poniedziałek, 29 października 2012

Cukinia z ciecierzycą po marokańsku



Zazwyczaj cała trudność mojego gotowania polega na tym, że używam przypraw. Przypraw, które tak naprawdę są bardzo łatwo dostępne, ale wielu z nas nie wykracza poza sól, pieprz, paprykę słodką, ostrą, majeranek i zioła prowansalskie. Patrząc więc na przepisy, które  Wam proponuję, niekoniecznie mojego autorstwa, ale zaczerpnięte z rozmaitych książek, szybko się zniechęcacie. Myślcie: "Eee tam! Bez sensu to danie... Zrobię makaron z sosem pomidorowym...". Otóż, jakbyście się zagłębili w te receptury trochę bardziej, to szybko skumacie, że zainwestowanie w curry, kurkumę, imbir, chili, cynamon, kolendrę, gorczycę i kumin czy tymianek nie pójdzie na marne i raz dwa nauczycie się z nich korzystać do tego stopnia, że zaczniecie je dodawać do dań, które sami wymyślicie lub tych, które znać już od lat. Uzupełniajcie sobie Wasze przyprawy powoli, aż w końcu któregoś dnia będziecie mieć kilkadziesiąt słoiczków wypełnionych aromatycznymi mieszankami o cudownych właściwościach nie tylko kulinarnych, ale też medycznych, ponieważ mnóstwo ziół i przypraw ma właściwości lecznicze. Te ostatnie można by na dobrą sprawę omawiać na osobnym blogu, jeżeli ktoś tylko miałby taką zajawkę. :)

Dzisiejsze danie pochodzi z książki Isy Chandry Moskowitz " Appetite for reduktion" i podobno pochodzi z Maroka. 
Nie byłam jeszcze w Maroku, więc na dobrą sprawę mogę sobie tylko wyobrazić smak tamtejszych dań, a porównam  przy okazji... Może to danie ma więcej wspólnego z Marokiem, niż znana nam kuchnia meksykańska z Meksykiem, które została przerobiona przez Amerykanów, zanim poszła w świat... 

Autorka sugeruje podać potrawkę z kuskusem. I myślę, że to połączenie jest idealne. Ja jadłam je dwukrotnie, raz właśnie ze wspomnianą kaszą, a raz z brązowym ryżym. Polecam!

Składniki:
  • łyżka oleju roślinnego
  • 1 cebulka pokrojona w cienkie paski
  • 4 ząbki czosnku, posiekanego w cienkie plasterki
  • 1 łyżka świeżego imbiru ( możecie użyć suszonego)
  • 1/2 łyżeczki płatków chili
  • 2 liście laurowe
  • 1 łyżeczka zmielonego kuminu
  • 1 łyżeczka zmielonej kolendry
  • szczypta cynamonu
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 2 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 szklanka marchewek baby lub zwykłych, pokrojonych w grube plastry
  • 2 cukinie pokrojone w 1,5 cm kostkę lub półksiężyce
  • puszka pomidorów
  • 1 puszka ciecierzycy
  • 3 łyżki mięty plus dodatkowo odrobina do posypania ( możecie użyć suszonej np. herbaty, jeżeli nie macie świeżej)
W rondlu z pokrywką rozgrzej olej. Smaż cebulkę do czasu aż się zeszkli (ok.4 minuty). Dodaj czosnek, imbir i płatki chili i smaż kolejną minutę. Dodaj pozostałe przyprawy i smaż 30 sek. Wlej bulion i wymieszaj z marchewkami. Doprowadź do wrzenia, zmniejsz ogień i pozostaw na 10 minut. Wsyp cukinię, palcami rozdrobnij pomidory i dodaj je wraz z sokiem. Następnie wsyp odsączoną ciecierzycę. Przykryj rondel pokrywką i duś na małym ogniu przez 15 minut. Następnie ściągnij pokrywkę i gotuj kolejny kwadrans, aby odparować nadmiar płynu. Dodaj miętę i pozostaw jeszcze 10 minut. Wyciągnij liście laurowe, posól do smaku. Serwuj z kaszą kuskus lub ryżem posypaną miętą  i z surówką!

Ostatnio znowu na mną chodzi ten utwór. Może dlatego, że jest jesień. NAPRAWDĘ jest jesień, ale na pewno nie dlatego, że nie jestem zakochana...! ;)



                     
Mua! 

czwartek, 25 października 2012

Dynia na raz i na dwa!

