wtorek, 31 lipca 2012

O restauracjach oraz prezenty z UK! :)

Łatwo jest być weganką, choć kiedy opuszcza się duże miasto to o posiłek poza domem trudno. Dlatego, większość z nas decyduje się na wczasy z dostępem do kuchni, aby móc sobie samodzielnie przygotowywać posiłki. Sama rzadko jadam w restauracjach, ponieważ mnie na to nie stać, a końcu studiuję, a zresztą wolę kasę przeznaczać na książki czy płyty.:) Moi rodzice przeciwnie. Często, zwłaszcza w weekendy stołują się poza domem, więc kiedy jestem w rodzinnym domu towarzyszę im w tych wyjściach. Z niepokojem obserwuję fakt, że od lat nic się nie zmienia w zakresie wegetariańskiego i wegańskiego jedzenia w restauracjach serwujących tradycyjne jedzenie. Ja czasami nie mam cierpliwości i sobie odpuszczam, nawet nie pytam - zamawiam frytki czy sałatkę grecką bez fety. Ostatnio moja Mama miała więcej przebicia niż ja i uparcie pytała o dania wegańskie, kiedy rodzice postanowili zabrać mnie na obiad do restauracji. W dużych miastach, z naciskiem na stolicę, Kraków i Wrocław jest już naprawdę nieźle, bo można zjeść przyzwoity posiłek w dobrej cenie, ale poza tym? Ciężko. O małych miasteczkach i wisach, nawet tych nastawionych na turystów, o czymś fajnym i wegańskim możemy zapomnieć. Niestety. 

Zazwyczaj w knajpach nie ma ani jednego dania, które my weganie moglibyśmy zjeść. Ewentualnie frytki z surówką. Czasami pizza.
Z pizzą wiąże się historia weekendowego obiadu sprzed ponad tygodnia. Nie chciałam już frytek i baru sałatkowego, bo ile można? Kiedy po konsultacji z połową kucharzy z restauracji, składu ciasta, zamówiłam pizzę. Nie było wybranej przeze mnie -  warzywnej, ale Pani zaproponowała mi nową, nie widniejącą w menu - pizzę włoską ( taka nazwa to trochę masło maślane, nie sądzicie?). Potwierdziła, że jest bez mięsa, więc poprosiłam, aby jeszcze była bez sera i cierpliwie czekałam. 
Trochę osłupiałam, kiedy kelnerka po upływie mniej więcej 20-30 minut oczekiwania postawiła przede mną - pizzę - z serem i szynką - jak się zapewne domyślacie nie była to szynka i ser wegański. 
No  cóż, można się było tego spodziewać. Wzięłam głęboki oddech i wytłumaczyłam Pani Kelnerce, że to nie jest moje zamówienie. Na szczęście kolejna pizza była naprawdę fajna - sos pomidorowy, pomidory koktajlowe, suszone pomidory, rukola i oliwa. Wadą było zbyt grube ciasto, bo ja jestem z tych, którzy lubią to papierowo cienkie... Historia skończyła się względnie dobrze, choć bardzo nie lubię takich sytuacji, bo czuję się w nich jak totalny dziwak. Mam wrażenie, i chyba nie jest ono moim wymysłem, że postrzegana jestem, jako rozpieszczona panna o takich, a nie innych fanaberiach. 
Gdybym była młodsza pewnie nawet bym się tym trochę przejmowała... Ale oni w moich oczach też nie wypadają najlepiej... ;)

Generalnie jestem zdania, że trzeba chodzić do niewegańskich knajp i pytać, pokazywać, że jesteśmy i mamy ochotę na dobre, wartościowe, urozmaicone jedzenie. Wiem, czasami nie ma się już cierpliwości, kiedy trzeba tłumaczyć na każdym kroku, o co chodzi. Myślę, jednak, że musimy to robić. Przestać traktować siebie, jako freaków, odmieńców i z pokorą wsuwać frytki, pomimo, że doskonale wiemy, jak bardzo proste jest przygotowanie wegańskich posiłków oraz jak nie wiele trzeba, aby bez wielkich zmian w menu takie dania się pojawiły. Nie ma co ukrywać, że jesteśmy mniejszością, ale nie oznacza to, że nie powinniśmy akcentować swojej obecności. Trudno, żeby ktoś przygotowywał jedzenie z myślą o nas, kiedy nie wie, że istniejemy i mamy takie potrzeby. Prawie w każdej knajpie są pierogi, zazwyczaj z jajkami w cieście, a przecież można je z powodzeniem zrobić bez jaj. To samo dotyczy spaghetti - jedno mogłoby być z sosem warzywnym lub pesto z orzechów i ziół, nie trzeba dodawać sera. Tradycyjne ciasto na pizzę jest bez mleka i jajka, ale w Polsce z uporem maniaka robią ją, jak nie z jednym, to z drugim. Sałatka wegańska z jakimś strączkowym warzywem, na przykład z ciecierzycą lub soczewicą też cieszyłaby się zainteresowaniem nie tylko wśród wegan, a zamawianie w kółko greckiej bez fety jest nudne. 
A zupy? Czy wszystkie muszą być na bulionie, skoro można ugotować pyszne na warzywach i bez kostek rosołowych? Nie muszą, prawda? Ludziom na diecie tradycyjnej takie zmiany w menu nie zrobią różnicy, a nam weganom ogromną. 

Nie wszędzie jest tak, jak u nas. Są miejsca, gdzie bez trudu można się najeść pyszności. Może jestem naiwna, ale łudzę się, że i u nas to w końcu nastąpi.

Cieszy mnie każda nowo otwarta wegańska czy wegańsko-wegatariańska knajpka, a one ostatnio w większych miastach rosną, jak grzyby o deszczu, ale nie łudźmy się, że takie miejsca powstaną w Koziej Wólce czy w innych Sworach, dlatego pytajmy o wegańskie dania w ichniejszych restauracjach.
Może za kilka lat usłyszmy, że mają coś i dla nas.

A teraz pyszności z UK, które przywiozły mi Siostry. Plus kolejna kciążka Isy Chandry Moskowitz - "Appetite for Reduction" - 125 fast and filling low-fat vegan recipes. ;)

Generalnie jakby w PL były jogurty sojowe i mleko z orzechów laskowych w większości sklepów to byłabym w pełni usatysfakcjonowana.
A fake food to taki jak żółty ser to bajer, który mnie cieszy od czasu do czasu :)





















sobota, 28 lipca 2012

Garstka inspiracji na wakacyjną kolację...

... ponieważ nie zawsze muszą być kanapki. Jakiś czas temu pokazałam Wam rożki z ciasta francuskiego. Dziś będzie bez przepisu, bo tak naprawdę nie ma, o czym pisać. Musicie nabyć papier ryżowy. Wybrać warzywa, które najbardziej Wam pasują, ale możecie też sięgnąć po makaron ryżowy, sojowy,  tofu, tempeh, kotelty sojowe, boczniaki lub inne grzyby. Ułożyć ładnie warstwami i zrolować. 
Ja moje SPRING ROLLSY nadziałam marchewką, kalarepą, sałatą, liśćmi botwinki, awokado, miętą, bazylią i szczypiorkiem. Ale możecie pokusić się o własną wersję.
Sos też zrobiłam "na oko" z tego, co akurat było w domu, pod ręką, czyli masła orzechowego, sosu sojowego, imbiru, chili, wody.. Ale jeżeli i o to chodzi, możecie skusić sie na własną wariację. Nic nie stoi na przeszkodzie. Sieć pęka w szwach od rozmaitych receptur, więc szukajcie, a znajdziecie :) 

Jak dla mnie taka kolacja to rewelacja. Lekkie, świeże, sezonowe, zdrowe i chrupiące. P-Y-C-H-A! 

Zachęciłam WAS troszeczkę??














A o to filmik, który mnie zainspirował ( jestem uzależniona od takich mini produkcji, traktujących o przygotowaniu jedzenia):

 
fresh tofu spring rolls from rachelchew on Vimeo.

czwartek, 26 lipca 2012

Koktajl arbuzowo-jagodowy! Musicie spróbować.

