środa, 3 kwietnia 2013

O feminizmie słów kilka.

Zmagam się. Ze światem się zmagam i ze sobą samą trochę też. Co ja znowu bredzę? Otóż moi Mili Państwo, jestem zmęczona seksizmem, szowinizmem i innymi brzydkimi "izmami", które wkradają się nie tylko do przestrzeni publicznej, ale też to mojego codziennego życia. Jestem zmęczona różnymi panami "antyfaszystami", którzy zapominają, że nie tylko nazizm jest straszną ideologią. Jestem zmęczona dziewczynami "feministkami", które traktują swój feminizm tylko, jako wymówkę. Nie chcę mi się gadać z ludźmi, którzy uważają się za zwalczających faszyzm, a jednocześnie opowiadających seksistowskie żarty, traktujących swoje koleżanki, jako obiekty seksualne, jako "ozdobniki" swojego grona. Traktujący je przedmiotowo. Nie chce mi się, gadać z tymi, dla których problemem jest to, że chcę mieć takie prawo do wyboru życiowej ścieżki, jak mężczyźni chcę móc zarabiać tak samo jak oni chcę móc decydować o swoim ciele, o swojej macicy.


 Chcę, aby szanowano to, że mam własną wolę, sumienie i głos.


 Nie chce mi się gadać z osobami, które mają tyle zainteresowań, marzeń i planów, że życia nie starczy, aby to ogarnąć, a i tak wolą usiąść i pieprzyć, przepraszam za to określenie, o tym, czy ładna, czy nie ładna jest ich buźka, czy ten czy tamten jest fajniejszy? No i co zrobić z tym cellulitem na tyłku? No, co zrobić? Przestać "żryć" cukier i ćwiczyć, jeżeli rzeczywiście chcecie go się pozbyć. O czym tu dywagować?


Nie chcę pustego życia. Boli mnie bardzo, gdy dziewczęta same sprowadzają cel swojej egzystencji do znalezienia partnera. Wkurzają mnie komentarze: "Taka jest ładna, powinna mieć chłopaka". Że co? Naprawdę? Który my mamy wiek, co? Dlaczego wartościujemy w ten sposób?
Nie chcę rozmów o niczym. Nie chcę, żeby ktoś postrzegał mnie przez pryzmat tego, jak wyglądam, co robię czy jakiej jestem płci. 
Bo to, jak wyglądam nie ma najmniejszego znaczenia dla mnie, a gdy ja o to nie dbam, to wkurza mnie bardzo, gdy słyszę jakiekolwiek uwagi na ten temat. Strach się przyznać, co studiuję, bo niektórzy zaraz wyobrażają sobie, że widocznie muszę być nieźle inteligentna. Nic bardziej mylnego. Wystarczy spojrzeć na lekarzy. Najinteligentniejsi i najbardziej wartościowi ludzie, jakich spotykam w życiu raczej trzymają się z dala od uniwersytetów medycznych. Tak naprawdę każdy wyuczalny człowiek może studiować na kierunku lekarskim. Obalam, więc mit, jakoby ludzie studiujący medycynę mieli w sobie coś wyjątkowego. Wyjątkowy to jest pęd do kariery, kasy i wysokie mniemanie na swój temat, jaki ogarnia niektórych medyków... To wszystko. 

Wrócimy jednak do najważniejszego tematu, który chciałam poruszyć. Boli mnie bardzo, że inaczej traktuje się chłopaków i dziewczyny. Od nas wymaga się, że będziemy grzeczne i poukładane. Będziemy się dobrze uczyć i pomagać w domu. Właściwie małym dziewczynkom nie wpaja się, że są mądre, inteligentne i wartościowe, że mają takie same prawo do nauki i zabawy, jak chłopcy. Natomiast, jak mantrę powtarza się im, że mają być takie, siakie i owakie, a przede wszystkim grzeczne i pilne. Chłopcy też na tym cierpią, bo odmawia im się prawa do słabości, do łez. Muszą być silni, wysportowani i dobrzy w przedmiotach ścisłych. Widzę, jak bardzo różni się podejście w wychowaniu moich siostrzenic i siostrzeńca. Pyskata dziewczynka jest niegrzeczna, pyskaty chłopiec jest inteligentny... Naprawdę to wiele tłumaczy, bo jeżeli rzeczywiście w większości domów powiela się te wszystkie stereotypy to rozumiem skąd się bierze podejście do życia moich koleżanek i kolegów. Odpowiednio defensywne i ofensywne. Smutne to, ale coraz bardziej widzę, że prawdziwe.


