niedziela, 30 września 2012

Poznań znowu...


Mawia się, że  "there is no place like home" i jest w tym sporo prawdy... Wiem, choć inaczej to się odczuwa, gdy ma się ich kilka... Dla mnie dom, to każde miejsce, gdzie zostawiam skrawek mojego serca, gdzie są osoby, które kocham. A ze zebrało się ich nieco, to domów mam niczym milionerka. ;)
Z drugiej strony sprawia to, że jestem czasami totalnie rozerwana. Nie mogę być wszędzie jednocześnie, ale też nie zbiorę nigdy do kupy z jednym miejscu wszystkich,  których tak mocno mi brakuje. Z żalem ruszam z jednego miejsca w drugie, zostawiając za sobą moich ludzi, ale jednocześnie trafiam w kolejne, które w końcu też jest domem. Tu też są moi ludzie przecież! 

Wróciłam do Poznania, nie licząc krótkiej wizyty na początku września mogę powiedzieć, ze nie było mnie tu   od naprawdę dawna... Pewnie sporo wody w Warcie upłynęło, pewnie niejedno się zmieniło i nie będę mogła oderwać oczu od tego, co zobaczę na ulicach. Lubię to uczucie - wrażenie  że mam do czynienia z nowym-starym miastem. Czasami jest to jak deja vu - wszystko jakieś takie obce, choć jednocześnie dziwnie znajome...

Lubię latać w nocy i patrzeć na miasta z lotu ptaka. Świecą się, jak bożonarodzeniowa choinka, a ja lubię jak się błyszczy i świeci. Ciekawa jestem, co mi to miasto w tym roku sprezentuje?  


Wróciłam do domu. Do mojego łóżka, mojego regału, mojej szafy i kuchni. Będę pić ziołowe herbaty z mojego ulubionego kubka, gotować obiady z nowych książek kucharskich... Będę poznawała nowe smaki jedząc ze starego talerza. Będę biegać, będę przesiadywać w bibliotece, będzie ciężko i w dodatku wiem, ze już lżejsze czasy niż teraz nie nadejdą - ale cieszę się tym. Im bardziej zajęta jestem, tym mocniej cenię sobie swoje życie. Lubię funkcjonować na najwyższych obrotach. 


Pewnie, gdyby nie szkoła nie byłoby mnie tutaj. Nie byłoby mnie nawet w tym kraju najpewniej. Nie wiem, czy to znak mojego pokolenia, ale chyba coś w tym jest, bo wielu moich znajomych też to ma, ze lubimy się przemieszać. Jak takie ptaki wędrowne, które zmieniają miejsce zamieszkania, zgodnie z porą roku. 
Skoro jednak, jak na razie, żyję tutaj to dlaczego nie sprawić, aby to życie było możliwie najprzyjemniejsze?

Wymyśliłam sobie, ze odnajdę tu w Poznaniu miejsce, które będzie moje. Wiecie, jakaś knajpa czy kawiarnia, gdzie będę mogła sobie posiedzieć, wypić herbatę i popracować... Będę też wychodzić z przyjaciółmi. Będziemy siedzieć na mieście choćbyśmy mieli pić wodę i jeść suchy chleb. Ale będziemy wychodzić, spotykać się, gadać, gadać, gadać i wspierać się we wszystkich naszych chorych pomysłach! yay! :)
Będzie spoko! 



Czekajcie na małą relację z pobytu w Sheff ! Na moim nowym blogu zapewne! 

Powyższe foty nie są moje, zaczerpnęłam je z sieci. 


The Cure - wiadomo, że to zawsze spoko :) 


piątek, 28 września 2012

Ciasto francuskie z bananami w karmelu

Zgodnie z zapowiedzią na tym blogu nie znajdziecie niczego skomplikowanego. Tutaj wszystko będzie proste. Poniższe ciasto jest banalne. I bardzo bananowe. Idealne wręcz, gdy niespodziewanie zadzwoni telefon i w słuchawce usłyszycie bliski Wam glos zapowiadający przyjście jednej w Waszych Ulubionych Osób. 
Raczej staram się nie jadać bananów i dążę do zminimalizowania egzotycznych owoców w mojej diecie do niezbędnego minimum - po prostu bardziej ekologicznie jest jeść lokalne warzywa i owoce, tym bardziej, ze w naszej strefie klimatycznej mamy cale bogactwo wspaniałych warzyw i owocow.  Od czasu do czasu i mnie się jednak zdarza z jakiejś przyczyny zjeść banany. Tak samo, jak mango, awokado, cytrusy... Zwłaszcza bez tych dwóch ostatnich byłoby mi trochę smutno... Jeśli nie chcecie użyć bananów to z powodzeniem możecie zastąpić je jabłuszkami pokrojonymi w cienkie paski...
Wiem, ze margaryna nie jest zdrowa, ale powiedzmy sobie, ze jak ktoś sięga po ciasto francuskie to chyba nie ma obsesji zdrowego jedzenia...


