piątek, 30 listopada 2012

Jednogarnkowa potrawka z ryżem, dynią i czerwoną fasolą

Sezon dyniowy jeszcze trwa i nie byłabym sobą, gdybym sobie odpuściła eksperymentowanie z tym cudownym warzywem. Zawsze zaskakuje mnie, jak wiele osób za nim nie przepada, bo o ile szpinak czy brukselka to jakaś dziecięco-przedszkolna trauma, którą zdaje się, że umiem leczyć, o tyle niechęci do dyni nie pojmuję. Już sam jej kolor jest zachęcający, a jak jeszcze pomyślimy, jak doskonale sprawdza się w daniach słodkich i pikantnych to pozytywne uczucie do niej spotęgowane jest do rozmiarów kosmosu... 
Niestety, bądź stety biorąc pod uwagę wrodzony pracoholizm, mój dzień się kurczy, a tydzień przelatuje dosłownie pomiędzy palcami. Nie mam czasu na chwilę oddechu. W sumie nie mam wolnego czasu, gdy patrzę w kalendarz i nawet takie przyjemności, jak kawa w przyjaciółką, nauka niemieckiego, kapela, blogi, które piszę czy Vegan Hooligan Crew stały się kolejnym punktem napiętego grafiku. Choć lubię to swoje życie, bo chyba o żadnej z tych aktywności nie mogę napisać, że są dla mnie kulą u nogi. Wręcz przeciwnie, są jasnymi punktami wypełniającymi moją codzienność...
Gdzie w tym wszystkim gotowanie wegańskich obiadów? Gdzieś pomiędzy jednymi zajęciami, a drugimi. Nigdy nie gotuję na jeden dzień. Dania muszą być co najmniej dwudniowe, proste do ogrzania o każdej porze. Ważne jest oczywiście też to, aby były pożywne i dostarczyły nam energii na resztę dnia. Wiem, ze Wam wyda się to zapewne chore, ale planuję co będę jeść z tygodniowym wyprzedzeniem, żeby nabyć potrzebne składniki i nie tracić czasu na zakupy w tygodniu. Pewnie, może zabijam w sobie jakiś kulinarny polot czy spontaniczność, ale tylko dzięki temu jem zdrowo, inaczej skończyłoby się na pierogach z paczki, frytkach w uczelnianej knajpie, zupce chińskiej i fasolce w pomidorach z puszki.  Czasami mam wrażenie, że zamienię się w Monicę z "Przyjaciół" z tym obsesyjnym zreorganizowaniem... ;)  
Nie chcę zabić w sobie resztek spontaniczności, które gdzieś tam na dnie serca posiadam, ale nie mam wyjścia, ponieważ mój świat to domek z kart i muszę być bardzo ostrożna, aby się nie posypał...

Wiem, że może poniższe danie nie należy do najbardziej atrakcyjnych, ale taka już wada dań jednogarnkowych, że najpiękniejsze nie są, ale poza tym mają same zalety...



Składniki:
  • 1 łyżka oleju
  • 1 cebula, posiekana w drobną kostkę
  • 1 czerwona papryka, pokrojona w kostkę lub paski
  • 2 łodygi selera pokrojone w cienkie paski ( opcjonalnie ) 
  • 4 ząbki czosnku
  • 2 liście laurowe
  • 2 łyżeczki słodkie papryki
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1 łyżka soli
  • 2 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 puszka pomidorów, siekanych 
  • ok. 700-800 g dyni, pokrojonej w 2 cm kostkę
  • 1/2 szklanki ryżu basmati 
  • 1 puszka czerwonej fasoli, odsączonej i przepłukanej w wodzie 
Rozgrzej oliwę w rondlu, następnie dodaj cebulę, paprykę, seler i czosnek. Wsyp szczyptę soli i smaż na średnim ogniu przez 7 minut, gdy będzie taka potrzeba dodaj odrobinę oleju. Następnie dodaj liście laurowe, przyprawy oraz zioła i smaż 30 sekund. Wlej bulion i pomidory, dodaj dynię, ryż i fasolkę. Przykryj rondel i doprowadź do wrzenia. Gotuj około 20 minut na małym ogniu. 
Na końcu wyjmij listki laurowe i  posól do smaku. 
Serwuj na ciepło! Smacznego! :) 




Słucham dużo i różnego, jak na przykład tego.


