środa, 29 lutego 2012

Kiedy myślę o niebieskich migdałach...

... a zdarza mi się to dosyć często. Dla przykładu: czytam już od 2 godzin podręcznik do farmakologii i nagle   zdaję sobie sprawę, że myślami jestem gdzieś hen daleko... Zaczynam podróże w głowie, a że wyobraźnię mam nieznośnie bogatą, toteż kiedy mocno odpłynę nic nie jest w stanie wyrwać mnie z mojego wyimaginowanego świata.... No prawie nic. Swąd przypalanego obiadu jest.
Kiedy gotuję, też się zamyślam i bywa, że kipiące potrawy zalewają kuchenkę oraz pół podłogi. Zdarza mi się często pomylić składniki, zapominam przyprawić itp. itd. Wiele osób widzi we mnie kulinarną perfekcjonistkę, ale nie oznacza to, że w kuchni działam, jak w szwajcarskim zegarku. Czasami gotuję w niezłym chaosie i mi zdarza się zaliczyć niezłe kulinarne wtopy i przygotować coś, co jest nie do przełknięcia.
Ale człowiek w końcu uczy się na błędach, prawda? 

Zaraz zaczyna się marzec. Ależ ten czas pędzi, co? Będzie to dla mnie miesiąc baaardzo aktywny, dlatego   już dziś wiem, że zabraknie w nim czasu, aby na bieżąco dzielić się z Wami moimi kulinarnymi ( i nie tylko) doświadczeniami. Przygotowałam Wam jakieś przepisy podczas ferii, które opublikują się, gdy tylko przyjdzie ich czas. Czekajcie więc cierpliwie i zaglądajcie tutaj od czasu do czasu. 

W weekend zwieńczający moją przerwę semestralną w tym roku, wypadły urodziny Mojej Mamy. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłyśmy z rodzicami w komplecie. Trudno zebrać w jednym miejscu i o jednej porze całą moją rodzinę - moi rodzice to bardzo zajęci ludzie i niestety o moich siostrach czy o mniej samej nie można powiedzieć niczego innego.
Dzieciaki moich sióstr to niezłe "żywiołki", więc na nudę w ten weekend nikt nie mógł narzekać... 
Moja Mama natomiast chyba cieszyła się przede wszystkim z tego, że ma nas wszystkie na wyciągnięcie ręki, zupełnie jakbyśmy były jeszcze dziećmi.. Jakiekolwiek prezent i przygotowane przeze mnie łakocie zeszły na dalszy plan, co tak naprawdę jest super miłe, bo fajnie jest poczucie, że liczy się tylko to, że się jest i nic więcej.
Ostatnio staje się coraz bardziej sentymentalna... Starzeję się? Hm... A może to z samotności?


Powoli staję się ekspertem od tortów. Piekę ich kilkanaście w ciągu roku, więc sporo, jak na kogoś, kto robi to całkowicie amatorsko. Tym razem znowu postanowiłam zrobić coś autorskiego. No może nie do końca, bo przepis na biszkopt pochodzi z książki  "Fajna babka. Ale ciacho", ale pomysł na krem i podanie mój. Efekt zachwycający! Polecam więc serdecznie! 

Biszkopt:
  • 4,5 szklanki mąki pszennej
  • 2 szklanki cukru trzcinowego
  • 15 łyżek oleju rzepakowego
  • 3 płaskie łyżeczki sody
  • 3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 3 szklanki zimnej wody ( można wymieszać pół na pół z mlekiem roślinnym)
  • 3 łyżki octu
Mieszamy ze sobą wszystkie składniki za wyjątkiem octu, który dodajemy na końcu. Przelewamy masę do torownicy wysmarowanej olejem i posypanej bułką tartą lub do silikonowej formy do tortu, którą szczególnie polecam. Wkładamy ciasto do piekarnika nagrzanego do 200 st.C i pieczemy przez ok. 40 minut.

