piątek, 20 kwietnia 2012

Bulion na przeziębienie!

Chyba nie jest to mój dzień, może nawet i tydzień, a kto wie czy nie rok...? Jestem pod ciągłym stresem i nie mam, gdzie go odreagować. Wczasy, wczasy, wczasy, ale żeby na nie pojechać trzeba mieć pewność, że będzie się miało do czego wracać oraz że podczas naszej nieobecności świat, który zostawiamy za sobą nie rozpadnie się w pył. Ja teraz nie mam tej pewności.

Pomimo wiosny, która notabene w tym roku jest dosyć zimna, może nas dopaść przeziębienie. W sumie o to nawet wiosną troszkę łatwej, bo raz ubierzemy się za ciepło, raz zbyt lekko, temperatura w ciągu dnia zmienia się jak w kalejdoskopie, a więc łapiemy katar, zapalenie gardła, zatok czy krtani.... itp.itd.
I mnie choróbsko dopadło jeszcze przed tygodniem, a ja ( jako niezwykle świadoma studentka medycyny ;/)  zamiast się ogarnąć i zadbać o siebie, organizowałam Vegan Lunch. Wieczorem w niedzielę ległam na kanapie i myślałam, że nie wstanę do kolejnej, ale zaczął się tydzień roboczy i o kurowaniu praktycznie nie było mowy. Jak powszechnie wiadomo, pod latarnią jest najciemniej, a więc nie ma gorszego materiału do leczenia niż lekarze i studenci medycyny. Inna sprawa, że uczelnia zakłada, że jesteśmy mutantami, którzy nie chorują i właściwie nie daje nam do tego prawa i możliwości. Wszystko trzeba odrobić, a nie ma kiedy, więc w coraz gorszym stanie chodziłam do szkoły... Skończyło się nawrotem astmy i jest mi bardzo smutno z tego powodu, bo nie pamiętam kiedy ostatnio mi się to przytrafiło, a teraz jestem już na lekach i czeka mnie pewnie co najmniej pół roku sterydoterapii, która jeśli ma być skuteczna musi być konsekwentna, czyli zawsze i wszędzie rano i wieczorem.  W kieszeni inhalator w razie nagłych napadów. Mam deja vu... Już kiedyś byłam w tym miejscu... :( To nie jest fajne miejsce, nie moje miejsce.

Wczoraj przypomniało mi się, czym miałam zwyczaj leczyć swojego jednego ex'a ( miał takie "szczęście", że trafił na mnie w tym momencie życia, gdzie miałam fazę frajerskiej opiekuńczości - dawałam z siebie wszystko, nie dostając nic w zamian i na to szłam - looser!) - bulionem warzywnym z cynamonem i imbirem oraz poić sokiem świeżo wyciśniętym z cytryny. Takie domowe metody, które w początkowej fazie choroby naprawdę dawały radę.
Zgodnie z zasadą, że o innych dba się najłatwiej, a o siebie tak nieco mniej - w ostatnim tygodniu nie dbałam o swoje zdrowie w ogóle i kompletnie wyleciało mi z głowy, że mam taką moc, że umiem gotować i co więcej od tego jedzenia może zrobić mi się nieco lepiej. Wprawdzie doprowadziłam się do fazy, w której nawet z hiperoptymistycznym podejściem, zupką już nie wiele się zdziała, ale też nie zaszkodzi...
Dlaczego wpadłam na to dopiero po nocnym dwugodzinnym ataku astmy oskrzelowej? Nie mam pojęcia... Postanowiłam jednak naprawić ten błąd i ugotowałam sobie magiczny bulion, po który zdarzało mi się sięgać, szczególnie kiedy ktoś w mieszkaniu chorował. Bywało, że pomagał, a już na pewno poprawiał nastój, bo jeżeli ma się poczucie, że obok jest ktoś, kto o Ciebie dba, to zawsze lepiej się zdrowieje. Tak w każdym razie myślę. Chyba podobnie jest, gdy ktoś nam kibicuje to osiągamy lepsze wyniki. Co tu dużo mówić - wsparcie jest bardzo ważne. W każdym aspekcie życia. Dobrze jest, aby umieć je samemu sobie dać, ale fajnie gdy przychodzi do nas z zewnątrz. Doświadczam tego ostatnio każdego dnia i jestem z każdym takim dniem o kilka procent szczęśliwsza. 