Ja to ciasto robiłam jeszcze zanim okazało się, ze będę musiała na jakiś czas zrezygnować z jedzenia cukrów prostych. Pewnie piec będę, ale tylko dla innych, bo ja sama ich jeść nie mogę. Ale sie nie przejmuje, bo od dawna chciałam zrezygnować z jedzenia słodyczy, ale brakowało mi motywacji. Teraz ja mam i koniec końców na pewno wyjdzie mi to na zdrowie;) 

Nie mniej jednak podzielę się z Wami tym prostym przepisem, bo myślę, ze i mi zdarzy się do niego sięgnąć, aby przygotować coś słodkiego dla kogoś bliskiego.

Składniki:

  • opakowanie ciasta francuskiego
  • 20 g wegańskiej margaryny ( dostępna w sklepach ze zdrowa żywnością)
  • 2 łyżki cukru trzcinowego
  • szczypta cynamonu  
  • 2-3 średniej wielkości banany
Rozgrzej piekarnik do temperatury 220 st. C ( 200 z termoobiegiem!). Umieść ciasto ciasto w wysmarowanej olejem foremce lub na papierze do pieczenia ( ja zawsze używam tego, w który owinięte  jest ciasto francuskie). Możesz zagiąć boki, jeżeli ciasto się nie zmieści. Cala powierzchnie ciasta nakłuj widelcem. Nakryj ciasto koleją foremka do ciasta, aby nie rosło i piecz przez10 minut.
W międzyczasie umieść margarynę, cukier i cynamon w rondelku, umieść na małym ogniu i gotuj, az uzyskasz gęsta, gładką masę. Trwa to chwilkę. Banany pokrój w cienkie plasterki. Wymieszaj z powstałym karmelem. Ciasto wyjmij z piekarnika, ściągnij foremkę z góry i zamiast niej wierz ciasta wyłóż bananami w karmelu. Piecz je przez kolejne 10 minut. Ciasto jest gotowe do krojenia po 20 minutach! 
Moza zaserwować je z wegańskimi lodami waniliowymi lub czekoladowymi, vgn jogurtem waniliowym lub  "bita śmietanką" z mleka kokosowego z puszki. 
Smacznego! :)


do francuskiego ciasta, francuski soundtrack:



poniedziałek, 24 września 2012

Niezwykle aromatyczny sos warzywno-pomidorowy...


Jest to jeden z prostszych obiadów, jakie udało mi się ostatnimi czasy przygotować. Poza tym, jest jednym z niewielu, które sfotografowałam. W Anglii jada się ten posiłek tak późno, że zdjęcia są po prostu katastrofą... Sosu wychodzi dużo, więc spokojnie możecie zmniejszyć proporcje o połowę. Spełnia praktycznie wszystkie warunki, jakie maja spełniać przepisy na tym blogu. Po pierwsze jest prosty. Po drugie jest sezonowy i zdrowy. Ten sos właściwie robi się sam. Owszem, dosyć długo, ale przez ten czas my nie musimy siedzieć w kuchni nad garami, ale zająć się czymś zupełnie innym... Wszystkie te zalety są mało istotne, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, ze jest po prostu pyszny, super aromatyczny i taaaaki włoski... A czy tego nam nie potrzebna u schyłku lata? Kiedy wakacje i wczasy już za nami? Smak słonecznych Włoch jest chyba w tej chwili na wagę złota... Zatem do dzieła.