Krem:
  • 250 g vgn margaryny
  • 400 g silken tofu
  • 1,5 szklanki cukru pudru
  • 200 g mielonych migdałów
Margarynę wyłożyć wcześniej z lodówki, aby zmiękła. Pokroić ją w malutkie kawałki wrzucić do miski, wsypać cukier puder i ucierać przez 5 minut. Następnie po łyżce dodawać silken tofu, cały czas ucierając. Kiedy całe tofu trafi do kremu, wsypać migdały i dokładnie razem utrzeć. 

Potrzebujemy dodatkowo: 
  • płatki migdałowe
  • kostkę lub dwie gorzkiej  wegańskiej czekolady do posypania
  • jakiś alkohol do nasączenia biszkoptu rozcieńczony w wodzie 
  •  konfitura z czarnej porzeczki ( 2 solidne łyżki)  do przełożenia pierwszej warstwy tortu
Wyrośniętą górę upieczonego biszkoptu przycinamy, aby była  plaska. Biszkopt dzielimy w poprzek tak, aby powstały nam 3 równe warstwy. Pierwszą zwilżamy alkoholem, smarujemy konfiturą i pokrywamy drugim plackiem. Nasączamy go alkoholem i smarujemy mniej więcej 1/3 kremu. Pokrywamy 3 częścią biszkoptu, który również nasączamy. Smarujemy wierzch i boki pozostałym kremem, wyrównujemy dużym nożem, aby powierzchnia była w miarę możliwości gładka. 
Tort obsypujemy równomiernie, również po bokach płatkami migdałowymi. Na górę ścieramy odrobinę gorzkiej czekolady. Tort najlepiej smakuje schłodzony. 
Proste, prawda?








czwartek, 23 lutego 2012

Czas prezentów...

Każdy okres w roku pasuje bardziej, ale w moim życiu jest na opak. Prezenty dostaję w najmniej oczekiwanych momentach...
Z ostatniego Vegan Lunchu wróciłam z czymś, wykonanym specjalnie dla mnie... Od kogoś, kto czyta i lubi mojego bloga. Wiecie pewnie, jak to jest, kiedy wszystko, co robicie wydaje się Wam całkowicie bez sensu, a potem nagle okazuje się, że bardzo się mylicie? Ja wiem doskonale... Pisanie bloga znowu nabrało innego wymiaru. Zupełnie inaczej pisze się, gdy ma się świadomość, że po drugiej stronie jest ktoś, kto to czyta...


Teraz wykonane na drutach "eat me" wisi w mojej maleńkiej kuchni, sprawiając, że jest jeszcze przytulniejsza, a to oznacza, iż będę w niej siedzieć z większą przyjemnością, co zapewne wpłynie korzystnie na ilość postów na blogu.

Idąc chronologicznie, kolejnym prezentem jest przylot Ewy, mojej siostry, oraz Idy - mikro wersji Ewy. Moja starsza Sis ma taki dar, że działa kojąco, pomaga uporządkować i zracjonalizować myśli. Przy niej znika bałagan w mojej głowie, wątpliwości mijają, a cele są jasne i klarowne. Tak jest od zawsze, odkąd  pamiętam, zbierała mnie z moich "życiowych dołków". Taki piękny dar ma ta moja Siostra. Teraz jest jeszcze Ida, która jest bardzo rozkoszną kruszynką i naprawdę można zapomnieć przy niej o każdym zmartwieniu... Wypoczynek podczas ferii w towarzystwie tych dwóch Pań, jest prawdziwą przyjemnością.