Pomijając walory rogrzewające i poprawiające formę, bulion ten jest zwyczajnie dobry i jest miłą odmianą od tych wymyślnych dań, które mam w zwyczaju serwować. :)


Składniki:
  • pęczek włoszczyzny, czyli: 3 marchewki, 1 korzeń pietruszki, kawałek selera, kawałek pora, 
  • 3-4  łyżki oliwy
  • kilka ziaren kolorowego pieprzu
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • 2-3 liski liści laurowych
  • 2 litry wody
  • 2 łyżeczki soli
  • 3 łyżeczki sosu sojowego
  • 1 łyżeczka imbiru
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • paczka makaronu "sojowego" ( jak wiadomo, on w sumie z groszku lub fasoli jest :P) 
Włoszczyznę kroimy w małe kawałki - kostkę czy jak tam chcecie. W rondlu rozgrzewamy oliwę i wrzucamy włoszczyznę. Mieszamy i smażymy przez 5-10 minut na małym ogniu. Wlewamy wodę, doprawiamy wszystkim poza imbirem i cynamonem. Gotujemy do czasu, aż warzywa będą miękkie ( 20 minut?). Na koniec doprawiamy cynamonem i imbirem. Na koniec wrzucamy makaron i czekamy przez chwilę, aż zmięknie.  Podajemy z posiekaną natką.


A w odtwarzaczu  THE SMITHS... i tu mam deja vu... ;)



niedziela, 15 kwietnia 2012

Proste ciasto czekoladowe

Myślałam, czym chciałabym  się z Wami podzielić, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Jest wiosna! Jazda na rowerze jest teraz taka przyjemna, że nawet to miasto trochę lubię. Zajęć cały czas dużo, ale nie mogę narzekać, bo przynajmniej się nie nudzę!
Już po lunchu, najpewniej ostatnim na najbliższa kilka miesięcy...Pomimo deszczu chętnych na wegański  posiłek nie brakowało. Okazało się, że ziemniak jest na wskroś ciekawy i możliwości ma co niemiara!  Było pysznie. Naprawdę! Zobaczymy się w przyszłości. Inicjatywa nie zginie, a my w tym czasie naładujemy akumulatorki, wymyślimy plan działania i wrócimy.

W płytotece obecnie totalny miszmasz, jak to na wiosnę u mnie z reguły bywa. Tak więc na odtwarzaczu jest i His Hero Is Gone i Drip of Lies, Nneka i Soko, Life Scars/Bagna, We Are Idols i Alpinist. Jest Ladytron, Finisterre i Notwist. Trochę Lany del Ray, Circle Takes The Square, Regina Spektor, Chelsea Wolfe. A to tylko część i znalazłoby się jeszcze kilka ciekawych połączeń...
Ostatnimi czasy, całe otoczenie inspirowało mnie do przypomnienia sobie, czego słuchałam w dzieciństwie. M.in. pewnie dom rodzinny i obecność wszystkich sióstr bliżej niż zwykle... Tak czy owak, niezły mix muzyczny sobie stworzyłam tej wiosny.  
Chyba dokładnie odzwierciedla to, co dzieje się gdzieś tam w otchłani mojego umysłu i czeluściach serca :) ... W sensie bałagan się dzieje, ale przejdźmy do jedzenia, bo zbaczam niebezpiecznie w stronę tematów, których nie chcę poruszać na razie. 

