wtorek, 2 kwietnia 2013

Makaron z bakłażanowym-paprykowym sosem, czyli obiad z tęsknoty za ciepłem, latem, wakacjami...

Ostatnio w moje życie przypomina bieg. Egzaminy i zaliczenia mam prawie dzień po dniu, a gdy tylko uporam się z jednym już muszę szykować się do następnego, ale pogodziłam się z tym, że jest, jak jest i egzaminy nie stoją mi na drodze do życia swoim życiem, do realizowania planów, marzeń, do wypadów na koncerty, do oglądania filmów czy czytania nowości książkowych. Muszę to godzić, bo przecież przede mną jeszcze sporo do zdania, a jak będę myśleć tylko o nauce, to stanę się tępą kujonicą i niczym poza tym. Bez ideałów, bez zainteresowań, pasji i marzeń. Bez przyjaciół, podróży  i wspomnień. Kimś, kto nie zna smaku życia. 
W wolnej chwili kładę się na łóżku, zakładam słuchawki na uszy, słucham muzyki i piszę m.in. posty na bloga, ale też inne rzeczy, ale o tym w swoim czasie. Jest tyle spraw, które chciałabym poruszyć, tyle wątpliwości, które mnie meczą i tematów, które chętnie przedyskutowałabym z kimś, kto zna się na rzeczy, kto umiałby mi doradzić, pokazać ścieżkę czy dać rozwiązanie. Choć wiosny za oknem nie widać, to jednak w moim życiu ewidentnie pojawiło się jakieś takie ożywienie. Znowu chce mi się pisać bloga, robić zdjęcia jedzenia i się tym dzielić, ale nie chcę tylko siedzieć przed laptopem. Mam ochotę wychodzić z domu, bywam w kawiarniach czy knajpach, a znajomych widuję nie tylko na koncertach, ale też spotykamy się od tak, żeby pogadać. Życie musi mieć smak, musi nieść nam pozytywną energię. Potrzebujemy wokół siebie ludzi, którzy sprawią, że będzie nam się chciało wysilić, z którymi spotkanie będzie nagrodą za kilkugodzinne ślęczenie nad podręcznikami. Potrzebujemy ludzi, którzy wyciągną nas na rower, nawet o 23.00, kiedy w sumie myśleliśmy o tym, żeby położyć się już spać... 
Ostatnio czuję się trochę, jak na rozbujanej huśtawce. Ciężko za mną nadążyć. Nawet ja sama do końca nie panuję nad tym, co myślę, co czuję i czego chcę. Dlatego jednego dnia jestem zakochana w tym, a drugiego w tamtym. Trzeciego odkrywam, że mam jakąś zdolność czy też plan do zrealizowania i totalnie się temu oddaję. Czasami mam wrażenie, że jakby ktoś rozmawiał ze mną w odstępie tygodnia, nie nadążyłby za tymi zmianami. Owszem, bywa, że mnie nieźle wkurzają te zmiany nastrojów, ale obecnie cieszę się, że coś się dzieje, że życie się kręci i wciąga mnie w ten wir, a ja nie użalam się nad sobą, ale żyję najpełniej, jak umiem i mogę sobie pozwolić na tą chwilę.

Na siedzenie w kuchni nie mam za dużo czasu, ale do tematu burgerów jeszcze wrócę niebawem, bo jest plan wypróbować kilka receptur przed burgerowym lunchem. W przyszłym tygodniu mam zamiar upichcić jakieś dla znajomych, więc pewnie zdam relację. Tymczasem wrzucam przepis na szybki obiad, a w każdym razie taki, który nie wymaga od nas dużego wkładu energii i właściwie robi się sam. My w tym czasie możemy natomiast oddać się temu, co tylko lubimy, względnie temu czemu musimy. Optymalne byłoby, gdyby to, co musimy było tym, co lubimy.
Przepis pochodzi z "Przemytników na wakacjach" i jest jednym z moich ulubionych przepisów z tej książki. Ja sos podaję z makaronem pełnoziarnistym, najczęściej kokardkami. Zazwyczaj na liściach szpinaku. Pychotka.


Składniki:
  • 300 g makaronu (u nas kokardki)
  • 1 średni bakłażan
  • 2 czerwone papryki
  • główka czosnku
  • 1/3 szklanki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 płaska łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • sok z połowy cytryny

Makaron gotujemy al dente. Warzywa pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez około 30 minut, a następnie studzimy ( ja wrzucam na chwilę do zimnej, osolonej wody). Bakłażana i paprykę obieramy ze skórki, paprykę pozbawiamy gniazd nasiennych, a czosnek wyciskamy ze skórki. Całość miksujemy w blenderze, dodajemy oliwę, kmin rzymski, sok z połowy cytryny, sól i pieprz do smaku. Sos mieszamy z makaronem i gotowe. Proste i smaczne! 