Ewa też jest źródłem kolejnego prezentu. Jak wiecie, niedawno nabyłam pierwszą w swoim życiu wegańską  książkę kucharską. Przyjechała ze mną z Berlina. Nie minęły nawet 2 tygodnie, a już stałam się posiadaczką kolejnej. 
W moje ręce trafiła "Vegan with a vengeance" autorstwa mojego kulinarnego guru, Isy Chandry Moskowitz. Oczywiście Ewa nie miała o tym pojęcia, kiedy kupowała książkę, ale zna mnie, zna moja młodszą siostrę i wie, jakie z nas gagadki. Przejrzała ją w księgarni, stwierdziła, że autorka zna się na rzeczy, spodobały jej się teksty zamieszczone koło przepisów i zdecydowała się na tę pozycję.
Książka rzeczywiście jest fantastyczna, choć nie zawiera fotografii, aż się prosi, aby piec i gotować.
My z Ewą już zaczęłyśmy...
Jest dobrze, jest przemiło i jest smacznie... Lubię takie chwile, bo energię z nich czerpię jeszcze długo.

środa, 22 lutego 2012

Chana masala


Kiedy po raz pierwszy natknęłam się na chana masala na blogu Naomi pomyślałam, że to jest to, co Maddy lubi najbardziej - ciecierzyca, aromatyczne przyprawy i mleko kokosowe. Kiedy wreszcie przyrządziłam je samodzielnie, nie miałam już wątpliwości, że to jest dokładnie to, co Maddy kocha. Chana masala, wbrew pozorom, prościutkie danie, choć może nie do końca na moją kieszeń, aby robić je ciągle, jest doskonałym pomysłem na obiad lub kolację od czasu do czasu. Można je podać ze świeżym pieczywem albo z ulubioną kaszą lub ryżem. 

Zauważyłam, że ostatnio znowu częściej sięgam do kuchni indyjskiej. W moich daniach ponownie zagościło  curry, imbir i garam masala. Mleko kokosowe i soczewice. Nie widać tego na blogu, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że tak jest. Może z tęsknoty za ciepłem, a może za podróżami i przygodą? Hm...
Nie będę się rozpisywać... Do dzieła. Przepis odrobinę zmodyfikowałam według własnych potrzeb.


Składniki:
  • 2 puszki ciecierzycy, odsączone
  • 2 cebule, pokrojone z piórka 
  • 3 ząbki czosnku
  • 1,5 cm świeżego imbiru
  • 1 puszka krojonych pomidorów w zalewie
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 1 łyżeczka płatków papryczki chili
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 2 łyżeczki mielonej kolendry
  • 1/ 2 łyżeczki kurkumy
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • garść świeżej natki pietruszki lun kolendry
  • 1/4 łyżeczki garam masala
  • sok z 1/2 cytryny

Piórka cebuli zeszklij na 3 łyżkach oliwy na małym ogniu. Następnie dodaj starty imbir i przeciśnięty przez praskę czosnek i duś razem kilka minut. Dodaj pomidory, płatki chili, mieloną kolendrę i kmin rzymski oraz kurkumę. Gotuj razem przez kilka minut. Po tym czasie dodaj odsączoną ciecierzycę. Wymieszaj, a potem delikatnie wlej mleko kokosowe. Wymieszaj ponownie i zostaw na małym ogniu przez kilkanaście minut, aby zgęstniało. Przemieszaj co jakiś czas, żeby nie przywarło. Wsyp posiekaną natkę i garam masalę. Na końcu dodaj sok z cytryny i sól. Wymieszaj dokładnie. Serwuj w pieczywem, pitą lub kaszą czy ryżem.

Smacznego! Prawda, że wygląda apetycznie?


Indyjskie danie, a wiec na soundtrack wjeżdża muzyka do "Slumdoga". :)

niedziela, 19 lutego 2012

Sałatka z buraków i kiełków. Wiosennie na zimę.