Składniki: 
  • 4 marchewki
  • 4 cebule
  • 4 łodygi selera naciowego
  • 3-4 ząbki młodego czosnku
  • 1 pęczek bazylii
  • 1 pęczek natki pietruszki
  • 3 puszki pomidorów w zalewie lub 1,5 dojrzałych pomidorów obranych ze skórki*
  • 6-7 łyżek oliwy z oliwek lub dobrej jakości oleju roślinnego
  • sól
  • pieprz
  • szczypta cukru
Marchewki, cebulę, selera kroimy na grube kawałki, wrzucamy do dużego garnka z całymi ząbkami czosnku, bazylią, natką i pomidorami ( jeśli używamy świeżych trzeba je pokroić w kostkę ). Zalewamy oliwą i gotujemy na małym ogniu przez 1,5 godziny. W połowie gotowania dodajemy do smaku sól, pieprz i szczyptę cukru. Studzimy i miksujemy.
Podajemy z makaronem lub ryżem. PYCHA!  

Przepis podejrzałam na blogu Sisters' cooking i nieznacznie zmodyfikowałam.


I tematyczna piosenka na koniec :)



czwartek, 20 września 2012

Hello Morning... :)



Blog, który prowadzę przez ostatnie 3 lata, a nawet i troszkę więcej. Powstał w niezbyt fortunnym dla mnie czasie i podczas pisania przechodziłam kilka ciężkich momentów, przeżywałam trochę smutków i rozczarowań... Myślę, ze mi moja pokręcona osobowość, zamiast pomagać, utrudniała. A trochę świat i jego niedoskonałość i to, że nie chciałam zaakceptować, że jest, jak jest. Życie po prostu bywa frustrujące. Niby normalka i każdy tak ma, ale blog stał się lustrem moich emocji, pozytywnych i niestety też tych negatywnych. Założyłam go, ponieważ bardzo lubię gotować, a polska wegańska blogosfera była wówczas dosyć uboga... Teraz sytuacja ma się zupełnie inaczej, bo vgn blogów jest cale mnóstwo. Mój jest jednym z wielu.

Hello Morning!!! momentami jest bardzo osobisty, więc dla mnie to swoisty pamiętnik i myślę, że będę do niego wracać nawet, gdy mój czas całkowicie pochłonie medycyna. Czasami nawet wtedy będę coś na nim publikować, zwłaszcza kiedy dopadną mnie myśli, którym nie będę umiała znaleźć miejsca lub ugotuję coś fajnego, acz skomplikowanego do tego stopnia, że tylko totalnym freakom będzie się chciało z tego przepisu korzystać.
 Prowadząc Hello Morning!!! czuję czasami, jakbym tuptała w miejscu, a nie o to przecież w życiu chodzi. jednak czas, nie pozwala mi prowadzić więcej niż jednego bloga.  Wiem, że jest on nieco chaotyczny, bo nie mam do końca na niego pomysłu. Jest poupychany zdjęciami, linkami, odnośnikami, popularnymi postami, opisami, wreszcie tekstem, spora ilością moich wywodów... Ostatnio spędziłam prawie trzy miesiące totalnego wyautowania, nie tyle od ludzi, czy świata, ale od codzienności, która była dla mnie tak nieznośna, że jedynie ucieczka i spojrzenie z boku mogło pomóc. I pomogło, bo poczułam, że łapię oddech. Trochę, jak tonąca... Teraz widzę, jak na dłoni, że wolę minimalizm, spokój, wolę pojedynczych ludzi, niż rozszalały tłum. Lubię miasta, bardzo, ale wieś dała mi takie poczucie, że ludzie mogą być blisko siebie, dobrze się znać, pomagać sobie. Interesują się Tobą, tym co robisz, jak Ci idzie i na szczęście nie zawsze idzie za tym ciekawość, ale po prostu troska o drugiego człowieka. Mają czas na porozmawianie, na wysłuchanie cię. Wszędzie jest blisko. Przede wszystkim do lasu i nad jezioro <3 .="." asny="asny" folklor.="folklor." kultur="kultur" mo="mo" na="na" p="p" tu="tu" tworzy="tworzy" w="w" wiat="wiat">
Teraz mam pomysł na to, co chciałabym tworzyć na blogu i choć wydaje mi się, że bez sensu jest nadawać  Hello Morning!!! inny charakter, to jak już wspomniałam, nie daję rady prowadzić dwóch blogów jednocześnie, a od starego nie umiem się odciąć, bo jest takim moim dzieckiem... :) 
Ponieważ jestem teraz w zdecydowanie innym miejscu niż te 3 lata temu, kiedy zaczynałam przygodę z blogowaniem, chcę aby moja przestrzeń wirtualna niosła pozytywną energię. Skupiać się na tym, co fajne, ładne, smaczne i dobre. Po prostu... Żeby nie zwariować.
Milion rzeczy się pozmieniało, dzieci urodziło, wody w rzekach przelało, ludzi przewinęło, a Ci którzy zostali do dziś, są najlepszymi osobami w moim życiu. Mój dziki charakter okazał się jednak dobrą, a nie jak zawsze myślałam, złą stroną, i jest fajnie. Nie ma nudy, oj nie...