środa, 28 listopada 2012

Robimy dyniowy mus na zapas! :)

O tym jak bardzo kocham dynię rozpisuję się na moich blogach przy każdej możliwej okazji. Muszę jednak ze smutkiem zauważyć, że sezon na nią powolutku mija, choć tu i ówdzie, zwłaszcza na ryneczkach można ją jeszcze bez żadnego problemu dostać. 
U mnie, w rodzinnym domu dynię się mrozi. Rodzice po prostu obierają ją i kroją w kostkę, a później wrzucają do zamrażalnika w stanie surowym  Stąd zimą, od czasu do czasu, pojawia się na stole zupa dyniowa. Taka poznańska, na mleku ( sojowym obecnie:)) na słodko. Osobiście nie jestem jej wielką fanką, ale to tylko dlatego, że nie lubię słodkich obiadów. Taka zupa z kolei na bank pasowałaby mi na śniadanie. Z pełnoziarnistym makaronem na przykład. 

Ja też, podobnie jak moja Mama i Tata, mrożę dynię w swoim poznańskim mieszkaniu. Ale robię to nieco inaczej, bo w formie musu. Dzięki temu mam od razu gotową bazę do ciast, muffinów, ciasteczek, deserów, zup  czy sosów. 
Patent na przygotowanie dyniowego musu widziałam na wielu blogach. 



1. Dynię przecinam na pół i wyciągam ze środka pestki
2. W zależności od jej wielkości: jedną połowę lub obie, gdy się mieszczą układam na blasze z piekarnika przekrojoną częścią ku dołowi. 
3. Wlewam 2-3 szklanki wody do blachy. 
4. Tak przygotowaną dynię piekę przez około 1,5 godziny w 200 st.C.
5. Następnie dynię studzę, ściągam skórę, a dynię mielę w blenderze lub malakserze. 

Przekładam do pojemników do mrożenia, szczelnie zamykam i wkładam do zamrażarki. Gotowe.

Róbcie zapasy, żeby potem nie było płaczu, że dyni nie ma...


środa, 21 listopada 2012

Dyniowe muffiny z siódmej edycji wegańskiego chuligańskiego lunchu

O przepis na dyniowe babeczki, które przygotowywałam z siostrą na Halloween Vegan Lunch pytało wiele osób. Ja rozkładałam ręce w zakłopotaniu, ponieważ opracowałam sobie przepis na mniej więcej 140 muffinów i jak tutaj podać przepis na standardowe 12...? Oczywiście musiałam zebrać się w sobie i spróbować zrobić je raz jeszcze, ale w normalnej, domowej ilości. Było to dla mnie o tyle kłopotliwe, że jem mało słodyczy, mieszkam z siostrą, która ma podobne podejście, musiałam więc poczekać, aż znajdzie się grupa osób, które bez wymówek skuszą się spróbować moich kulinarnych eksperymentów. Jak się okazało, po to ma się miedzy innymi kapelę... :)

Muffiny są aromatyczne, mięciutkie i wilgotne, dzięki zawartej w niej dyni i polecam Wam je serdecznie. Wykorzystujcie dynię dopóki sezon na nią trwa. Ja sama kupiłam sobie jeszcze jedną, aby pomrozić trochę musu na zapas i móc sobie upiec coś na bazie tego pękatego warzywa, gdy nagle zimą dopadnie mnie ochota na dyniowe brownies! :)

Dziś jest Dzień Życzliwości,  więc zaplanujcie sobie coś fajnego w ramach bycia dobrym dla siebie i dla innych. My z siostrą pieczemy dla kogoś coś słodkiego, a ja sama postanowiłam, że oprócz zagłębiania wiedzy z endokrynologii, w ramach sprawiania sobie niecodziennej przyjemności, poczytam świetnego bloga Pana Igora z równie dobrej kapeli We Are Idols. Tak mnie wciągnął, że na podręcznik "Szczekla" patrzę z lekkim wyrzutem... :)

 pic by Sylwia
Składniki: 
  • 1 szklanka startej dyni, odciśniętej z nadmiaru soku 
  • 1,5 szklanki mleka roślinnego 
  • 3 łyżki octu
  • 0,5 szklanki cukru trzcinowego
  • 3/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki kardamonu
  • 1/4 łyżeczki goździków
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 2,25 szklanki mąki, dowolnej, może być pełnoziarnista
Mleko wlewamy do miski i dodajemy do niej ocet. Odstawiamy na 3 minuty, aby mleko zgęstniało. Dodajmy przetartą dynię,  cukier, olej, sodę, proszek do pieczenia i przyprawy. Na koniec mąkę i solidnie mieszamy. Przygotowujemy 12 foremek. Uzupełniamy przygotowanym ciastem po brzegi. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 st. C przez około 25-30 minut, do suchego patyczka.
Gotowe!