To było tak, ze ja zawsze chciałam robić to, co robię, ale medycyna nie zawsze mnie fascynowała...   Po pierwszym miesiącu i przez kolejne dwa lata studiowania miałam ochotę rzucić ją w cholerę i zająć się zmieniam świata z bardziej niekonwencjonalny sposób... Był w moim życiu czas, kiedy nienawidziłam medycyny, bo zabierała mi życie. Teraz jest odwrotnie, kocham ją, bo dzięki niej mogę uniknąć prawdziwego życia... Mogę w nią uciec, wykręcić się. W końcu widzę, że nie ma dla mnie życia poza medycyną. I dobrze. Był moment, kiedy się na nią obraziłam, bo była inna niż ją sobie wymyśliłam. Trochę, jak w związkach, wyobrażenie o drugiej osobie też rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Z tym, że ja o ten związek postanowiłam walczyć i koniec końców, dałam jej szansę.
Pierwszy i drugi rok studiów był dla mnie męką - byłam sama, w świecie, w którym zupełenie się nie odnajdywałam i który mnie odrzucał, bo byłam trochę inna od reszty -dredy, weganizm itp.itd. Nie pasowałam. Zero przyjaciół, zero kolegów, koleżanek, zero bliskich, za to dużo nauki i niezbyt miła atmosfera. Nic dziwnego, że szukałam szczęścia, spokoju, wsparcia gdzie indziej, ale przez to szukanie zagubiłam się chyba totalnie i skończyło się to nie najlepiej. Błądziłam. 
Zajęcia mnie nudziły, wykładowcy byli irytujący, bo tyrali nas, traktowali, jak bandę przypadkowych dzieciaków. Na niektórych to działa, niektórzy coś takiego znoszą, a mnie to zniechęcało i sprawiało, że bardzo nie lubiłam tej medycyny. Tej samej - wyśnionej i wymarzonej. Czułam się tam poniżana, jakbym znalazła się w niewłaściwym miejscu. Nie umiałam pogodzić medycyny z moimi pozamedycznymi zainteresowaniami.  W dodatku nie miałam nikogo, kto by mnie wspierał, a jestem pewna, że gdybym miała to byłoby łatwiej.
Dopiero, kiedy zaczęłam trzeci rok, coś drgnęło. Nie wiem na ile zmieniło się coś na samych studiach, a na ile we mnie, ale medycyna zaczęła mnie wciągać i fascynować, tak jak w moim wyobrażeniu powinna. Stała się narkotykiem, bo ciagle mi jej mało. Nie mam dnia, żeby czegoś nie poczytała z tej dziedziny nawet taraz w wakacje. Żyję nią. Zawsze byłam molem książkowym, kochała czytać i czytałam powieść za powieścią, ale sama nie wiem, kiedy książkami, z którymi się nie rozstaję stały się takie grube książeczki miedzy formatem A5 a A6, pisane drobym drukiem. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam wybierać torby nie tylko na zasadzie - czy winyl się w niej zmieści - ale czy pomieści te wszystkie podręczniki, czy wytrzyma ich ciężar ( choć to czy jest wygodna na rower i czy pomieści winyle kupione na koncercie nadal  jest bardzo ważne :P)

Koniec końców chodziło o to, że mi się ta medycyna z moim punkowaniem kłóciła. Mniej gigów, mniej wyjazdów, mniej ziomeczków i trzeba było się jakoś tak ogarnąć, coby wyglądać w miarę neutralnie, żeby pacjentów nie straszyć, choć jestem przekonana, po własnym doświadczeniu, że do tego wyglądu lekarze i personel medyczny przykładają wiekszą wagę niż pacjenci, bo im z reguły jest wszystko jedno, chcą rzetelnej pomocy i tyle. Z drugiej strony, może cos w tym jest, że skoro nic się nie umie i nie poradzi, to się chociaż wyglądać będzie... ;)
Kiedyś mi się wydawało, że ona  mnie ogranicza.  Że muszę się podporządkować jakimś wymyślonym społecznym i uczelnianym normom i to ingerowało w moje poczucie indywidualności. Bo dredy nie, piercing nie, tatuaże tez nie!
Potem jakoś to ogarnęłam i zaczęłam z tym żyć, bo dredy to nie koniec świata, w końcu nawet mi się znudziły, kolczyki mogą być małe, a tatuaże schowane.
Ale o czymś innym chciałam pisać, bo wygląd to tylko sprawa trzeciorzędna, w końcu ważniejsze jest kim jesteśmy i kim się czujemy, a nie na kogo wyglądamy.
Generalnie dla mnie nie ma nic bardziej hardcorowego od medycyny, nieprzespanych nocy, matriału, który przeciąża umysł.
Co jest bardziej hardcorowe od cięcia, krwi, raka, zakażeń, przewlekłych chorób, które męczą latami i powoli zabijają lub od "cichych zabójców", którzy zabierają nas migiem z tego świata, od chorych psychicznie, pracy na 2,5 etatu pod ciągłą presją i próbą zachowania non stop trzeźwego umysłu...? I próby normalnego życia w tym całym bagażem, który zbieramy każdego dnia. Nie mówiąc już nawet o użeraniu się z biurokracją, która stała się nieodłączną częścią pracy lekarza i czasami, jak patrzę ile czasu moja mama poświęca na papierkową robotę, pukam się w głowę zastanawiając się, jak ja to wytrzymam... 

Poza tym,  jest śmierć i są czaszki,  jest płacz i śmiech, krew i pot, czyli  jest emo, crust, sluge, hardcore punk. Jest to wszystko razem. No i nie ma miejsca na hipisiarstwo, nawet na pediatrii, bo miękkie serduszko i kwiatki źle działają na głowę, a tu trzeba mieć łeb na karku, myśleć, kombinować, rozkminiać, szukać... itd.

I wiecie co? Teraz naprawdę mi sie podoba ta moja medycyna. :D
Dzięki niej jedzenie też smakuje mi lepiej. Cały czas staram się jeść zdrowo i rozmaicie, ale nie mam czasu na wielkie kombinowanie, więc z reguły sięgam do dań prostych, jednogarnkowych, a przy tym wszystkim zdrowych. Zdecydowanie wychodzi mi do na dobre... :)


Jest lato. Choć raczej zimne i deszczowe, a ładnych dni, jak na lekarstwo, co nie zwalnia mnie jednak z sezonowego jedzenia. Na śniadanie - tosty z masłem orzechowym i dżemem owocowym zrobionym tego lata przez moją mamę lub musli ze świeżymi owocami. Na obiad grzyby - kurki w śmietanie roślinnej z młodymi ziemniakami, focaccia z pomidorami, makaron z sosem ze świeżych pomidorww , w cieplejsze dni gaspacho czy pierogi z jagodami, zebranymi własnoręcznie pomimo popadującego deszczu. Zarówno kurek, jak i jagód jest tego roku pod dostatkiem, więc wygląda na to, że w tym  sezonie kuchnia będzie wyjątkowo leśna. I dobrze - ekologicznie, regionalnie, zdrowo, tanio i przede wszystkim wegańsko.
W tym roku niemal codziennie wypijam też koktajle i różnego rodzaju smoothies. Połączenie, które polubiłam wyjątkowo to arbuz i jagody.


Na trzy mniejsze koktajle lub 2 duże potrzeba nam około 2 kg arbuza, którego musimy wydrążyć i możliwie starannie usunąć z niego pesteczki. Trochę z tym zabawy, ale mamy wczasy, więc się nigdzie nie spieszymy... Kawałki arbuza wrzucamy do wysokiego naczynia, dodajmy szklankę jagód i miksujemy przy pomocy naszego ulubionego kuchennego urządzenia - czyli blendera. :) 
Chłodzimy w lodówce, a potem sączymy przez słomkę słuchając ulubionej muzyki.



MNIAM! :)  

                       


Do takiego koktajlu najbardziej pasują pioseneczki o miłości z początku lat dziewięćdziesiątych - totalne LOVEEEE! :) 



Pijemy i idziemy w tany! W końcu wczasy mamy, co? 

wtorek, 24 lipca 2012

Pasta kanapkowa z bobu

Czasami myślę, że powinnam zamknąć bloga i zająć się czymś poważnym... Gotowanie wydaje się takie trywialne w stosunku do moich innych zainteresowań, że zajmowanie się pichceniem daje momentami wrażenie straconego czasu... Przecież to żadna filozofia. Mogę sobie wmawiać, że to rodzaj magii, czy alchemii, ale myśląc trzeźwo to tylko krojenie, siekanie, smażenie, gotowanie, ugniatanie, mieszanie, pieczenie. Względnie można do tego dodać wybieranie produktów, wymyślanie przepisów czy też wyszukiwanie ich w książkach czy sieci.
Z tym, że za gotowaniem kryje się też karmienie, nie tylko siebie, ale bliskich i chyba w tym tkwi sekret. Cała przyjemność jest wtedy, gdy robimy to dla innych i gdy zapraszamy do swojej kuchni pomocników. Razem jest fajniej.
Tak sobie pomyślałam, że ok, gotować dla innych można. I z innymi. Ale dlaczego zaraz prowadzić bloga? Patrząc na ilość kulinarnych blogów, gotowanie to takie banalne zainteresowanie , że aż mi to do mnie samej nie pasuje.
Tylko, że co zrobić, jeżeli naprawdę się to lubi? Może warto raz w życiu postawić na banał? Tym bardziej, że całe życie mi się wokół tego nie kręci? I całe życie raczej postępuję na przekór normom...
Tak więc bloga nie zlikwiduję. Poza tym, gdzie miałabym miejsce na te swoje wynurzenia, rozkminy? Jakie inne miejsce pozwoliłoby mi się dzielić z tak dużą liczbą osób moimi zajawkami? Co byłoby odskocznią?
Nadal będzie kulinarno-refleksyjnie, bo ja nie umiem oddzielić tych czynności, nie mogę przestać myśleć. Naprawdę! Chciałabym choć na chwilę móc sterować swoim mózgiem, móc wyłączać jego funkcje w zależności od potrze, aby czasami nie myśleć, czasami nie czuć i czasami nie pamiętać. Tylko, że się nie da. Mogę przewertować neurologię i neurochirurgię, a tak nie zapanuję nad tym, czasami nieznośnym, narządem.  Jedyne, co mogę to udawać, a chyba jestem w tym coraz lepsza, że nie myślę, nie czuję i że nie pamiętam. 
Jestem do tego stopnia dobra, że sama czasami wierzę w to, że tak jest, że nie czuję i nie pamiętam. Może byłaby ze mnie niezła aktorka? Kto wie...

