niedziela, 25 marca 2012

Buraczane brownies...

Czasami myślę, że sama jestem sobie winna wszystkich "nieszczęść" w swoim życiu. (choć pewnie jestem w tym momencie dla siebie zbyt surowa...)
Kiedy było dobrze, szukałam na siłę problemów, tworzyłam dramaty, olałam szkołę w imię miłości, która okazała się nic nie warta. Często znajdowałam się w niewłaściwym czasie i miejscu, co najgorsze z niewłaściwą osobą.  Na szczęście mądra ze mnie bestia i wyciągnęłam z tego wnioski. Jak mi się wydaje słuszne.
Powrócimy jednak do tego skąd bierze się moje umiłowanie do pakowania w kłopoty. Wiele faktów w naszym życiu można wyjaśnić odwołując się do dzieciństwa. Od dziecka zakończenie bajek "żyli długo i szczęśliwie" jakoś mnie nie satysfakcjonowało. Zawsze wołałam czarownice od księżniczek. Lubiłam dramatyczne historie, bez happy endu i do dziś lubię smutne filmy i książki, z niedokończoną historią, którą każdy sam może sobie dopowiedzieć. A dlaczego?? Ponieważ są prawdziwe.
Tylko, że czasami w życiu, choć właściwie zupełnie nie przykładamy do tego ręki, wszystko układa się dobrze, jak u mnie w tej chwili. I to szczęście budzi podejrzenia... Codziennie rano na sekundę dopada mnie silny ból brzucha, objaw typowo psychosomatyczny, z obawy, że to wszystko zaraz się skończy, że to jakaś bajka czy sen. Ale jak już pisałam wcześniej, wyciągam lekcje z przeszłości i nie popełnię kolejnego błędu. Nie będę na siłę doszukiwać się problemów, kiedy ich nie ma. Doskonale wiem, że stąpam po kruchym lodzie, lecz tym razem on się pode mną nie zapadnie! Postanowiłam się oddać w ręce przeznaczenia i spokojnie czekać, na to co mi los przygotował.

Nie oznacza to, że nic nie robię. Mam tyle do zrobienia, że 90% tego, czego bym chciała, nawet nie tknę, bo doba nadal trawa 24 h... Żyję po dwóch stronach Warty, w mieście, który jest jednym wielkim placem budowy. Więc nie ma zmiłuj... Zresztą ja nie umiałabym robić "nic". Zawsze jest "coś"... 

Mówią, że szczęście nie jest niczym, za czym musimy gnać na złamanie karku. I choć brzmi to trochę, jak żywcem wyjęte od "Pałlo Koelo", to chyba rzeczywiście tak jest ;).  Jeżeli zaczynamy go szukać możemy być pewni, że go nie znajdziemy. Wydaje mi się, że to dlatego, że tak naprawdę nie wiemy czym ono jest i jak je osiągać. Gonimy za nim i okazuje się, że to co miało wieść nas na szczyty, sprowadza na dno. Myślimy, że znamy receptę na szczęście, a okazuje się, że ciągle szukamy nie tam gdzie trzeba oraz że to, co miało być jego źródłem, źródłem owszem jest, ale smutku, ran i w ogóle samego złaaaaa! Działa to też w drugą stronę tzn. szczęście znajdujemy w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, momentach, w ludziach. Dlatego ja już sobie odpuściłam pogoń za nim i jest mi dobrze, jak nigdy. Czekam sobie spokojnie, a ono "puka" niespodziewania do moich drzwi, gdy jestem na nie oporna, "wbija się prze okno". :) Chodzi o to, że nie musimy go szukać, bo szczęście samo nas znajdzie. Musimy dać się tylko mu ponieść, musimy być uważni.  To wszystko! I teraz uwaga: skąd ja to wszystko niby wiem, jestem tego taka pewna?  Z autopsji. Już nie taka znowu młoda, więc zebrałam kilka doświadczeń. :)