Pewnie nie będzie to nic nowego, zwłaszcza dla czytelników mojego Hello Morning!, że jestem wielką fanką dyni. Mało jest typowo sezonowych warzyw, które "katuję" i eksperymentuję z nimi tak ochoczo, jak z dynią. Potrawy opierające się na pieczeniu tego pomarańczowego pękatego cuda upodobałam sobie szczególnie. Żyję w biegu, jak taka wariatka, to też zależy mi na tym, aby obiady były szybkie, ale jednocześnie zdrowe, smaczne, odżywcze. Po prostu domowe. 
Podczas, gdy dynia "siedzi" sobie w piekarniku, ja gotuję ryż lub makaron, przygotowuję surówkę ze świeżych warzyw, które uda mi się znaleźć w lodówce. Gotuję też zazwyczaj jakieś sezonowe warzywo na parze.W międzyczasie udaje mi się na bieżąco umyć naczynia, więc jem obiad bez perspektywy góry garów, które "czekają" na umycie. 
Idzie mi to bardzo sprawnie, więc obiad jest gotowy w maksymalnie 40 minut. W kuchni, jak wszędzie liczy się dobra organizacja, przemyślane działania i skuteczna współpraca, a lata praktyki sprawiły, że jestem mistrzem. ;) 

Dwa dania, które przygotowuje się podobnie, ale smakują zasadniczo inaczej. Makaron jest bardzo ziołowy. Risotto nieco mniej, choć  nie jest też wbrew pozorom zdominowane smakiem curry. 
Oba dania są smakowite i zachęcam Was do eksperymentowania!

Smacznego!  

Makaron z dynią


Składniki na dwie porcje:
  • 0,5 kg dyni, obranej i pokrojonej w spore 4-5 cm kawałki
  • kilka gałązek tymianku ( można zastąpić suszonym)
  • kilka listków mięty
  • 2 łyżki oleju
  • 3 ząbki czosnku
  • 10 dużych listków bazylii
  • sól
  • pieprz
  • odrobina chili w proszku lub w płatkach
  • 200 g makaronu razowego tagliatelle
  • 2 garści pestek słonecznika, prażonych

Piekarnik nagrzewamy do 220 st. Dynię układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skrapiamy oliwą, dokładamy tymianek i miętę oraz ząbki czosnku bez uprzedniego obierania i wstawiamy do piekarnika na 20-25 minut. Dynia musi się upiec.
W między czasie możemy ugotować makaron!
Upieczoną dynię przekładamy do naczynia, czosnek chłodzimy pod zimną bieżącą wodą, a następnie obieramy i dodajemy do dyni miękki upieczony środek. Solimy, pieprzymy do smaku oraz przyprawiamy chili. Dodajmy bazylię i wszystko razem miksujemy blenderem. Powstały sos mieszamy z ugotowanym makaronem. Posypujemy prażonymi pestkami słonecznika i odrobiną natki pietruszki.

Gotowe! 

Risotto z dynią


Składniki na trzy porcje:
  • 1 kg dyni, obrana i pokrojona w kawałki 
  • cebula, posiekana
  • 4 ząbki czosnku
  • 1,5 szklanki ryżu do risotto
  • 3 szklanki bulionu warzywnego
  • 4 łyżki oleju
  • 1 łyżka curry
  • 1 łyżeczka tymianku suszonego lub kilka gałązek świeżego
  • sól i pieprz do smaku
Dynię obieramy kroimy w 5cm kawałki. Wkładamy do miski i mieszamy z curry. Przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Polewamy 2 łyżkami oliwy. Obok układamy nieobrane ząbki czosnku. Wkładamy do piekarnika rozgrzanego 200 st.C i pieczemy przez około 25 minut.
W międzyczasie siekamy cebulkę. W rondlu z pokrywką rozgrzewamy olej. Wrzucamy cebulę, po chwili dodajemy ryż i smażymy razem na małym ogniu czas jakiś, aby ryż stał się nico przezroczysty. Następnie dolewamy  bulion. Przykrywamy i gotujemy na małym ogniu przez 12-15 minut. 
Upieczoną dynię miksujemy wraz z tymiankiem i obranym czosnkiem na gładką masę. Przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Mieszamy z ugotowanym ryżem. Posypujemy świeżymi ziołami o ile takie mamy!

Gotowe!



Ta jesień jest dla mnie totalnym zaskoczeniem. Jest ciepła, jak na polskie warunki. Jest dobra, bo wreszcie o siebie dbam. Jestem szczęśliwa, bo... (i tu bym mogła wpisać milion rzeczy).  A radość przeplata się z melancholią i rozmyślaniem nad tym, co dalej, ale i to pewnie wkrótce się wyjaśni...
Chciałabym, aby tak było już zawsze...

Jesienią słucham różnych "dziwactw"


"You wasted your times
On my heart
You've burned
And if bridges gotta fall, then you'll fall, too" <3<3<3 <-- Zawsze to samo! ;)



niedziela, 21 października 2012

Weekend. Jesień. Rowery. Słońce. Burgery. Dobro! Oo!

Fajnie jest mieszkać tuż przy lesie...




















Mieć kulinarną zajawkę i objadać się domowymi burgerami :)







Jeździć pustymi ulicami, które wyglądają teraz tak nieziemsko!