                                                                                                     pic by Sylwia


A tu rada na każdy dzień, a nie tylko na 21 listopada! Doceńcie samych siebie! :) 




Aaa! I Jeszcze utwór na dziś:

"I came to this world with nothing
and I leave with nothing but love
everything else is just borrowed"





niedziela, 18 listopada 2012

Curry z tempehem i suszonymi grzybami

Ech... ten pracoholizm... Listopad to mgliste poranki, krótkie dni i wrażenie, że cały czas jest ciemno... Jest to czas idealnie wpisujący się w konwencję: kanapy+koca+herby+gazety lub książki. Ciężko tę wizję zrealizować, ale wczoraj wreszcie udało mi się przewertować zeszłotygodniowe "Wysokie Obcasy" i przeczytać tekst, o którym pisała na swoim blogu ostatnimi czasy Mad Tea Party.  Artykuł jest zbiorem wypowiedzi kobiet w różnym wieku, z różnym wykształceniem, podejściem do życia, na temat tego, jakie pytania zadawane im na co dzień przez ludzi je otaczających drażnią je i denerwują, a jakie z kolei pytania chciałyby usłyszeć.. 
Moja lista pytań, które działają na mnie, jak płachta na byka na pewno byłaby niemała, ale skoro blog dotyczy jedzenia to powiem o jednym: "Nadal jesteś weganką?" i jeszcze kilka rzeczy zawierających w sobie "Nadal.... ( robię coś co społecznie uznane jest za dziwactwo...)?" Na szczęście nie pada ono za często, z reguły kiedy spotykam kogoś po latach. 
W tym pytaniu zawiera się jakiś rodzaj braku szacunku dla tego kim jestem i co robię. Jest to takie  negatywne podkreślanie mojej odmienności i spojrzenie na mnie z góry. Traktowanie mojej filozofii życia, wynikającej z wrażliwości na los innych istot żywych, jak fanaberii i mody, która przecież w końcu musi mi minąć... Oczywiście z reguły przymykam na to wszystko oko, macham ręką i idę dalej. 

Jest jeszcze druga strona medalu. Jak często ja zadaję ludziom pytania, na które nie chcą odpowiedzieć. Choć osobiście wydaje mi się, że mało pytam. Czasem aż się z tym źle czuję, bo mam wrażenie, że moi rozmówcy myślą, że nie jestem zainteresowana tym, co mają mi do powiedzenia. A to nie tak. Z jednej strony czuję się przytłoczona informacjami, tanimi sensacjami, plotkami i wolę nie pytać o więcej. Z drugiej strony daję mojemu rozmówcy to, co sama lubię dostawać - przestrzeń i możliwość powiedzenia tego, co chce wyznać i nie zmuszam do odpowiadania na niewygodne pytania, które przecież mogę nieświadoma zadać. Poza tym wiem, że ludzie, z którymi moje losy się splotły nie oczekują, aż zadam im milion pytań, ale sami opowiedzą mi swoje historie. Podobnie, jak i ja im. Tak to działa w moim świecie. 

 A jakie pytania chciałabym ja usłyszeć. Chyba najbardziej te, i tu zgodzę się z moją rówieśniczką z tekstu z "WO", czy ja w ogóle chcę tego słuchać. Czy interesują mnie te plotki, ploteczki, które nie wnoszą w moje życie nic sensownego, są krzywdzące i przede wszystkim sprawiają, że zniżamy się do poziomu tabloidów i portali plotkarskich,  a przecież wiem dobrze, że jesteśmy mądrzejsi, mamy bardziej "głębokie" podejście do życia i dużo więcej do powiedzenia. Nie wiem, czy wynika to z wpisywania się w jakieś trendy, ale chyba czas z tym skończyć, co?

