środa, 30 maja 2012

Rabarbarowe muffiny! :)


Niedawno moja najstarsza Siostra pisała na swoim blogu, że rabarbar kojarzy się jej z dzieciństwem i dlatego można zaliczyć go tzw. COMFORT FOOD, czyli jedzenia poprawiającego nastój, przywołującego dobre wspomnienia, sprawiające, że czujemy się lepiej i psychicznie i fizycznie. ( Swoją drogą frytki z keczupem mogłyby się spokojnie znaleźć się na mojej liście comfort food, bo budzą tyle dobrych skojarzeń, że aż mi wstyd, że mam takie niewyszukane smaki ;)).  
Choć wychowywałyśmy się razem w jednej pełnej rodzinie, nasze dzieciństwo przypadało na trochę inny okres i wyglądało przez to inaczej. Prawdą jest też to, że w sumie moje starsze siostry również brały czynny udział w moim i A. wychowaniu  i podział na "duże" i "małe", cały czas w pewien sposób funkcjonuje w naszej rodzinie. Może na barki tych "dużych" należy zrzucić nasze wyluzowanie w bardzo wielu kwestiach i to, że robimy, co tylko chcemy, bez względu na to, jak chore są czasami nasze pomysły. Mam wrażenie, że przez to, że jesteśmy tymi młodszymi. Myślę, że rodzice zawsze traktowali nas dużo mniej surowo, przymykali oko. Z drugiej strony "ścieżka" została wydeptana wcześniej... Tak już chyba jest, że od starszych wymaga się więcej... Od lat nie mogę się nadziwić, jak bardzo dzieciństwo rzutuje na nasze dorosłe życie, na nasze wybory, decyzje, priorytety. Obserwuję to u siebie, u znajomych.
Pomimo tych różnic między nami,  i mi rabarbar zawsze będzie kojarzyć się z dzieciństwem. Ale nie tylko, ponieważ rabarbar to też początek lata, a to cieszy bez względu na wiek. 
Jakiś czas temu trafiłam na muffinki z rabarbarem na jednym z moich ulubionych blogów - Seitan is my motor. Miałam nie piec i nie gotować za dużo, a skupić się tylko na szkole, ale zawsze kiedy mam dużo do zrobienia, to do kuchni jakoś bardziej mnie ciągnie. Takie dziwne prawo natury-nie-natury... Nie mogąc się powstrzymać, upiekłam rabarbarowe muffiny. A co mi tam! Przecież nie mogę się zagłodzić! ;)
Okazały się mało słodkie, więc poznańskie łasuchy dorzuciłby pewnie 2 razy więcej słodu. Ja tylko posypałam je cukrem pudrem i nie narzekam zupełnie na ich nieco wytrawny smak.  Myślę, że byłyby też świetną bazą pod cupcake'i, ponieważ doskonale równoważyłyby słodki krem! :)


Składniki:
  •  6 łyżek syropu z agawy lub innego vgn słodu ( ja użyłam syropu kukurydzianego)
  • 6 łyżek oleju kokosowego
  • 2 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • 1/4 szklanki mąki z ciecierzycy
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 i 1/2 szklanki mleka roślinnego 
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 100 g drobno pokrojonego rabarbaru 
Syrop, mleko i olej wymieszać w jednej misce, w drugiej mąki, proszek do pieczenia i sól. Dodać mokre do suchych i ubić mikserem. Na koniec wsypać rabarbar i wymieszać porządnie. Wypełnić całkowicie ciastem  
10-12 foremek na muffiny. Piec w temp. 180st.C przez około 18-20 minut. Wyjąć z piekarnika, opcjonalnie posypać cukrem pudrem. Zajadać. Smacznego! :)

A ja tymczasem znowu wsiadam na rower I jadę wiadomo gdzie, a po drodze będę sobie nucić własnie to:

I READ BACK OVER THINGS THAT I WROTE THREE YEARS AGO/AND I’M TEN YEARS OLDER TIME/ MOVES FAST AND TIME MOVES SLOW/BEFORE YOU TOLD ME THAT I’D FUCKED UP WORSE THAN NONE BEFORE/YOU WHISPERED THAT I WAS A BETTER PERSON THAT YOU/I DISAGREED THEN/ DON’T ANYMORE/AND WHAT’S THE USE? I KNOW THAT YOU’RE JUST SORE TO LOSE/CUZ I WAS NEVER HALF AS BAD AS YOU WERE BAD TO ME/BEING REAL NOT BEING MEAN/YOU TRIED TO TWIST IT/I TRIED TO FIX IT MORE THAN YOU COULD EVER KNOW/TO DO THINGS RIGHT TO BE YOUR FRIEND AND MAKE IT RIGHT/TO FIND A THREAD THAT I COULD START TO SEW/YOU’RE OLD ENOUGH TO KNOW THE DIFFERENCE BETWEEN BEING REAL AND BEING MEAN

RVIVR, a co! 

niedziela, 27 maja 2012

Tort dla Taty!!! Tarta dla Mamy!!!