Mieć na wyciągnięcie ręki ogród botaniczny





I jezioro...





... wokół którego można sobie jeździć rowerem



 Tak, tak! Weekendy są ekstra! :)




sobota, 20 października 2012

Rozgrzewająca zupa z pieczonej dyni na ostro

Mamy jesień. Przez ostatni tydzień była dokładnie taka, jaką lubię, czyli ciepła, słoneczna, złocista... Wiem  jednak, że to minie i przyjedzie deszcz i wiatr i pierwszy śnieg...A wiatr zawsze kojarzy mi się z ucieczką i kiedy tak wieje po plecach, to myślę o obraniu azymutu na południe... Tylko, że trzyma mnie tutaj za dużo, abym mogła ot tak ruszyć przed siebie. Zwalczyłam już jedno przeziębienie, a teraz  wzmacniam odporność sokami wyciskanymi z cytryny z ciepłą wodą wypijanymi przed śniadaniem i staram się przetrwać ten czas najlepiej, jak umiem. Zgodnie z aurą jestem pogodna i nie marudzę ( choć podejrzewam, że nawet, jakby pogoda nie sprzyjała, ja i tak trzymałabym się doskonale) , ponieważ w końcu jesień w naszej strefie klimatycznej jest naturalna i nie powinna być dla nas żadnym zaskoczeniem. :)

Jesienią na obiad doskonale sprawdzają się wszelkiego rodzaju zupy. Ja przygotowuję je ze świeżych warzyw, to też królują wszelkie dyniowe, kalafiorowe, cukiniowe i warzywne miksy. Zupy i jednogarnkowe ratatouille, lecza, curry są podstawą mojej obecnej diety.  

Spośród wszystkich zup dyniowych, jakie przyszło mi w życiu jeść, ta prasuje się w ścisłej czołówce pyszności. Jest naprawdę smaczna i rozgrzewa dokładnie tak, jak powinny rozgrzewać nas jesienne obiady. Czy mam Was jeszcze namawiać, czy już lecicie na ryneczek po dynię?

W oryginalnym przepisie został użyty butternut squash ( i po niego sięgnie zapewne Ewa! :*). Zastąpiłam go zwykłą dynią. Będąc w Anglii postępowałam odwrotnie i używałam b.s. tam, gdzie była mowa o dyni... :)

Źródło przepisu: "Vegan with a Vengeance", Isa Chandra Moskowitz.



Składniki:
  • 2, 25 kg dyni, obranej, pokrojonej w grube plastry, bez pestek
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 średniej wielkości biała cebula, posiekana w kostkę
  • 1 chili ( ja dałam 1/3 papryczki i było dla mnie wystarczająco ostre - optymalnie - jeżeli nie chcecie, nie musicie dodawać w ogóle, ale polecam jednak się skusić, bo daje naprawdę fajny efekt), posiekana drobniutko
  • 1 łyżka startego imbiru
  • 3 ząbki czosnku, zmiażdżone lub posiekane
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 litr bulionu warzywnego
  • 1 łyżka syropu klonowego ( jeżeli nie macie, możecie dodać odrobinę brązowego cukru)
  • sok z 1 lub 2 limonek ( u mnie sok z połowy cytryny) 
Rozgrzej piekarnik do 220 st.C. Dynię ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i skrop dwiema łyżkami oliwy i piecz przez 40-45 minut.
15 minut przed zakończeniem pieczenia dyni, podsmaż na 2 łyżkach oliwy cebulę ( ok. 5 minut), dodaj chili i smaż jeszcze kolejne 5 minut. Na końcu dodaj imbir, czosnek i sól i podsmażaj 2 minuty.
Przy pomocy blendera zmiksuj dynię, bulion, podsmażoną cebulkę z przyprawami na gładki krem.
Na koniec dodaj łyżkę syropu klonowego i sok z limonki bądź cytryny i wymieszaj!

Gotowe!

I love the Smiths... 


i gdybym w windzie usłyszała, że ktoś obok słucha the Smiths zrobiłabym to samo ;) 



Wiecie, że 30 lat w październiku ta ekipa miała swój debiut sceniczny?  ( chyba 13 ale nie chcę mi się szukać :P) 

wtorek, 16 października 2012

Tagliatelle ze świeżym szpinakiem i tofu

Chciałabym móc napisać kilka słów o czymś niedotyczącym jedzenia, ale jestem totalnie pochłonięta uczelnią, a wokół niej dzieje się mnóstwo. Do tego dochodzą różne poza uczelniane sprawy i okazuje się, że nie mam czasu nawet na to, aby zastanowić się nad tym, co się dzieje wokół mnie i ze mną...
Niemniej gotuję i wkładam w to mnóstwo energii i serca. Z tym, że ta energia powraca do mnie w postaci pysznych posiłków i zadowolonych min osób, które karmię... 


