piątek, 28 grudnia 2012

Burgery ziemniaczane.

Dawno nie pojawił się na blogu żaden nowy przepis. Dawno też nie było tutaj nawet słowa moich przemyśleń. Nie będę się tłumaczyć, bo jak powszechnie wiadomo tylko winny się tłumaczy. Zajęta jestem niemiłosiernie i nie nadążam ze wszystkim, co chciałabym zrobić. Pracuję, jak mróweczka. Dużo czytam: książek, gazet i oczywiście głównie podręczników. Moje podręczniki są bardzo ciekawe. Patrzę na nie z czułością. Uśmiecham się, gdy po przebudzeniu widzę, jak piętrzą się przy moim łóżku. Zapewniam Was, jednak, że jestem normalna. Zwyczajnie kocham to, co robię...

Ja nie zwariowałam, ale chyba przyrodzie się w głowie poprzewracało. Jest koniec grudnia i mamy wiosnę. A ja jestem na wsi i liczyłam na zaspy śniegu. Jak zwykle się przeliczyłam. W sercu raczej nie ma wiosny, ale to dobrze. Kwiatki, motylki w brzuchu i roztargnienie, które się z tym wiążą nigdy mi nie służą. Mam marzenia i nikogo, z kim mogłabym je realizować, ale to i tak lepiej, niż mieć kogoś kto staje nam na drodze do ich realizacji, a i tak bywa... 

Nadal jestem neurotyczna, ale już mniej niż kiedyś. Piszę ostatnio teksty o tym, co mnie wkurza i o problemach, które mnie dotykają. Piszę też czasami o tym, co mnie cieszy. Ale rzadziej. Potem to z siebie wykrzykuję i jest mi lepiej. Piszę też inne rzeczy. Prace naukowe. W sumie na razie zbieram do nich materiały... W związku z tym gonią mnie terminy. Mam kalendarz to sobie poradzę. Ułożę grafik i zapanuję nad tym wszystkim. Jak zawsze.

Rok 2012 był dziwny. Nie żebym miała zamiar go obrażać, ale był nijaki. W każdym razie dla mnie raczej taki bezbarwny. Nic na to już nie poradzę w tym momencie. Patrzę z optymizmem na kolejny. Czuję w kościach, że będzie pozytywnie. Nie mam pojęcia skąd to wiem, ale czuję, że będzie dobrze. Może to siła sugestii, może wiara w sinusoidalną powtarzalność dobra i zła w życiu? A może to moja intuicja...?

Kilka miesięcy temu czytałam "Zwierciadło" i wywiad z Julia Delpy. Mówiła w nim, ze ludzie w dzisiejszych czasach nie angażują się w związki, nie idą w uczuciach na całość. Nie angażują się tak całkowicie, do końca. I wtedy pomyślałam sobie, że to nie o mnie. Ja nie zostawiam sobie furtki, ale idę na całość.
Teraz wiem, że to nie jest prawda. Jestem przedstawicielką tych, o których wspominała Julie. Nie zaangażuję się w nic, co nie gwarantuje mi  drogi ucieczki w razie W. Po prostu. Boję się. Klatek się boję. Wszystkich. Nienawidzę klatek, nienawidzę więzienia. Walczę o otwarcie klatek ze zwierzętami, więc jak sama mogłabym się dać w taką zamknąć? No jak? Wiadomo, że to się nie uda... Przestrzeń, która pozawala mi się realizować jest dla mnie priorytetem. Kiedyś tego nie czułam. Teraz to wiem. 

Czuję, że powoli, bardzo powoli, staję się kobietą świadomą, znającą siebie samą i wiedzącą czego chce. Poznaję też swoją wartość. Dzięki tej wiedzy wybór jest prostszy. Ta samoświadomość jest dla mnie tarczą. Znam osoby w moim wieku, które pozakładały rodziny, mają dzieci i się w tym realizują.  Myślę, że taki klasyczny model to nie moja bajka. Zawsze wybieram inne ścieżki, więc i tu nie będzie konwencjonalnie. Dziecko pewnie kiedyś się w moim życiu pojawi, bo myślę, że byłabym w tym dobra. Po prostu mam w sobie dość spore pokłady miłości w końcu będę musiała znaleźć temu uczuciu ujście. Po prostu chciałabym kiedyś mieć kogoś do kochania bezwarunkowo. Staram się nie wywierać na sobie presji. Po prostu żyję, jak chcę i staram się udźwignąć na swoich barkach wszystko to, co dorzuca mi od siebie życie.