Większość osób, która tu zagląda, osób z którymi miałam okazję o tym rozmawiać twierdzi, że woli przepisy na konkretne dania, ale jednocześnie znajomi dosyć często pytają mnie o przepis na proste, szybkie wegańskie ciasto. Takie, które będzie się chciało upiec do po południowej kawy. Podobno te, które wrzucam na bloga są zbyt skomplikowane, a mają być takie, jakie wyjadą każdemu... Ja kiedy  mam ochotę na ciasto po prostu je piekę i nie przejmuję się składnikami, ale może lata praktyki zrobiły swoje i podstawowe proporcje mam w głowie. 
Dla tych jednak, co wolą zajrzeć na bloga niż zaprzątać sobie głowę takimi głupotami, jak receptury podrzucam przepis na baaaardzo proste i smaczne ciasto. Taka fajna babka-nie-babka. Po upieczeniu można je jeszcze polukrować lub polać rozpuszczoną wegańską czekoladą. 
Proste, co?


Składniki:
  • 2 szklanki mleka roślinnego
  • 2 łyżka octu
  • 3/4 szklanka cukru trzcinowego
  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego
  • opakowanie budyniu waniliowego
  • 2 szklanki mąki
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1,5 łyżeczki sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki chili
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 łyżki musu jabłkowego lub jakiegoś dżemu ( opcjonalnie) 
W jednej misce mieszamy mokre składniki ( z wyjątkiem musu), a w drugiej suche. Następnie stopniowo po łyżce wrzucamy suche do mokrych i mieszamy trzepaczką. Napowietrzamy ciasto mieszając je w różne strony dość energicznie :). Na koniec dodajemy mus, ale to jest opcja, a nie mus :P Wychodzi rzadkie, ale bez stresu uda się i tak. Przelewamy je do keksówki i pieczemy w 180 st.C przez ok 40-50 min, bo to od piekarnika zależy.





A na koniec Nneka, bo jakoś ostatnio lepiej rozumiem, a może czuję tekst tego utworu...:


"You said you'd be there for me
In times of trouble when I need you and I'm down
And likewise you need friendship
It's from my side pure love but I see lately things have been changing
You have goals to achieve
But the roads you take are broad and heartless
The wounds you make you are no aware
You throw stones
Can you see that I am human I am breathing
But you don't give a damn

Can you feel my heart is beating
Can you see the pain you're causing




piątek, 13 kwietnia 2012

Pyra lunch, czyli wegański lunch #6

Image

Przeglądając od czasu do czasu blogi, magazyny kulinarne i takie, które mają działy kuchenne zauważyłam, że ziemniak wraca do łask, choć w wersjach zupełnie nam dotąd nieznanych lub niedocenianych. Okazuje się, że ziemniak, niby taka zwykła pyra, ma w sobie tyle możliwości. Nawet to budujące, bo ja też nie mam w sobie niby nic takiego, ale jest nadzieja, że i we mnie drzemią jakieś ciekawe możliwości. No dobrze, ale nie zmieniajmy tematu... ;)
Okazuje się, że ziemniak to coś znacznie więcej niż pyry z wody, pure, frytki, chipsy i placki ziemniaczane! 

Vegan Hooligan Crew, trochę nieświadomie poszło z duchem czasu i zaprasza Was w najbliższą niedzielę do Meskaliny na wegański lunch, którego motywem przewodnim jest nasza poznańska pyra. Będzie po wegańsku, po poznańsku, ale też trochę egzotycznie...
Będzie gzik i zupa z batatów, curry, gulasz i kotlety w różnych opcjach. Będę sałatki i słodycze ziemniaczane. I wiele, wiele innych tradycyjnych i zaskakujących potraw. 
Zasady są zawsze takie same, czyli wchodzisz za 15 zł, jeżeli masz ze sobą talerz to dostajesz od nas słodki poczęstunek na dzień dobry. Jesz do woli, czyli tyle ile pomieści Twój żołądek, więc nie nakładaj sobie więcej niż zjesz, bo nie znosimy marnowania jedzenia i nie zgadzamy się, aby lądowało w koszu!!!