Generalnie, Moi Drodzy, jak sami wiedziecie, wzięłam się w garść i co jakiś czas wrzucam tu jakiś fajny przepis. Mamy lato obfitujące w  lokalne, pyszne warzywa. Ja sama ostatnio więcej piekę i to raczej słodkości, niż gotuję, ale pół dnia siedzę w szpitalu, bo nie odpuszczam sobie praktyk i wyrabiam, jak trzeba 140 godzin, a obiady serwuje mi Mama. I powiem Wam, że jest bardzo smacznie.
A na mnie domownicy mogą liczyć przy kolacji czy podwieczorku, kiedy robię coś ekstra. Jak chociażby te trójkąty.

Kanapki to nuda, nie sądzicie? Straszna nuda, prawda? Jedzenie ich na śniadania i kolacje wydaje się takie wyświechtane, że aż smutno. A jednak! Większość z nas je kanapki... Ja na przykład jem.. Może dlatego, że kanapki są w sumie ponad podziałami... Kanapki raczej łączą, a nie dzielą, choć wiadomo, że kanapka, kanapce nierówna... Jedzą je ludzie bez względu na status społeczny, wykształcenie, wiek, płeć, miejsce zamieszkania itp. itd....
Hiszpanie mają swoje tapas, Japończycy sushi, Włosi bruschetty, Chińczycy spring rollsy czy sajgonki, a Polacy - KANAPKI. Wiem, że w krajach anglosaskich jada się sandwich'e, ale to nie do końca to samo... Poza tym chodzi o ilość, a w Polsce kanapki je się przeważnie na 3 posiłki w ciągu dnia. Rozpoczyna się i kończy nimi dzień, a dodatku przegryza w przerwie w szkole czy w pracy. Jesteśmy kanapkowymi potworami. Kiedy pytam pacjentów czy jedli coś dzisiaj - najczęściej odpowiadają, że tak - KANAPKI! ;)
Ja jadam kanapki głównie ze względu na pośpiech, bo gdybym miała więcej czasu na śniadania jadłabym raczej kasze, owsianki, naleśniki czy gofry...
Jednak poza weekendami raczej jem kanapki. Błyskawicznie się je robi i w mgnieniu oka zjada. Pakuje w pojemnik i leci do szkoły/pracy. 
Mam jednak zasady. Kanapkowe.

  1. Staram się kupować chleb w piekarni. Unikam pieczywa supermarketowego i z głębokiego mrożenia.  Samodzielnie piekę może 2 razy do roku. Jak mnie natchnie, ale nie mam raczej zajawki piekarniczej. Jeszcze, może kiedyś to się zmieni i będę wypiekać chleb codziennie. ;)
  2. Kupuję pieczywo pełnoziarniste, żytnie, orkiszowe, razowe. Sporadycznie jadam bagietki czy komyśniak. 
  3. Dodatki do pieczywa zazwyczaj przygotowuję samodzielnie. Głownie pasty. Ale też rozmaite kotlety czy tofu.
  4. W sezonie mam kanapki pełne świeżych warzyw. Poza sezonem raczej sięgam do marynowanych, kiszonych. 
I to chyba z grubsza zasady, których się trzymam. 

Dziś mam dla Was pastę. Taką trochę podobną do hummusu, ale bez tahini i z bobu zamiast cieciorki. Przepis wynalazłam w książce " Przemytnicy na wakacjach" i znajdował się tam w dziale Greckim. 
Pasta jest fajna, bo sezonowa, banalnie prosta, smaczna i z łatwo dostępnych składników. 
W dodatku zdrowa i pożywna. 
Jeżeli nie macie już pomysłu na kanapki to proponuję, abyście spróbowali tej pasty! Pycha!



Składniki:
  • 300 g bobu
  • 1/3 delikatnej w smaku oliwy z oliwek
  • ząbek czosnku
  • sok z cytryny do smaku
  • sól i pieprz
Bób gotujemy ( ja zrobiłam to na parze, ale można po prostu w dużej ilości wody). Studzimy i obieramy go ze skórki, miksujemy go z oliwą. Dodajemy wyciśnięty czosnek, sok z cytryny, sól i pieprz do smaku. Podajemy z pieczywem. 

Do tego sałatka i letnia kolacja, jak z marzeń! Smacznego! 





A na koniec Alpinist - moja miłość - z utworem o niemieckim tytule LICHT!

Tak się rozgrywają chłopcy z Munster <3

niedziela, 22 lipca 2012

Rogale z czekoladowym kremem z ciecierzycy...

Mówią, że nikt nie obiecywał, że będzie łatwo... Ale czy ktoś kiedykolwiek ostrzegał, że będzie aż tak ciężko...? Bo chyba jednak nie tak się umawialiśmy z losem.  Czy nie powinnam odwrócić się napięcie i odejść w siną dal... ? Nigdy nie wrócić?  Zniknąć.
Czasami z kolei, wydaje mi się, że nie muszę znikać, bo już nie istnieję. Jakby mnie nie było. Czuję się jak duch, cień, coś totalnie nienamacalnego. Jakby świat  mnie nie chciał, jakby o mnie zapomniał. Super źle jest się tak czuć, ale jak mówi klasyk gatunku: "łottudu?"

A może po prostu mam za dużo. Dostałam już w życiu tyle, że na nic więcej nie zasługuję i moje oczekiwania się na wyrost. Może, może. Oczekuję wielkości, inspiracji, czegoś i kogoś, kto zwali mnie z nóg, a tymczasem nikt i nic nie robi na mnie wrażenia.
Powinnam się cieszyć z tego, co jest i nie próbować chcieć czegoś więcej. W końcu moje życie jest udane i los naprawdę mnie oszczędza. Widzę to, doceniam i jestem wdzięczna.
Jednak mam takie poczucie i ono mnie nieraz troszkę męczy, że już nic się nie zdarzy, nic więcej mnie nie spotka. Nic już na mnie nie zrobi wrażenia.  Wyczerpałam limit szczęścia. 
Możliwe? 
Jest mi super smutno, gdy myślę, że taka może być rzeczywistość. 

Od dziecka towarzyszyło mi poczucie wyjątkowości. Czułam się, jak wybranka bogów. Miałam taką wewnętrzną siłę, charakter, energię i wiarę we własne możliwości. Dzieci tak czasami mają i nie jest to efekt choroby afektywnej dwubiegunowej. Dzieci po prostu mają jakiś taki swój, zaczarowany świat. I to jest spoko.
 

Nigdy nie zapomnę, gdy jako nastolatka odkryłam bolesną prawdę o swojej przeciętności.
Boli do dziś, choć jestem tak zajęta, że na co dzień w ogóle nie muszę o tym myśleć. Na szczęście.
Jak jednak wiadomo, nikt nie chce być bez wyrazu. 
Każdy chciałby być KIMŚ. A jest się po prostu tym, kim się jest. Nikim specjalnym. Takim byle jakim. 

6736_3b9f

Tylko, że na szczęście każdy w życiu trafia raz na jakiś czas na osoby, które pojawiają się przy nas na chwilę, na moment i całkowicie je odmieniają.
Czasami myślimy, że ważni są Ci,  którzy są przy nas cały czas - najbliżsi przyjaciele i rodzina, ale to nie prawda, że tylko oni, gdyż czasami wystarczy chwila, aby nasze życie zaczęło biec innymi torami.
Nabrało rozpędu, stało się ciekawsze. Czasami dostajemy przysłowiowego kopa od kogoś, kto zniknął szybciej niż się pojawił, ale dzięki tej osobie poszliśmy akurat w tym, a nie innym kierunku. Złapaliśmy przysłowiowy wiatr w żagle i ruszyliśmy przed siebie odkrywając życie, którego wcześniej nie znaliśmy. Ja mam całą listę takich osób. Mogłabym teraz rozpaczać, że ich gdzieś tam straciłam po drodze, ale nie mam najmniejszego zamiaru tego robić, bo to byłoby zupełnie nie na miejscu. Za wiele im zawdzięczam i nie chcę niszczyć tego, co od nich dostałam. Dzisiaj chciałabym im podziękować, że przez chwilę przy nich czułam się niczym Super Bohaterka.



Niektórzy pewnie zupełnie nieświadomie, uratowali mnie przed marazmem, złym wyborem, pójściem w kierunku, który mógł zniszczyć mi życie. Choć byli przez chwilę, dla mnie to oni zawsze będą moimi osobistymi superbohaterami.

Między innymi dzięki takim ludziom mam energię, aby siedzieć późnym wieczorem i piec rogale na śniadanie, do porannej kawy. Oczywiście w weekendy, ale warto czasami dla chwili przyjemności trochę się postarać.