Dzisiejszy obiad zawiera w sobie wszystko, co powinien mieć mój ulubiony posiłek w ciągu dnia.  Jest w nim pełnoziarnisty makaron, świeże warzywa i białko w postaci tofu. W dodatku jest prosty i szybki w przygotowaniu. Nadaje się na co dzień i na specjalne okazje. Ja mogłabym jeść tego typu obiad codziennie, ponieważ uwielbiam kuchnię włoską. Muszę jednak zostawić jakąś przestrzeń dla mojego drugiego faworyta, czyli kuchni indyjskiej...  
Jedną z drugą łączy to, poza faktem, że są moimi ulubionymi,  że są niezwykle aromatyczne. Oczywiście każda na swój odmienny sposób. Indie to różnego rodzaju mieszkanki przyprawowe, masale, a Włochy z kolei są bogactwem świeżych ziół. 
Ostatnie dwa blogowe obiady były ukłonem w stronę kuchni Indyjskiej, więc dla odmiany musiałam, jako znana makaroniara, zaprezentować coś rodem z Półwyspu Apenińskiego.
Nie wiem, czy Włosi jedzą coś takiego, bo sama sobie taką kompozycję ułożyłam, ale myślę, że bardzo możliwe...  
Was gorąco zachęcam do kombinowania. Zamiast szpinaku świetnie sprawdzi się też rukola. Garść oliwek, dla tych, którzy je lubią też może się świetnie sprawdzić w takim daniu. 
Zatem do dzieła. 

Składniki ( na dwie dorosłe osoby):
  • 250 g szpinaku
  • 2 pomidory
  • 1/2 czerwonej papryki 
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/4 łyżeczki pieprzu
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 10 łyżek oleju dobrej jakości
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżeczka bazylii
  • opakowanie tofu wędzonego
  • olej do smażenia
  • 200 g makaronu tagliatelle razowego
Szpinak, w zależności od rodzaju, możemy pozostawić w całości lub posiekać. Moje liście były dość duże, wiec zwijałam po kilka i kroiłam w cienkie paski. "Baby spinach" jak najbardziej można pozostawić w całości lub względnie podrzeć. Pomidory sparzmy gorącą wodą, obieramy ze skórki,  wykrawamy pozostałość łodyżki i wyciągamy gniazda nasienne. W rezultacie pozostaje nam sam miąższ, który kroimy w małą kosteczkę. Paprykę również siekamy w drobną kostkę. Mieszamy wszystkie warzywa w  dużej misce. Dodajemy cytrynę, przyprawy, olej. 
Tofu kroimy w kostkę i smażymy na głębokim oleju, tak, aby równomiernie zbrązowiało. 
Makaron gotujemy al dente wg przepisu na opakowaniu. Odcedzamy, mieszamy z warzywami i zarumienionym tofu.

Smacznego!

Soko jest spoko! :) 


poniedziałek, 15 października 2012

Sos brokułowo-serowy...


Przerzuciłam się na nowego bloga, a stary leży odłogiem i kwiczy, prosząc się o nowe przepisy.  Ostatnio postanowiłam zaszaleć i zrobić coś niecodziennego, przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzącego się z sosem z paczki... Tak tak, gdy szukałam inspiracji to większość receptur na jakie trafiałam była oparta na jakimś tam gotowym fixie! Dużo złego można o mnie powiedzieć, ale gotować umiem i nawet gdybym nie była weganką, nie stosowałabym żadnych chemicznych sztuczek w kuchni... 
Postanowiłam zrobić ten sos po swojemu i jestem do tego stopnia zadowolona, że dzielę się nim z Wami tutaj. Największą kombinacją jest ser, w Polsce dostępny tylko drogą internetową, choć czasami można do dostać w niektórych sklepach ze zdrową żywością w większych miastach. Z nabyciem go nie będą mieć z kolei mieszkańcy większych miast Europy Zachodniej. Niemniej, jak będziecie mieć z takim serem do czynienia to możecie skusić się na mój przepis! A co! 

Kilka słów jeszcze o samym serze. Nie jest on najsmaczniejszym produktem, jaki dane mi było jeść. Niemniej w formie rozpuszczonej na pizzy, sandwichu czy też w sosie daje radę i Ci którzy za smakiem sera tęsknią, mogą się skusić. Osobiście, ja nie tęsknię, nie jestem zwolenniczką fake foodów, ale raz na jakiś czas można, prawda? Chociażby po to, aby namącić w głowie tym, którzy myślą, że sos serowo-brokułowy  i weganizm się wykluczają! Nic bardziej mylnego! HA! ;) 

A po prostsze przepisy na obiad zapraszam na mojego nowego bloga!