Jak zawsze VHC stara się wesprzeć jakiś cel. Tym razem będzie  to schronisko ze Swarzędza. Będziemy zbierać karmę dla zwierzaków ( psów i kotów) oraz środki opatrunkowe ( bandaże, kompresy, gazy), które są niezbędne do opatrywania rannych zwierząt, które trafiają do schroniska. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak pięknie wszystkich zaprosić. Widzimy się w Meskalinie w najbliższą niedzielę 15. marca!

Nasze poczynania można śledzić na: http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew , a zapisy dla tych, którzy lubią FB http://www.facebook.com/events/287423434666653/

piątek, 6 kwietnia 2012

that's why I don't eat animals.

Jakoś tak jest, że chodzą po tym świecie ludzie, dla których niektóre rzeczy zawsze będą niepojęte. Też to mam czasami, bo niepojęty jest dla mnie faszyzm, nazizm, nacjonalizm, seksizm, szowinizm, wojny, głód, podziały na świecie oraz to, jak mało w nas jest dobrego, a jak dużo złego lub też dlaczego większym szacunkiem cieszą się osoby chamskie i niemiłe, które mają wszystko i wszystkich gdzieś niż dobre i fajne, na które każdy może liczyć. Wiele innych kwestii też nie pojmuję, ale nie czas to i miejsce, aby się nad tym rozwodzić. 
Otóż mój weganizm dla przykładu, boli niektórych bardzo i jakoś się nim "przejmują" w sposób dla mnie niewytłumaczalny... Ludzie, z którymi nic mnie nie łączy. Zgryźliwi, niemili, wszystkowiedzący pseudointelektualiści. Niektórzy są bardzo natarczywi i wtedy myślę sobie, że chyba jakiś przemył mięsny czy mleczarski ich chyba zatrudnia, aby zatruli weganom życie! Uwielbiają trywializować wartości, którymi kierują się w życiu inni, a gloryfikują swoje, które dla mnie są bardzo wątpliwe... 
Z tym, że mnie nauczyła mama i tata też mnie nauczył, a potem życie dodało swoje 3 grosze, że każdy jest inny i nic mi do tego, do czasu, kiedy nie krzywdzi innych. Dlatego ja tam nie za bardzo wnikam w życie obcych mi ludzi ( bo w życie bliskich to chcę, mogę i powinnam!). Tak więc, jak ktoś kpi mi w oczy z mojego weganizmu, to nie może oczekiwać ode mnie sympatii i przychylności. Bo to jest dla mnie ważne! Kiedy po raz kolejny, ktoś rzuca do mnie tekstem: "przecież Ty nic jesz", to ręce i głowa mi opadają... Wtedy myślę: "I po co ja tego bloga w ogóle prowadzę?" Tym bardziej, że jedzenie to taki "efekt uboczny" weganizmu. Z racji jednak, że jedzenie, to czynność codzienna jest chyba poruszana najczęściej...
To, co dzieje w mojej głowie to jedno, a w rzeczywistości staram się nie wyprowadzić z równowagi i spokojnie argumentować. Nie zawsze wychodzi... Czasami to takie "walenie grochem o ścianę". 
Inna sprawa, że niektórym nic się nie wytłumaczy i już nawet nie chodzi, o to, żeby ich przekonać do zmiany podejścia do zwierząt, ale chociaż o nauczenie ich akceptacji dla odmiennych poglądów, żeby mi dali spokój i pozwoli w szczęściu i nieszczęściu, zdrowiu i chorobie, żyć tak, jak chcę.  
No dobra, ale o co mi chodzi? I o co w tym całym weganizmie chodzi?
A no o zwierzęta! Nie będę ukrywać odpowiadając, że jest to mój personalny wybór i nie chce o tym rozmawiać. Tu chodzi przede wszystkim o zwierzęta. O to, że nie chcę przyczyniać się do ich eksploatacji, wyzysku, cierpienia. To, że są od nas słabsze, nie oznacza, ze mamy prawo je zabijać i zjadać. Wiadomo nie od dziś, że są zdolne do odczuwania, przywiązania
Tak, tak. Pomyślcie tak logicznie, czy gdyby chodziło o coś innego, to czy zdrowa dziewucha narażałaby się na wykluczenie społeczne, kpiny i wszystko to, co wiąże się w wybraniem innej ścieżki niż większość? Raczej nie, prawda?  