Co więcej my, dziewczęta milczymy, gdy w słyszymy seksistowskie uwagi czy komentarze. Nawet niektóre z nas wtórują, traktując to, jako normalne i śmieją się, aby nie wyjść na sztywniary, które nie znają się na "żartach". Tylko, że te "żarty" w ogóle nie śmieszą, gdyż chyba są jeszcze jakieś granice? Granice przyzwoitości. Mówimy o lepszym świecie, ale wcale nie próbujemy go tworzyć. 
Ja bardzo często mam do siebie żal, że milczę, gdy słyszę komentarze, obraźliwie określenia, żarty. A mnie nie śmieszy sprowadzenie kobiety do roli seksualnej zabawki, nie śmieszą mnie rasistowskie żarty, nazywanie osób o odmiennym kolorze skóry - "ciapatymi", nie śmieszą mnie komentarze na temat czyjejś masy ciała bez względu czy chodzi o osoby chude, czy otyłe. Nie bawią mnie żarty o pedofilach i o małych dziewczynkach. Nie bawią mnie komentarze ośmieszające, tak poważne problemy, jak przemoc domowa, homofobia czy rasizm, nie śmieszą mnie żarty z ludzi upośledzonych czy chorych. To totalnie nie mój smak i nie czuję tego poczucia humoru. 
Każdy ma prawo żartować z czego chce, ale gdzie jest ten antyfaszyzm, gdy śmiejemy się z drugiego człowieka, z tego jaki jest, a czasami z jego ułomności, która doskwiera mu całe życie i bardzo je utrudnia?  To nie chodzi, o to, że mamy być sztywni, sztucznie poprawni politycznie i kulturowo, ale abyśmy byli konsekwentni w tym, co głosimy i co nas definiuje. Na świecie, jest tyle rzeczy, które można wyśmiać, obrócić w żart, a jednocześnie nie  raniąc niczyich uczyć. 


Seksistowskie żarty pojawiają się wszędzie. W przestrzeni publicznej są nagminne. Z seksizmem spotkam się w szpitalu, ze strony personelu i ze strony pacjentów. Jestem dziewczyną i to sprawia, że albo wymaga się ode mnie mniej, bo z założenie nie jestem tak zdolna, jak moi koledzy lub przeciwnie - więcej, bo w końcu, jako dziewczyna muszę być bardziej pracowita. Ustalono już, że nie nadają się na chirurga, ortopedę czy też lekarza ratownika. Tak uważa wielu lekarzy, wielu medyków, studentów i nawet studentek medycyny, a przede wszystkim tak uważa społeczeństwo, bo przeciętny pacjent mając wybór będzie wolał być operowany przez mężczyznę. Tak więc czy znając podejście społeczeństwa, rozsądne będzie wybranie specjalności zabiegowej?
Poza tym, to mężczyzna ma być głową rodziny, ma być tym, który zarabia pieniądze, a w życiu rodzinnym uczestniczy tylko, gdy pojawiają się sytuacje kryzysowe i potrzebne jest "męskie podejście do problemu". Przerażają mnie takie stereotypy. Takie są wzorce społeczne i jak je tutaj przeskoczyć? 
Do tego po takiej wodzie z mózgu, jaką mi zrobią zajęcia w szpitalu, idę spotkać się, że znajomymi, a tutaj cudów też nie ma, bo jak pisałam wyżej o niczym sensowym nie porozmawiamy, a już na pewno nie będziemy wolni od "izmów", bo zawsze znajdzie się ktoś, kto nie czuje koneksji, kto pojęcie antyfaszyzmu sprowadzi tylko i wyłącznie do zwalczanie postaw nazistowskich, a reszta nie ma dla niego znaczenia i nazwie ciemnoskórego sąsiada "ciapatym", skomentuje dwóch "pedałów" przy stoliku obok, a na koniec pójdzie obczaić fajne "dupy" przy barze...

A mi znowu będzie przykro, opadną ręce i jeszcze bardziej zamknę się w sobie...

Kilka fajnych tekstów na temat feminizmu oczami mężczyzny znajdziecie tu, tu i tu. Mądre, bez kompleksów, budujące.








24 komentarze:

  1. Dziękuję za ten wpis. Poczucia humoru nie ruszam, choć często się zdarzają zupełnie nie na miejscu żarty. Ale poruszę coś, co też mnie boli i uwiera - to, że tak pochopnie i lekko utrwala się w dzieciach stereotypy. Jest już, jak przypuszczam z tym trochę lepiej i mam nadzieję, że będzie coraz mniej się ich utrwalało. Ale nadal dziewczynki mają być ładne a chłopcy silni i twardzi. I kobiety (bo często to one narzekają na swoją ciężką sytuację i dyskryminację) same utrwalają w swoich rodzinach te same schematy. Sama uczę się też nie oceniać ludzi po powierzchowności, bo nadal mi się to zdarza, ale zdarza mi się również być bardzo zaskoczona - i wtedy się wstydzę tego, że tak szybko zaszufladkowałam człowieka, tylko dlatego że był łysy, albo że była grubaską. Tylko trzeba się wsłuchać w drugiego człowieka, a to już inna sprawa - teraz ludzie są zbyt niecierpliwi żeby się nawzajem poznawać i wychodzić poza te pierwsze wrażenia. Ale kończę już, bo mogłabym pisać i pisać i mówić i mówić. A tu nie trzeba pisać i mówić, trzeba z ludźmi rozmawiać i ich słuchać i zauważać te drobne zmiany, które zachodzą.
    Howgh.
    Pozdrawiam ciepło
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja myślę, że jest miejsce na wszystko. Na tematy poważne i na dupienie o buźkach i celullicie tylko trzeba patrzeć kto tylko dupi, a kto pogada, pogada i zabierze się za realziację swoich marzeń. Źle jest mieć pustych ludzi wokół ale też jest źle mieć ciśnienie, że wszystko ma być mega serious i ą i ę i nie rozmawiajmy o niczym innym jak filozofia/kutura/sztuka/nauka/sny/marzenia/lęki. Trzeba mieć złoty środek choć rozumiem Twój ból bo ja często tez ma wrażenie, że nie ma o czym pogadać bo wszystko jest pięknie przyziemne i praktyczne.