Trochę się boję tego, że uciekam w świat marzeń, gdy tylko jest mi źle. Boję się tego oderwania od rzeczywistości. Wiecie, takie fantazjowanie, życie z dala od realnego świata jest kuszące, ale nie jest prawdziwym życiem. Prawdziwe życie musi czasami kopnąć nas w tyłek, musi nas wyśmiać, olać i nie chcieć grać wedle naszych scenariuszy...


A teraz mam dla Was niespodziankę! Udało mi się sfotografować obiad. Udało mi się! :) Jestem z siebie taka duma, ponieważ wreszcie mogę się z Wami podzielić jakimś prostym przepisem. Jest fajny, bo w sumie, aby przygotować taki obiad nie potrzebujmy sezonowego jedzenia. Podzielę się z Wami przepisem na Potato Samosa Burger, czyli ziemniaczane samosowe kotlety. Przepis pochodzi z mojego wrześniowego nabytku, który przywiozłam sobie z wypadu do UK.
Kotlety polecam podać z chana masalą i ryżem. Fajna opcja dla głodomorów, ponieważ takim obiadem nie można się nie najeść. Zestaw nie dość, że pożywny to jeszcze świetny na rozgrzewkę.
Polecam Wam serdecznie, zwłaszcza, gdy zostaną Wam ziemniaki z poprzedniego obiadu nie nie będziecie mieć pomysłu na ich wykorzystanie!


Składniki ( na ok 6-8 dużych kotletów lub z 20 małych):

* ok. 700 g ziemniaków, już obranych. ( gdy są młode, nie trzeba obierać)
* 1 szklanka posiekanej w kosteczkę cebuli
* 1 łyżeczka mielonego imbiru
* 1 łyżeczka mielonej kolendry
* 1 łyżeczka garam masala
* 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
* 1 ostra papryczka np jalapeno lub chili, bez pestek i posiekana drobniutko
* 3 łyżki oleju sezamowy
* 1 i 1/2 szklanki groszku świeżego/mrożonego/z puszki
* sól i pieprz
* odrobina oleju do smażenia

Pokrój ziemniaki w kostkę 2,5 cm. Ugotuj ziemniaki. ( Tylko nie rozgotuj!). Dodaj cebulę, przyprawy, oraz olej sezamowy i zmiażdż praską do pure. Następnie dodaj groszek i delikatnie wymieszaj, tak, aby groszek się nie rozpadł. Formułuj kotlety i smaż na patelni bardzo delikatnie posmarowanej olejem lub na patelni grillowej na złoto z obu stron ( około 3-5 minut). Ważne jest to, aby olej lać bardzo oszczędne, ponieważ ja na początku wlałam go za dużo i kotleciki mi się rozpadały. Dopiero, kiedy smażyłam na praktycznie suchej patelni kotlety pozostawały odpowiednio zwarte ( zresztą te smażone w głębokim oleju znalazły się na zdjęciu i nie widać dobrze, jakie fajne kotlety możemy uzyskać ze zwykłych ziemniaków...).

Serwuj na obiad lub kolację! 




Życzę Wam Kochani, aby nadchodzący Rok był dla Was dobry, obfity w fantastyczne przeżycia i przygody, cudowne wyjazdy, owocne znajomości. Oby oszczędzał Was na każdym kroku, nie łamał serc, nie zawodził, nie krzywdził! Abyście byli zdrowi i szczęśliwi i każdy dzień był pozytywną lekcją życia!
WSZYSTKIEGO DOBREGO!


wtorek, 18 grudnia 2012

Pierniczki z melasą



W grudniu rzadko mnie rozkłada, ale jak już się zdarzy to na całego. W grudniu choruje się fatalniej niż w inne miesiące, bo pod koniec roku, jakkolwiek do bani by nie był, zawsze jest co robić. 
Choruję i jest mi ciężko się z tym faktem pogodzić. Mam ochotę ponarzekać, jak mi źle, ale  wiem, że tylko będzie mi bardziej smutno, a moje dolegliwości się spotęgują. 