Co jadają weganie? No właśnie... Co? Złośliwi mawiają, że trawę... W pewien sposób trafnie, ponieważ weganie jedzą praktycznie (i teoretycznie) same rośliny. Tymczasem, na moim blogu tak niewiele jest sałatek i surówek. Zainspirowałam się przepisem na cudną sałatkę z drugiej części "Przemytników" M. i M. Szaciłło, ale jak to często ze mną bywa zrobiłam ją po swojemu. Jest fantastyczna, bo kolorowa i wiosenna, choć przyrządzona z warzyw, jak najbardziej zimowych. Burków, które dzielnie zimują i kiełków, które hodujemy przez cały rok i cały rok są świeże i zdrowe. Taka sałatka na pocieszenie, żeby zapomnieć o tej "zimnej zimie" i nacieszyć oczy kolorami, a przy okazji wzmocnić odporność serwując sobie sporą dawkę witamin i minerałów. Na zdrowie! :)


Składniki:
  • 4 średniej wielkości buraki, obrane, pokrojone w słupki i ugotowane na parze na półtwardo
  • opakowanie kiełków lucerny ( jeżeli hodujecie sami to będzie to miseczka lub też solidna garść tychże kiełków)
  • opakowanie kiełków słoneczniki
  • pół opakowania kiełków rzodkiewki
  • pęczek pietruszki
  • pęczek dymki
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 4 łyżki oleju słonecznikowego
  • sól i pieprz do smaku
Szalotkę posiekać, wymieszać z kiełkami, burakami. Polać sosem z octu, soku z cytryny i oleju. Przyprawić do smaku solą i świeżo mielonym pieprzem i posypać obficie posiekaną natką. Gotowe! Prawda, że szybka, prosta i wspaniała sałatka nam wyszła? Smacznego! :)





A na koniec zimowe, jak dla mnie dźwięki:


I run away from you

czwartek, 16 lutego 2012

KIPI KASZA...!!!

Z ogromną przyjemnością mam zaszczyt zaprosić Was na czwarty już wegański lunch organizowany przez niezłomną załogę Vegan Hooligan Crew. Jak zwykle ugościmy Was w poznańskiej Meskalinie. Start również tradycyjnie o godzinie 13.30 i nie radzę się spóźniać, bo zainteresowanie rośnie z każdym kolejnym lunchem...

Tym razem tematem przewodnim będzie KASZA! Brzmi nudno? Nic bardziej mylnego - osobiście przygotuję dla Was kotlety z kaszy jaglanej, marokańską sałatkę z quinoa, kotleciki z kaszy kukurydzianej , tabuleh z kaszy jęczmiennej oraz muffiny z jaglaką. To tylko kilka propozycji, bo reszta załogi ma dla Was nie gorsze smakołyki! :) Będzie zdrowo, sycąco, lekko! :D Tradycyjnie i zupełnie innowacyjnie! 

Zasady zabawy są proste. Płacisz 15 zł i jesz do woli. W tym miejscu chciałabym skierować do Was apel, abyście nie nakładali sobie na talerze więcej niż Wasze żołądki są w stanie pomieścić. Naprawdę wkurza mnie, gdy widzę pozostawione na stołach talerze z resztkami jedzenia, którymi jeszcze tyle osób mogłoby się najeść... Wiem, że każdy zna swoje możliwości, więc proszę, zwróćcie na to uwagę, przy najbliższym lunchu.

Ponieważ nie chcemy w naszym działaniu ograniczyć się tylko do jedzenia, dlatego podczas lunchu zbierzemy bilety ulgowe 15 minutowe ( te za 1zł) dla dzieciaków z Grupy Animacji Społecznej "Rezerwat". Dzięki temu dzieciaki bez przeszkód będą mogły jeździć na wycieczki do muzeów, teatrów, na koncerty i spotkania. 
Natomiast 3 zł z każdego biletu przekażemy dla Rafała (http://www.facebook.com/profile.php?id=100001904345992), który zbiera fundusze na kosztowną operację, mogącą pomóc mu wstać z wózka inwalidzkiego. 

Oczywiście zachęcamy Was też gorąco, abyście zebrali ze sobą gry planszowe i zostali dużej w Meskalinie, spędzając popołudnie w gronie przyjaciół na rozmowach i zabawie! 