Składniki:
  • 1 brokuł, podzielny na małe różyczki, łodyga obrana i pokrojona w paski 
  • 1 mała biała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 papryczki chili, posiekana 
  • 3 łyżki oleju
  • sól wg smaku
  • pieprz wg uznania ( u mnie dużo)
  • 1 solidna łyżeczka ziół prowansalskich
  • 190 g wegańskiego sera ( ja użyłam cheezley mozzarella style :) ), startego na grubych oczkach
  • 50 ml białego wytrawnego wina ( wegańskie można dostać w M&S) 
  • 100 ml mleka roślinnego, u mnie sojowe bez cukru
  • pietruszka do posypania
  • 400-500 g ulubionego makaronu, najlepiej razowego (lub mniej, jeżeli lubimy kiedy makaron bardziej opływa z sosie ;)) 
Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę i smażymy na małym ogniu mieszając co jakiś czas przez 5 minut. Następnie dodajmy drobno posiekane chili i smażymy, mieszając przez kolejne 5 minut. Dodajemy czosnek, brokuła i dusimy pod przykryciem około 5 minut, aż brokuł puści nieco soku. Dodajemy wina i gotujemy bez pokrywki przez około 5 minut, do czasu, aż całe wino nam wyparuje.  Następnie dodajemy mleko i zioła prowansalskie i doprowadzamy do wrzenia. Wrzucamy ser i mieszamy do czasu aż się całkowicie rozpuści. Doprawiamy solą i pieprzem.
Podajemy z ugotowanym makaronem. Posypujemy posiekaną natką! Zajadamy! Mhm!



Soundtrack iście szatański ;), ponieważ kiedy gotowałam w tle leciał split  Against Empire i Iskry, czyli dawno nie ruszana fajna crutowa płyta! ;) 

czwartek, 11 października 2012

Curry z bakłażanem i ciecierzycą

Pisałam zakładając tego bloga, że życzę sobie, aby był pozytywny. Niósł dobrą energię i nakręcał Was do działania. Oczywiście niełatwo jest zachować spokój, o radości nawet nie wspominając... Ale staram się jak umiem, bo jak się zniechęcę i poddam to cała moja praca nad sobą pójdzie na marne. Więc nie! Pogodo nie popsujesz mi humory, ani Ty Kierowco zajeżdżający mi drogę, gdy jadę rowerem, i Ty Wieka Dziuro na ulic y Hetmańskiej. Moje Drogie przeziębienie - nawet jak się wkurzam trochę, to nadal nie tracę poczucia wiary, że Cię pokonam! Wreszcie Wy Beznadziejni Panowie Politycy, którzy swoimi działaniami chcecie niszczyć innym życie, ograniczać i sterować, chociaż nic nie wiecie...  Nawet się nie łudźcie! Nie zepsujecie mi humoru!
Ponieważ dobre śniadanie i inka rano, fajne zajęcia z kończyny dolnej z ortopedii, jazda rowerem, chleb na zakwasie z amarantusem z domowym masłem orzechowym, ulubiona płyta, ciekawa książka, potem podręcznik i znowu książka, wieczorny koncert i spotkanie z przyjaciółmi... Takie rzeczy czynią życie dobrym i na nich się skupiam! O!O!O!

Jesienią z uporem maniaka wykorzystuję lokalne, sezonowe warzywa. Kupuję na rynku, unikam marketów dopóki ekonomia, czas i sezon mi na to pozwalają... Czuję, że rozwijam się kulinarnie. Chyba od czasu przejścia na weganizm i odkrywania kuchni na nowo, nie czerpałam tyle przyjemności z gotowania, co teraz. Trochę eksperymentuję i wymyślam swoje receptury, ale wpadłyśmy z siostrą na pomysł, żeby raz w tygodniu sięgać do przepisu z książki " Appetite for reduction" i "Vegan with an vengeance" Isy Chandry Moskowitz - mojego absolutnego, kulinarnego guru. Oba tytuły spoczywają sobie grzecznie na regale i żal byłoby z nich nie korzystać. Nie po to je mamy, aby kurzyły się na półkach, ale po to, aby z nich gotować, gotować, gotować i piec. Raz w tygodniu, przez wyjściem na tygodniowe zakupy wybieramy przepisy. Potem kupujemy tylko to, czego brakuje nam to zrobienia wytypowanych dań, dzięki czemu nie ma sytuacji, że  mamy ochotę coś ugotować, ale brakuje nam składników lub kupujemy produkty, których nie wykorzystamy i zepsują się zanim po nie sięgniemy, czyli nie marnujemy jedzenia w ogóle. Nie było to raczej naszym problemem nigdy, ale myślę, że takie podejście do zakupów jest dobre, antykonsumpcyjne, ekologiczne, etyczne, ekonomiczne... Nic tylko brać z nas przykład...! ;)  

Dziś podzielę się z Wami recepturą z "Appetite for reduction".  W tym daniu jest tyle pyszności, że od razu wiedziałam, że mi zasmakuje - bakłażan, ciecierzyca i pomidory, a wszystko w aromatycznych przyprawach. Ja podałam je z brązowym ryżem i surówką ( tak, jemy surówki, dopóki możemy!) ze szpinaku. Jestem pewna, że sama jeszcze nie raz sięgnę do tego dania i mogę Wam je z czystym sumieniem polecić.