Ktoś mi niedawno powiedział, że jestem niedostępna i taka "nie do oswojenia". W dodatku prawdopodobnie coś jest na rzeczy, gdyż bardzo ciężko do mnie dotrzeć i naprawdę dobrze poznać.  W pierwszej chwili pomyślałam, że "no bez kitu", przecież jestem zhumanizowana do granic możliwości i lubię się z ludźmi. Ale potem zdałam sobie sprawę, że dotyczy to bardzo powierzchownych relacji, z obcymi ludźmi, którzy nigdy nie będą odgrywać większej roli w moim życiu.
W relacjach z ludźmi, którzy potencjalnie mogliby być moimi przyjaciółmi, znajomymi, często świadomie stwarzam dystans. Podobno przy pierwszym spotkaniu wydaję się bardzo zamknięta i zdystansowana, wręcz niesympatyczna. A to tylko mój instynkt samozachowawczy każe mi zachować ostrożność. Być raczej w defensywie, niż ofensywie. Mój sposób bycia nie wynika jednak z jakiegoś hardego charakteru. Ja staram się siebie chronić, nie przywiązywać, nie liczyć na innych. Panicznie wręcz boję się odrzucenia i zawodu. Trochę to asekuranckie, ale wypracowałam  sobie taki system "samoobrony" i wydaje mi się, że całkiem dobrze się sprawdza. Z drugiej strony, jak ktoś już do mnie dotrze, naprawdę może na mnie liczyć. O każdej porze. Choć większość przyjaźni, które tworzyłam skończyły się dla mnie "wielki kopem w tyłek", ja nadal, jak ostatnia frajerka wierzę w ludzi...
I łażę sobie po tym świecie, z sercem wywalonym na dłoni i każdy zabiera jago kawałek, mając gdzieś, że w końcu nie zostanie nic...ZUPEŁNIE NIC!

Jednocześnie w moim życiu nigdy nie byłam tak spokojna, jak teraz. Nigdy nie patrzyłam w przyszłość z takim optymizmem. Ostatni rok był szczególnie owocny, jeżeli chodzi o "wpadanie" na fantastycznych ludzi. Autentycznie czuję i wiem, że są osoby, na które mogę liczyć i się nie zawiodę. Raptem kilka, ale za to JAKICH?! NAJLEPSZYCH! Może dzięki temu, że nie szukałam ich na siłę, a oni zjawili się sami w zupełnie nieoczekiwanych dla mnie momentach... i mam nadzieję, że tak pozostanie na zawsze.

Często, gdy piekę to myślę właśnie o tych, którzy wnoszą do mojego życia te fajne jego elementy, bo gdyby tylko wszyscy oni byli w zasięgu ręki, dostaliby ode mnie kostkę mojego burczanego brownies... Brownies idealnego. Na zewnątrz chrupiąca skorupka, a w środku wilgotne, mocno czekoladowe ciasto. Bardzo pożądane przeze mnie...




Składniki:
  • 250g gorzkiej czekolady 
  • 3 płaskie łyżki zmielonego siemienia lnianego + 9 łyżek ciepłej wody
  • 200g cukru trzcinowego
  • 100ml oleju słonecznikowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 100g maki pszennej
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50g mielonych migdałów
  • 250g surowych buraków
Buraki obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. 
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej.
Piekarnik nagrzać do 180 st. 
Siemię podgrzać w wodzie, aby powstał nam taki kisiel. Przelać do miski, dodać cukier i olej i ucierać  przez 3 minuty.
Dodać sodę, proszek, wanilię, mąkę i migdały. Ponownie wymieszać. Można użyć trzepaczki lub drewnianej łyżki. 
Na końcu dodać starte buraki i rozpuszczoną czekoladę i bardzo dokładnie wymieszać. 
Ciasto przełożyć do wysmarowanej olejem lub silikonowej tortownicy. 
Piec przez około 40 minut, do tzw. suchego patyczka. 


Gotowe ciasto można posmarować mlekiem kokosowym zmiksowanym ze śmietanfixem ( ja użyłam 200ml i dwóch opakowań śmietanfixu) i posypać startą gorzką czekoladą. 

Gotowe!