I jeszcze na zakończenie o jednym pytaniu, które faktycznie zadaję często, gęsto i wszystkim. Jest to też pytanie, które też prawie każdy kieruje w moją stronę. Nie ważne czy widzimy się codziennie czy raz na 5 lat, zazwyczaj pada fundamentalne: "Co tam słychać?", "Jak tam?" itp. itd. Kiedyś nawet mnie to troszkę irytowało  szczególnie, kiedy padało z ust osób, które widzę rzadko, bo po pierwsze trudno jednym zdaniem streścić wszystko, co dzieję się z moim życiu, a z drugiej strony miałam wrażenie, że pytającego/cej tak naprawdę odpowiedź nie odchodzi... Myślę jednak, że dla większości osób jest jakimś punktem zaczepienia, sposobem na zagajanie i złapanie kontaktu i nie mam do nikogo pretensji, że mi je zadaje. 
Inaczej natomiast na nie odpowiadam. 
Osobom, które widzę często mówią po prostu " w porządku". 
A całej reszcie, że jestem teraz bardzo, bardzo szczęśliwa. Jak nigdy. Zmęczona, ale spełniona... I z reguły więcej pytań nie ma...

Życzę Wam Moi Drodzy blogowi goście, abyście mogli się pod moją odpowiedzią podpisywać obiema rękami. 

A teraz czas na jedzenie! Danie może nie końca wpisuje się w konwencję bloga, bo tempeh nie jest tym, co dostać jest super łatwo i tak naprawdę każdy z nas trzyma go w lodówce. No nie. Ale jeżeli nie macie tempehu to pokombinujcie z tofu lub też ulubionymi strączkami i uwierzcie mi, że efekt też będzie fajny.  Szkoda, że nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, ale bardzo się spieszałam  Przepraszam Was bardzo! :*Zatem do dzieła! 

Składniki:
  • 1/2 szklanki suszonych grzybów
  • 3/4 szklanki gorącej wody
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1 cebula, posiekana
  • 1 duża czerwona papryka, pokrojona w drobną kostkę
  • 3 ząbki czosnku, posiekany lub zmiażdżony
  • 2 łyżki świeżo startego imbiru
  • 2-3 łyżki curry
  • 200 g tempehu, pokrojonego w kostkę, ugotowanego na parze przez około 15 minut
  • puszka mleka kokosowego
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
Grzyby zalej gorącą wodą i mocz je w niej przez około 15 minut.
Na głębokiej patelni rozgrzej olej, dodaj cebulę i paprykę i smaż, mieszając przez około 3 minuty.
Dodaj czosnek, imbir, curry i wymieszaj. Smaż kolejną minutkę mieszając. Następnie wsyp tempeh. Smaż go do czasu aż się delikatnie zbrązowi. Odcedź grzyby, ale pozostaw grzybowy wywar. Grzyby wrzuć na patelnię i smaż 2-3 minuty, a bulion wymieszaj z mlekiem kokosowym.
Mleko wlej na patelnię. Posól i popieprz do smaku. Zmienisz ogień na minimum i gotuj przez 20 minut. Sos nam ładnie w tym czasie zgęstnieje.
Gotowe posyp natką lub kolendrą i podawaj z ulubioną kaszą lub ryżem. :)
*** Ja w międzyczasie dodałam jeszcze garstkę tajemniczych liści z Mauritiusa, które dostałam do Super Daggi, bo są one podobno dodawane do curry przez tamtejszych Hindusów....



Smacznego! :)

No właśnie! A teraz fundamentalne pytanie : "Will u still love me tomorrow? "


piątek, 9 listopada 2012

Crumble jabłkowo-malinowe

Listopad jest takim czasem, kiedy zagorzała przeciwniczka jedzenia słodyczy i jednocześnie największa fanka świata pieczenia patrzy z wyrzutem na słój cukru trzcinowego i z utęsknieniem na piekarnik i gdy tylko znajdzie chwilę czasu umila go sobie pieczeniem, a potem jedzeniem. Trzeba trochę podrasować poziom endorfin w naszym organizmie. Jedzenie domowych wypieków jest dosyć skuteczną terapią muszę przyznać. Już samo pieczenie wyzwala we mnie dużą ilość hormonów szczęścia, a jak dodamy do tego smakowanie to jestem w przysłowiowym niebie.:) Mam jeszcze kilka sposobów i myślę, że każdy z Was posiada swój. Zostawię je dla siebie i nie będę ich komentować... :)