Tym razem upiekłam rogale z nadzieniem czekoladowym. Nie wykorzystałam jednak gotowej czekolady. Zrobiłam własnoręcznie krem, na który przepis wygrzebałam na tej pięknej stronie. 
Może trudno Wam w to teraz uwierzyć, ale naprawdę daje radę, a ciecierzyca, podobnie, jak soja - przyjmie wszystko. Zarówno na tostach, jak i w moich rogalikach. Jeżeli macie mniej czasu sięgnijcie po ciasto francuskie. Generalnie spróbujcie go, bo naprawdę warto.


Składniki na krem:
  • puszka ciecierzycy
  • łyżka masła orzechowego
  • 6 łyżek oleju o neutralnym smaku, np. rzepakowego
  • 1/2 szklanki kakao 
  • 1/2 szklanki cukru pudru ( u mnie trzcinowy)
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • 6 łyżek napoju sojowego waniliowego lub wody
  • aromat waniliowy (jeżeli użyliście wody, a nie napoju soj.)
Ciecierzycę odsączyć, przepłukać wodą i możliwe dokładnie usunąć te "błonki", w których znajdują ziarna ciecierzycy. Ja rozcierałam je delikatnie w dłoniach i wybierałam "błonki". Może jest to nieco żmudne, ale powiedzmy, że takie do przeżycia, więc można się od czasu do czasu pobawić...
Następnie wszystkie składniki umieszczamy w blenderze/rozdrabniaczu lub innym urządzeniu, którym dysponujemy, a które pozwoli nam przerobić mix wymienionych składników na w miarę spójny i gładki krem. 
Gotowe! 
Teraz może zjeść do łyżeczką ( to Mój Tata), posmarować nią suche wafle ( to Moja Mama) lub zrobić  tosty i rogaliki (to ja)! Wy pewnie wymyślicie sobie jeszcze inne opcje...! :)



Ciasto na rogale.

Składniki:
  • 50g drożdży
  • 4 szkl. mąki pszennej
  • 2/3 szkl. cukru trzcinowego
  • 1 szkl. mleka roślinnego
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • łyżeczka roztartego w moździerzu kardamonu
  • 1/2 szkl. oleju
Drożdże ucieramy z cukrem. Czekamy, aż się rozpuszczą. Następnie dodajemy ciepłe mleko i zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodajemy olej i mąkę i dokładnie wyrabiamy ciasto. Odkładamy je w ciepłe miejsce na 40 minut, aby wyrosło. 
Następnie wyrabiamy ciasto z odrobiną mąki, aby się nie kleiło. Rozwałkowujemy, tak aby wyszło nam koło. Kroimy je na pół, następnie na kolejne pół i każdy następny kawałek na koleje pół. Wyjdzie osiem części - takich trójkątów, które po nałożeniu masy czekoladowej z cieciorki, zwiniemy w rogaliki. Proste? 
Piec w 180 st.C przez  około 15-20 min.
















Ostatnio słucham baaardzo rozmaitej muzyki. Utwór, który nie daje mi spokoju od jakiego czasu Ghost Towns... Może dlatego, że utożsamiam się z jego tekstem. Mhm, jestem z tych, co w tekście co drugiej piosenki widzą siebie. Posłuchajcie.


I've got no need for open roads
'Cause all I own fits on my back
I see the world from rusted trains
And always know I won't be back

'Cause all my life is wrapped up in today
No past or future here
If I find my name's no good
I just fall out of line

But I miss you
But there's comin' home
There's no comin' home
With a name like mine
I still think of you
But everyone knows
Yeah everyone knows
If you can, let it go

I seen more places than I can name
And over time they all start to look the same
But it ain't that truth we chase
No, it's the promise of a better place

But all this time, I been chasin' down a lie
And I know it for what it is
But it beats the alternatives
So I'll take the lie

I still miss you
There's no goin' home
There's no goin' home
With a name like mine
I still dream of you
But everyone knows
Yeah everyone knows
If you can, let it go


piątek, 20 lipca 2012

Trójkąty z masą z tofu i botwinki

Chciałabym napisać coś mądrego. W sumie powinnam. Codziennie spotykam milion ludzi w szpitalu, mam milion przygód, przeżyć. Nic tylko pisać, opowiadać, dzielić się z Wami przemyśleniami. W dodatku czytam książkę za książką, więc i stąd czerpię masę rozkmin.
Chyba jest tego za dużo na moją głowę i jakieś rozmyślania przyjdą dopiero w okolicach jesieni, kiedy to minie, kiedy się zdystansuję. Teraz jestem na świeżo i jest ich tyle, że naprawdę nie wiem od czego miałabym zacząć. Dlatego nie będę sie silić na żaden bełkot, tylko skupię sie na jedzeniu... ;) Może być?


Dziś miałam upiec coś innego. Może nie zupełnie, ale chciałam przygotować ciasto filo. Okazało się jednak, że nie jestem znowu taka pracowita i po dwóch tygodniach praktyk, które mimo wszystko dają mi trochę w kość, jestem leniwcem i szukam w kuchni prostszych rozwiązań... Wyszperałam w lodówce ciasto francuskie, które aż samo prosiło się o to, aby je wykorzystać.
Postanowiłam zrobić na kolację coś fajnego, bo dla wszystkich był to ciężki tydzień i zasłużyliśmy na jakieś miłe jego zwieńczenie.
Popołudnie spędziłam jeżdżąc po okolicy rowerem, o zgrozo w zimowej czapce, bo nieprzyjemny wiatr hulał po polach  i łąkach zniechęcając do takich wycieczek. W dodatku wybrałam polne i leśne ścieżki, co jest dosyć nierozważne, bo Gazelle'a to rowerek szosowy i miejski... Ale dałam radę, a właściwie to ona dała. Obie dałyśmy. Dla chcącego nic trudnego, co nie?
Jeszcze przed wyjazdem pokroiłam warzywa, tak więc po powrocie szybciutko przygotowałam farsz, zlepiłam pierożki. Kiedy się piekły, ja przygotowałam sałatkę i kolacja całkiem nie byle jaka wylądowała na stole.
Idealnie! 



Składniki:
  • 300 g tofu
  • ok. połowa pęczka botwinki ( 4 sztuki u mnie) bez buraków, same łodygi i liście
  • 1/2 pęczka dymki
  • kilka łodyżek tymianku
  • kilka listków bazylii i mięty
  • garść czarnych oliwek
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oliwy
  • sól
  • pieprz
  • opakowanie ciasta francuskiego
Tofu rozgniatamy, przeciskamy przez praskę czy cokolwiek, ma być rozgniecione.
Botwinkę i dymkę ( łącznie z zieloną częścią siekamy) i wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Smażymy mniej więcej 5 minut, co jakiś czas mieszając. Gotowe dodajemy do tofu, wrzucamy też posiekane zioła, zmiażdżony czosnek, oliwki i porządnie mieszamy.
Na koniec solidnie przyprawiamy pieprzem i solimy do smaku wg uznania. Gotowa masa jest tak dobra, że ja zjadłabym ją łyżeczką...
Ciasto francuskie dzielimy na 6 lub 12 kwadratów, zależy czy wolimy mniejsze czy większe rożki. Na każdy nakładamy farsz i sklejamy, tak aby powstały trójkąty.  
Pieczemy w 220 st.C do czasu, aż się przyrumienią. 

Gotowe! Ja podałam je na kolację z sałatką z pomidorów, ogórków małosolnych, kalarepy, papryki, sałaty i oliwek z vinaigrette. Samo dobro, idealne na piątkową kolację po ciężkim tygodniu... 





Robi się późno, ja zbieram się do spania, a Was gorąco zachęcam, abyście przygotowali sobie takie pierogi z ten weekend! Lata za oknem nie ma, niech chociaż z kuchni zawiata... :) 




czwartek, 19 lipca 2012

Limonkowe muffiny z jagodami i rozkminy rodem z SOR-u.


Obserwując codzienność na SORze zauważam pewne reguły, prawidłowości, prawa serii. Są dni urazów dzieci i młodzieży, dni żądlenia, dni ran ciętych, dni, kiedy największym niebezpieczeństwem dla człowieka są cegły i betonowe płyty oraz takie dni, kiedy bardziej niż kiedykolwiek szwankuje układ sercowo-naczyniowy. Są też dni, kiedy nic, absolutnie nic się nie dzieje. Nie dokucza ani brzuszek, ani główka. Spokój.
Myślę, że to sprawka kosmosu. Układ planet czy coś takiego sprawia, że ludzie w danej chwili są bardziej podatni na infekcje, urazy, są bardziej agresywni (czyli na SOR trafiają pobicia), bardziej lekkomyślni - włażą i wkładają łapy tam, gdzie nie trzeba. Ale też czasami, dzięki planetom bywają bardziej spokojni, rozważni lub po prostu zbyt leniwi, aby zrobić sobie krzywdę. Układ planet wpływa też na odczuwanie i dlatego czasami byle stłuczenie sprawia, że przybiegają, a innym razem z poważnym urazem czekają wiele dni, bagatelizując dolegliwości. 
Może popadam w paranoję, a może jednak coś w tym jest. Wierzę, że człowiek nie jest obojętny kosmosowi i siłom natury, że mają na nas konkretny wpływ. Ulegamy mu. Bredzę? Może trochę, ale szukam wyjaśnienia i bardziej jestem skłonna uwierzyć w Kosmos niż w cokolwiek innnego.