Smacznego!

A co ostatnio częściej słychać? 
"The air up here is still, filled with possibilities. 
Time is breathing."



piątek, 16 marca 2012

सुप्रभात - Indyjski lunch!

Który to już raz? Piąty? Nie wierzę, że ten czas tak szybko płynie... Naprawdę ucieka między palcami!
Nie pozostaje mi, więc nic innego, jak zaprosić Was na piątą edycję Vegan Lunchu w poznańskiej Meskalinie. Tym razem zabierzemy Was w kulinarną podróż do Indii. Kuchnia hinduska ze względu na kulturę, tradycję i religię jest bardzo przyjazna weganom i wegetarianom, dlatego wiele osób, gdzieś już się tam z nią spotkało. Mam jednak nadzieję, że uda nam się Was jakoś zaskoczyć i zasmakujecie na lunchu dań, których nigdy wcześniej nie mieliście okazji spróbować.
Pojawią się znane zupy jak Dahl i sambar, ale też chana masala i co najmniej dwie różne wariacje na temat curry. Kofty i kashori. Tradycyjne słodycze takie, jak halava i zeuropeizowane - muffiny masala chai. I wiele, wiele innych...
Będzie bardzo aromatycznie. Szykuje się wspaniała  uczta. Idealna na przywitanie wiosny!
Zapraszam gorąco !

 अलविदा।


Szczegóły na plakacie!!!


Tańczymy!!!


***
Vegan Hooligan Crew jest nieformalną, non-profitową grupą, która do promocji weganizmu wykorzystuje coś, co chyba każdy doceni, a mianowicie - pyszne jedzenie! Raz w miesiącu (zazwyczaj w 3 bądź 4 niedzielę) czekamy na Was z Meskalinie. Zawsze o 13:30. Zasady lunchu są proste: na wejściu płacisz 15 zł, jeżeli dbasz z nami o środowisko i przyniesiesz własny talerz to dostajesz od nas słodki upominek, a następnie korzystając ze "szwedzkiego stołu" jesz do woli, a konkretnie do czasu, aż całe jedzenie zniknie. 
Staramy się, aby lunch nie był jedzeniem samym w sobie, bo weganizm to coś znacznie więcej niż dieta, dlatego każdemu wydarzeniu towarzyszy zbiórka różnego rodzaju fantów: zbierałyśmy już zabawki dla dzieci z oddziału hematologicznego, z domu dziecka, jedzenie dla zwierząt z lokalnego schroniska, bilety dla dzieci z "Rezerwatu". Ponadto cześć sumy z biletów na lunch również zasiliła szereg inicjatyw, o czym możecie poczytać m.in na naszym fanpage na FB (http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew).
Jak już zostało wcześniej wspomniane weganizm to nie tylko jedzenie. Nie można troszczyć się o dobro innych gatunków zwierząt oraz o planetę, zapominając o człowieku, dlatego jak kolektyw stanowczo sprzeciwiamy się faszyzmowi, rasizmowi, seksizmowi, homofobii oraz innym formom dyskryminacji, które są krzywdzące dla ludzi oraz zagrażają ich wolności. 

Zachęcamy, abyście po każdym lunchu zostali w Meskalinie trochę dłużej, zabrali ze sobą gry planszowe i spędzili czas z przyjaciółmi na zabawie i rozmowie. Chcemy, abyście porzucili choć na chwilę takie formy rozrywki, jak telewizja czy internet i spędzili popołudnie w niecodzienny, a bardzo przyjemy sposób. 
Jako grupa, jesteśmy otwarte na współpracę, dlatego jeżeli masz pomysł na akcję, która mogłaby towarzyszyć naszym lunchom, chcesz wypromować fajną i słuszną inicjatywę lub masz do nas pytania, pisz: veganhooligancrew@gmail.com 
Postaramy się, możliwie szybko, odpowiedzieć na wszystkie maile.