Ja, która całą podstawówkę jadłam zupy z proszku i makaron z sosem ze słoika, mrożone pizze i pierogi, bo moja Mama ciągle pracowała, robiła drugą specjalizację, a Tata zajmował kierownicze stanowisko, więc nikt nie miał czasu na gotowanie, stałam się kulinarną blogerką, kuchenną zajawkowiczką, dla niektórych nawet autorytetem w tej kwestii... W dodatku jestem głęboko przekonana, że jedzenie ma znaczenie. Musi być dobre i ładne. I ma nam sprawiać przyjemność.
Jak widać można wyjść na ludzi mimo zupek z paczki i sosów ze słoika, można mieć w dodatku całkiem wyrafinowany smak i na domiar wszystkiego być weganinem/ką.

Dla tych, których interesują moje zmagania z medycyną, napiszę coś od czasu do czasu na blogu Me&Me i nie będę zaśmiecać kulinarnej blogosfery wynurzeniami rodem z oddziału chirurgii czy ginekologii ;)

Czego chcę? Chcę Was inspirować, chcę Wam pokazać fajne życie, na które każdy z nas może sobie pozwolić. Nie kosztowne, nie gorzkie... Zwyczajne, miłe i przyjazne. Chcę Wam pokazać, jak spełniam swoje marzenia.
Kim jestem? Hmm... Nie umiem się zdefiniować. Boje się szufladkowania. Studiuję, pracuję, marze. Działam, bo bardziej wierze w sile czynów niż slow. Szukam inspiracji u innych, jednocześnie chcąc być inspiracją dla kolejnych.
A przede wszystkim wierzę, że szczęście idzie za osobami szczęśliwymi, nie odwrotnie. To, czy jesteśmy szczęśliwi nie zależy od tego, czy przytrafia nam się coś fajnego. Bo czasami, możemy mieć wszystko i być nieszczęśliwi, a osiągamy je dopiero, kiedy nie mamy nic. Szczęśliwy człowiek przyciąga dobre rzeczy i nawet w słabszych momentach odnajduje jasne strony życia.  
Ja mogłabym, za S. Lemem powiedzieć, że "zawsze, jak magnes przyciąga opiłki żelaza, przyciągałam wariatów". Tylko, że to są dobrzy wariaci. Moi osobiści. Kocham ich razem i z osobna.
Bo wiem, też że złoto przyciąga złoto, szczęście przyciąga szczęście, a dobrzy ludzie innych dobrych ludzi.
Po prostu na nasze życie największy wpływ mamy my sami i jeżeli w naszej głowie będzie porządek, będzie jasność, że jest ekstra, to będzie ekstra.

Hello Morning!!! stał się z bloga kulinanrego, niejako zapisem mojej pracy nad sobą, swoją osobowością i charakterem. Poszukiwaniem szczęścia. Ustalaniem priorytetów. A teraz? Mam to czego zawsze chciałam i o czym marzyłam. Mam też kolejne plany i zrobię wszystko, aby je zrealizować, a nawet gdy któryś nie dojdzie do skutku to samo dążenie do jego spełnienia będzie dla mnie przygodą i niezłą szkołą życia.
Chcę zacząć od nowa. Pozytywnie i dobrze. 3-2-1-0- START!

P.S. Jestem chwilowo w Sheffield. Na moich kolanach siedzi najukochańsza Kruszynka pod słońcem, córeczka jednej z moich starszych sióstr, która swoimi malutkimi rączkami podkrada zebrane na spacerze jeżyny, które zamierzałam sobie dodać do sojowego jogurtu... Ale nic nie szkodzi. ;)
Wiecie, ja mam takie szczęście z życiu, że kiedy wydaje mi się, ze już bardziej kochać nie można, to los rzuca mi wyzwanie i stawia na mojej drodze osobę, która udowadnia mi, że jednak można.