Wieje mi w twarz, woda spod kół pryska po placach, ale się nie zniechęcam. Codziennie rano przełamuje lenistwo i ruszam do szkoło-szpitala. Mam teraz tak dobry czas w życiu, że nawet w najgorszy miesiąc w roku, kiedy ciągle jest ciemno, zimno i pada, nie przestaję się uśmiechać. I słyszę zewsząd, że wyglądam na taką szczęśliwą i spokojną pomimo zmęczenia, które oczywiście gdzieś tam wychodzi. Czasami wprawia mnie to w zakłopotanie, bo odnoszę wrażenie, że wiele osób woli mnie smutną i taka pogodna jestem nieinteresująca. A ja? Czuję się zmęczona  smutkiem, który przecież siedzi w każdym z nas. Nie czarujmy się, to nie jest tak, że nie mam problemów i zmartwień. Każdy ma. Tylko, że ja stawiam im czoła. Nie daję się pokonać. Wypracowałam w sobie system, jakąś taką niewytłumaczalną dla mnie samej siłę. Kiedy robi mi się źle, mam ciężki dzień to po prostu daję sobie czas. Najlepiej jest mi wtedy samej. Kiedy wychodzę do ludzi to nie odnajduję w nich pocieszenia, a wręcz odwrotnie, rozmawianie o tym stanie sprawia, że on się potęguje. Nie robię niczego, na co nie mam ochoty. To naprawdę pomaga. Dystansuję się, układam w głowie rozwiązanie i to pozwala mi być ponad tymi smutkami. Więc kiedy się uśmiecham jest to absolutnie szczere, a kiedy się martwię znikam z pola Waszego widzenia...

Oczywiście, po miesiącu październiku, kiedy udawało mi się jakoś godzić szkołę i dbanie od dobre jedzenie, musiał nastąpić czas, gdy mam dni, a jest ich coraz więcej, kiedy trudno mi ogarnąć coś rozsądnego na obiad. Ostatnio postanowiłam poratować sytuację jakimś fajnym deserkiem, skoro śniadania nie zjadłam ( zaspałam!), a obiad był taki na "pół gwizdka". Potrzeba matką wynalazku, a proste przepisy najlepszym przyjacielem łasucha. Tak powstało właśnie tytułowe crumble. Jest to doskonała przekąska, gdy wpadają do nas niespodziewanie goście. Robi się ją w okamgnieniu, składniki większość z nas zawsze ma w domu, a przy tym są efektowne. O tej porze roku wszystko co ciepłe jest po prostu szczególnie przez nas pożądane... 
Przyznam się Wam teraz, że po raz pierwszy użyłam do pieczenia kokilek, które nabyłam już ponad 2-3 lata temu... Z reguły służyły mi jako miseczki na jakieś pasty. Naprawdę nie wiem dlaczego w nich do tej pory nie piekłam. Dziwadełko ze mnie pierwsza klasa! :)


Aby zrealizować ten przepis potrzeba nam czterech kokilek lub jednego żaroodpornego naczynia, które będzie miało w sumie wymiar czterech kokilek. ( naprawdę nie wiem, w jaki sposób mogłabym to lepiej wyjaśnić...)

Składniki:
  • 1 bardzo duże jabłko lub dwa mniejsze, pokrojone w kosteczkę, ja nie obieram, ale jeżeli wolicie,  możecie to zrobić.
  • 20 malin mrożonych lub świeżych
  • 2 łyżki wiórków kokosowych
  • 1 łyżka cukru trzcinowego
  • 4 łyżki mąki pełnoziarnistej
  • 2 łyżki płatków owsianych
  • 4 łyżki oleju 
  • 2 łyżki wody
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
Piekarnik nagrzewamy do 180 st.C. Pokrojone jabłko/a mieszamy z cynamonem i imbirem i przekładamy po równo do kokilek lub całe do naczynia żaroodpornego. Dodajemy maliny ( po 5 do każdej kokilki). W misce mieszamy płatki koko, mąkę, cukier i płatki owsiane. Dodajemy olej i wodę i mieszamy do utworzenia kruszonki, którą równomiernie dzielimy na cztery i pokrywamy przygotowane owoce.
Pieczemy 20-25 minut, aby kruszonka ładnie się zarumieniała. Gotowe.

Przed zjedzeniem wymieszać kruszonkę z owocami ukrytymi pod nią! :)




When everybody is dancing
I don't want to
when everybody is joking
I don't want to
when everybody is laughing
I dont want
everybody but me
when everybody is drinking
I don't want to
when everybody is smoking
I don't need more
when everybody is fooling
I don't want to
everybody but me




Chai Chai ciacha!