Najbardziej lubię robić torty dla tych, których znam najlepiej. Wówczas nie mam wątpiliwości jakie smaki lubią i mogę przygotować jedzenie w takiej wersji, że nawet jeżeli potencjalnie nie przepadają za danymi potrawami, to w moim wydaniu będą im smakować, jak nigdy. Tak jest np. z tortami i moim Tatą. Mój Tata najchętniej jadłby tylko ciasto drożdżowe (w każdym wydaniu, od klasycznej, przez drożdżówki, ślimaczki, pączki i racuchy, po rogaliki, focaccię czy pity, a jak pizza to tylko na cienkim spodzie, na grubym Go nie cieszy w ogóle).
Moje torty zjada z chęcią, więc mogę być z siebie dumna :).
Wiedząc, że lubi czekoladę i owoce, a jednocześnie nie jest zupełnie fanem ciast z kremami, postanowiłam zafundować Tacie taki torcik, aby zawierał to, co w słodyczach ceni najbardziej.
I tak oto powstało takie wegańskie cudo: czekoladowe ciasto, delikatny krem i duuuużo owoców!




Generalnie ciasto-biszkopt był taki jak TUTAJ, a krem zupełnie, jak z TEGO PRZEPISU na torcik śmietankowy. Owoce to banany i truskawki! Na moim blogu znajdziecie kilka wersji tortów wegańskich, ale jeżeli lubicie sobie "pomiksować" to okaże się, że inspiracji jest znacznie, znacznie więcej! :)
Tort, jaki zrobiłam dla Taty wyszedł pyszny i baaardzo mocno polecam taki wariant wegańskiego prezentu! Ucieszy każdego! Mój Tata, prosząc o drugi kawałek, szepnął mi do ucha, że "Wegańskie torty to ja jeszcze mogę jeść..." :)



Z racji, że przy okazji urodzin wypadał też Dzień Matki, dla Mamy zrobiłyśmy z siostrą tartę z bananowo-czekoladowym nadzieniem. Równie pyszna, jak TORCIK!



I tak sobie myślę, że może posiadanie dzieci to nie taki głupi pomysł. Bo kto mi kiedyś upiecze tort na urodziny albo tartę z jakiegoś innego powodu...? A to jest takieeee miłeeee! 

Utwory dla Rodziców, czyli będzie ładnie, bez wrzasków, krzyków, brudu, smutku, apokalipsy, wojen, czaszek i takich takich różnych, co mi się zdarza tu wrzucać, choć dawno już nie...  :




P.S. Przy okazji odpowiem na pytanie, które mi ostatnio zadał pewien pan: "kiedy i gdzie otwierasz wegańską kawiarnię, Magdaleno?". Odpowiedź brzmi: " NIGDZIE I NIGDY!" ;)

piątek, 25 maja 2012

Tarta na drożdżowym cieście z zielonymi szparagami.

Kiedy mój świat staje na głowie, a ja sama "chodzę na rzęsach" i bardzo przypominam dziewczynę z utworu Soko, a do tego wszystkiego mam wrażenie, że Wielka Buka ( baliście się Buki w "Muminkach"?) lub inna rządząca światem siła robi mnie delikatnie mówiąc w balona to znak, że czas na małą przerwę oraz że trzeba zrobić coś dla siebie.
Można wymoczyć stopy w wodzie solą i pomalować paznokcie lakierem o przepięknym, krzykliwym kolorze. Można wziąć prysznic lub długą kąpiel z płynem do kąpieli, świeczkami, muzyczką i co tam jeszcze sobie zamarzycie. 
Można przejechać się rowerem nad najbliższe jezioro i popatrzeć na wodę, bo to uspakaja. Albo wyjść na kawę z przyjaciółką. Jednak, że obecnie w Poznaniu pozostała jedna moja przyjaciółka ( reszta bezczelnie rozjechała się po pl i świecie ;P). Ale A. mieszka ze mną i jest moją siostrą, to uznajemy, że nie ma sensu jeździć do miasta na kawę, ale zrobić ją sobie samemu, wlać do termokubków i posiedzieć w parku gapiąc się na ludzi. A można! 
Co jeszcze można... ? Pomyślcie  tylko, co robi przypuszczalnie taka Maddy? Zgadza się! Wstaje rano, idzie na ryneczek i kupuje szparagi i truskawki. Będzie gotować.
Jestem w połowie stąd, z Poznania (po Mamie) i w połowie z Kaszub ( po Tacie), wyrastałam gdzieś pomiędzy wielkopolską, a rajem jakim jest dla mnie Pojezierze Kaszubskie...  Ta poznańska część mnie kocha szparagi i nie ma dla mnie wiosny bez szparagów i koniec. 
Tak więc, będą szparagi na obiad, a truskawki na deser! 
Ale co zrobić z tymi szparagami, żeby nie było to ani zupą, ani szparagami na parze... Pizzę? Oklepane. Szparagi w cieście francuskim? Nie mam ciasta i nie chce mi się lecieć do sklepu. Tartę? Tak, tartę, to brzmi dobrze i smakuje zapewne jeszcze lepiej. Czy ja przypadkiem nie miałam zarejestrowanej w głowie jakiejś inspiracji ? W czeluściach pamięci odnajduję tartę z Lawendowego Domu. Lubię ten blog, bo jest taki... ładny. Choć zupełnie niewege, jest cudowną inspiracją dla takiego łasucha, jak ja. Moja tarta z pierwowzorem ma bardzo niewiele wspólnego, ale musiałam nie tylko ją zweganizować, co jeszcze dostosować do składników, które akurat miałam lub nie miałam w domu. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania.
P-Y-S-Z-N-A  i  P-I-Ę-K-N-A!  