Składniki:
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 mała biała cebula, drobno posiekana
  • 3 ząbki czosnku, rozgniecione
  • 1 łyżka startego imbiru
  • 1/4 łyżeczki ostrej papryki w płatkach ( chili) <-- można pominąć jeżeli nie lubicie ostrych dań
  • 3 duże pomidory, posiekane
  • około 1 kg bakłażanów, pokrojonych w kostkę
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki curry
  • 2 łyżeczki garam masala
  • 1 łyżeczka mielonego kuminu
  • 1 szklanka bulionu warzywnego
  • puszka ciecierzycy
W dużym rondlu lub patelni rozgrzej olej i smaż cebulę, do czasu aż stanie się przezroczysta. Dodaj czosnek, imbir, paprykę w płatkach i smaż kolejną minutę. Dodaj pomidory, bakłażana, sól i gotuj mieszając od czasu do czasu przez około minutę. Dodaj curry, garam masalę i kumin. Wlej bulion i wymieszaj. Przykryj pokrywką, zmniejsz ogień do minuty i gotuj przez około 40 minut. Przemieszaj od czasu do czasu. Dodaj cieciorkę i pozostaw na ogniu jeszcze przez 10 minut, mieszając co jakiś czas.
Można posolić do smaku, jeżeli wydaje się Wam za mało słone. Podajemy z kolendrą lub natką pietruszki.
Gotowe! :)

W moim życiu jest duuużo punkowej muzy, ale gotuję najchętniej przy czymś zupełnie innym i takie rytmy, jak w poniższym utworze, chwytają mnie za serce :) 


wtorek, 9 października 2012

Sabdżi w sosie pomidorowym na jesienną modłę


 

Nie chcę nikogo zniechęcać do gotowania, zwłaszcza do wegańskiego gotowania, dlatego na blogu proponuję  raczej proste dania. Dzisiejsze takie właśnie w mojej opinii jest. W zasadzie jednogarnkowe, chyba że skusimy się na jakąś kaszę czy ryż do niego lub postanowimy pobawić się w pieczenie/smażenie chapati... Sabdżi jest ukłonem w stronę jesiennych warzyw, które kocham miłością bezkrytyczną, jak własną rodzinę oraz Indii, które też mi się marzą...  Wiem, że niektóre przyprawy znowu będą brzmieć tajemniczo, ale bez paniki. Zamiast asafetydy można dodać czosnek, a resztę dostaniemy w większości dobrze zaopatrzonych sklepów. Poza sezonem możecie użyć mrożonej fasolki szparagowej, którą dostaniecie praktycznie wszędzie. 
Danie jest bardzo aromatyczne, głównie za sprawą kuminu, więc jeżeli wolicie mniej wyraziste jedzenie zredukujcie go do jednej łyżeczki i po sprawie.
W oryginalnym przepisie występuje ser panir, który autorzy przepisu proponują zastąpić tofu.  Ja poszłam o krok dalej i skusiłam się na tofu marynowane, choć myślę, że wędzone też byłoby jak najbardziej na miejscu! (Wędzone tofu... ♥) 

Składniki:
  • 1/2 kg żółtej lub zielonej fasolki szparagowej
  • 2 małe lub 1 duża cukinia
  • 1 papryka dowolnego koloru
  • 1 słoiczek koncentratu pomidorowego
  • olej
  • 1 szklanka wody
  • 1 kostka twardego, dowolnego tofu
  • 1 łyżeczka gorczycy ( ja użyłam kolendry, bo akurat gorczyca mi się skończyła)
  • 2 łyżeczki kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka asafetydy
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • 1 łyżeczka garam masali
  • 4 łyżki oleju
  • sól
Tofu kroimy w kostkę i smażymy na głębokim oleju do czasu aż się zarumieni. Musimy je co jakiś czas przemieszać, aby smażyło się w miarę równomiernie. Usmażone tofu odcedzamy i odkładamy na bok. 
W dużym rondlu lub patelni rozgrzewamy 4 łyżki oliwy i wrzucamy gorczycę lub kolendrę, po chwili dodajemy kmin. Gdy lekko zbrązowieje dodajemy asafetydę, imbir i garam masalę, paprykę i fasolkę. Całość smażymy przez około 10 minut na najmniejszym ogniu. Dolewamy wodę, dodajemy koncentrat pomidorowy  i cukinię pokrojoną w kostkę oraz tofu. Przykrywamy i dusimy do czasu, aż warzywa będą miękkie. Solimy do smaku. Gotowe. Możemy podać z ryżem lub z chlebkiem chapati  lub naszym zwykłym razowcem. :) 

Smacznego! 