Zamiast narzekania, pochwalę się, że kolejny Vegan Lunch za nami i choć grupa uszczuplona, a pogoda nie zachęcała do wystawiania nosa z domu, udał się i pewnie będą kolejne edycje. 

Sama już nie potrafię określić ile w sumie wersji wegańskich pierników piekłam do tej pory, ale skoro nie potrafię oznacza to tylko jedno: sporo! ;) Trzy przepisy można znaleźć tutaj na blogu
Poniższe pochodzą z niezastąpionego The Post Punk Kitchen i mogę je polecić z czystym sumieniem każdemu. Są bardzo proste, aromatyczne, mają ładny kolor. W dodatku nie zawierają margaryny, co jest na plus, ponieważ ani ona zdrowa, ani łatwo dostępna, ani tania. Poza tym nie ma w nich niczego, co łatwo zepsuć. Żadnego tam karmelizowanego cukru czy innych bajerów. Melasę można dostać w dobrych supermarketach i sklepach ze zdrową żywnością. Również internetowych. 


Przygotowując jedzenie na lunch doszłam z moją siostrą do wniosku, że tradycyjne wigilijne dania (oczywiście te vege ;P) są doskonałym wyznacznikiem tego, co zimą powinno się jeść. Dania opierają się na warzywach korzeniowych, na kiszonkach, na suszonych grzybach i owocach, maku, ziarnach, kaszach, orzechach. Gdyby ktoś poprosił mnie, żebym pokrótce poradziła, co powinno być bazą wegańskiej zimowej kuchni, to myślę, że najlepszym wyznacznikiem byłaby właśnie wigilia. :)  
A jeśli macie ochotę posłuchać rozmowy na temat wegańskiego wigilijnego menu włączcie sobie w sobotę o 16:00 Radio Afera z Poznania ( można przez internet), gdzie będę ja, we własnej osobie, dzielić się kulinarnymi radami, czyli jak wegańsko przeżyć święta ;) 


 

Składniki:
  • 1 szklanka oleju
  • ¾ szklanki cukru trzcinowego
  • ¾ szklanki melasy
  • ¾ szklanki mleka roślinnego
  • 6 szklanek mąki zwykłej lub pełnoziarnistej
  • 1 i ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 i ½ łyżeczki sody
  • 6-8 łyżeczki przyprawy piernikowej
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki imbiru

Do miski wsypać cukier i dodać olej. Mieszać przez 3 minuty trzepaczką. Następnie wlać melasę i mleko roślinne i ponownie wymieszać.
W drugiej misce połączyć suche składniki i powoli przesiewać je do „melasowej” mikstury. Początkowo mieszać, następnie zacząć wyrabiać ciasto rękami, aż wszystko się nam ładnie połączy. Przygotowane ciasto włożyć do foliowej torebki lub owinąć folią spożywczą i włożyć do lodówki na min. 1 godzinę, a maksymalnie na 3 dni, z tym, że jeżeli ciasto długo leżakuje należy pozostawić je na godzinę po wyciągnięciu z lodówki na blacie, zanim zaczniemy je wałkować.

Ciasto podzielić na 3-4 części. Rozwałkować na grubość około 0,5 cm i i wycinać dowolne kształty przy użyciu foremek.
Piec w temperaturze 180 st. C przez 8 minut. Wystudzone ciastka trzymać w puszce lub słoiku. 


Moją siostrę w tym roku dopadł świąteczny nastrój i mamy w mieszkaniu m.in.  papierowe gwiazdy w oknie i choinkę z gazety. Zdolna siostra. :) 


Kiedy dopada mnie choróbsko lubię sobie posłuchać czegoś tanecznego, żeby się troszkę "rozruszać" ;)


środa, 12 grudnia 2012

Świąteczny wegański lunch...

Image

Wiecie, że już po raz ósmy zapraszam w imieniu całej grupy Vegan Hooligan Crew na wegański lunch, który będzie miał miejsce w najbliższą niedzielę, tradycyjnie już w naszej drogiej, poznańskiej Meskalinie. 
Jak zwykle wjazd na imprezę wynosi 15 zł, a Ty masz do dyspozycji szwedzki stół pełen wegańskich pyszności. 
Przynosząc ze sobą własny talerz chronisz środowisko, a my nagradzamy Cię słodkim upominkiem. 