Ciasto:
  • 1/4 kostki drożdży(25g)
  • 100 ml ciepłej wody
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 szklanka mąki pszennej razowej
  • 1/2 łyżeczki soli
Drożdże pokruszyć, wsypać do miski i zalać ciepłą wodą. Odstawić na 10 minut. Dodać oliwę, sól i mąkę. Wyrobić ciasto i odłożyć na 40 minut do wyrośnięcia. 
W międzyczasie, kiedy ciasto wyrasta. Ugotować na parze 10- 12 szparagów ( przez 7-10 minut, w zależności od grubości.) oraz przygotować nadzienie.

Nadzienie:
  • 180 g tofu
  • 125 ml mleka sojowego niesłodzonego
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 kopiaste łyżki mąki z ciecierzycy
  • 1 kopiasta łyżka mąki ryżowej
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka musztardy
  • sól i pieprz do smaku
Składniki potraktować blenderem, aby powstało nam jednolite nadzienie. Wyrośnięta ciasto rozwałkować na grubość 0,5 cm i wyłożyć nim naoliwioną foremkę. Nadzieniem napełnić foremkę z ciastem, ułożyć ugotowane szparagi i włożyć do piekarnika rozgrzanego do 190 st. C. Piec przez ok. 30 minut, aż tarta pięknie się zarumieni. 
Podawać z ulubionymi surówkami! Smacznego! :)





A na koniec remix CSS (Cansei de Ser Sexy), czyli prawie żeńska kapela znudzona byciem sexy i popularne na wegańskich blogach longboardy :)


czwartek, 24 maja 2012

Shitty day, czyli dzień, jak co dzień...


I hate myself today.
I don’t know what’s happening to me.
I hate my face today.
I think I look so shitty.

I have some sweat everywhere.
I’m not even shaved.
My hair all greasy.
I look disgusting.

My eyes are glued.
My lips are chaffed.
My legs are prickling.
And plus I’m stinky today.

How can I date someone with a face like that?
I know you’re gonna dump me again,
And I am gonna cry.

Cuz you want a perfect girl,
And I’m not what you expected.
You want a perfect girl,
And I look shitty today.

Maybe I should put some makeup,
And find some crazy outfits.
But I am very tired today
And I don’t care if I’m not pretty.

Should be like these girls,
Skinny and great all the time.
I’m still wearing my slippers
And eat all the candies at home.

I should sleep more,
And stop going out everyday.
I should focus more,
And stop complaining today.

Tell me, How can I date someone with a face like that?
I know you’re gonna dump me again,
And I am gonna cry.

Cuz you want a perfect girl,
And I’m not so perfect.
You want a perfect girl,
And I look shitty today.

Tell me, how can I date someone with a face like that?
I know you’re gonna dump me,
And I am gonna cry.

Bez kitu, wszystko się zgadza. No może poza "going out everyday", chyba, że mowa o czytelni UMP...
A tak poza tym to wyglądam strasznie, odżywiam się koszmarnie i w ogóle źle i słabo... :/



Zostawiam Was z Soko, a sama wsiadam na rower i nara! Lecę do czytelni. ( gdyby pozwolili mi się tam teraz wprowadzić nie zawahałabym się przez chwilę, w końcu nie musiałabym tracić czasu na przemieszczenie się... :))

niedziela, 20 maja 2012

Dwa torty: śmietankowy i ... pinacolada... Mniam!