Przepis pochodzi z książki "Przemytnicy marchewki, groszku, soczewicy",  wyd. 1000 stopni.

A w całym tym jesiennym zamieszaniu, zabieganiu i wariactwie dnia codziennego, w każdej chwili kiedy czuję, że mogę nie podołać powtarzam sobie, że ...


... muszę skończyć z czekaniem, aż wszystko będzie idealne. Mam wszystko, czego mi potrzeba właśnie teraz... !
♥ 

czwartek, 4 października 2012

Naleśniki z farszem z curry z kalafiora i kurek

Naleśniki to coś, co bardzo lubię i bardzo rzadko jem. Nie wiem dlaczego, przecież są takie proste... Hmmm... Zazwyczaj przygotowuję je z dodatkiem mąki owsianej lub gryczanej lub z ciecierzycy i jeżeli macie któraś z nich w zanadrzu nic nie stoi na przeszkodzie, abyście z niej skorzystali. 
Nie będę Was jednak straszyć niczym skomplikowanym. Możecie spokojnie zrobić naleśniki ze zwykłej mąki, jaką macie w domu. Na dobrą sprawę nie muszą być nawet z dodatkiem mleka roślinnego  ale na samej wodzie, choć ja jednak osobiście wolę to mleko dodać.
Oprócz składników na ciasto przydadzą się też warzywa. Ja wybrałam kwiat kalafiora. Nie lubicie? Możecie zamienić go na coś innego z rodzaju kapustnych.  Do tego wzięłam trochę kurek. Nie macie? Mogą być pieczarki! :) 
Nikt nie musi sztywno trzymać się moich receptur. Ja sama często czerpię inspirację, a potem przerabiam przepisy tak, aby mi najbardziej odpowiadały lub pasowały do tego, co akurat mam pod ręką.


Takie naleśniki to wspaniała sprawa! Można je zrobić ot tak sobie! Na  lunch czy na obiad! Ale są efektowne, więc świetnie się nadadzą na kolację w gronie bliskich przyjaciół. 
Podajcie je z dodatkiem świeżych lub gotowanych na parze warzyw. Efekt jest naprawdę wart polecenia!

Przejdę do rzeczy, a mianowicie do przepisu! :) 


Składniki na farsz:

  • jeden, średniej wielkości kalafior ( reczej taki mniejszy niż większy ;) )
  • 1-1,5 szklanki kurek
  • jedna biała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki curry ( mogą być i 3 jeżeli wolicie bardziej pikantne)
  • łyżeczka kurkumy
  • pieprz i sól do smaku
  • po jednej łyżeczce czarnuszki i asafetydy ( opcjonalnie, przyprawy te można kupić w sklepach z kuchnią świata, zdrową żywnością, internetowych  lub przywieźć z wczasów za granicą)
  • olej dobrej jakości do smażenia
  • natka pietruszki
Kalafiora porządnie myjemy i dzielimy na małe różyczki. Cebulę i czosnek siekamy. Większe kurki kroimy w paseczki, mniejsze zostawiamy w spokoju. Na dużą patelnię z przykrywką lub równie duży rondel z nieprzywierającym dnem wlewamy 2-3 łyżki oleju. Gdy się rozgrzeje dorzucamy cebulę i czosnek. Szklimy przez chwilę, mieszając drewnianą łopatką. Następnie wsypujemy wymienione przyprawy za wyjątkiem soli i pieprzu. Kiedy poczujemy, że ich aromat zaczął się intensywniej wydzielać ( 1-2 minuty), wsypujemy kurki. Smażymy ja na małym ogniu przez pięć minut. Dodajemy kalafiora, mieszamy dokładanie z zawartością patelni tudzież rondla. Przykrywamy pokrywką  ogień zmniejszamy do minimum i dusimy prze okołu 30 minut, co 10 minut mieszając. 

Gotowy farsz mieszamy z posiekaną natką pietruszki.

W międzyczasie przygotujemy naleśniki. Zazwyczaj robię je na oko, więc proporcje to dla mnie tajemnica. Na szczęście Sylwia jakiś czas temu wrzuciła przepis na najprostsze naleśniki świata, więc się posiłkuję. 

Składniki na naleśniki:

  • 2 szklanki mąki
  • szklanka mleka roślinnego
  • szklanka wody mineralnej
  • płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki dobrej jakości oliwy
  • szczypta soli
W większej misce mieszamy mleko, wodę, olej. W mniejszej mąkę, proszek i sól. Zawartość mniejszej miski przesiewamy do większej i łączymy, aby powstało nam gładkie ciasto konsystencji śmietany. Jeżeli jest za gęste dodajmy jeszcze odrobinę płynu, a jak za rzadkie mąki. :)
Na patelni rozgrzewamy łyżeczką oleju i smażmy cienkie naleśniki na styl francuski.  Przed każdym kolejnym  dodajemy łyżeczkę oleju na patelnię. Wyjedzie ich około 7-8. 