Przy okazji, dziękujemy wszystkim, którzy przychodzą na nasze lunche, bo bez Was ta cała inicjatywa nie miała by zupełnie sensu!
Jednocześnie mamy nadzieję, że po pięciu edycjach widzicie, że nie taki weganizm straszny i że kryje się z nim bogactwo dań, ale jakich? Wolnych od okrucieństwa wobec zwierząt, zdrowych, smacznych i miłych dla oka! 
Do zobaczenia! 
VHC 

wtorek, 13 marca 2012

Surówka z kaszą orkiszową.

Kiedy odwiedzam rodziców, bardzo szybko przejmuję władzę w kuchni. Przygotowuję wyszukane i zupełnie proste dania. Kuszę slow i fastfoodem. Karmię najbliższych i czerpię z tego ogromną przyjemność. Naprawdę to lubię, bo gotowanie w dużej kuchni, w której stawiałam pierwsze kulinarne kroki, dla rodziców, sióstr i ich dzieci jest tak miłe, że jakikolwiek vegan lunch może się chować. Wygląda na to, że jednak jestem skromna i wolę cieszyć się gotowaniem w małym, kameralnym gronie. Siedzieć przy stole po mojej prababci Juliannie, który towarzyszył już tylu pokoleniom w mojej rodzinie, pamięta miliony rozmów, śmiechów i kłótni, ale też, gdy jako nastolatka uciekałam od niego w złości na rodziców, którzy znowu mi czegoś zakazywali, "czepiali się" i w ogóle nie postępowali po mojej myśli. Pamięta, jak do niego wracałam, unikając wzroku rodziców mówiącego "a nie mówiliśmy". Pamięta moje płacze, pierwsze wzloty i oczywiście też upadki. Pamięta momenty, gdy czułam się, jak królowa wszechświata i kiedy niczym kundel z podkulonym ogonem wracałam skruszona, wylewałam łzy i dramatyzowałam, bo "przecież mój świat się skończył i moje życie nie ma sensu". Kiedy to teraz wspominam, to naprawę chce mi się śmiać z tego, jakim głupiutkim stworzeniem byłam. Dziwnie wyglądałam i dziwnie się zachowywałam.;)
Niemniej lubię ten stół i chętnie do niego wracam. Jedzenie przy nim też smakuje jakoś  lepiej.

Powyższa surówka wygląda, jak wiosna i smakuje zupełnie wiosną... Warzywa chrupią przyjemnie i ma się ochotę na więcej i więcej. Na brunch i lunch, na obiad i kolację. Na uczelni i w domu.  
Zainspirowana przepisem z "Vegan Kochen" przygotowałam ją podczas ferii w domu, u rodziców. Smakowała wszystkim, nawet mojemu wybrednemu Tacie, który chyba, czasami boi się przyznać sam przed sobą, jak bardzo mu smakuje kuchnia wegańska...:)

Składniki:
  • 250 g kaszy orkiszowej
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 1/2 żółtej papryki
  • 1 biała rzodkiew
  • 1 mała cukinia
  • 2 łodyżki selera naciowego
  • 1 marchewka
  • 1/2 dużej lub 1 mała kalarepa
  • pęczek szczypiorku
  • 1 ząbek czosnku
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 łyżki dobrej jakości oleju
  • sól i pieprz do smaku
Ugotować kaszę w podwójnej ilości wody ( przez około 20 minut). Wystudzić. Warzywa pokroić w drobną kosteczkę. Wymieszać z kaszą, dodać sos sojowy, olej, pieprz i sól do smaku. Wymieszać dokładnie. Posypać posiekanym szczypiorkiem. 
Gotowe!

Smacznego!



Wiem, smutne, ale lubię smutne piosenki, filmy, książki.

czwartek, 8 marca 2012

Chilli sin carne

Znowu na bloga trafia jedzenie typowe dla miejsca, gdzie jest ciepło i kolorowo. Po Indiach przyszedł czas na Meksyk. Nie byłam tam jeszcze, a moje doświadczenie z ichniejszą kuchnią jest dosyć znikome. W wyobrażeniu Europejczyków i oraz po analizie menu meksykańskich restauracji można dojść do wniosku, że kuchnia tego regionu jest przebogata w mięso. Jak się jednak dowiedziałam od mojej super dobrej znajomej, która informacje czerpie u źródeł, kuchnia meksykańska, jaką my znamy jest jej zamerykanizowaną wersją, a w samym Meksyku tak naprawdę spożywa się niewiele mięsa. Na szczęście, bo oznacza to, że spokojnie przeżyję, kiedy uda mi się tam kiedyś dotrzeć. 