Jestem weganką, bo nie chce zabijać i wyzyskiwać zwierząt. Proste? Niby tak, ale niekoniecznie. Dla mnie to nie są TYLKO zwierzęta i traktowanie ich, jako "sługasów" ludzi, kompletnie mi nie pasuje i jest niczym innym, jak szowinizmem gatunkowym ( gatunkowizmem). I teraz pewnie, ktoś po drugiej stronie, wybucha gromkim śmiechem i puka się w głowę "co ta dziewucha wymyśliła! Gatunkowizm? Przecież nie ma czegoś takiego!". Ha! A właśnie, że jest i pojęcie to swobodnie funkcjonuje we współczesnej filozofii i etyce, rozpropagowane ( aczkolwiek nie wymyślone) przez Petera Singera. Ja niestety nie jestem na tyle mądra, aby coś takiego wymyślić. 
Ale nie będę gmatwać tego wywodu bardziej i rozpisywać się o gatunkowizmie, gdyż są od tego ludzie mądrzejsi niż ja.
Od początku więc, po pierwsze w weganizmie chodzi o zwierzęta. Ja ich jeść ani eksploatować nie będę. Nie dlatego, że tak bardzo je kocham, ale dlatego, że je szanuję i  nie uważam, że jako człowiek, mam prawo decydować o ich życiu i śmierci. Nie mam. A poza tym, ja czuję się związana z naturą, dorastałam na wsi, w otoczeniu lasów, łąk i jezior. Takie jedzenie mięsa to mi się dosyć niezgodne z tą naturą wydaje. Jakoś tak myślę, że kiedy mam wybierać, to zawsze wybiorę życie - a mięso to śmierć przecież. 
Czasami słyszę argumenty w stylu, że ludzie od zarania wieków jedli zwierzęta itp.itd. Ludzie nie jedli mięsa od zarania wieków, bo na początku ludzie nie mieli ani broni, ani ognia i trudnili się zbieractwem i jedli roślinki. Cała reszta rozwinęła się później i być może pozwoliła człowiekowi na jakimś tam etapie przetrwać, ale obecnie jest całkowicie zbędna. Teraz jedzenie mięsa odbieram jako taką trochę autodestrukcję, ponieważ ani to zdrowe i dobre dla naszego ciała i  umysłu również, ani też nie jest przyjazne dla środowiska. Lub jest też rodzajem pokrętnego hedonizmu - "tak bardzo lubię mięso, że nie mogę z niego zrezygnować", czyli jedzenie mięsa, jako główne źródło przyjemności w życiu, którego choć wiąże się z niewyobrażalnym cierpieniem, nie potrafimy sobie odmówić...
Tak uważam, jeżeli się ze mną nie zgadzasz, ok, ale pozwól mi trwać przy swoim. 
Drugim, całkiem niegłupim powodem, dla którego warto rozważyć weganizm, jest wspomniane już przeze mnie środowisko. I nie będę się na ten temat za bardzo rozpisywać, ale taką tajemnicą poliszynela jest to, że przemysł mięsny i mleczarki robią środowisku naturalnemu niezłą krzywdę, obrazowo rzecz ujmując.
Zanieczyszczają wszystko - od gleby poczynając, na wodzie i powietrzu kończąc. Na ten temat znajdziecie w sieci mnóstwo informacji,  a ja wolę w tym poście zawrzeć moje osobiste odczucia, niż zasypywać Was zatrważającymi danymi statystycznymi...
To, co przemawia za dietą, która jest elementem weganizmu to fakt, że jest zdrowa. KAŻDA ŹLE SKOMPONOWANA DIETA  JEST SZKODLIWA I PROWADZI DO NIEDOBORÓW I CHORÓB. Za to dobrze skomponowana dieta wegańska, w świetle obecnych badań, wydaje się być bardzo korzystna, chroni przede wszystkim przed chorobami cywilizacyjnymi, czyli jednej z większych bolączek współczesnej medycyny. 
Kiedy mówię czasami, że znam dzieci na diecie wegańskiej i na pytanie "czy rozwijają się prawidłowo i czy nie są na nic uczulone" omal nie wybuchałam śmiechem, bo po pierwsze rozwijają się świetnie, a po drugie znam całe rzesze chorowitych, alergicznych dzieci na diecie tzw. tradycyjnej. Hm... 
Myślę, choć nie mam tu żadnych danych, że statystycznie weganie są zdrowsi od przeciętnej populacji. Jedzą zdrowiej, bardziej świadomie, w większości znanych mi przypadków unikają śmieciowego, czyli fastfoodowego jedzenia. Weganizm wychodzi im na zdrowie! :)