Kiedy już wszystko jest gotowe, składamy naleśniki na pół, i jeszcze raz na pół. W ten sposób wytworzy się kieszeń, którą wypełniamy kalafiorowym farszem. Gotowe!



Gotowałam przy The Smiths, w więc proszę bardzo:



poniedziałek, 1 października 2012

Bike The World!

Mam pomysł na fajne obiady, nie wiem jednak, kiedy uda mi się je zrealizować, gdyż początek roku akademickiego to totalny zawrót głowy... Nim moje życie nabierze jakiejś ogłady minie nico czasu... Na razie nie do końca wiem na czym stoję i cierpliwie czekam, aż kilka spraw mi się z życiu rozjaśni.
Nie mam przepisu, ale mam dla Was propozycję! PRZESIĄDŹCIE SIĘ NA ROWERY!

Jedną z niewątpliwych zalet bycia ponownie w Poznaniu jest to, ze mam pod ręka mój ukochany rower. <3 Moją Gazelle! YAY!
Jazdę na rowerze traktuję bardzo poważnie, ponieważ jest to dla mnie najbardziej optymalny sposób przemieszczania się po mieście - tani, szybki, a przede wszystkim dobry dla środowiska i dla moich mięśni. Choć jazda to po prostu frajda! Sama w sobie, bez dodatków! 


Moim faworytem są oldschoolowe kolarzówy, żadne tam wymuskane ostre kola. ;) Mój rower jest przerobiony na single, ponieważ przerzutki są mi zbędne w mieście takim, jak Poznań, więc były tylko dodatkowym "balastem", którego się pozbyłam! 
Największą zaletą takiego roweru jest to, ze jest leciutki i nawet taka filigranowa dziewczyna, jak ja może go bez problemu wtachać na 3 piętro swojego mieszkania ;) ( Wiem o czym mówię, gdyż pierwszy rok po wprowadzeniu się do Poznania jeździłam "holendrem" i pomimo moich nadprzyrodzonych sił i mi było czasem ciężko...)



Posiadanie roweru i brak osoby, którą mogłabym się wyręczyć, zmusiło mnie do tego, abym nauczyła się jak najwięcej robić sama przy mojej Gazelle. Umiem naprawdę dużo.Dopóki nie wymaga to jakiś "drastycznych" środków lub specjalistycznego  sprzętu, grzebię przy moim rowerze sama, a naprawdę to lubię. :) 


Rower daje mi takie fajne poczucie - wolności  i niezależności. Na co dzień przemieszczam się nim głównie w celach komunikacyjnych, ale w weekendy czy nocami jest to czysta przyjemność jazdy i nic więcej. Świetny sposób na wyładowanie energii i oczyszczenie się z nadmiaru emocji. Zrzucam, więć w ten sposób z  siebie wszystkie kłopoty, a w każdym razie się do nich dystansuję i znowu czuje się świetnie.. (Czy jest coś, co może bardziej zachęcić do przesiadki na rower?) 


Kiedyś jeździłam bardzo lekkomyślnie. Przyznaję się szczerze. Często odpływałam myślami hen daleko... Teraz rozumiem, że jestem takim samym uczestnikiem ruchu, jak każdy inny i staram się być uważna oraz skupiona. Wiem jednak, że rowerzyści ze zwykłej ludzkiej  przyzwoitości powinni być uprzywilejowani, ponieważ nie ma co ukrywać, ze każdy z nas jest bez szans z choćby małym samochodem. 
Podoba mi się, że na wodzie pierwszeństwo maja  kajaki, wiosłówki czy rowery wodne, a nie żaglówki...  Kiedy żegluję muszę im wszystkim ustępować, bo "jestem" większa, silniejsza i bardziej zwrotna. Przydałaby się analogia na drogach...
Marzy mi się miasto, w którym kierowcy nie zajeżdżaliby mi drogi w korkach, ponieważ nie podoba im się to, że są wyprzedzani przez rower i aby nie otwierali drzwi bez patrzenia w lusterko wsteczne...


Pomimo, że samochód jednym ruchem może nas skasować, to myślę, ze i tak jesteśmy góra! Zmieniamy miasta i w końcu świat. Zmiany na lepsze dokonują się za sprawa dwóch kół :) Czyż nie? 


Rowery i ich właściciele wnoszą do miast tyle barw i kolorów!



Bez dwóch zdań - rower to MOJA WIELKA NIEKOŃCZĄCA SIĘ MIŁOŚĆ!



Jeżeli chcesz coś zmienić w swoim życiu to zacznij od przesiadki na rower!
Koszt niewielki i zysk ogromny! :)

Photo






A na zakończenie filmik z przesłaniem na cale życie!
Niech też będzie rowerowe!