Chilli sin carne lub kto woli chilli con tofu pochodzi z książki, o której wspominałam już na blogu. Mowa o moim niemieckim nabytku "Vegan kochen ". Jest to pierwszy przepis, który z niej wykorzystałam i efekt jest bardzo zadowalający moje, bądź co bądź, wymagające podniebienie. Myślę, ze przypadnie do gustu każdemu wielbicielowi kuchni meksykańskiej, ale również tym, którzy dopiero zaczynają z nią eksperymentować. 

Składniki ( na 3-4 porcje) :
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki oleju 
  • 200 g tofu ( najlepiej wędzonego)
  • 2 pomidory
  • 4 łyżki przecieru pomidorowego
  • 1 puszka kukurydzy
  • 1 puszka czerwonej fasoli
  • 1 papryczka chili ( pomińcie, jeżeli nie lubicie zbyt ostrego jedzenia lub karmicie tym dzieciaki)
  • 1/2 łyżeczki pieprzu kajeńskiego
  • 2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 2 łyżeczki ostrej papryki ( jeżeli nie chcecie zbyt ostrego do radzę maksymalnie 1/2 łyżeczki)
  • 1 łyżeczka bazylii
  • 1 łyżeczka kakao
  • sól
Cebulę i czosnek drobno i drobniutko posiekać i podsmażyć na oleju. Tofu rozgnieść widelcem i dodać do cebuli. Podsmażać przez kilka minut. Dodać odsączoną oraz przepłukaną fasolkę oraz kukurydzę, pokrojone w kostkę pomidory i przecier. Wymieszać. Wlać odrobinę wody i dusić przez około 15 minut, od czasu do czasu przemieszać. Posiekać chili, dodać do zawartości patelni razem z pozostałymi przyprawami. Dusić przez kolejne 15 minut. Po tym czasie wsypać kakao, posolić do smaku, dobrze wymieszać. Podawać z ryżem. Posypane natką bądź kolendrą!
Meksyk! :)




A na koniec, skoro z niemieckiej książki korzystałam, wrzucam tu utwór Neny... Przypomina mi imprezy sprzed lat, kiedy było tak dobrze... Choć prawdę mówiąc wolałabym do tego czasu nie wracać, bo koniec końców przyniósł w moim życiu więcej złego niż dobrego...


sobota, 3 marca 2012

Pokaz filmu "To tylko zwierzęta" w poznańskim kinie Muza!



W imieniu Poznańskiej Inicjatywy na Rzecz Zwierząt Anima zapraszam na premierowy pokaz filmu "To tylko zwierzęta" oraz na spotkanie z twórcami filmu, dyskusję oraz na słodki poczęstunek.

Miejsce: 
19:00 Kino Muza (ul św. Marcin 30) - premiera 
20:30 Głośna (ul. św. Marcin 30, oficyna, I piętro) - spotkanie z twórcami filmu + pyszne słodkości



Wstęp wolny!



O filmie:
Niezależny film dokumentalny ukazujący różne oblicza relacji między człowiekiem a innymi gatunkami. Kim są zwierzęta i jakie zajmują miejsce we współczesnym społeczeństwie? Dlaczego są zabijane w ilościach, których nie da się zliczyć, dlaczego są więzione i zadaje im się niepotrzebny ból, skoro podobnie jak my chcą żyć, być wolne i unikać cierpienia? W jaki sposób uprzedmiotowienie zwierząt odbija się na relacjach międzyludzkich? Jeżeli odpowiedzią jest, że TO TYLKO ZWIERZĘTA, kim więc jest człowiek?



Więcej na:




Do zobaczenia!