***

SOR to inna bajka. Odział różniący się od tych, na których bywam zazwyczaj. Tutaj pacjenci pojawiają sie na chwilę, czasami są to minuty, czasami godziny. Nikt nie zasiedzi na dłużej. Niektórzy przychodzą o własnych siłach ze stłuczonym palcem, inni wjeżdżają nieprzytomni. Jedni wracają do domu, inni dostają skierowanie na odziały specjalistyczne. A inni... wiadomo, co...
Widzimy się przez chwilę, zazwyczaj rozmawiamy kilka minut. Często spotykamy się po raz pierwszy i ostatni,  a dowiadujemy się na temat tych ludzi tyle, ile niejednokrotnie nie potrafilibyśmy powiedzieć o własnych znajomych. Poznajemy historie chorób, które w nieprawdopodobny sposób przeplatają się z historiami życia - wiemy, co im dolega obecnie i na co chorowali w dzieciństwie, od kiedy męczą ich zmasowane choroby przewlekłe, co i kiedy mieli złamane, jakim urazom i wypadkom w życiu ulegli,  na co chorowali ich krewni, dowiadujemy się ile mają lat, gdzie mieszkają,  czy są z kimś związani, czy mają dzieci, gdzie pracują. Wiemy dużo - bardzo dużo, jak na początek. Niektóre historie są przezabawne, inne przeciwnie - smutne i jakoś nie dają mi spokoju przez cały dzień, do momentu kiedy nie pojawi się kolejna smutna, samotna albo mająca pełną rodzinę, a jednak głęboko nieszczęśliwa osoba, której jest mi żal i jestem miła, jak tylko umiem, bo nieszczęście jakie ich spotyka to za dużo, jak na jednego człowieka. Ja jestem dziewczę wrażliwe i empatyczne, więc nie umiem przejeść obojętnie. I nie pozwolę też w sobie zabić tego współodczuwania, ponieważ nic mnie bardziej nie razi niż lekarz nierozumiejący, niewspółczujący i gardzący swoimi pacjentami. 

***

Dziś dotarło do mnie, jakim dużym kredytem zaufania pacjenci obdarzają personel. Mówią nam wszystko, ufając, że ich nie wyśmiejemy, że zachowamy to dla siebie.
Choć tak naprawdę większość się zapomina, to jednak w pamięci zostają tylko skrajne - bardzo zabawne lub dramatyczne historie. I jakoś się z nimi żyje. 
Ja mam dobrą pamieć i lekkość zapamiętywania twarzy, osób. Staram sie jednak jak mogę, aby nie pamiętać za dużo. Zachować odpowiedni dystans, nie zwracać uwagi na medycznie nieistotne szczegóły. To ciężka praca, bo mój mózg posiada niesamowitą zdolność kodowania rzeczy nieważnych. W każdym razie nie w danym momencie. 
Uczę go teraz filtrowania informacji, ale bez utraty empatii, jaką należy okazać pacjentom. Myślę, że jestem w tym coraz lepsza...

*** 

A teraz kulinaria...
Już jedna wariacja na temat muffinów z jagodami gościła na blogu w tym sezonie. Nie chcę być monotematyczna, ale ostatnio przyszedł mi głowy mix limonki i jagód, więc musiałam sprawdzić to połączenie. Efekt jest świetny, muffiny są delikatne, długo utrzymują świeżość i są bogate w moje ukochane jagody. Mówiłam już, że kocham jagody? Dlatego też, postanowiłam podzielić się z Wami recepturą. Niby nic nowego, niby jak zawsze bazuję na podobnych proporcjach, a jednak ... 
Są to kolejne letnie smaki, jakimi mam zamiar oczarować Moich Czytelników i sprawić, że nawet jak mieszkają na dziesiątym piętrze wieżowca z zakurzonym, brudnym i zatłoczonym mieście, dzięki nim poczują się trochę, jak na wsi na wczasach... :)

  • 2 szklanki mąki pszennej
  • skórka starta z jednej limonki 
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki cukru
  • łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1/3 szklanki oleju
  • 1 szklanka napoju sojowego
  • 1/3 szklanki wody mineralnej gazowanej
  • 1 szklanka jagód 
W jednej misce mieszamy ze sobą suche składniki, w drugiej mokre. Następnie dodajemy mokre do suchych. Na koniec wsypujemy jagody i delikatnie mieszamy, aby nie rozgnieść owoców. Ciasto wlewamy do 12 foremek, tak aby je całkowicie wypełnić. Pieczemy w 200 st. C przez około 20-25 minut. Gotowe możemy polukrować i ozdobić jagodami lub oprószyć cukrem pudrem. Gotowe.


Soundtrack: Baroness  - "Red Album" - -> jak nie znacie to obczajcie! :) 

poniedziałek, 16 lipca 2012

Wiśniowa tarta.

Ostatnio "prześladują" mnie serca - na obrazkach, zdjęciach, na ciuchach i tatuażach. Gdzie nie spojrzę widzę ten motyw. Gdybym wierzyła w znaki... Hmm.. chciałabym wierzyć w znaki... Nie wiem, może wierzę? 
Ale nie mam nic przeciwko tym wszechobecnym sercom, bo ja je zawsze lubiłam. Ten motyw urzekał mnie swoją prostotą i tym, jak wiele pozytywnych uczuć może budzić. Serce, serduszko. Tatuaż, koszulka w serca, ciasteczkowe serducho albo symbol kapeli Exmisja, czyli czarna gwiazda z czerwonym sercem w środku = loveee! 
Serce anatomiczne, choć traci swoją prostotę, jest również przepiękne. I to taki motyw znajdzie się kiedyś na mojej skórze, za jakieś czas, kiedy poczuję, że sobie zasłużyłam i będę je z dumą nosić.

Wiem doskonale, jak bije serce, znam czynniki je zwalniające i przyspieszające. Wiem, których leków użyć, aby je pobudzić i wiem dobrze, jak prosto i bezboleśnie można je zatrzymać. Umiem odczytywać zapis EKG, choć nie wystarczy mi tylko krótki rzut okiem, muszę się skoncentrować, wprawa przyjdzie w biegiem lat. Serce widziałam na własne oczy, trzymałam w dłoniach, wkładałam paluchy w te komory, przedsionki i oplatające oraz wieńczące je, niczym korona, naczynia. Anatomia serca zawsze była moją ulubioną.
Tak, znam biologię i potrafię wszystko do niej sprowadzić, ale nie umiem rozkiminić, o co chodzi z sercem w sensie metaforycznym. Uczucia i ich pochodne to moja bardzo słaba strona. Jak pisałam w poprzednim poście - może to wina medycyny - może to ona zrobiła ze mnie emocjonalne dno. Ale wiecie co? Dobrze mi tam. Wolę takie dno, niż niektóre szczyty. ;)

Niedawno odwiedziła mnie Sylwia i choć była to zaledwie kilkudniowa wizyta, starałyśmy się wykorzystać na maksa ten czas i dobrze się bawić, czerpiąc z uroków wsi. Dużo jeździłyśmy rowerami, a nawet pływałyśmy w jeziorze. Piłyśmy litrami kawę z ekspresu i , jak na kulinarne blogerki przystało, sporo gotowałyśmy. Bardzo warzywnie, bardzo sezonowo i kolorowo. Sylwia wykorzystała też wiśnie z ogrodu, piekąc pyszne muffiny i  przygotowując koktajle ( banan + wiśnia to bardzo udany mix, musicie spróbować! ). A wiśnie w tym roku są wyjątkowo smaczne, w każdym razie ja mam do nich większą słabość niż zwykle. Postanowiłam wypróbować przepis znaleziony kiedyś na blogu Jadłonomia i po nieznacznych modyfikacjach upiec ciasto dla moich rodziców, którzy wracali z urlopu. Ja na nich nie czekałam, bo w weekend skoczyłam na chwilę do Gdyni, ale za to oczekiwała ich  pyszna wiśniowa tarta z owocami pochodzącymi z własnego ogrodu! Ja bym się ucieszyła na taki prezent. A Wy?


Składnik:
  • 3 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki płatków owsianych górskich
  • 1/2 szklanki zarodków pszennych
  • 1/2 szklanki wody
  • 1/2 szklanki oleju
  • 4  kopiaste łyżki cukru trzcinowego
  • 2 łyżeczka proszku do pieczenia
  • paczuszka cukru waniliowego
  • 600 g wiśni
  • 3 płaskie łyżki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 3 płaskie łyżki płatków owsianych
Mąkę wymieszać z zarodkami, płatkami owsianymi, proszkiem, cukrem waniliowym i cukrem, a olej wymieszać z wodą. Połączyć i zagnieść ciasto, ulepić z niego kulę i chłodzić w lodówce przez około godzinę. 
W tym czasie wydrylować wiśnie, odsączyć na sitku, połączyć je z cukrem i cynamonem. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. Z lodówki wyjąć ciasto i wykleić nim spód naczynia do tarty.  Pozostałe ciasto ( mniej więcej 1/3) zetrzeć na tarce lub porwać na drobne kawałki i posypać nim wiśnie, całość posypać płatkami kokosowymi. Piec w piekarniku około 40 minut, najlepiej jeść od razu, ale następnego dnia jest również fantastyczne. 