Obie pozdrawiamy Was i ściskamy mocno! :*

Zapraszam do obserwowania! :*

wtorek, 18 września 2012

Drożdżówki z nadzieniem jogurtowym i jeżynami :)

Od ponad tygodnia goszczę w Sheffield u mojej starszej Siostry. Spodziewałyśmy się wczoraj gości, dlatego postanowiłyśmy zrobić coś słodkiego na ich przyjście. Jest to czas dojrzewania jeżyn, więc pomyślałyśmy, zgodnie z ekologia - lokalnie i sezonowo, że trzeba wykorzystać te przepyszne owoce.
Wybrałyśmy się na spacer, aby nazbierać je samodzielnie i powiem Wam, że jest ich tu takie zatrzęsienie, ze teraz np. popijam sobie smoothie jeżynowe... i jest to chyba najbardziej jeżynowy sezon w moim życiu :)




Przepis nie jest mój, ale rożni się również od oryginału. Trochę zmodyfikowałam recepturę, bo chciałam ja uprościć  Zamiast wiśni użyłam wspomnianych już jeżyn, bo jest ich w Sheffield milion chyba... Nikt ich tez nie zbiera, tylko my... 

Wiem, ze receptura nie jest dla każdego, bo jogurt nie należy do najłatwiej dostępnych w Polsce składników diety wegańskiej, a już na pewno nie do najtańszych. Kiedy jednak je jadłam pomyślałam, że w sumie zamiast jogurtu, można użyć budyniu i byłoby to, zdaje się, niezłą opcja... Eksperymentujcie po swojemu. Bułeczki są fajne na drugie śniadanko albo podwieczorek. Do tego zielona herba, dobra książka, ulubiona muzyka i wygodny fotel. Reszta świata przez chwilę nie istnieje...




Składniki na ciasto:
  • 2 szkl maki 
  • 1/4 szkl cukru trzcinowego
  • 1/2 szkl mleka migdałowego ( lub innego roślinnego)
  • opakowanie suchych drożdży
  • 1/4 szklanki oleju rzepakowego
Make przesiewamy do miski, mieszamy z cukrem i drożdżami. Wlewamy cieple mleko i olej, a następnie ugniatamy ciasto przez około 6-8 minut, aż bedzie gładkie i elastyczne.  Zostawiamy oprószone mąka i przykryte ręczniczkiem kuchennym na około 60-90 minut. 

Składniki na nadzienie:
  • 150 g jogurtu naturalnego sojowego
  • 3 łyżki maki
  • paczuszka cukru waniliowego
+ około 1/2 szklanki jeżyn

Jogurt, make i wanilie wymieszać i odstawić. 

Wyrośnięte ciasto przekładamy na oprószony maka blat i wałkujemy kwadrat o boku 36 cm. Dzielimy go na mniejsze kwadraty boku 12 cm, czyli wychodzi nam ich 9 :). Następnie każdy z nich rolujemy i ponownie rozwałkowujemy na kwadraty o boku ok. 15 cm. Na każdy po środku kładziemy łyżeczkę jogurtu i po około 4 jeżyny. Zwijamy boki "w kopertę". Zostawiamy je na 20 minut do wyrośnięcia, a następnie pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C przez około 20 minut, aż się zarumienia. 

Gotowe! Smacznego!!!!:)  


Soundtrack dla Idy! :) 

"when you smile, I smile"


środa, 12 września 2012

Dyniowe ciacha!


Czujecie to, że lato odchodzi? Ja owszem. Tyle, że nie martwię się tym za bardzo, bo UWIELBIAM jesień. Długie wieczory, kolorowe liście, lubię to przenikające się wzajemnie ze sobą ciepło i zimno. Może dlatego, że jakbym miała powiedzieć, jaką porą roku ja jestem, to byłabym właśnie jesienią. Ale  pogodną oczywiście ;)

Praktycznie każdego roku staram się wrzucić na bloga jakieś nowe przepisy z dynią w roli głównej. Lubię dynie. Są pękate, pomarańczowe, baaardzo smaczne, lokalne i no zdrowe. Niezawodne, bo sprawdzają się na słodko i na pikantnie. 