Miałam się w Wami przepisami na moje urodzinowe torty podzielić kiedyś, w przyszłości odległej liczonej w latach świetlnych, ale czułam naciski zewsząd, aby jednak się spiąć i wrzucić je na bloga, jak najszybciej. Z racji, że nieuchronnie zbliżają się kolejne urodziny w mojej ogromnej, co mówię zupełnie bez ironii, rodzinie, na które przyjdzie mi coś przygotować, zdecydowałam, że wrzucę je teraz, aby zachować porządek chronologiczny i nie robić sobie zaległości z kolejnymi przepisami.. :)
Nie będę się tutaj wielce rozpisywać, bo na temat swoich urodzin powiedziałam już wszystko w poście z siódmego maja.  Napiszę tylko, że dużą inspiracją był dla mnie tort przygotowany przez Matkę Wegankę. :)

Na początek podam przepis na biszkopt. Jak zawsze bazowałam na tym samym cieście pochodzącym z książki "Fajna babka, ale ciacho". Tym razem jednak upiekłam dwa naraz.

Biszkopt:
  • 4,5 szklanki mąki pszennej
  • 2 szklanki cukru trzcinowego
  • 15 łyżek oleju rzepakowego
  • 3 płaskie łyżeczki sody
  • 3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 3 szklanki zimnej wody ( można wymieszać pół na pół z mlekiem roślinnym)
  • 3 łyżki octu
Mieszamy ze sobą wszystkie składniki za wyjątkiem octu, który dodajemy na końcu. Przelewamy masę do torownicy wysmarowanej olejem i posypanej bułką tartą lub do silikonowej formy do tortu, którą szczególnie polecam. Wkładamy ciasto do piekarnika nagrzanego do 200 st.C i pieczemy przez ok. 40 minut.

A teraz najważniejsze! Kremyyyy!


Krem śmietankowy:
  • 2 puszki mleka kokosowego, który odstał co najmniej 1 dzień w lodówce, aby oddzieliła się część kremowa od wody ( najlepsze jest to z Lidla lub Marks&Spencer ze względu na bardzo dużą zawartość kokosa w stosunku do wody) 
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 2 śmietan-fixy
  • konfitura z czarnej porzeczki
  • mrożone maliny i borówki amerykańskie
  • ulubiony alkohol lub sok cytrynowy 

Wyciągamy część  kremową mleka kokosowego, bez wody. Przekładamy do miski i miksujemy w cukrem, śmietanfixem, wanilią. Ubijamy do czasu, aż powstanie nam puszysta wegańska śmietanka.

Biszkopt ścinamy, aby był w miarę płaski. Dzielimy go na trzy równe płaty. Pierwszy skrapiamy ulubionym wysokoprocentowym trunkiem lub sokiem z cytryny, następnie smarujemy ulubionym dżemem. Ja do tortów zawsze używam konfitury z czarnej porzeczki. Nie wiem dlaczego, ale tak mi się zakodowało i koniec. 
Warstwę konfitury pokrywamy kolejnym płatem ciasta, który też skrapiamy, smarujemy mniej więcej 1/3 kremu. Na kremie układamy trochę mrożonych marlin i borówek amerykańskich. Przykrywamy ostatnim płatem, zwilżamy alkoholem lub sokiem i smarujemy pozostałym kremem wierzch i boki ciasta. Zdobimy owocami, a boki możemy obsypać płatami migdałowymi.  


Tort Pinacolada

  • 2 puszki mleka kokosowego ( dokładnie te same uwagi co w powyższym kremie) 
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 2 opakowania śmietan-fixu
  • 1 szklanka zmielonych na proszek płatków kokosowych. 
  • puszka ananasa
  • biały rum, a co! 
  • wiórki kokosowe
  • konfitura z czarnej porzeczki
Kremową część mleka kokosowego ( bez wody) przekładamy ostrożnie do miski. Dodajemy cukier puder, śmietan-fix i ubijamy, aż powstanie delikatna "śmietana".  Dodajemy zmielone wiórki i miksujemy jeszcze chwilę.

Z biszkoptem postępujemy dokładnie tak, jak w powyższym torcie.  Wyrośniętą górę ciasta ścinamy tak, aby była możliwie płaska. Następnie dzielimy biszkopt na 3 równe płaty. Każdy z płatów będziemy skraplać  rumem. 
Pierwszy zwilżamy, smarujemy konfiturą i przykrywamy drugim płatem. Skrapiamy go solidnie rumem i smarujemy mniej więcej 1/3 kremu. Układamy na nim pokrojone kawałki ananasa i pokrywamy ostatnim płatem biszkoptu. Ponownie skrapiamy nie skąpiąc rumem. Wierzch i boki ciasta smarujemy równomiernie pozostałym kremem. Cały tort obsypujemy równomiernie płatkami kokosowymi i ozdabiamy kawałkami ananasa.

I małe wspomnienie z samego dnia urodzin, który spędziłam z tymi dwiema dziewczynami! :)

  



Znowu jest sentymentalnie, a jak sentymentalnie to musi być SOKO!

sobota, 19 maja 2012

Migdałowy twarożek ze świeżymi ziołami.