"Don't look back" - KYLESA ( loveeeee!) 

piątek, 13 lipca 2012

Błyskawiczny sorbet! Teraz i już!

Kiedy miałam mniej więcej trzy lata, pewnego razu, gdy moja mama wróciła z dyżuru do domu, z tej radości, że  ją widzę, stłukłam duże lustro w przedpokoju naszego ówczesnego mieszkania. Nie wiem skąd w mojej  bardzo małoletniej główce wzięło się to przekonanie, pewnie za sprawą starszych sióstr, które stosowały różne metody terroru, że od tamtego wydarzenia mam już "pozamiatane" - czeka mnie siedem lat nieszczęścia i to nie byle jakiego, ale wielkiego, wszak lustro całkiem spore było, szczególnie w moich dziecięcych oczach. Ulgą miały być dziesiąte urodziny, kiedy ten straszny, wyimaginowany pech, który tak naprawdę mnie nie dotyczył, miał zniknąć...

I wiecie co? Ulga przyszła na krótko, ponieważ kiedy człowiekowi w metryczce wskakują dwie cyferki to dopiero zaczynają się schody, już nigdy nie jest tak samo i  na pewno nic nie jest proste, a wręcz odwrotnie.
Bo z biegiem lat, kiedy się dorasta, rosną nie tylko nasze kości, mięśnie i narządy. Rośnie góra pytań, góra wątpliwości i rozczarowań. Przybywa nam i przyjaciół, ale też wrogów. Przybywa również  doświadczenia, a to akurat jest na plus i tego nigdy nie za wiele...
Dorosłość raczej nie jest za fajna, ale nie jest też takim znowu dramatem. Ma kilka dobrych stron, które każdy dorosły zna. Tylko nie należy mylić go z pełnoletnością... Większość pełnoletnich osób, które znam, dorosłe na pewno nie są.  Dla mnie dorosłość to nic innego, jak umiejętność dbania o drugiego człowieka i o siebie. Umiejętność opiekowania się innymi i brania za nich odpowiedzialności. Tak naprawdę jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy w naszym życiu, nie wychodzi czasami, niektórym nigdy. 

Mogłabym się rozpisywać, ale chcę tylko powiedzieć, że każdy etap życia ma swoje blaski i cienie, dlatego   potrzebujemy czasami poprawiaczy humoru. Potrzebujemy rzeczy i smaków, dzięki którym możemy sobie ulżyć. Niewątpliwie kulinarne zdolności mogą nam to ułatwić.  Dobra kawa z ulubionego kubka albo lody zawsze są dla mnie ulgą, kiedy na głowę spada milion zmartwień. Żeby jednak nie ładować w siebie pustych kalorii proponuję sięgnąć po sorbet, który ja ściągnęłam do Mojej Siostry, a ona z Lawendowego Domu. Przepis jest tak banalny, że poradzi sobie z nim każdy, nawet kulinarna fajtłapa, a efekt przerósł moje oczekiwania. To jeden z tych łakoci, które robi się od ręki - trzeba tylko mieć mrożone owoce - maliny, jagody czy borówki amerykańskie w zamrażarce i banany pod ręką. To są takie lody "na żądanie".
Polecam!






Sposób przygotowania:


Na każde 150 g mrożonych owoców ( u mnie maliny ), dajemy jednego banana i miksujemy. Przekładamy do szklanek lub pucharków i od razu podajemy!




A na soundtrack wjeżdża The Cure, bo ostatnio za mną znowu "chodzi":


niedziela, 8 lipca 2012

Muffiny marmurkowe w letniej odsłonie... :)

Częściej piszę o tym "punkowym ja". Wspominam o koncertach, wyjazdach spotkaniach z kimś odjechanym, kto w danym momencie odmienił moje życie, czasami o moim, ostatnio bardzo kulawym aktywizmie, przemycam z przepisami muzykę, której słucham lub przy której tylko się bawię i gotuję. Jestem weganką, jestem zakochana w swoim rowerze, segreguję śmieci, nie kupuję korporacyjnego żarcia i ciuchów, staram się jeść sezonowo i takie, takie. Generalnie staram się dbać o ludzi, zwierzęta i planetę i nie robić z tego wielkiego "halo", bo to takie normalne przecież. Nie zastanawiam się nad tym, po prostu to robię. Nie wiem czy to kwestia wychowania, wpływ książek, muzy, czy osób, które spotykam, ale wiem, że tak trzeba. Że musi mnie to obchodzić, że nie mogę sobie olać, że są kwestie i sprawy, o które trzeba walczyć. Taka już jestem.
Z tym, że... ja od zawsze też chciałam być lekarką. Nie natchnęło mnie w maturalnej, jak to się zdarza niektórym. "Od dziecioka" chciałam, zupełnie tak jakby inne zawody nie istniały. I z wiekiem ta "przypadłość" nie mijała... Lubiłam szpitale, przychodnie i miejsce te były dla mnie tym, czym dla niektórych są place zabaw, a dla innych kościoły. Dla mnie były miejscem zabaw, w oczekiwaniu, aż mama skończy pracę, ale jednocześnie oscylowały gdzieś w sferze jakiegoś sacrum. Stały się dla mnie miejscem kultu.  
I co? Gdy tylko skończyłam podstawówkę, zaczęłam się duuużo się uczyć: 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum, potem kolejne 6 lat studiów, a jeżeli nie wystartujesz od razu to może i więcej. W tym czasie nie robimy praktycznie nic oprócz nauki, a każdym razie, jeżeli spróbujemy zestawić nasze życie z rówieśnikami. Jak ktoś z medycyny mówi, że się nie uczy, a osiąga wyniki to znaczy, że kłamie. Choć to, że ktoś coś zawali, nie znaczy też, że się nie uczył. Wszyscy jesteśmy mniejszymi bądź większymi kujonami. Takimi nerdami, z tym że bez hipserskich przebrań. Mamy wady wzorku i skrzywienia kręgosłupów, dużo podręczników na półce. Kserówki walają się po całym domu. Koło łóżka piętrzą się niedokończone książki i podręczniki z dziedzin medycyny, które kręcą mnie bardziej niż te, które aktualnie przerabiam, aby poczytać przed snem. Różnimy się miedzy sobą zainteresowaniami, podejściem do życia, światopoglądem, charakterem, tym czy wolimy makijaż czy tatuaż. Jesteśmy twardzi, miękcy, silni, słabi, pogodni, pochmurni, pewni siebie i niepewnie stąpający po ziemi, poukładani i totalnie roztrzepani. Mówiąc wprost - bardzo różni, ale to nie znaczy, że którekolwiek z nas będzie lepsze, czy gorsze w przyszłości, bo to, co wydaje się zaletą, może kiedyś nas zgubić, a nasze słabe strony okażą się naszymi zaletami. Łączy nas to, że medycyna jest naszym priorytetem i życiem. To dużo. Bardzo dużo. I to wystarcza, aby mimo tych wymienionych przeze mnie różnic, tworzyć razem znajomości, przyjaźnie, związki. 
Jacy jesteśmy? W końcu krążą o nas różne żarty i żarciki. Bajki, mity, plotki. Niektóre bliskie prawdy, inne jakieś kompletnie wydumane. Rzadko przypadkowym osobom przyznaję się, do tego, co robię, bo już na wstępie mnie wrzucają do worka "nudy i no life'u". Badania wskazują, że w czasie studiów spada nam IQ, aby (na szczęście) wzrosnąć podczas pracy. W większości jesteśmy spragnieni snu i kochamy nasze łóżka, poduszki i kołderki. Kochamy też kawę, kolę i energy drinki. Przede wszystkim jednak myślę, że jesteśmy tak samo zróżnicowani, jak reszta społeczeństwa i wrzucanie nas do jednego worka jest nie fair.  Pewnie, są cechy, które nas łączą, są typowe lub też istnieją rzeczy, które przytrafiają się większości z nas. Czasami próbujemy robić coś więcej, ale koniec końców i tak jedyną rzeczą, którą robimy dobrze i z oddaniem to szkoła, a później praca, a reszta liczy się mniej lub w ogóle. Bywamy wredni/ne, kiedy krzyczymy na bliskich, bo puszczają nam nerwy i stres sięga zenitu. I niecierpliwi. Irytują nas czynności dnia codziennego, bo nie mamy na nie czasu, a jednak musimy je wykonywać. Ja niestety czasem łapię się na tym, że potrafię być bardzo miła dla pacjentów i oziębła dla bliskich. Obracam się w tym "światku" od dziecka i wiem, że medycy tak po prostu mają. Nikt zdrowy psychicznie nie będzie zajebiście miły i dobry przez 24 h. Przenosimy szpital na codzienność. Ja ze zmęczenia potrafię się popłakać albo dostać głupawki - czyli wpadam w niepohamowany śmiech. Kiedy studiowałam psychiatrię do egzaminu stwierdziłam, że wszyscy klasyfikujemy się do takich lub innych zaburzeń.
W tym czasie, tej intensywnej nauki, stajemy się socjopatami. Przebywamy głównie ze sobą - w takim hermetycznym i nieprawdziwym świecie nauki. Jesteśmy pokręceni, dziwni i zapominamy, jak się  gada z normalnymi ludźmi, chyba, że są oni pacjentami. Wywiad opanowujemy z roku na rok coraz lepiej. Z życiem radzimy sobie gorzej. 
Emocjonalnie niedorozwinięci, ale za to przeładowani wiedzą i czasami z "urojeniami wielkościowymi" - przeceniamy swoje możliwości. Z resztą ludzi rozmowa idzie nam gorzej, bo o czym tu gadać? Nie wywyższamy się, ani nic z tych rzeczy. My po prostu jesteśmy ograniczeni, monotematyczni. Dla niektórych to głupie i niewybaczalne. Dla mnie normalne. Pewnie część z nas nigdy nie dojrzeje. Z braku czasu. 
Fajnie, co? Zostać mentalną, rozchwianą nastolatką na zawsze? Kuszące...