    A jeśli chodzi o żarty trzeba rozróżnić śmiech jako wentyl, żarty kompletnie nie na miejscu i polski rechot, nie taki z niemocy ale taki z kompleksów. Do tego pierwszego nie miałabym zastrzeżeń. Ogólnie... im mniej w życiu spiny tym lepiej. Robić swoje i nie przejmować się...

    Buzia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, masz dużo racji! Można sobie pogadać o głupotach, ale martwi mnie to, że w naszym życiu jest tylko ta pustka. Jestem po prostu zmęczona problemami, które rozbijają się o to, że ktoś ma za dużo tłuszczu na brzuchu albo, że faceci są tacy i owacy. Jestem zmęczona tym, że świat próbuje mi wcisnąć kit, którego nie chcę. Jestem zmęczona pytaniami dlaczego nie mam faceta, jakby to było istotne? Widocznie nie ma nikogo, z kim chciałabym być i jestem zmęczona żartowaniem z rzeczy, które nie są śmieszne.
      Ja uwielbiam się bawić, upijać tequilą przy barze, flirtując z nieznajomymi facetami. Jestem bardzo dziewczęca nawet w dresie, bo mam taki typ urody, że zawsze wyglądam jak taka niesforna dziewczynka i nie mam z tym problemu. ale jednocześnie jestem zmęczona pewnymi postawami, które są powielane, nawet w kręgach, w których nie powinny się pojawiać, bo rzekomo wszyscy wiedzą jakie są szkodliwe. Mój tekst jest celowo nieco przerysowany, ale tylko w ten sposób uda mi się zwrócić uwagę na problem. Dzięki bardzo za trafny komentarz! Pozdrawiam serdecznie! ;)

      Usuń
  3. No i mi się też oberwało :( Sorry, naprawdę się staram :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sorry! Nie traktuj tego jakoś specjalnie personalnie. Po prostu stereotypy są silniejsze od nas.

      Usuń
  4. Myślę, że wszyscy powinniśmy się szanować.
    Mnie nie przeszkadzają kobiety które chcą żyć "feministycznie". Natomiast ze strony feministek usłyszałam nieprzyjemne komentarze na temat moich wyborów.
    Mam "tradycyjne" podejście do płci i oczekuje od swojego partnera, że będzie głową rodziny, będzie dobrze zarabiać i umieć radzić sobie z trudnymi sytuacjami. Nie chciałabym też żeby się wtrącał do gotowania czy zajęć domowych bo ja to bardzo lubię robić sama.
    Przez całe swoje życie nigdy nie spotkałam się z dyskryminacją ze względu na moją płeć, natomiast cały czas spotykam się z wieloma przywilejami, z lepszym traktowaniem właśnie ze względu na to, że jestem kobietą :-)
    Dodam, że jestem z domu, w którym to tata wykonywał wiele "babskich" czynności. jako dziecko byłam bardzo nieposłuszna i miałam chłopięce zainteresowania. Jednak z czasem wspaniale odnajdywałam się w stereotypowych kobiecych zajęciach i za nic nie chciałabym z mojego stylu życia rezygnować. Dlatego nie znoszę gdy słyszę wypowiedzi feministek "Kobiety nie chcą... kobiety chcą..." one nie wypowiadają się w moim imieniu, tylko w swoim własnym i to powinno być podkreślane, bo jednak wiele kobiet nie popiera ich wizji świata.
    Każdy z nas ma inny pomysł na własne życie, nie można się do tego wtrącać i oceniać.