A czego słuchamy jedząc? Dead Prez'a!
Potrzeba nam muzyki, która nas nastoi do działania! ot co! 


8 komentarzy:

  1. Makaron wygląda bosko :) A ta huśtawka - czasem mam podobnie i moim zdaniem to znaczy, że mamy w sobie wszechstronność i miłość do wielu rzeczy naraz jest fajna :)

    OdpowiedzUsuń
  2. przyszłam z nocki właśnie, sprawdzam nowosci i jesteś TY. moje życie obecnie to pasmo wyrzeczeń i czekanie na lepsze czasy, kazdy dzień, miesiąc musi dla mnie jak najszybciej minąć, żebym nie musiała byc tu gdzie jestem i robić to co robię i choc to wszystko jest częścią mojego planu do realizacji przyszłych marzeń to nieraz cięzko mi to ogarnąć, poniewaz tak na dobra sprawę moje życie nie ma smaku, zapachu, jest mdłe i nijakie, więc tym bardziej szukam inspiracji, jakiegos drogowskazu czy nadal tkwic w tym marazmie czy jednak próbowac zyć tu i teraz pełnią ... dzięki takim osobom jak Ty powoli odpowiedź krystalizuje się sama. raz jeszcze DZIĘKI!!! uwielbiam jak piszesz i jak gotujesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, że czasami warto się trochę "przemęczyć", aby osiągnąć upragniony cel. Mi też jest cieżko, i to niemal codziennie muszę się przemóc, żeby zrobić, coś na co zupełnie nie mam ochoty, ale w 90% naprawdę opłaca się. Powodzenia! ;)

      Usuń
  3. dziękuję, jakos się trzymam, ale sama widzę, ze więcej pozytywów musze sobie zapodać w tym koszmarze, żeby po prostu nie zwariować ;) jednym z nich jest Twój blog ostatnio i weganskie kucharzenie, które mnie kręci na maxa :) a a propos tego przepisu, to czy bakłazana piecze się w całości czy przekrawa wzdłuż? i czy naprawdę wykorzystujemy tu główkę czosnku? hmmm, zamierzam zrobić ten sos dzisiaj po treningu z makaronem ryzowym ale potem ide do pracy, więc trochę mnie przeraza ta ilośc czosnku, oczywiscie dam jeden ząbek, ale nie wiem czy Tobie w oryginale chodziło o głowę czy ząb czosnkowy??? ps. czekam na nowe przpisy choc skrupulatnie dodaję do ulubionych te z Twojego archiwum. to dla mnie skarbnica, nowej, tajemnej wiedzy kulinarnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie warzywa pieczemy w całości. Co do czosnku, to po upieczeniu jest dużo mniej aromatyczny, traci ostrość itd., więc ta główka nie jest przesadą, bo, gdy zaczniesz wyciskać z niej tę maź, to tak naprawdę wyjdzie z połowa. Ale jak chcesz możesz upiec np. tylko 1/2 główki. Z jednego ząbka nic nie uzyskasz, bo pewnie spali się na wiór ;)

      Usuń
  4. zrobiłam, upiekłam jednak całą głowę czosnkową [pierwszy raz w życiu] i bardzo mnie urzekło to wyciskanie mazi czosnkowej, bałam sie tylko zapachu, bo ja to jestem normalnie maniaczką czosnku i w pracy nieraz miałam przez to nagonkę na mój zapach :( ale wracajac do przepisu: jak dla mnie sos był trochę zbyt wodnisty, ale nie miałam czasu na zredukowanie go w garnku, więc było lekkie rozczarowanie, jednak w smaku przepyszne!!! teraz mam juz patent i będę go wykorzystywać. makaron też przegotwałam a lubię al dente, ajć, nastepnym razem będzie lepiej. czy Twoi rodzice są wegetarianami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmm... robiłam kilka razy, ale nigdy nie wyszło zbyt wodniste, ale może miałaś po porostu bardziej soczyste warzywa? Who knows? ;) Co do rodziców to, nie, nie nie są wegetarianami i raczej nie zapowiada, się, aby coś w tej materii się zmieniło.

      Usuń