Dziś mam dla Was CIACHA. Takie trochę ciacho-bułeczki. 
Przez lato totalnie się rozleniwiłam kulinarnie i muszę coś zrobić, aby znowu złapać zajawkę i wpadać w szał gotowania. Wiecie, żeby mi się chciało, tak jak mi się aktualnie nie chce. Mój Szwagier mówi, ze to dlatego, ze pewnie znalazłam coś, co bardziej mnie fascynuje. Byc może... Wszystko tak szybko się zmienia...
Zauważam swoją przypadłość, ze mi się chce, kiedy nikomu innemu nie. Tak jest ze wszystkimi elementami mojego życia. Nie należę niestety do tych, którzy wyręczają. Sama często się wyręczam innymi... Ech...

Wróćmy do ciastek. Są baaardzo dobre. Aromatyczne. Takie nieco "wintydżowe", jak wszystko ostatnio swoją drogą...: ). Myślę, że są wręcz wymarzone do kawy, albo na śniadanko w towarzystwie mleka owsianego. Mhm!


Składniki:
  • 1/ 4 szklanki oleju
  • 2 szklanki cukru trzcinowego**
  • 2 łyżki melasy
  • 2 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 1 i 1/2 szklanki dyniowego puree***
  • 4 i 1/2 szklanki mąki 
  • 1 łyżeczka sody
  • po 1/4 łyżeczki cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru
Wymieszaj ze sobą olej, cukier, melasę i aromat. Dodaj puree i zmiksuj przy użyciu miksera lub ręcznie trzepaczką. W osobnej misce połącz pozostałe składniki. Suche wsypuj stopniowo do części dyniowej, cały czas mieszając. 
Blaszkę wyłóż papierem do pieczenia i łyżką do lodów nakładaj porcje ciasta, zostawiając odstępy. Na jednej blaszce z piekarnika zmieści się około dwanaście ciastek. W sumie wychodzi ich jakieś 22-24. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez około 15 min. 
Gotowe! SMA-CZNE-GO! :)

** przepis bazuje na recepturze amerykańskiej. Moje doświadczenie podpowiada, że Anglosasi stosują zdecydowanie za dużo cukru, więc dla większości zredukowanie cukru i połowę, czyli do 1 szklanki będzie optymalne.
*** puree najlepiej przygotować gotując na parze pokrojona w kostkę dynié, a następnie potraktować ja blenderem.:)


Oglądam akurat "We love 80s pop!", wiec się zainspirowałam :) 





środa, 5 września 2012

Be the change you wish to see in the world...