Tym razem, wzorem roku poprzedniego, zaproponujemy Wam jedzenie wigilijne i świąteczne. Będzie trochę kuchni typowo tradycyjnej, ale na pewno pojawi się też sporo innowacji... 

Tradycyjnie też lunche nie pozostaną jedzeniem samym w sobie. Na wejściu będziemy prowadziły zbiórkę jedzenia dla zwierzaków ze schroniska. Mile widziane też są np. koce i inne materiały, które pomogą ogrzać budy i kojce podczas zimy. 

Natomiast część dochodu w lunchu wesprze wrocławski Wagenburg, skłot, który został zaatakowany 11 listopada bieżącego roku przez nacjonalistyczne bojówki. Nasza decyzja zdeterminowana jest faktem, że jako grupa zawsze podkreślamy, że nasze lunche są wolne od postaw szowinistycznych, nacjonalistycznych, seksistowskich, rasistowskich, homofobii oraz innych form dyskryminacji. Nie chcemy, aby pozostało to tylko pustosłowiem, dlatego właśnie część dochodu z lunchu zostanie przekazana do Wrocławia. 

Zapraszamy serdecznie! Gwarantujmy miłą atmosferę i pyszne jedzenie!

Do zobaczenia! 

sobota, 8 grudnia 2012

Dyniowe ciasto, czyli...

... jak wykorzystać można mus dyniowy :) Oczywiście jest to tylko jedna z możliwych opcji. Na zachętę dodam, że ciasto bardzo długo utrzymuje świeżość, więc nawet jeżeli nie jesteście bardzo łasi na słodkie ( patrz: ja!) i  będzie leżeć kilka dni, cały czas pozostanie smaczne. :) 

A ja jestem w domu u moich rodziców. Śnieg sypie i pewnie niedługo nas zasypie! Byłam dziś na cudownym spacerze w ośnieżonym lesie i choć nieźle zmarzłam to i tak jestem zachwycona. 
Dziś, pomimo, że tak naprawdę powinnam robić coś poważniejszego, zajęłam się masową produkcją pierników i myślę, że być może efekty mojej pracy uda mi się opublikować przed świętami, abyście i Wy mogli sobie zrobić ciasteczka. 
Bardzo chciałabym móc Wam podać przepisy na jakieś świątecznie menu, ale nic nie obiecuję. Jeżeli się uda to będzie fajnie, a jak nie to i tak będzie ok! 



Składniki suche:
  • 3 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • 0,5 szklanki cukru trzcinowego
  • paczuszka cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka imbiru
Składniki mokre: 
  • 1 szklanka musu dyniowego
  • 1 szklanka wody
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 łyżki octu 
W jednej misce mieszamy suche składniki, a w drugiej mokre. Dodajemy suche do mokrych i porządnie mieszamy. Keksówkę lub inną blaszkę do pieczenia ciasta smarujemy olejem. Wlewamy ciasto i pieczemy przez około 50 minut w temperaturze 180st.C. Do tzw. suchego patyczka. 
Kolejny prosty przepis, który w dodatku może sprawdzić się w święta, bo ciasto jest całkiem aromatyczne. :) Smacznego!




Zimowa pogoda to i zimowa muzyka:





a tu ja. trochę blada.



czwartek, 6 grudnia 2012

Curry z tofu i orzechami

Przyznam, że ciężko jest prowadzić bloga ( w nawet w sumie trzy...:) ) jednocześnie robiąc milion innych rzeczy. Ja w dodatku, jak taka wariatka dorzuciłam sobie jeszcze kilka zadań. Na razie nic nie będę o nich pisać, ale rozwijam się Moi Drodzy, aż miło. Nie wiem tylko, czy udźwignę to wszystko, bo zimna raczej sprzyja zaszyciu się w kącie z książką, niż bieganiu z miejsca na miejsce z kalendarzem w ręce, ponieważ nawet moja w sumie dość dobra pamięć nie ogarnie wszystkiego. 
W moim grafiku jest wszystko, nawet kawa z przyjaciółką... 
Ostatnio wolę więcej czasu spędzić poza wirtualną rzeczywistością, a w zamian za to spotkać się z kimś dla mnie ważnym (a krąg się zacieśnia, ajjj! ), obejrzeć film w kinie czy nawet w domu. Po protu muszę się po całym dniu wyautować przy dobrej książce, z termoforem pod pachą i kubkiem super aromatycznej herbaty. Potrzebuję czasu, gdzie liczę się tylko ja.  Obejrzałabym sobie z "Cud z 34 ulicy" czy "Masz wiadomość", "Ekspres polarny" czy "To właśnie miłość" lub też "Opowieść wigilijną". Ostatni czas nie był dla mnie ani specjalnie happy ani też nadto lucky, więc muszę to szybko naprawić.