    OdpowiedzUsuń
  5. To co piszesz jest bardzo interesujące i naprawdę serdecznie gratuluję Ci, że tak bardzo odpowiada Ci tradycyjny podział ról i się w tym odnajdujesz. Ja nie mam problemu z kobietami, które chcą żyć, tak jak Ty! Ja mam problem z kolesiami, którzy nie szanują kobiet, którzy traktują je przedmiotowo, którzy widzą tylko ich seksualność, którzy blokują ich rozwój i stawiają się ponad nie, ponieważ nauka, kultura i polityka jest zarezerwowana dla XY.
    Mi się jednak marzy świat, gdzie mężczyzna angażuje się w życie rodzinne w takim stopniu, jak kobieta, że jest czymś więcej niż bankomatem, wtrącającym się tylko, gdy jest sytuacja kryzysowa. Ja jestem wychowana na takim właśnie wzorcu, zwłaszcza, że moja mama dużo więcej czasu spędzała w pracy zawodowej niż tata i oczywiście w związku z tym lepiej zarabiała. Nie był to jednak na szczęście problem dla żadnego z nich.
    Widzisz, tylko ja mam wrażenie, że dopóki przyjmujemy te, jak sama piszesz, tradycyjne role, rzeczywiście nie odczujemy tej dyskryminacji tak bardzo. Natomiast, gdy z takich, bądź innych przyczyn je odrzucamy, lub też zajmujemy role do tej pory przypisywane płci męskiej, często gęsto spotkamy się z oporem. Jest nam trudniej, a ja np. wybieram często drogi, którymi w większości idą faceci i wiem, jak trudno jest się z tym zmagać. I to nie dlatego, że jestem męska, nie akceptuję swojej kobiecości, czy nie lubię różu, bo lubię. W przeciwieństwie do Ciebie nigdy nie byłam chłopięca, ani też jakaś przesadnie dziewczęca. Wydaje mi się, że było we mnie dużo równowagi, trochę tego, trochę tego. Mam trzy siostry i męski świat choćby dlatego, zawsze mnie intrygował. Mam kilku bardzo dobrych kumpli, kilka związków za sobą, wiec już co nieco o facetach wiem. Nie mam też powodu, żeby ich bojkotować, a gdy widzę seksizm w ich zachowaniu staram się im to spokojnie wytłumaczyć. Jestem drobną dziewczyną, noszę długie włosy, obecnie ubieram się dziewczęco i lubię te sukienki i biżuterię, uwielbiam też gotować, mam tendencję do "wicia gniazdka" tzn. gdziekolwiek się nie przeprowadzam, od razu tworzę ciepłe, przyjemne wnętrze i lubię dbać o takie drobiazgi. Gdy jestem w związku też zazwyczaj to ja gotuję i też nie lubię, jak mi ktoś przeszkadza, a lubię też mieć poczucie, że mogę zadzwonić do mojego faceta, że zasiedzę dziś do 24:00 w bibliotece i wiem, ze on ogarnie mieszkanie przed moim powrotem, zrobi zakupy i coś do jedzenie, że nie muszę sobie zaprzątać głowy, bo nikt się sztywno ról i zdań nie będzie trzymał. Nie oczekuję, że gość, z którym będę może kiedyś, będzie na mnie zarabiał, że będzie mnie chronił itp. Ja sama na siebie zarobię, sama się obronię, a on ma być moim partnerem, ma mnie wspierać, tak samo jak ja go i tyle. Nie chcę zamienić się w żyjący sprzęt AGD. Naprawdę, jeżeli ktoś chce, to ok - droga wolna, ale niech nie wmawiają mi, że to jest moja rola, zadanie, a resztę zostaw facetom, bo są lepsi... Poza tym naprawdę uważam, że dziewczyny mają trudniejszy strat w życiu, a jest jeszcze gorzej, gdy próbują łączyć życie zawodowe z rodzinnym.
    Ja sama denerwuję się też tym, że to czy jestem pełnowartościową kobietą, jest przez wielu postrzegane, przez pryzmat tego, czy z kimś jestem. Moi znajomi stwierdzili, że moja siła i niezależność przeraża płeć przeciwną. Ale w takim razie przepraszam bardzo? Mam udawać nieporadną i słabą, kiedy taka nie jestem? Wolę być sama, naprawdę, niż być z kimś, kto musi sobie dokarmiać swoje ego.
    Ja nie wiedzę nic złego w tym, że reperuję swój rower, podczas, gdy facet gotuje mi obiad, ale jak on nie jeździ na szosówce to się na tym nie zna i pewnie w końcu wykombinuje, jak to zrobić, ale po co, skoro to mój rower, na którym się znam i zrobię to 3 razy szybciej? Prozaiczny przykład z życia, ale pokazuje, jak bez sensu jest się trzymać "tradycyjnych" ról.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poza tym feministki nie zabraniają nikomu żyć po swojemu, ale walczą o to, aby był wybór. I życie nie jest ani czarne, ani białe, tylko kolorowe i fajnie jest jak tych kolorów jest dużo w tym naszym życiu, gdy nie musimy się ograniczać do jednego...

      I na koniec dodam tylko, że zdaję sobie z różnic biologicznych i ewolucyjnych, które są miedzy jedną płcią, a drugą. Zdaję sobie sprawę, że większość kobiet jest zdolna do poświęcenia, o którym przeciętny facet nie ma pojęcia. Ale wiem też,że dużo miedzy nami namotała kultura, religia, normy społeczne i takie tam. I chyba niektóre są nieźle archaiczne, że należy je odwrócić.

      A tak naprawdę wszystko rozbija się o wzajemny szacunek, bo go chyba najbardziej brakuje.