"A czym smarujesz kanapki? ", "Z czym jesz bułkę?" - to jedne z częstszych pytań o moje jedzenie, jakie padają, kiedy wyciągam kanapkę w szkole. Nie dziwię się  temu, bo w końcu chyba nikt nie uwierzy, że jadam w kółko gotowe pasty i pasztety ze sklepu, a to co kryje w sobie przekąska zatwardziałej weganki jest dla wielu osób interesujące. Gotowe pasty są dosyć drogie, a poza tym byłoby to nudne jeść je częściej niż raz jakiś czas, bo w większości przypadków smakują bardzo podobnie do siebie. Poza tym, kiedy przygotuję pasty samodzielnie łatwiej mi ogarnąć ich skład. Kontroluję ilość soli i jakość użytych składników. 
Migdałowy twarożek to bardzo dobra opcja na kanapki, ponieważ orzechy te zawierają wapń i sporo białka, są bogate w nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminę E i B2. Poza tym znajdziecie w nich magnez, potas i fosfor. Warto więc po nie sięgać. Płatki drożdżowe nieaktywne są dobrym źródłem łatwo przyswajalnego białka. Zawierają prawie cały zestaw witamin z grupy B oraz substancje mineralne, takie jak fosfor, cynk, magnez, żelazo, potas, selen i chrom. Pomijając wartości odżywcze, taki twarożek jest po prostu smakowitą propozycją na śniadanko czy przekąskę w ciągu dnia. Razem ze świeżym pomidorem lub rzodkiewką, na pełnoziarnistym chlebie. Smak migdałów jest wyczuwalny dużo bardziej niż np. nerkowców w "serku" z tychże orzechów, ale każdemu, kto jak ja z migdałami jest za pan brat nie będzie to zupełnie przeszkadzać.  




Może i Wy się skusicie? 

Składniki:

  • 100 g migdałów bez skórki, namoczonych przez noc
  • 100 ml wody
  • 30 ml oleju dobrej jakości
  • 1/2 płaska łyżeczka soli
  • 1/4 łyżeczka mielonego pieprzu
  • 1 kopiasta łyżeczka płatków drożdżowych
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • garść liści bazylii
Migdały odsącz, wrzuć wszystkie składniki do blendera i zmiksuj na w miarę gładką masę. Odstaw na kilka godzin do lodówki, aby nieco "stężał". Gotowe! Uwielbiam takie przepisy, bo prawie nic nie trzeba robić! :) 


I znowu na soundtrack wskakuje IDA ! Z dedykacją dla wszystkich dziewcząt, które ... jedzą śniadania oczywiście... :P 


I eat boys like you for breakfast 
Where´s my salt ´n pepa now?
Oregano, basil and thyme and my Tapatio 
I eat boys like you for breakfast 


czwartek, 17 maja 2012

Wiosenne sushi. Ha!

W całym zabieganiu, który towarzyszy wiośnie, lubię się zatrzymać na chwilę i przygotować coś fajnego do jedzenia. Krajowych warzyw i owoców jest coraz więcej, więc staram się, jak tylko mogę zahaczyć o ryneczek i kupić trochę świeżej zieleniny. Mój organizm domaga się dobrego jedzenia, regularnych, wartościowych posiłków, ponieważ codzienne jeżdżenie na rowerze i wielogodzinna nauka są dla niego niemałym obciążeniem. 
Czasami źle traktuję swój organizm. Karmię go byle czym, narażam na wysiłek, nie dostarczając mu tego, co jest mu potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Tylko, że natura dobrze działa i kiedy jestem niedożywiona, przemęczona, organizm zaczyna się buntować. Ale nie będę z nim walczyć, jak rodzice z nastoletnim dzieckiem, tylko dam mu tego, czego oczekuje i potrzebuje. Nie chcę eksperymentować sprawdzając, ile jest w stanie wytrzymać. Kiedyś miałam takiego chore pomysły, ale  nie przyniosły one nic dobrego. Staram się więc jeść dobrze i przygotowywać sobie jedzenie samodzielnie. Jeżeli wiem, że dużo czasu spędzę poza domem zabieram je ze sobą, gdyż bardzo trudno jest zjeść coś fajnego i wegańskiego na mieście.
Poza tym, żyję w przeświadczeniu, że należy siebie i swój organizm traktować z miłością i szacunkiem, ponieważ jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to dużo łatwiej będzie nam być dobrym dla innych. W końcu szczęśliwi ludzie budują szczęśliwy świat. W sumie nic odkrywczego, ale chyba  czasami nam gdzieś ten fakt umyka.... 

