną, mąkę ryżową, wiórki i kardamon. 
Do zaczynu wlej mleko kokosowe i wymieszaj, a następnie całość wlej do miski z suchymi składnikami. Wyrabiaj ciasto przez 5-10 minut. Następnie odstaw je pod przykryciem w ciepłe miejsce na co najmniej dwie godziny. Po tym czasie ponownie wyrób ciasto, możesz podsypać je odrobiną mąki, jeżeli będzie za rzadkie, zwłaszcza do wałkowania. Ciasto podziel na 4 części. Z każdej formułując kulkę. Rozwałkuj ją na dysk i wytnij z niej 6 trójkątów ( ładnie widać to na zdjęciu z linku z oryginalnym przepisem). 
W rondlu rozgrzej olej. Smaż z obu stron na złoty kolor. Pamiętaj, aby po rozgrzaniu oleju zmniejszyć ogień, aby zbyt szybko się nie rumieniły. Gotowe odcedź na papierowy ręcznik, który wchłonie nadmiar tłuszczu. 
Posyp cukrem pudrem. Smacznego!



Soundtrack na dziś to utwór, który mi dziś podsunęła znajoma:


If I would know you... but you know me 
If I would know you... but you know me 
Don't go tell me that the lights won't change Tell me that you'll feel the same And we'll stay here for ever Don't go tell me that the lights won't change Tell me that you'll stay the same Where we go? where we go? 
Where we go? where we... Where we go? where we go? 



środa, 6 lutego 2013

Risotto grzybowe z suszonymi pomidorami!


Przede wszystkim witam wszystkich gorąco po miesięcznej przerwie! Na szczęście nie od gotowania, ale zdecydowanie od blogowania. Pochłonęła mnie szkoła ( tak prawdę mówiąc cały czas mnie pochłania), walka o przetrwanie styczniowego napadu zimy i kapele, gdyż niepodziewanie z jednego projektu zrobiły się dwa oddzielne... Gotuję, a właściwie obie z siostrą gotujemy dużo i bardzo smacznie. Zdecydowanie trzymamy się sezonowych smaków i przy odrobinie wyobraźni i chęci nawet nasz klimat pozwala odżywiać się sensownie. Królują jednogarnkowe dania z kaszami, ryżami i makaronami pełnoziarnistymi. Są też ciepłe, rozgrzewające zupy i zdecydowanie dużo kuchni indyjskiej i arabskiej, bogatej w rośliny strączkowe. 

Risotto powstało na bazie przepisu z książki Isy Chandry Moskowitz i przygotowałam je, ponieważ bardzo bardzo tęsknię za słoneczkiem, ciepełkiem i wakacjami. Przepis przystosowałam do tego, co miałam w domu, ale efekt jest naprawdę rewelacyjny.

Składniki:
  • 500 g pieczarek, obranych i pokrojonych w ćwiartki
  • 50 g suszonych grzybów leśnych, namoczonych w ciepłej wodzie
  • 2-5 łyżek pokrojonych suszonych pomidorów ( zwykłych, nie z zalewy)
  • cebula, pokrojona z kosteczkę
  • 1-2 ząbki czosnku, posiekanego lub przeciśniętego przez praskę
  • 200 g ryżu do risotto 
  • 1 litr bulionu warzywnego ( można zastąpić wodą, ale wtedy należy przyprawić danie solą i pieprzem)
  • 2 łyżeczki rozmarynu 
  • olej 
Na głębokiej patelni rozgrzewamy dwie, trzy łyżki oleju. Wrzucamy cebulę i szklimy około 5 minut. Następnie dodajemy czosnek, smażmy 2 minuty. Wsypujemy pieczarki i suszone grzyby. Smażymy 5-7 minut, mieszając od czasu do czasu. Następnie dodajmy suszone pomidory i ryż. Ponownie smażmy około 3-4 minuty, mieszając zawartość patelni. Przyprawiamy rozmarynem.
Teraz zaczyna się zabawa. Wlewamy 250 ml bulionu i czekamy aż ryż go zabsorbuje ( ok. 6 minut) i kolejne 250 i znów czekamy. Powtarzamy czynność jeszcze dwukrotnie. Nie zajmie nam to więcej niż pół godziny. Gotowe risotto możny jeszcze doprawić do smaku solą i pieprzem. Ja zjadam posypany płatkami drożdżowymi. Pyszny, zimowy obiad, przygotowany z tęsknoty za ciepłem! :)


A na soundtrack? Coś smutnego. Ostatnio tylko smutnych rzeczy słucham.