      Usuń
  6. Bardzo mądry wpis i komentarze.
    Podoba mi się twoja obserwacja na temat medyków i tego, że nie są to ludzie wybitni. Nie studiuję na lekarskim a na stomatologii, nie jestem też najlepszym studentem. Ale rozmawiając z większością znajomych z roku stwierdzam, że są to najbardziej egoistyczni ludzie jakich kiedykolwiek poznałam. Dla nich nie ma nic za darmo, za wszystko należą się pieniądze i pochwała. Pacjenci nie są kimś, komu należy pomóc, a jedynie kolejnymi złotówkami. Tak samo jak inni ludzie. Najlepszym rozwiązaniem jest nic nie dać od siebie a wszystko brać. Nie pomagać, a jedynie wyśmiewać i obgadywać za plecami, wykorzystując daną osobę do własnych celów. W dodatku wydawałoby się, że medycy powinni być przynajmniej trochę tolerancyjni a na pewno nie uprzedzeni do ludzi, bez względu na ich kolor, wykształcenie, wyznanie, pochodzenie. Jednak przynajmniej w moim najbliższym otoczeniu osoby z English Division to "ciapaci" i "małpy", Cyganie to podludzie, alkoholicy w szpitalu nie zasługują na łóżko i normalne traktowanie, wierzący źle, niewierzący jeszcze gorzej itd. A wszelkie próby dyskusji kończą się czymś w stylu "zamknij się" i obrazą majestatu.
    Nie wiem, może ja mam wybitnego pecha do ludzi na studiach, przeżyłam jednak ogromne rozczarowanie ich poglądami i spojrzeniem na świat. Chociaż moi przyjaciele z lat wcześniejszych, którzy również trafili na uczelnie medyczne są najlepszymi ludźmi jakimi znam i największymi altruistami, nawet jeżeli sami nie widzą w swoim zachowaniu nic specjalnego.
    Mam więc nadzieję, że jest więcej takich osób, jedynie mój rocznik jakiś wybrakowany się trafił i nasza służba zdrowia nie będzie się w przyszłości składać jedynie z samych materialistów i egoistów ale także z ludzi z pasją i chęcią pomocy :)
    Ach, ponarzekałam i ulżyłam sobie trochę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż chyba, każdy kto wchodzi w to medyczne środowisko, a ma trochę oleju w głowie, doznaje "lekkiego" szoku! Niemniej, głowa do góry i nie łam się! Rób swoje, a wszystko będzie dobrze ;)

      Usuń
  7. Bardzo mądry wpis, pokazuje na czym polega ten prawdziwy feminizm. Wśród moich znajomych wciąż pokutuje przekonanie, że feministka to taka, co krzyczy, że nie chce, żeby jej ustępować miejsca w tramwaju, albo żeby ją nazywać "ministrą". Wybór powinien być. Osobiście nie mam zamiaru poświęcić się tylko rodzinie, chcę rozwijać się przez całe życie. I mam gdzieś, że ktoś mi powie, że z tego powodu miałabym być "złą matką". Uważam, że wpierw trzeba zadbać o siebie, żeby móc dobrze zadbać o innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Nie ma nic gorszego niż sfrustrowany rodzic!

      Usuń
  8. Co do żartów to sądzę, że na bardzo dużo można sobie pozwolić jeśli obydwie strony mają to wyczucie, że tak naprawdę nie wyśmiewasz przedmiotu żartu tylko tych, którzy z tego przedmiotu w taki właśnie prostacki sposób się nabijają/ośmieszają/łotewa - przykładowo rycząc pogrubionym głosem: "ależ z ciebie sucza" nie chcę koleżanki ośmieszyć czy obrazić, nie traktuję jej też jak kawałka mięcha, raczej śmieję się z tych, którzy rzuciliby coś takiego na poważnie - z nich i z ich ograniczenia. ;)
    Bardzo się cieszę, że zwróciłaś uwagę, że żadne środowisko nie jest wolne od seksizmu - wydawałoby się czasami, że jak ktoś ma takie a nie inne poglądy to że fajny chłopak jest i na poziomie, a tu doopa. Nie wiem wtedy, czy z takimi w ogóle dyskutować czy dać sobie siana.
    No i tak, największą krzywdę kobiety robią same sobie i będę to powtarzać do znudzenia. Czasy się zmieniają, a w wychowywaniu dzieci nic. Widziałam to przez całe moje dzieciństwo przez sposób, w jaki traktowany był mój brat i w jaki byłam traktowana ja i moja siostra (szczególnie właśnie przez moją mamę), a co najlepsze - widzę to do dziś, bo w moim domu (w ktorym na szczęście już nie mieszkam) mój brat ma jakąś uprzywilejowaną pozycję, rodzice (szczególnie mama!) wokół niego skaczą, a co powie jest święte. To, co my musiałyśmy robić bez gadania on robił jeśli przyszła mu na to ochota.
    Co do wychowania jeszcze: wydaje mi się, że najgorszą rzeczą z całego tego bałaganu jest to, że dziewczyny są uczone rywalizacji między sobą. Przykre, że jesteśmy przecież dorosłe, a tak często nasze zachowanie nie jest świadomym wyborem, tylko robieniem tego, czego nas nauczono. Z tego biorą się wszystkie historie pt.skrajna czepliwość dziewczyn wobec dziewczyn i totalny brak solidarności.
    Jeśli nie widziałaś to nie powiem, że polecam, ale brak solidarności był wątkiem, który wkurzył mnie najbardziej w filmie Pragnienie miłości (nie! nie w tym o Chopinie ;)), i, co mnie trochę zaskoczyło, nie było to pierwsze, co rzuciło się w oczy moim koleżankom. Przede wszystkim widziały beznadziejność typa, który upowszechnił filmik z dziewczyną, beznadziejność grubiańskich chłopaków, którzy rozbierali się i rzucali głupie komentarze, dopiero gdzieś później to, że jej koleżanki nie stanęły za nią murem z myślą, że jeśli spotkało ją to równie dobrze mogłoby spotkać każdą z nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że poruszyłaś wątek rywalizacji i baraku solidarności wśród kobiet, bo to jest rzeczywiście nagminne. Sama widzę, że moje przyjaźnie z dziewczynami nie wytrzymują z tej właśnie przyczyny... Strasznie to chore i trzeba o tym mówić, trzeba nad tym pracować. W zasadzie jest to temat na osoby post. Niemniej dzięki za obszerny, wyczerpujący komentarz. ;) Pozdrawiam.