Teraz jestem w ogrodzie, u Mamy i u Taty, oddycham głęboko i czuję, jak powietrze wypełnia mój każdy pęcherzyk płucny. ( ale spokojnie, nie zamierzam się hiperwentylować)  I jest mi taaak dobrze... Myślę, że to jest jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie jest mi najlepiej. I myślę o moich ludziach. Wiecie, tych, którzy zawsze są przy Tobie i zawsze stoją za Tobą murem. Chciałabym, aby wiedzieli, że ja też jestem dla nich i przy nich, nawet jak mnie nie widzą, nie słyszą i są tysiące kilometrów ode mnie.



Wakacje na wsi są o tyle fajne, że blisko jest las, a w nim poziomki, jagody, maliny i grzyby. Ja właśnie kubek takich jagód postanowiłam wykorzystać i upiec muffiny, których nie robiłam już od wieków.  Poszłam trochę na łatwiznę i nie kombinowałam nowych smaków, tylko wykorzystałam wypróbowane niejednokrotnie od Sylwii. Tylko wzbogaciłam, ich już i tak bogaty smak, w jagody. Powstały marmurkowe muffiny w wersji letniej. 


Składniki:


  • 2,5 szkl. mąki
  • 2/3 szkl. cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • szczypta soli
  • 1/3 szkl. oleju
  • 1 szkl. napoju sojowego (lub innego roślinnego)
  • 1/3 szkl. wody gazowanej
  • 1/2 szkl. wiórków kokosowych
  • 2 kopiaste łyżki kakao
  • 3 łyżeczki cynamonu
  • kubek jagód
Mieszamy razem mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i sól. Dodajemy olej, napój sojowy i wodę gazowaną i mieszamy aż do uzyskania jednolitej masy. Wsypujemy jagody i mieszamy delikatnie, aby nie rozgnieść owoców. Dodajemy wiórki kokosowe i mieszamy 4 razy łyżką (dosłownie). Na środku sypiemy pasek z kakao, po bokach dwa mniejsze paski z cynamonu i ponownie mieszamy łyżką 4 razy. Przekładamy masę do foremek na muffiny, pieczemy ok. 20-25 minut w 200 stopniach.


Hahahahahaha! A na koniec piosenka o nienawiści..., bo każdy ma czasami takie dni, kiedy mógłby ją zanucić... :)



sobota, 7 lipca 2012

Taka inna ta botwinka...

Wakacje w Z. zawsze przywodzą na myśl moje dzieciństwo. Wszystko budzi moje skojarzenia z czasem, który gdzieś tam kiedyś przeżywałam. Zapachy, smaki, obrazy.  To było wtedy, gdy kiedy ludzie byli jeszcze blisko siebie, tak że dzisiaj to wydaje się niemożliwe. Nie wiem, czy w dobie internetu i portali społecznościowych pełnych naszych "true friends", wrócimy do świata, w którym ludzie tworzą prawdziwe więzi, zamiast mdłego produktu "przyjaźniopodobnego". To był jednak inny świat. Wiem, że gadam, jak staruszka, ale naprawdę tak myślę.

Jako dzieci całymi dniami siedzieliśmy w trawie, na łące, za wielką lipą, która w lipcu kwitła niesamowicie intensywnie. Tata wysyłał nas z takimi niebieskimi kobiałkami, abyśmy nazbierały kwiatów do wysuszenia na zimę. Rzeczywiście pojono nas lipową herbatą z syropem jagodowym w miesiącach zimowych, zwłaszcza, kiedy dopadało nas przeziębienie.
Ale wróćmy do lata, kiedy siedzieliśmy w tej trawie, "łapaliśmy" słońce, budowaliśmy "bazę" w lesie, jeździliśmy nad jezioro, pletliśmy kosze z tataraku. Do tej pory czuję jego zapach i nie pomyliłabym go z niczym innym.
Wtedy było tak, że czas nie istniał. Nie zdawałam sobie sprawy, że to kiedykolwiek się zmieni... Kwadrans, dzień, tydzień, miesiąc wydawały się być tak samo odległe. Zupełnie nie czułam i nie rozumiałam upływu czasu.
A teraz znowu siedzę z trawie w Z. w ogrodzie moich rodziców i myślę o tym, że to już za mną i nie wróci.   Siedzę sama, bo każdy już żyje swoim życiem, za czymś goni, gdzieś wyjechał, a znajomości z dzieciństwa nie przetrwały próby czasu. A on biegnie na złamania karku, coraz szybciej i szybciej
Przeżywam coś w rodzaju reminiscencji  i niektóre rzeczy pamiętam, jakby były dosłownie wczoraj. Smaki gruszek z zdziczałej gruszy za domem i racuchów, zapach namiotu rozbitego w ogródku, kurzu w piwnicy,  kolor ulubionej koszulki, najlepsze zabawki z piaskownicy, rower i hulajnogę, smak paluchów z makiem nad morzem i to, że pomiędzy zębami zawsze zostawało więcej piasku niż maku. Pamiętam lody "kredki", które wtedy jedliśmy i kreszowe dresiki, w których wtedy biegaliśmy. Pamiętam, że miałam piłkę, która pachniała truskawkami i chodaki o zapachu poziomek. Niezły czad i nawet teraz bym się nimi jarała. :)
Na kolację najczęściej piłam herbatę z cytryną i jadałam chleb z pomidorem.
A w kuchni był stół, który na dobrą sprawę wcale stołem nie był, bo każdy kto pod niego wszedł dostrzegał, że to prawdziwy statek kosmiczny. Ja i Agata byłyśmy o tym święcie przekonane. Po przeprowadzce do nowego domu stół okazał się za mały i zaczął pełnić inną funkcję.
Generalnie kiedyś było dużo skromniej niż teraz. Mimo tego, wakacji nie było tylko raz i pamiętam, jak dziś, kiedy tata poinformował nas, że w tym roku nie będzie wyjazdu do Rowów czy do Łeby. Nie będzie  Zakopanego czy Szklarskiej. Nie pamiętam zupełnie, żeby było mi z tego powodu smutno. Mogłam mieć jakieś pięć czy sześć lat raptem i cieszyły mnie weekendowe wypady nad  Jezioro Charzykowskie i to, że każdy dzień był przygodą i nawet w czasie deszczu nie było nudy.
Dobrze mieć te wspomnienia i bardzo chciałabym, aby każdy miał coś takiego.