Przyszedł mi do głowy pomysł na sushi w nieco odmiennej wersji. W odsłonie wiosennej i całkiem zdrowiej. 


Składniki:
  • szklanka brązowego ryżu
  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego
  • 2 łyżki octu ryżowego
  • 4 zielone szparagi
  • kilka rzodkiewek
  • 2 garście liści szpinaku
  • 4 płaty glonów nori 
  • sos sojowy
Ryż ugotować w mniej więcej 3 szklankach osolonej wody ( 20-25 minut). Musi być troszkę rozgotowany, aby się ładnie lepił. Szparagi gotujemy na parze, rzodkiewkę kroimy w słupki. Ostudzony ryż mieszamy z cukrem i octem. Letni ryż rozsmarowujemy na płacie, pozostawiając wolne brzegi. Na ryżu w równym rządku, bliżej miejsca rozpoczęcia zwijania układamy szparagi owinięte w liście szpinaku, pokrojone w słupki rzodkiewki, tak aby nadzienie po zwinięciu znalazło się pośrodku. Płaty zwijamy w rulon, można to robić na bambusowej macie, ale nie jest to konieczne. Końcówki zwilżamy wodą i zlepiamy. Ruloniki odkładamy na 10 minut, a następnie przy pomocy ostrego noża kroimy je w 2cm plastry. My polewamy sushi sosem sojowym przed zjedzeniem, ale można je zajadać z rozmaitymi pastami i dipami.








A na wiosnę zawsze słucham Idy Marii :) 

wtorek, 15 maja 2012

Ciasto upside-down z rabarbarem.

W miniony piątek dopadła mnie ochota na ciasto z rabarbarem. Tak naprawdę nie mam czasu na wielkie gotowanie i pieczenie, ale z drugiej strony, czy godzinna mnie zbawi? Nie! Ale jak nie utknąć w kuchni na pół dnia i jednocześnie osiągnąć wymarzony efekt? Hmm... Jak wiadomo, nie ma sytuacji bez wyjścia i z pomocą przychodzi niezawodne ciasto upside-down. Wystarczyło zatrzymać się na ryneczku jadąc ze szkoły i nabyć pożądany przeze mnie rabarbar.
W domu w mgnieniu oka wymieszałam składniki na ciasto dodając do niego suszonej lawendy, przygotowałam syrop, obrałam i pokroiłam rabarbar. Składniki wrzuciłam na blaszkę, na półgodziny do piekarnika i już! Ciasto jest gotowe! Pięknie! 



Składniki:
  • 1 szkl. mąki pszennej 
  • 1/2 szkl. mąki pszennej razowej
  • 1/3 szkl. cukru trzcinowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia 
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego
  • 1 łyżeczka soku z cytryny  
  • 1 szkl. mleka roślinnego 
  • łyżeczka suszonej lawendy
Na warstwę rabarbarową: 
  • 1/4 szkl. cukru
  • 2 łyżki wody 
  • 1 łodyga rabarbaru, obranego i pokrojonego w 0,5 cm kawałki

Wymieszaj ze sobą obie mąki i proszek do pieczenia. W drugiej misce połącz mleko, sok, cukier i wanilię. Następnie dodaj mąki z proszkiem i wymieszaj dokładnie. W rondelku rozpuść cukier z wodą, mieszaj do uzyskania gęstego syropu. Przygotuj foremkę do pieczenia. Ja użyłam takiej do tarty z wyciąganym dnem. Wlej do niej syrop. Następnie ułóż warstwę rabarbaru. Na koniec zalej ją ciastem, tak aby dokładnie pokryć owoce. Piecz w piekarniku rozgrzanym do 180 st. C przez około 30-35 minut. Wyciągnij z piekarnika, odstaw do wystygnięcia. Chłodne ciasto ostrożnie wyciągnij z foremki na talerz, tak aby owoce były na wierzchu. 





I piosenka, która najlepiej pasuje do takiego ciasta - "Upside Down" :):):)



poniedziałek, 7 maja 2012

Majowe rozkminy, torty i moje urodziny.

Jest wiosna. Nareszcie. Ja niezależnie od pory roku motam się między tym, co chcę, a  tym co powinnam. Tradycyjnie też przeżywam punkowo-medyczne rozbicie i chciałabym, żeby te puzzle, z których składa się moje życie wreszcie złożyły się w całość. Wciąż tkwię pomiędzy moim pragmatyzmem, a totalnym oderwaniem od rzeczywistości i roztrzepaniem. Niemal w jednej chwili umiem być rzeczowa oraz romantyczna i porywcza. I'm totally wierd. Wygląda na to, że ta wiosna jest końcem pewnych spraw w moim życiu, ale skoro jest końcem to i początkiem... I trochę czuję się, jak dziecko, które rozpakowuje prezent nie wiedząc, co znajdzie w środku i jest tak podekscytowane, że plączą mu się słowa i nie może ustać w miejscu.