      Usuń
  9. A ja szczerze mówiąc w przypadku poruszanej przez Ciebie problematyki jestem przeciwna łatwemu przyzwoleniu na żarty i wentyl w postaci śmiechu, bo język - nawet nieświadomie dla jego użytkowników - jest bardzo dobrym nośnikiem stereotypów. Ubranie ich w żart stwarza pozory ich niewinności, a tak nie jest. Dokładnie jak napisałaś - stereotypy są bardzo silne i moim zdaniem tylko ich konsekwentne piętnowanie może sprawić, że ludzie zaczną o nich inaczej myśleć. Nie raz spotkałam się wśród swoich dobrych znajomych z żartami, które dla mnie są po prostu seksistowskie, ale faceci je wypowiadający (dopóki się im nie zwróciło uwagi) w ogóle nie mieli poczucia, że coś jest nie tak. Np. w dzień kobiet usłyszałam od miłego pana z ksero - taki niby żarcik - że dziś jest dzień kobiet i składa mi serdeczne życzenia "No bo wie Pani, są ludzie i kobiety, he, he".
    Zresztą dotyczy to nie tylko kobiet. W naszym społeczeństwie istnieje np. podobne przyzwolenie na "niewinne" żarty o Żydach (a potem ludzie się dziwią, że nawet na poważnych portalach dotyczących spraw społecznych czy polityki większość komentarzy sprowadza się do określeń: żydomasoneria, pedalstwo itp.)
    No a myślenie o żartach jest wiadome: "w każdym żarcie jest trochę prawdy". A czy naprawdę jest?
    Pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  10. Najważniejsze jest, by nie zapomnieć, że cały świat dookoła traktuje nas tak samo, jak my siebie. Tutaj pogrzebany jest problem. Gdyby wychowywać każdą dziewczynkę w duchu najsilniej utwierdzonego poczucia własnej wartości, siły i niezależności, żadna z nich nie miałaby problemu z seksizmem. Niestety kraj w którym przyszło nam się urodzić jest bardzo zakorzeniony w tradycji, a więc i w patriarchacie, co zasadniczo ogranicza pole możliwości poszerzania świadomości dziecka. (świetnie ilustruje to obrazek z cytatem z Cwianiar który wrzuciłaś). Uśmiechnąć się jednak można na myśl, że żyjemy w miejscu, w którym jeszcze wiele można zmienić i powalczyć o coś słusznego. A jeśli przyjdzie dzieci wychować, to na znacznie silniejsze, niż my same, by te oczywiste oczywistości, były dla nich fundamentem. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ale ciekawie to poszło, to ja znów od siebie:

    1 Maddy, czytałaś może "Tęsknota silnej kobiety za silnym męzczyzną?" Mai Stroch? Ja też wiecznie się miotam pomiędzy byciem sobą a byciem akceptowaną. Mam bardzo dziewczęcą (chyba?) aparycję, lubię obcasy, kocham się malować, mam długie włosy i przepadam za długimi paznokciami a jednocześnie z zachowania trochę ze mnie taki ziomeczek. Nie bardzo mam grację i wdzięk, dużo przeklinam, lubię żartować (co mnie dobija, poza facetami, którzy są mną jawnie zainteresowani inni kolesie mnie często nie lubią bo wchodze na ich podwórko, nie jestem w gronie chichoczących z ich majestatycznych żartówek, laś, raczej skontruję swoim dowcipem i wtedy nagle konsternacja bo... jak to? To ona sobie żartuje i to jeszcze ze mnie?) mam też tendencję do no... nie nazwałaby mtego kastrowaniem... ale wiem, że moja niezależność sprawia, że faceci czesto czują się przy mnie nie tak wartościowi jakby chcieli się czuć. Ja ich doceniam naprawdę ale nie chciałam nigdy robić "oooohhhhh jak pięknie pozmywałeś naczynia!" i klaskac jak najszczęśliwsza foka w Zoo... a jednak wygląda na to, że im to potrzebne. Jestem na etapie nauki kiedy i jak odpuścić nie tracąc siebie a jednocześnie nie sprawiając wrażenia zbytniej żylety.