Chyba jeszcze nigdy o tym nie pisałam....O najbardziej magicznej relacji, jak łączy mnie z drugim człowiekiem, a właściwie trzema osobami. 
Siostrzana miłość i przyjaźń to jedna z najlepszych i najsilniejszych więzi w moim życiu. I wcale nie jest taka oczywista, bo chyba nie znam osobiście żadnego innego rodzeństwa, które jest aż tak blisko, jak ja z moimi siostrami. Zawsze byłam przekonana, że to żydowska krew w nas płynie, ale patrząc na tą rodzinną bliskość wydaje mi się, że raczej grecka lub włoska i nawet moje przemienienie się w blondynkę na nic. Bez kitu! Family comes first... Wiecie, mieć dobre relacje to jedno, a przyjaźnić się to jednak trochę inna bajka.  Jeżeli myślicie, że tylko na filmach  czy w serialach istnieją między rodzeństwem szczególnie bliskie relacje, to się mylicie. My potrafimy odegrać dużo prawdziwszy melodramat niż zobaczycie w jakimkolwiek kinie! ;)
Jest to totalnie silna i bezkonkurencyjna więź.
Siostry stoją murem za mną, nawet wtedy, kiedy mówiąc szczerze powinny kopnąć mnie w tyłek i "zostawić na lodzie", chociażby po to, żebym się nauczyła, że za błędy czasami słono się płaci... Ale one wiedzą, że życie i tak mnie tego uczy, a są po to, żeby pomóc mi się podnieść i kiedy wydaje mi się, że jestem taka beznadziejna, że nawet dna nie osiągnę, one pokazują mi moje niezliczone możliwości. No ekstra jest mieć siostry... Co tu dużo pisać...?
W gruncie rzeczy jesteśmy różne, choć złośliwi nazywają nas klonami, to mamy naprawdę odmienne osobowości, temperamenty, zainteresowania, priorytety - czasami tak rozmaite, że aż nie wierzę, że wychowywali nas ci sami rodzice. Jesteśmy w różnym wieku, a co za tym idzie każda z nas tkwi w innym punkcie życia. Jesteśmy już jednak wszystkie dorosłe, a to na pewno sprawia, że konflikty wynikające z różnicy wieku i gówniarstwa przestały istnieć. Owszem pojawiają się inne, ale z nikim nigdy tak łatwo nie dochodziłam do porozumienia. 
To wszystko, co napisałam brzmi dosyć patetycznie, ale nie nie udało mi się napisać tego bardziej zwyczajnie. To nie jest tak, że nigdy nie skakałyśmy sobie do oczu. Czasami naprawdę był niezły hate i trzeba było nas siłą rozdzielać, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobiły.:) Ale to jest takie przemijające. Dosyć niewyraźne w mojej głowie. Wyparte i bez znaczenia.
Za to mam wyraźny obraz wakacji, wycieczek rowerowych, spacerów, jeziora nad które jeździłyśmy, pierwszych wspólnych kulinarnych eksperymentów. Pamiętam doskonale nocowanie w namiocie w ogrodzie i to, że tata zawsze zostawiał otwarty garaż, jeżeli jednak by nam się odwidziało i wolałybyśmy spać we własnych łóżkach. ;)
Gdy byłyśmy młodsze nasze starsze siostry się nami opiekowały. Pamiętam też czas, kiedy byłyśmy dla nich, jak kula u nogi, bo one dorastały, a my chciałyśmy, żeby nas ze sobą wszędzie zabierały.  Ale jaka nastolatka ciąga ze sobą swoją małoletnią siostrę, nie mówiąc o dwóch?
A kiedy poszły na studia i przyjeżdżały do domu, to często ładowałam się do pokoju którejś z nich i spałam na materacu czy karimacie, żebyśmy mogły w nocy pogadać. W końcu dla mnie było to burzliwy nastoletni okres..., kiedy każda siostrzana rada była na wagę złota. 
Poza tymi chwilami, kiedy razem płaczemy lub śmiejemy się i kiedy przeżywamy wspólnie nasze dramaty i wzloty, z siostrami można pooglądać seriale lub kreskówki, pomalować paznokcie, tańczyć przy remixach z youtube'a lub urządzić sobie karaoke, piec i gotować. Robić listy pięciu "naj..."- różnych dziwnych rzeczy i osób i w ogóle milion rzeczy można. Chociażby zadzwonić w nocy. Siostry zawsze wiedzą, co powiedzieć.

Często mi się wydaje, że siostry to trochę jakby ja, ale lepsze, mądrzejsze, ładniejsze. Cieszę się, że mam takie osoby w pobliżu. Osoby, które nawet, kiedy są daleko, to i tak, paradoksalnie są blisko.

Ale smenty, sentymenty, co? Ale tęsknię za nim i jestem w rodzinnym domu, więc mi się tryb wspomnień włączył. :)


No dobrze, a teraz czas na przepis! Do tych wspomnień najbardziej pasowałyby magdalenki, ale to innym razem. Już dawno przymierzałam się do pewnej zupy, ale nie było czasu gotować. Może nie jest to danie idealne na obecnie panujące upały, ale ja wykombinowałam, że najlepiej przygotować ją wieczorem i zostawić na obiadokolację na następny dzień.
Zupa jest pyszna, bo ma w sobie to, co uwielbiam - czerwoną soczewicę, buraki i aromatyczne przyprawy. Najlepszą rekomendacją może być to, że moja niespełna dwuletnia siostrzenica zajadała ją ze smakiem. Może i Wy się skusicie?


Składniki:


  • 2 pęczki botwinki (wraz z buraczkami)
  • 1 szkl. czerwonej soczewicy
  • 2-3 łyżki oliwy
  • 1 duża cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry 
  • 1 łyżeczka nasion kuminu
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki ostrej papryki
  • 1 litr gorącej wody
  • garść świeżych listków kolendry lub natki pietruszki
  • sól, pieprz do smaku

Botwinkę umyć, osuszyć. Liście i łodygi pokroić, ale niezbyt drobno. Porządnie wyszorowane buraczki pokroić w niewielkie słupki. Soczewicę przepłukać dużą ilością zimnej wody. Cebulę drobno posiekać. Czosnek przecisnąć przez praskę lub drobno utrzeć czy posiekać. Nasiona kolendry i kuminu utrzeć w moździerzu lub młynku do kawy ( ewentualnie użyć już mielonych, ale są mniej aromatyczne).
W garnku lub dużym rondlu, na rozgrzanej oliwie – zeszklić cebulę. Dodać czosnek i utarty kumin z kolendrą, cynamon i paprykę, a następnie soczewicę – krótko przesmażyć. Dorzucić pokrojoną botwinę i buraczki. Smażyć, cały czas mieszając przez ok. 2 min. aż zielenina „zwiędnie”. Zalać gorącą wodą. Gotować ok. 20 min. do momentu, aż soczewica będzie miękka. W międzyczasie doprawić do smaku solą. Pod koniec gotowania dorzucić listki świeżej kolendry lub natki i doprawić pieprzem.
Smacznego!



Przepis pochodzi z bloga Pieprz czy Wanilia. 

A na koniec utwór, który mi ostatnio często towarzyszy, a w ogóle się nie nudzi, ale w końcu The Fight to jedna z moich ulubionych kapel, więc mogę tak bez końca...

wtorek, 3 lipca 2012

Lipiec. Kiedy to się stało?

I zaczęły się wakacje. Wprawdzie nie znam wyników ostatniego egzaminu i nie spodziewam się fajerwerków, a do tego zaczynam od poniedziałku praktyki, jednak nie zmienia to faktu, że od szkoły jako takiej  mam na razie wolne. Pewnie i tak będę się trochę uczyć, bo lubię sobie poczytać co nieco, szczególnie z niektórych dziedzin medycyny, ale planuję też się zrelaksować i spędzić ten czas, jak najbardziej aktywnie, bo czuję się straszną kanapiarą ostatnio. Muszę nadrobić zaległe lektury i filmy. Przesłuchać najnowsze płyty,  których dźwiękami nie miałam się okazji nacieszyć. 
Kiedy się uczę zawsze słucham jakiegoś popu, do którego nie sięgnęłabym normalnie, ale nie chcę, aby moje ulubione płyty kojarzyły mi się ze ślęczeniem nad podręcznikami, nawet z tych przedmiotów, które lubię... 

Byłam dziś w centrum miasta. Pierwszy raz po nie wiem, jak długim czasie. Zastałam popłuczyny po euro i chyba byłam jedyną, która dziwiła się obklejonej kaponierze.  Mijałam też masę hipsterów..., którzy wyrośli w tym mieście, jak grzyby po deszczu. Nie wiem, czy to dlatego, że Festival Malta się rozpoczął, czy może z początkiem wakacji młodzież stanęła do wyścigu wyszukanego stylu. Ja czułam się, chodząc pod tych ulicach,  taka zwyczajna i nie pasująca do reszty ludzi wokół. 
Taka tam, nudna. 

Myślałam, że jak wreszcie nadejdzie wolne, to rozpłynę się ze szczęścia, ale nie. Ja nie mam siły, żeby się cieszyć. Padam. Jestem wykończona. Kiedy żyję w ciągłym napięciu, stresie i cały czas się uczę, kiedy to mija, to jedyne, na co ja mam ochotę, to rozpłakać się. Naprawdę. Ze zmęczenia. 

Odeśpię i wezmę się za siebie. Obiecuję. I za bloga się wezmę i zacznę wreszcie wrzucać tu jakieś nowe przepisy. Trochę mi tego brakuje...

W sumie widzę same plusy tego roku, gdyz jak do tej pory wszystkie egzaminy są do przodu bez większych problemów, ale co najważniejsze najbliżsi mojemu serduszku są zdrowi, ja jestem zdrowa. A wcale nie musiałoby tak być, ale jest i to jest super. O dziwo skończył się czerwiec, a ja bez złamanego serca i to jest postęp, bo z moim szczęściem powinno być już o tej porze roku zdewastowane.
O dziwno też, uchowałam się do czerwca bez dramatów życiowych.  Cytując The Streets : "I try and stay positive!"

A teraz zamierzenia i plany...


yeah!yeah!yeah! Czyli jedyne słuszne miejsce dla mnie! :) ( nie, nie chodzi o serial, ale o szpitallll! :D) Praktyki!



Poza tym,  zamierzam relaksować się w ogrodzie :)


... gotować! Gotować! Gotować!  Letnio i świeżo - taka kuchnia rodem z wczasów pod gruszą! :) 


... rowerem dużo jeździć... i bardzo dużo spacerować...


Ćwiczyć jogę na świeżym powietrzu.


I chodzić na basen... albo nad jeziorko...


W lipcu, jak to w lipcu - fest za festem! 

D.I.Y. Hardcore Punk Fest vol.8

Fluff Fest 2012

SUMMER CRUST FEST 2012 - 29.07.2012, WARSAW , CDQ


Po prostu dobrze się bawić! 



Wy sobie potańczcie, a ja idę spać.

Nowe przepisy już niebawem. Bądźcie czujni! :*