Mamy grudzień. W Poznaniu codziennie sypie śnieg, który w tym roku zupełnie mi nie przeszkadza, miasto ozdobione jest, jak choinka, ale nie ma co się dziwić - idą święta. Lampki w moim mieszkaniu się nie liczą, bo wiszą w nim przez cały rok, ale chyba starość mnie dopada, bo coraz częściej myślę, że postawiałabym sobie w nim coś zielonego i pachnącego... Ostatni czas jest taki jakiś mało miły. W dodatku mam zajęcie na hematologii i dla mnie jest to naprawdę ciężkie doświadczenie. Jestem wrażliwa i się przejmuję, a do tego nie umiem się uodpornić i być ponadto. Wychodzę ze szpitala i cały czas z tyłu głowy mam pacjentów, z którymi rozmawiałam i trochę żałuję, że nie można wymazywać sobie pewnych rzeczy z umysłu.

Nawet cieszę się na święta, pomimo, że w wersji dla dorosłych nie są tak ekstra, jak w dzieciństwie, ale oznaczają po prostu relaks. Liczy się za to smakowite jedzenie, dobry humor, bliskość osób, które zawsze powinny być na wyciągnięcie ręki, ale życie weryfikuje po swojemu i jesteśmy porozrzucani po różnych miejscach na mapie, więc na co dzień nie ma na nic czasu.

Może powinnam upiec pierniki? Może, może... Może, gdy pojadę do domu, do rodziców. 

Wiem, że dla wielu osób zabrzmi to absurdalnie, ale tytułowe curry powstało z powodu braku innych składników w domu i przygotowałam je z tego, co miałam akurat pod ręką, choć wiem, że dla wielu zrobienie tego obiadu kojarzy się z zakupami i to nie byle gdzie. Ja świeże tofu przywiozłam z weekendowego wypadu do Wawy. Mleko kokosowe, orzechy, imbir czy curry zawsze mam w szafkach. Po prostu warto je trzymać, chociażby dla tej chwili, gdy okaże się, że nie ma czasu, aby nabyć świeże warzywa...


Składniki na 4 porcje:
  • 500-700 g tofu
  • puszka mleka kokosowego
  • łyżka czerwonej tajskiej pasty curry
  • 100 g orzechów nerkowca
  • 1 duża cebula, posiekana w drobną kostkę
  • 3-4 ząbki czosnku, posiekane lub przeciśnięte przez praskę
  • ok. 5 cm kawałek imbiru, starty
  • 1/2 natki pietruszki
  • sól i pieprz
  • 1 łyżeczka curry w proszku
  • olej
Tofu pokroić w 0,5-1 cm paski, natrzeć solą, curry w proszku i pieprzem i obsmażyć z obu stron na złoty kolor. Przełożyć na papierowy ręcznik, aby wsiąknął nadmiar tłuszczu.
W rondlu rozgrzać 2 łyżki oleju, dodać cebulę i smażyć na średnim ogniu przez 5 minut, a następnie wsypać czosnek i imbir, po chwili dodać orzechy i pastę curry. Wymieszać. Wlać mleko kokosowe, ponownie wymieszać i doprowadzić do wrzenia. W tym czasie posiekać natkę. Sos curry posolić do smaku i wymieszać z natką. Sos mieszamy z paskami usmażonego wcześniej tofu i podajemy w ryżem lub ulubioną kaszą. Gotowe.



Bycie dziwną dziewczyną niczego nie ułatwia i chyba tylko Robert Smith chciałby być z dziwną dziewczyną. Każdy normalny wymięka. Mówię Wam. ;)

You're such a strange girl
I think you come from another world
You're such a strange girl
I really don't understand a word
You're such a strange girl