Nie zmienię całego świata. Nie będzie wegańskiej rewolucji i jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki wszyscy nie zamienią się wegan, a świat nie stanie się jednolitym państwem Weganią.
Już dawno przestałam "rewolucjonizować" świat, z nadzieją przełomowych zmian. Robię, co mogę, pomagam jak umiem i na tyle, na ile pozwala mi mój napięty grafik, a tak poza tym skupiam się na rewolucjach w swoim własnym życiu. Może to dlatego, że zgadzam się z Gandhim, który powiedział: "Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie." Tak więc staram się nią być. Ogarniam się.
Bez przerwy staram się pokazywać, że można żyć inaczej, dokonywać, rzeczy które kiedyś wydawały się niewykonalne. Myślicie, że ja urodziłam się weganką? Myślcie, że nie lubiłam omletów na śniadanie? Lubiłam, ale weganizm lubię dużoooo bardziej. Im bardziej świadomie żyję, im częściej decyduję sama o sobie, a jednocześnie wiem, że te decyzje mają dobry skutek dla innych, tym lepiej się czuję. Poza tym omlety wegańskie istnieją, więc w kwestii śniadań weganizm nie musi tak bardzo odmieniać naszych zwyczajów żywieniowych. :)
Może nie mamy wielkiego wpływu na świat wokół, ale mamy wpływ na własne życie.  Dokonujemy wyborów i to jest piękne. Nie możemy tylko pozwolić, aby ktoś próbował nam prawo do tego  odebrać, ograniczać.
Wracając jednak do weganizmu. Oczywiście marzy mi się świat pełen wegan, ale wiem, że nie osiągnę tego siłą, agresją, ocenianiem kogoś przez pryzmat tego, co ma na talerzu, nawet, gdy nie mogę na te talerz patrzeć... Cały czas wierzę, może naiwnie, że wiele można osiągnąć przez pozytywne działania. Chociażby takie, jak nasze lunche. Kiedy ludzie dowiadują się czym w ogóle ten weganizm jest, albo tego, że ( akurat o VHC piszę) wegankami nie są jakieś "hipisiary", oderwane od rzeczywistości i zamknięte na cały nie-wegański świat, ale osoby, które mają normalne życie, pracę, studia, takie same problemy, marzenia, potrzeby... To jest to już jakiś postęp, prawda?
Nadal definicja weganizmu jest niezrozumiałe dla większości społeczeństwa, więc nie oczekujmy, że nagle ktoś się nim zainteresuje, jeżeli nie ma pojęcia, czego wegańska filozofia dotyczy albo ma jej jakiś spaczony obraz...
Cieszę się, kiedy ktoś zainspirowany moim podejściem do życia zdecyduje się na choćby jeden wegański dzień w tygodniu, kiedy nie tyka nic, co pochodzi od zwierząt. Cieszę się, gdy moi bliscy wybierają nietestowane na zwierzętach kosmetyki, a mając możliwość wyboru zamówią w kawiarni kawę z mlekiem sojowym, bo gdzieś im się tam zakodowało, że tak będzie lepiej... Cieszę się, gdy zaczynają dostrzegać, że ich potrzeby nie muszę być zaspokajane kosztem innych istot żywych i czujących. Kiedy przestają konsumować bezmyślnie, zniewoleni przyzwyczajeniami, a zaczynają cieszyć się życiem, gdzie bardziej liczy się być niż mieć...
Większość wegan czy wegetarian, których znam zdecydowała się na ten krok w bardzo młodym lub młodym wieku, okresie, kiedy jesteśmy zdolni zmienić nasze życie z dnia na dzień, kiedy jesteśmy radykalni, porywczy, bezkompromisowi. Nie ma jednak, co ukrywać, że im starsi jesteśmy tym gorzej znosimy zmiany i nie porywamy się z motyką na słońce, jak tylko wpadniemy na jakiś nowy pomysł na życie. Jesteśmy ostrożni, testujemy je, zanim zaczniemy w pełni realizować. Dlatego nie oczekuję, że ktoś usłyszy hasło "weganizm" i nagle zrewolucjonizuje swoje życie, ale każdy mały krok, który czyni sprawia, że na serduszku robi się mi dużo, dużo cieplej...

Zanim pojawi się nowy przepis...

Buntowniczką stałam się od chwili, kiedy przekroczyłam drzwi szkoły podstawowej ( moja Mama natomiast jest zdania, że znaczenie wcześniej... Opowiadałam Wam już historię mojego porodu? Muszę przelecieć bloga i sprawdzić, a jak nie, to pewnie kiedyś się nią pochwalę...;) ). Nigdy nie byłam pokorna i grzeczna. Szybko też rozkminiłam, że żyję w jakimś cholernym systemie, który mówiąc delikatnie nie działa...



I często czułam, że nienawidzę miejsc, w których przyszło mi przebywać.


W związku z powyższym niejednokrotnie miałam ochotę uciec stąd, byle daleko ( i żeby był las i jezioro koniecznie, bo ja potrzebuję tych dwóch rzeczy, jak chirurg bloku operacyjnego) 


Po prostu czułam się już zmęczona codzienną walką ( i tą niecodzienną też). Porażkami, na których łatwiej jest się skupić niż na sukcesach.  Poraniona i z sercem tak dziurawym, że przypominał durszlak, znikałam.


Ponieważ ucieczka nie zawsze była możliwa, to czasami też próbowałam stać się kimś, kim nie jestem. Bo myślałam, że wtedy może będę mniej wrażliwa, mniej podatna, a to co złe, ominie mnie, bo nie pozna, że ja to ja! 


A potem dojrzałam do tego, że lepiej być sobą. Cokolwiek by się nie działo. I dzięki temu poczułam się taka lekka, spokojna i uczę się tej wolności, która mnie ogarnęła jakiś czas temu, do dziś. Cieszę się nią, jak dzieciak!



A walka serce kontra umysł stała się na tyle wyrównana, że wreszcie osiągam równowagę, pomiędzy chaosem i porządkiem w życiu. :)



Z grubsza chyba o to chodzi, no nie?


P.S. Zdjęcia, rysunki i grafiki nie są mojego autorstwa i nie są moja własnością, , ale zostały wyszukane w sieci.