Te chai ciacha obczaiłam na swoim ulubionym blogu już ładny czas temu. Obecnie piekę rzadko, ponieważ obiecałam sobie nie objadać się słodyczami, gdyż nie służy to niczemu dobremu... 
Oczywiście, jak to z anglosaskimi przepisami bywa trzeba je zmodyfikować i w moim przypadku polegało to na odrzucaniu szklanki cukru (!). Piekłam je bardziej dla kogoś innego niż dla siebie, ale z dwa zjadłam i myślę że ciacha i tak były bardzo słodkie, więc nawet nie wyobrażam sobie, czy gdyby trzymać się oryginału udałoby mi się zjeść choć jedno bez kubka mocnej czarnej kawy...


Zaletą tej receptury jest przede wszystkim to, że nie potrzeba nam żadnej tam wegańskiej margaryny i innych cudów na kiju... Ponad to są bardzo proste i spokojnie można je zrobić z dziećmi, które mają taką "przypadłość", że bardzo  lubią piec ciasteczka... 

Składniki na około 20 ciastek:

Na posypkę*:
  • 1/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 3/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • szczypta goździków  
Na ciasto:
  • 1/2 szklanki oleju rzepakowego
  • 1/4 szklanki syropu klonowego
  • 3 łyżki mleka roślinnego 
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 2 szklanki mąki ( ja użyłam pełnoziarnistej firmy kojarzącej się z makaronem ;))
  • 1 łyżeczka sody
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
Składniki na pokrycie ciastek wymieszać i odstawić na bok. 
Piekarnik nastawić na 180 st.C i przygotować dwie blaszki do pieczenia, wyłożone papierem lub silikonową matą. 
Klasycznie w jednej misce mieszamy suche składniki, w drugiej mokre. Dodajemy jedne do drugich i ugniatamy jednolite ciasto. Zwilżonymi rękoma formujemy kuliki wielkości orzecha włoskiego, obtaczamy w przygotowanej posypce i spłaszczamy na około 5 cm dyski. Układamy na blasze i pieczemy 10-12 minut. 
Po wyjęciu z piekarnika odczekujemy 5 minut a następnie przekładamy na kratkę, aby je całkowicie wystudzić. Gotowe!

Doskonałe z kawą lub aromatyczną zieloną herbatą!


Soundtrack do pieczenia: Thursday - "War all the time" -  tak się jesienią "zemowałam ";)

środa, 7 listopada 2012

Przepis na "lunchową" sałatkę Cobba i garść rozkmin!

Dlaczego dni tak szybko uciekają? Czas biegnie, miłe chwile przelatują mi między palcami i życie jest raczej gonitwą, a nie spacerkiem. Właściwie, jakbym miała trzymać się sportowych metafor to porównałabym je do biegu przełajowego lub przez płotki... Całe szczęście, że ciągle do przodu... Nie mam czasu na pisanie ani jednego z moich trzech blogów.
Ostatnio nurtuje mnie milion myśli, bo nie wiem jakim lekarzem chcę być, a choć dla Was może brzmieć to banalnie, dla mnie jest to najtrudniejsza decyzja w życiu, znacznie bardziej kłopotliwa niż np. decyzje o rozstaniach z ludźmi ważnymi w moim życiu. 
Wiem, że stałam się kimś, kim kiedyś nie chciałam być. Stałam się człowiekiem uzależnionym od medycyny. Nigdy nie sądziłam, że wypełni całe moje życia, ale teraz wszystko się zmieniło. Czyściwo już w realizacji, a częściowo w planie mam dużo kół naukowych, pisanie prac, wolontariat w szpitalu. A jeszcze przecież mam przyjaciół, których potrzebuję, mam lunche, a nawet kapelę, która powoli się rozkręca...A czasami też muszę, gdzieś wyjść - na koncert, do kina, teatru czy po prostu na kawę z kimś super ważnym.
Czy mam marzenia? Tak milion. Czy wszystkie wiążą się z moim medycznym życiem? Nie, ale te najważniejsze w tej chwili tak... 
Tak się rozpisałam, a wystarczyło napisać, że nie wiem, kim chcę być... Mam potrzebę wygadania się, bo wydaje mi się, że jak to z siebie wyrzucę przed całym światem, to problem sam się rozwiąże...