Co mogłabym jeszcze w tym temacie napisać? Zastanawiam się, bo tak naprawdę kwestii wartych poruszenia jest nieskończenie wiele. Wiem, że wielu osobom często nie mieści się w głowie, co ja (biedna!) zrobię, kiedy matką zostanę. Skąd ten pomysł, że muszę czy chcę? Nie wiem, ale weźmy pod  uwagę sytuację, w której tak się jednak dzieje. Zamierzam żyć dalej tak, jak żyję, jeść tak jak jem, w dodatku moje potomstwo też tak karmić. Skoro nie odczuwam zagrożenia dietą wegańską dla siebie, to również nie będę miała żadnych obiekcji, aby dziecko wychować "na weganie". Zostawmy jednak ten temat, bo w tym momencie jest dla mnie bardziej abstrakcyjny, niż taki lot w kosmos na przykład. Jedynie czasami myślę, że spoko byłoby mieć dziecko, żaby pokazać, że się da. Tyle, że posiadanie dziecka, aby udowadniać komuś cokolwiek byłoby z kolei baaaardzo złym pomysłem. Także, raz jeszcze, zostawmy ten temat w spokoju. 
A tak w ogóle, to krąży sobie po świecie taka ładna książeczka dla dzieci:



Zastanawiam się, jakie byłoby najbardziej trafne zakończenie mojego wywodu... Spróbuję tak:
Kiedy miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć, czym jest dla mnie weganizm, mogłabym rzucić taki oczywisty "suchar", w stylu: "Weganizm jest wybranym przeze mnie, całkowicie świadomie, stylem życia odrzucającym jakiekolwiek wykorzystywanie zwierząt i produktów pochodzenia zwierzęcego."
A tak szczerze, bardziej od siebie? Czymś, co nadaje jakiś sens codzienności. Sprawia, że moje życie wydaje się bardziej wartościowe. Weganizm, ze wszystkimi swoimi konsekwencjami, jest tym, co "utrzymuje mnie na powierzchni" podczas, gdy zawodzi miłość, przyjaźń, znajomi, którzy mieszają w moim życiu, a potem znikają bez słowa. Weganim jest czymś stałym, pewnym, czymś, czego mogę się trzymać, czymś, w co mogę wierzyć.
I w sumie podobne słowa mogłabym napisać o medycynie, o punkrocku, o muzyce. O rodzinie, o bliskich, a czasami o zupełnie nieznajomych.
Takie osobiste podsumowanie! Trochę zaleciało EMO, ale emo bywam form time to time! ;)

Teraz już będzie lepiej! Będzie mniej żalenia się, a więcej "bright sides of life". Mniej tego brzydkiego świata, który nie jest mój, a więcej tego ładnego, który sobie tworzymy my.

Miłego!