    2 Co do siostrzanej solidarności to myślę, że wychowanie gra tu dużą rolę. Niestety od dziecka jesteśmy porównywane do kolezanek (a jaką ocenę dostała M?) ale też głośno przy nas komentuje się ich wygląd (Z. w podstawówce była taka ładna a wyrosła z niej taka kobyła) itp itd. U mnie w domu komentowali i mama i tata. To było dla mnie przykre bo podświadomie wiedziałam, że to jest ranking i ja w nim jestem. W rankingu pt "ułożone życie, zgrabna dupa, dobry chłopiec, kariera" a potem jeszcze będzie ranking "jak wychowałA (no bo mąż nie wychowywał raczej) swoje dzieci". Brrrr! I te laski, które sypiają z zajętymi facetami bo mają poczucie, że skoro jest z taką sliczną i mądrą niunią a jednak poszedł do łożka z nią to jest od tamtej lepsza (aż chciałoby się powiedzieć "przetrzyj oczy dziewczyno, dałaś się użyć i jeszcze zrobiłaś krzywdę tamtej"). Kiedyś sama uważałam, że bycie zajętym to kwestia w parze, że ja nikogo nie będe pilnować bo ja pani nie obiecywałam wierności, tylko jej mężczyzna jej obiecał. Teraz jednak myślę o tym całkiem inaczej i nie widzę najmniejszego powodu, żeby taki burak, zdradzający fajną dziewczynę, miał jeszcze nagrodę w postaci mnie. Za nic! W innych rzeczach też staram się ufać dziewczynom. Za każdym razem kiedy się z nimi czymś dzielę, czuję się bardzo bogata i że mam siłę. Cieszę się, bo kilka lat temu, otoczona samymi facetami, uważałam, że jeśli tylko sprzedam im wiedzę, pomoge im, podpowiem co mogłyby zrobić, żeby było im lepiej (nieważne czy to będzie polecenie szkoły, kursu językowego czy tuszu do rzęs) czułam, że tracę szansę na wygraną w wyścigu, teraz czuję się z tym fajnie i mam wrażenie, że dziewczyny też inaczej mnie już odbierają i bardzo dużo bezinteresownie mi dają i to jest najlepsze uczucie na świecie. Odbieram to jako nagrodę za to, że przestałam z nimi rywalizowac i staram się myśleć o nich tylko dobrze, nigdy nie podbudowywać się tymi "gorszymi" i nigdy nie gnoić siebie, za to że są jakieś "lepsze".

    OdpowiedzUsuń
  12. 3 A ja jestem feministką. Ale przede wszystkim jestem sobą. I jak bawią mnie żarty o nieogolonych nogach (bawią głupotą) tak bawią mnie krzykaczki mówiące mi, że kobiecy look to zniewolenie a jak będę chciała rodzić piątkę dzieci to mnie patriarchat skaleczył. Podoba mi się, że feminizm przeciera oczy i zawracamy ze szlaku "mogę być jak mężczyzna" a wchodzimy na szlak "mam równe prawa i możliwości". A to, że mogę pracować w kopalni nie będzie oznaczało, że potrafię i jestem dość silna. Podoba mi się też BARDZO, że wracamy do pewnych instynktów. Że kobiety znów zaczynają być kobiece w ramach swoich predyspozycji. Że mamy prawo i nie jest obciachem dbac o to gniazdko rodzinne, gotować, być empatyczną, delikatną itp. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są to role stereotypowo kojarzone z kobiecością a ta ma wiele odcieni. Nie chodzi mi też o powrót do tego co było ale cieszy mnie niezmiernie, że może niebawem będziemy mogły budowac naszą siłę w nasz kobiecy sposób i tak matka, może będzie mogła realizować się zawodowo w inny sposób niż wkładając spodnie w kantkę, żakiet podkreslający ramiona i zasuwając do korpo, wypruwając soebie żyły żeby starczyło na nianię bo ona nie może wziąć l4 na dziecko, nie może się popłakać kiedy emocje puszczą, nie może w ogóle nic organicznego bo wszystko to jest "niepotrzebną babską histerią" jakby kobieca miękkość, empatia i umiejętnośc kreowania nie były zasobem...

    Bardzo zaplątałam ale mam nadzieję, że wiecie o co chodzi. O budowanie siły stojąc na własnych nogach a nie udając chłopaków. Nic z cyklu "bo ja to zawsze byłam chłopaczycą i wolałam kijkiem się nawalac niż te sukienki nosić i się bawić w dom a feeee" jakby bycie chłopcem było jakieś fajniejsze... a jednocześnie mieć prawo tym patykiem sobie się ponawalac jak jest okazja i ochota. Fajnie o tym rozróżnieniu pisał Fromm, fajny jest też artykuł w nowym Zwierciadle o tym, że tatowie nie mają zastępować mam i zalewać dzieciaków czułością, nie mają mam imitowac, mają wnieść w życie swoich dzeci całkiem coś innego i tego wymaga od nich aktywne rodzicielstwo.


    Uffff....namotałam duże skróty myślowe ale mam nadzieję, że zarys jest haha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o rany! Ale się rozpisałaś! Ale zgadzam się z tym, co piszesz. Świat byłby ciutkę lepszy, gdyby takie podejście do życia miało więcej osób.
      Mi ostatnio doskwiera ten brak solidarności wśród dziewcząt, obrabianie sobie tyłków na milion sposobów, a przecież bez wzajemnego wsparcia, tolerancji, akceptacji ten cały feminizm możemy o kant dupy rozbić. A funkcjonuje takie chore przekonanie, że dziewczyny, co z chłopakami się trzymają i za dzieciaka tylko piłkę kopały to są jakieś fajniejsze. Dziewczyny, które głoszą takie poglądy, same strzelają sobie w stopę i zaprzeczają pieprzeniu u równości...