 ****

Czekacie na nowe przepisy? Będą, będą. Te prostsze na Happy Go Lucky, a te pokomplikowane tutaj. Medyczne rozkminy na Me&Me

****
Za nami kolejny już Vegan Lunch zorganizowany przez non-profitową grupę, którą mam ogromną przyjemność współtworzyć - Vegan Hooligan Crew. Nieskromnie napiszę, że z lunchu na lunch jesteśmy coraz lepsze w tym, co robimy... Kreatywne i pracowite z nas dziewczyny i pomimo, że na co dzień nie mamy ze sobą dużo wspólnego, łączy nas wegańska idea i pasja. Jak się okazuje tyle wystarcza, aby zrobić fajną imprezę i przyciągnąć tłumy. Nie jesteśmy zawodowymi kucharkami, nikt nas nie uczył gotowania. Trudno wypowiadać się za innych, ale myślę, że Sylwię czy mnie do rozwoju kulinarnego mobilizują blogi, które prowadzimy. Agata, moja siostra czy reszta grupy to chyba takie samoistne talenty zdaje się. O reszcie trudno mi się wypowiedzieć, bo nie widzę ich na co dzień, ale Agacie gotowanie, jeżeli już znajdzie czas , przychodzi z taką lekkością, że zazdroszczę jej tego trochę i nie dziwię się w ogóle, że burgery, które robiła stały się lunchowym hitem:)

Często mówi się, że jedzenie jest nieważne, ale myślę, że w naszym przypadku jest bardzo istotne... Gotowanie ku mojemu zaskoczeniu jest swego rodzaju aktywizmem, ponieważ w bardzo przystępny i lubiany przez wiele osób sposób promuje weganizm. Nie wiem, ale myślę, że nasze lunche swoim pozytywnym oddźwiękiem mają szansę coś zmienić, chociażby podejście do wegan. Patrzenie na nas, jak na normalnych ludzi, a nie jakiś odszczepieńców... Myślę, że pokazujemy weganizm od najlepszej z możliwych stron. Nie zapominamy jednak, że tak naprawdę chodzi o zwierzęta, dlatego dochód z lunchy wspomaga między innymi rożne pro-zwierzęce inicjatywy.

Halloween'owy lunch, choć początkowo, gdy go omawiałyśmy wydawało mi się, że nie miałyśmy pomysłu na menu, okazał się najlepszym dotychczas. Dania były super smakowite. Cieszyły oko i podniebienie i chyba są to nie tylko moje odczucia. Tak pozytywnie jeszcze nigdy żaden z naszych lunchy nie został odebrany. Jest to dla nas tylko motywacja, aby robić je dalej, choć trzeba przyznać, że poprzeczkę same stawiamy sobie coraz wyżej... :) 
Chyba z żadnego wcześniej nie byłam tak duma, ale jednocześnie też żaden mnie tak nie wykończył... :) Nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni.:) Z jednej strony wypompowana, z drugiej naładowana energią, którą wlał we mnie ten zadowolony tłum lunchowych gości. 

Sylwia, na swoim blogu oraz naszej fb stronie stworzyła piękną fotorelację. Możecie zobaczyć jedzenie i pracujące, jak mrówki chuliganki. :) 

Cieszę się bardzo, że inicjatywa nie upadła po przerwie wakacyjnej. Dobrze, że jest chęć, zajawka i energia. Fajnie, że lunche spotykają się z takim zainteresowaniem i mam nadzieję, że nie przerosną nas Wasze oczekiwania wobec nich... 
Kolejny lunch w grudniu! Czekajcie na informacje na facebooku i blogach: Sylwii i moim tym czy innym. :)

Obiecałam sobie, że umieszczę chociaż cześć potraw, które na lunch przygotowałam z moją siostrą. Aby nie być gołosłowną, zrobię to już dziś.
Na pierwszy ogień idzie moja wariacja na temat słynnej amerykańskiej sałatki - Cobb salad. Jest to raczej jedna z tych sałatek, które zakwalifikowałabym do działu - "na bogato", ponieważ nie wszystkie składniki można dostać w osiedlowym "spożywczaku". :P

foto by Sylwia


Wegańska sałatka Cobba 

Składniki:

  • 200 g liści szpinaku, może być "baby" lub zwykły, ale przy tek drugiej opcji należy liście trochę porwać na mniejsze kawałki
  • 2 puszki czerwonej fasoli, odsączonej i przepłukanej
  • 2 kostki wędzonego tofu, pokrojonego w kostkę
  • 4 dojrzałe pomidory
  • słoiczek czarnych oliwek
  • opakowanie kostki sojowej,  namoczonej w bulionie, obtoczonej w mące wymieszanej w "przyprawą do kurczaka" ( taką niechemiczną znajdźcie, oczywiście wegańską. Nie jest to na szczęście takie trudne.) i usmażonej na oleju
  • 2 awokado pokrojone w kostkę
  • około szklanki ulubionych kiełków, ja miałam brokuła i rzodkiewki
Wybrać dużą szklaną miskę, w której układamy po kolei, dokładnie tak, jak podałam powyżej składniki sałatki. 

Przygotowujemy sos - najlepiej w shakerze, a jak nie macie może być zwykły słoik. :)

 Sos:
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
  • 2 łyżeczki musztardy np. sarepskiej
  • 1 roztarty ząbek czosnku
  • 1/2 - 2/3 łyżeczki soli morskiej
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1/4 łyżeczki pieprzu
  • 2 łyżeczki ziół prowansalskich lub bazylii lub majeranku( ziała dodajemy wg gustu może ich być mniej lub więcej mogą być takie lub inne, mogą być mieszanką różnych)
  • 1/2 szklanki oleju z pestek winogron


Wszystkie składniki sosu umieszczamy w pojemniku i wstrząsamy nim kilkakrotnie, tak aby wszystkie składniki się ze sobą połączyły i powstał sos o jednolitej konsystencji.


Winegretem polewamy sałatkę tuż przed podaniem, mieszamy.Polecam też pomieszać niszcząc pięknie ułożone warstwy, aby ułatwić zasmakowania całości, a nie tylko wierzchnich warstw. :) 

Gotowe! 

W głowie "mess", więc trzeba trochę posłuchać pana, który mówi z takim pięknym akcentem, że wymiękam ( british englich <3 :=":" dodatku="dodatku" drze="drze" m="m" tak="tak" w="w">


piątek, 2 listopada 2012

Pasta z zielonego groszku z garam masalą.

"A z czym ty jesz chleb?" jest jednym z częstszych pytań dotyczących mojego jedzenia. Myślę, że niejedna  osoba bardzo by się zaskoczyła widząc, jak rozmaite są moje kanapki. Pomijając duży wybór różnych past dostępnych z sklepach, można cały czas tworzyć własne D.I.Y. Mamy w tej kwestii ogromne pole do popisu, bo wariacji jest milion. Tak właściwie to taka niekończąca się opowieść... Oprócz takich klasyków, jak  hummus, tapenade czy guacamole, które mogą być przyrządzone różnie z rozmaitymi dodatkami, mogę zrobić pastę prawie ze wszystkiego, co wegańskie. Od strączkowców, przez warzywa, orzechy i ziarna, w tym kasze, aż po grzyby, w tym drożdże.

Dziś przedstawiam Wam fajną pastę z groszku.

Przepis pochodzi z książki "Przemytnicy na wakacjach" wyd. 10000 stopni. Tytułowa pasta jest wykorzystana w niej jako nadzienie do indyjskich placków zwanych paratha. Robiłam je kiedyś wspólnie z siostrą podczas pobytu w Sheffield i o ile samej parathy nie chcę mi się znowu piec, bo to sklejanie, wałkowanie i smażenie z obu stron to za dużo pracy na co dzień, o tyle sama pasta z groszku jest fajnym pomysłem na smarowidło kanapkowe. Tak mi zasmakowała, że czasami ją sobie przyrządzam i jem z razowym pieczywem, pomidorem i cebulką! 


Składniki:
  • 200 g zielonego mrożonego groszku ( pewnie można użyć też konserwowego z puszki lub słoika)
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka garam masali
  • 1/4 łyżeczki suszonego imbiru
  • 1/2 łyżeczki mielonej kolendry
  • sok z 1/3 - 1/4 cytryny
  • sól i pieprz do smaku
Groszek należy ugotować ( około 2-3 minuty od momentu zagotowania się wody). Następnie połączyć wszystkie składniki i zmiksować blenderem na jednolitą masę. Pasta jest aromatyczna i kwaskowata! Fajna na kanapki! Smacznego!

Pogodna piosenka, aby rozchmurzyć się trochę w te listopadowe dni! :)


Tears dry on their own! :)