Choć umownie, na całym świecie przyjmuje się, że to Nowy Rok jest czasem podsumowań, rozliczeń, postanowień, ja nigdy nie przykładałam się do tego większej wagi. Oczywiście zawsze mam jakieś oczekiwania i marzenia, o których wspominałam w noworocznym poście, ale raczej takie ogólne i są właśnie tymi marzeniami, które mogą, ale nie muszą się spełnić. Są celami, które mają napędzać, aby chciało mi się coś robić, ale niekoniecznie muszę je osiągnąć. 
Dla mnie okres prawdziwych podsumowań i zajrzenia w głąb siebie to  urodziny. Ten czas kończy i zaczyna pewien cykl w MOIM życiu i dotyczy bezpośrednio mnie.  Właściwie nie chce robić tego rozeznania, ale zamiana cyferki w rubryce w napisem wiek podświadomie to na mnie wymusza. Kładę się spać - myślę, siedzę sama - myślę, jadę rowerem - myślę. Analizuję, niby miniony rok, a ostatecznie całe życie i koniec końców dochodzę do wniosku, że nie mogę narzekać. Pewnie, czasami dostaję od losu po głowie, coś mnie spycha na dno, ale też coś mnie ciągnie ku szczytom. To jest MOJE ŻYCIE i nie zamieniałabym go na żadne inne.  Mogłabym się teraz kajać, bo w końcu niejeden błąd i głupotę zrobiłam, ale świat tak kopie nas po tyłkach, że chyba nie ma co dokładać sobie jeszcze więcej zmartwień... Wiem dokładnie kiedy zawaliłam i cieszę się, że umiałam to naprawić. W końcu ludzie robią czasami złe rzeczy i to nie czyni ich od razu okropnymi.  Sama nie wiem, kiedy nauczyłam się samodzielności. Tego, że ja na nikim nie polegam i niczego od nikogo nie oczekuję. Pewnie nie miałam wyjścia... Muszę mieć przysłowiowy nóż na gardle, żeby powiedzieć, że potrzebuję pomocy. Wiem, że jest to odrobinę chore, tym bardziej, że ja sama jestem supermocno otwarta na pomoc innym...

Obecnie jestem tam, gdzie chcę być, robię to, o czym zawsze marzyłam i dążę do celów, które sobie wyznaczyłam. Rozwijam się, poznaję nowych ludzi i trwam w starych już przyjaźniach. Dla mnie to ogromny postęp, bo ja nigdy nie budowałam zbyt bliskich i długoletnich więzi z ludźmi. Nie wiem, z czego to wynikało, ale jakoś za bardzo nie przywiązywałam do ludzi. A teraz jest mi naprawdę smutno, bo 90% bliskich mi osób żyje poza Poznaniem i nie mamy siebie na wyciągniecie ręki. Trochę wpadam w panikę, gdy pomyślę, że w czerwcu zostanę tu całkowicie sama. 
Niektórzy tęsknią za np. czasami kiedy byli w LO albo jakimś innym minionym okresem w ich życiu, ale czy ja chciałabym mieć znowu 15 czy 17 lat? Nie! 
Teraz wszystko jest lepsze, jaśniejsze, burza hormonów za mną, jestem mądrzejsza, świadoma siebie - swoich wad i zalet. Żyję i robię to, co chcę, z małymi ustępstwami i kompromisami, na które każdy czasami musi iść. Mam już jakieś doświadczenia życiowe, które są dla mnie tarczą, bo chronią przed błędami, które już kiedyś popełniałam. Tworzę dorosłe przyjaźnie z ludźmi, którzy nie znaleźli się w moim życiu przypadkiem, ale świadomie ich do niego zaprosiłam. Nauczyłam się odróżniać przyjaźnie od zwykłych znajomości i to jest dosyć cenne, zdaje się. Z biegiem lat zaczęłam doceniać to, jak bardzo się od siebie różnimy. Akceptuję dziwactwa moich bliskich, a nawet ich za nie bardziej cenię. Wiem, że inaczej muszę rozmawiać z moją rzeczową siostrą, emocjonalną mamą, zapominalską przyjaciółką czy praktycznym tatą.
Z biegiem lat zaczęłam dobrze dogadywać się z siostrami, bo teraz kiedy już wszystkie jesteśmy dorosłe konflikty, które wynikały z różnicy wieku, przestały mieć znaczenie. Płynnie stałyśmy się nie tylko siostrami, ale najlepszymi przyjaciółkami. Bezkonkurencyjnymi.
Mogłabym się zacząć mazać, ponieważ przecież nie mam na nic czasu. Związki, w których byłam sypały się, jak domki z kart. Tylko, że kiedy się z kimś wiązałam z moim życiu panował niezły bajzel, a harmonię i porządek osiągnęłam dopiero, jako singielka. Dlatego zawsze się śmieję, gdy ktoś mówi mi, że powinnam sobie ułożyć życie. Bo to, co mam teraz czym niby jest, jeżeli nie dorosłym,"ułożonym" życiem."? Robię to, co kocham, więc czy mogę, mam prawo oczekiwać czegoś więcej?
0062_a64c
Dużo energii pochłaniają moje studia, ale to jest mój wybór. Nie musiałabym tego robić, gdyby tylko powiedziała STOP, że ja wysiadam z tego życia. Jednak medycyna jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem i sprawia, że muszę się trochę wysilić, postarać się nieco. Jestem za ambitna, aby się poddać. Lubię brać na siebie tak dużo obowiązków, że ciężko mi je udźwignąć, lecz gdyby ich nie było, stałabym prawdziwie nieszczęśliwa.
Na szczęście medycyna nie jest całym moim życiem. Dostrzegam świat poza nią, dzięki czemu między innymi prowadzę tego bloga. Jedną z moich pasji jest w końcu gotowanie. Jest kilka innych rzeczy, na których się znam i lubię robić. Cieszę się, bo dają mi one poczucie wolności, tego, że w moim życiu mogę wybierać i to, że robię to, co robię nie wynika z tego, że zostałam na to skazana.
Choć jest wiele rzeczy, których mogłabym się przyczepić, to lubię moje życie. Czuję się świadoma, czuję, że w możliwie dużym stopniu udaje mi się nim kierować. Wiem, że jest wiele rzeczy, na które nie mam wpływu, ale myśl, że to, na co mogę wpłynąć biorę we własne ręce jest moim luksusem. Właściwie jedynym, którego oczekuję.
Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat będę równie zadowolona ze swojego życia, jak teraz. Bo ja znalazłam swój głos i mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się zainspirować innych, aby odnaleźli swój. Czy jest coś fajniejszego od posiadania pasji i zarażania nią innych?