      Co do lektury, to rozejrzę się i na pewno przeczytam. Zobaczymy, jakie będę miała wnioski.

      A to do czego dążę, to aby być zadowoloną z siebie kobietą, akceptującą z pełni to, że nią jestem, ale jednocześnie z poczuciem, że mnie to zupełnie nie ogranicza. Jeżeli zaakceptuję siebie, to na pewno łatwiej będzie mi zaakceptować otoczenie, a jeśli zaakceptuję otoczenie, to ona zaakceptuje mnie. Tak myślę. Pozdrawiam ze słonecznego Poznania! :) :)

      Usuń
  13. "Boli mnie bardzo, gdy dziewczęta same sprowadzają cel swojej egzystencji do znalezienia partnera. Wkurzają mnie komentarze: "Taka jest ładna, powinna mieć chłopaka". Że co? Naprawdę? Który my mamy wiek, co? Dlaczego wartościujemy w ten sposób?"

    - z ust mi to wyjelas!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    pozdrawiam :)

    L

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma nic złego w związkach, ale desperackie dążenie do niego raczej nie spowoduje, że trafimy na właściwą osobę, z którą uda nam się zbudować zdrowe relacje.
      A nacisk społeczeństwa jest dla mnie totalnie niezrozumiały. Dlaczego ludzie uważają,że możesz mieć ułożone życie, być szczęśliwa i spełniona, tylko, gdy jesteś w związku? Dlaczego to nadal jest wyznacznikiem?
      Patrząc na moje życie, widzę, że będąc w związkach wszystko się sypie i raczej niekoniecznie jestem szczęśliwa i zadowolona. Właśnie dlatego, że wiązałam się z przypadkowymi osobami, a nie tymi, z którymi naprawdę chciałam być. Teraz się niczym nie przejmuję, żyję tak, jak chcę, spotykam z kim chcę, nie czuję ciśnienia. Jest dobrze.

      Usuń
    2. Zgadzam się. Ja nigdy nie miałam parcia na bycie z kimś, kimkolwiek, żeby być. ale też porównując z koleżankami, które były wychowywane inaczej, w stylu "no, kiedy jakiegoś chłopaka nam przyprowadzisz" to może jest to wpływ moich rodziców. Moja mama wzięła ślub w wieku 29 lat i cały czas powtarzała mi, że fajnie jest być z kimś, ale najważniejsze to umieć być szczęśliwym z samym sobą. Dzięki temu podchodziłam do tematu na luzie, bez ciśnienia, a miłość sama się znalazła, jakoś tak przypadkiem. Chyba bym zwariowała, gdyby moje życie było tylko czekaniem na ślub, z kimkolwiek, byle być z kimś. Przecież jest tyle innych ważniejszych, bardziej wartościowych rzeczy, które dają szczęście i spełnienie i są warte zachodu.

      Usuń
  14. Jestem na Twoim blogu pierwszy raz i widzę, że wsiąknę na dłużej :)
    Bardzo podoba mi się nie tylko ten wpis, ale też Twoje podejście do życia. A najchętniej bym Cię poznała i spotkała się, żeby porozmawiać właśnie o czymś więcej, niż tylko uczelnia, ew. jakiego lakieru do paznokci używam, mój facet ostatnio jest dla mnie taki okropny itp.
    Brakuje mi w najbliższym otoczeniu ludzi myślących podobnie jak ja, a mam już przesyt takich, od których słyszę ciągle tylko: dlaczego weganka? przecież Ty nic nie jesz. Twój facet to jest chyba pantofel, skoro zgadza się na dzielenie się obowiązkami. Jak to nie chcesz mieć dzieci? Jak to, nie wierzysz? Albo moje ulubione teksty znajomego: Feministki to kobiety ktore nie potrafią sobie poradzić z mężczyznami (serio? moze Ty sobie nie radzisz) i Pedały to zboczeńce i trzeba je oddzielić od normalnych ludzi. Niestety, niektórym ciężko jest wytłumaczyć cokolwiek, bo już tak bardzo utknęli w tych swoich stereotypach, że nieważne co powiesz oni mają klapki na oczach i każdy Twój argument odrzucą bo nie zgadza się on z ich poglądami. Nieważne, jak bardzo jest logiczny i przekonywujący. A przebywanie wśród takich ludzi tak bardzo męczy psychicznie, a każda próba wartościowej rozmowy spełza na niczym, bo oni zwyczajnie nie chcą tego słuchać, Twoje zdanie ich nie interesuje, bo jeszcze mogłoby zasiać ziarno niepewności. Smutne, bardzo smutne, a jednocześnie tak prawdziwe.
    Także oby więcej takich ludzi jak Ty, otwartą głową :)
    A jak będziesz w Lublinie kiedyś, to zapraszam na kawę/ herbatę/ wege szarlotkę, na rozmowę o życiu ;)
    Pozdrawiam!
    Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za tak miły komentarz i oczywiście jakoś dam znać, jakbym wybierała się na wschód ;)

      Usuń