Aby już nie przedłużać tego wywodu, a z racji, że to blog kulinarny, pokażę Wam, jak świętowałam urodziny, bo zaczęłam już 2 tygodnie wcześniej ;). W majówkę byłam w domu rodzinnym i udało mi się zrobić chyba najlepsze torty w mojej skromnej karierze kulinarnej. Ciekawe jest to, że torty polubiłam dopiero, kiedy zostałam weganką. Kiedy byłam dzieciakiem zjedzenie kawałka było dla mnie prawdziwą męczarnią.

Na początek domówka z zupą dhal ( nie załapała się na zdjęcie), bagietką z hummusem i kiełkami, sałatką "meksykańską" i cupcake'ami w 3 wersjach smakowych.






Ale to były tylko przedbiegi, bo na prawdziwy maraton urodzinowych słodkości pozwoliłam sobie w domu moich rodziców...

Cupcaki kokosowe z owocami





Strzałem w dziesiątkę okazały się jednak torty - jeden waniliowy z owocami, a drugi pinacolada, czyli kokos z duecie z ananasem. Nigdy jeszcze nie udało mi się zrobić tak delikatnych tortów. Czasami myślę, że naprawdę mogłabym to robić zawodowo lub przynajmniej półzawodowo.





Najwięcej emocji, jeszcze podczas sesji wzbudził tort pinacolda...











Świętowałam też w poznańskim "Kwadracie" w niedzielę i dziś świętuję ostatecznie z siostrą i siostrzenicą. I chyba na tym koniec, ponieważ ile można...?

A potem zniknę gdzieś miedzy podręcznikiem A, a podręcznikiem B. I obym się odnalazła z powrotem...

To, co umieszczę tego dnia na blogu było dla mnie jasne od dawna..., choć sam utwór nie dotyczy szczęśliwie mojej osoby, jest dla mnie swego rodzaju przestrogą.


You're twenty-five and you're barely alive
Blood's still running through your body
but your spirit's long since died
You've trained yourself to keep your distance
In the sand you've drawn your line
So afraid of people's expectations
In constant battle with your mind
You have become what you hate the most
An apathetic old man with a grudge
Succumbing to life's pressures without fight
Why do you stay here?
Because your fucking pride has buried you alive
in this debris of shit blown out of proportion
in your maladjusted mind
You think that you're so fucking different
But you just tow the same old lines
Leading to this sicking ship
Living in constant fear of time
Opportunity arises and you don't care
You project an image of no hope
But I've looked into your
eyes and seen it there
You'd love to smash this
world that's put
you in the state you're in
twenty-five
It's your life
But still you try to deny
Everything you feel inside
It's time to cut their fucking line



A druga piosenka i ta zdecydowanie bardziej wpasowuje się w moje poplątane życie:



Live fast, die young
Bad girls do it well