Nasze działania można śledzić na http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew, a zapisy na najbliższy lunch zbieramy tutaj. 

Widzimy się w niedzielę? Do zobaczenia! 

poniedziałek, 13 lutego 2012

Was gibt's Neues? Berliiiin! :)


Kiedy za długo siedzi się z jednym miejscu, można zacząć trochę świrować. Czasami wydaje mi się, że mam usposobienie takiego Nomada. Bardziej pasuje do mnie koczowniczy niż osiadły tryb życia. Bez stałego miejsca zamieszkania.
Każdy, kto zagląda tu od czasu do czasu, wie że mam słabość do kilku rzeczy. Zalicza się do nich też stolica kraju na zachód od PL. Nawet zima i znienawidzony przez mnie mróz nie zdołały odwieźć mnie od pomysłu odwiedzenia mojego ulubionego Berlina. Żałuję, że tak krótko mogłam tam pobyć, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Czerpałam z pobytu pełnymi garściami, aby móc się cieszyć przebytymi tam chwilami jaszcze długo po powrocie do domu. 
Berlin okazał się fantastycznym miejscem, nawet o tak niefantastycznej porze roku, jaką teraz mamy...
Dawno się tyle nie nachodziłam, nie jadłam tak pysznego falafela ( to chyba nigdy!), tak sympatycznie nie przegadałam połowy nocy i nie byłam na tak fajnym koncercie. :) Za dużo dobrego? Oczywiście, że nie, bo dobrego nigdy nie za wiele... 

... Berlin nawet zimą jest słoneczny...




... tylko, ja jakaś taka niewyraźna...



... może dlatego, że byłam już głodna....

...więc poszłam na falafela  .....




Jak dla mnie samo miejsce jest trochę komiczne, bo "King of Falafel" jest wybitnie małe. Falafele (i chyba prawie całą resztę) przygotowuje taka przemiła "babiczka". Dlatego jedząc tam można poczuć się tak trochę, jak u babci na obiedzie. Niby fastfood, a jednak slowfood. Żeby było milej, poczęstowała nas ona herbatą i przyniosła miseczkę winogron, w trakcie, kiedy pałaszowaliśmy przygotowane dla nas falafele. Urocze, prawda?  
Ja jadłam falafela z humusem i vegeloumi (tofu przyrządzone na styl tureckiego sera). Był pyszny i  baaaaardzo bogaty w warzywa, a co za tym idzie naprawdę sycący. Cena 3,5 euro, czyli niewiele za coś tak dobrego i świeżego, przygotowanego metodą 100% d.i.y.
Oprócz humusu, była jaszcze do wyboru opcja pasty orzechowej, którą na pewno wypróbuję przy kolejnej okazji, ale chyba poczekam do wiosny, bo lubię przesiadywać na krawężnikach z jedzeniem lub kawą na wynos, a obecnie, pogoda mi tego nie ułatwia... ;) 
A więc Moi Mili, jeżeli będziecie w Berlinie i najdzie Was ochota na zjedzenie pysznego falafela to zdecydowanie polecam wizytę na Kreuzbergu - The King of Falafel - Mo's kleiner Imbiss przy Graefestrasse 9 to falafelowa pierwsza liga.

Po jedzeniu było już nieco lepiej:


Z Berlina przywiozłam sobie ( poza górą jedzenia takiego, jak tofu, tempeh, jogurty) naprawdę dwie fajne rzeczy. LP Alpinist, którego jeszcze nie miałam, a jako wielka miłośniczka twórczości chłopaków z Muenster :), musiałam go mieć...:)
A teraz uwaga: kolejnym nabytkiem jest książka kucharska i to... po niemiecku. Jest to pierwsza wegańska książka kucharska, jaką posiadam. Uwielbiam czytać i lubię mieć dobre lektury na półce, w tym te traktujące o sztuce gotowania. Jak to w życiu bywa, zawsze jednak były ważniejsze wydatki, pomijając już fakt, że nie mam do nich takiego dostępu, gdyż w rodzimych księgarniach  możliwe są tylko na zamówienie i oczywiście są bardzo drogie. Nie mogę więc też liczyć na taki prezent ze strony najbliższych. Zawsze wychodziłam z założenia, że dostęp do tak fanatycznych blogów kulinarnych musi mi wystarczyć i że książki kucharskie nie są niezbędne. 
Powoli dotarło do mnie, że pasajonat/ka gotowania bez takich lektur na półce, jest jak lekarz bez stetoskopu, dlatego postanowiłam nabyć pierwszą książkę. Wpadała mi w ręce w Veganz i choć nie jest może najgrubsza, to zawiera większość podstawowych przepisów na wegańskie dania, ale zupełnie innowacyjne dla mnie potrawy. Co ważne, składniki dań nie są wymyślne (jak dla kuchni wegańskiej, choć to, co dla mnie normalne, dla wielu moich znajomych albo np. dla babci nie jest dobrze znane), a to jest zawsze na plus.

Poniżej mały rzut na mój nowy nabytek



















Soundtrack na najbiższy czas to oczywiście Alpinist - Lichtlaerm  ! Pięknie.

Berlin=loveeee! 

sobota, 11 lutego 2012

Margarita cupcakes... Rób to, co kochasz, a miłość znajdzie Cię sama.



Powyższy manifest pojawił się kiedyś, na którymś z wegańskich blogów.  Myślę, że co najmniej rok temu, a może i więcej? Niestety nie pamiętam, na którym i nie doszukałam się. Ostatnio znowu natknęłam się na niego w sieci  i choć jest może nieco hipisowsko-hipsterski, to w tym niezbyt szczęśliwym dla mnie dniu, kiedy złe wiadomości spływały co chwilę, sprawił, że odzyskałam równowagę. Kilka prostych wskazówek, a mogą tak bardzo ułatwić życie. Uprościć, ale nie spłycić. Aż chce się je wprowadzać w to pokręcone życie...
Teraz jest już dobrze. Jestem w Berlinie, więc jak mogłoby być źle? Z tydzień organizujemy lunch, a potem mam tydzień ferii. Przyjeżdża Ewa z najcudniejszą Idą świata i będą z nami do wiosny, więc nie mogę się wprost doczekać kiedy odbiorę je z lotniska.

A oto cupcakes'y z meksykańskiego lunchu sprzed 3(?) tygodni. Przyznam się szczerze, że nie planowałam ich tutaj, ponieważ kremy "margarynowe" nie są tym, co lubię najbardziej, ale ponieważ tak wiele osób pytało się o recepturę, a poza tym prezentują się pięknie, postanowiłam jednak zdradzić przepis. Enjoy! 





Składniki na ciasto:
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki cukru 
  • skórka starta z jednej limonki
  • 1 szklanka mleka
  • 1/3 szklanki oleju
  • 1,5 łyżeczki sodu
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki tequili 
  • 1 opakowanie cukru waniliowego
Wymieszać mąkę, sodę, proszek do pieczenia, skórkę z limonki, cukier waniliowy. W drugiej misce zmiksować razem mleko, olej, cukier i tequilę. Dodać mokre składniki do suchych i mieszać dokładnie. Ciasto wlać do 12 foremek na muffiny i piec w piekarniku nagrzanym do 180 st. C przez około 20 minut. Wyciągnąć z pieca i ostudzić.

Składniki na krem:
  • 55-60 g vgn margaryny
  • 2 łyżki tequili 
  • 4 mleka roślinnego
  • 3 łyżki soku limonki
  • szczypta soli
  • 2,5 - 3 szklanka cukru pudru
Utrzyj margarynę z 1 łyżką tequili, solą, 2 łyżkami mleka roślinnego i sokiem z limonki. Kiedy powstanie jednolita masa i wsypujemy stopniowo cukier puder, cały czas ucierając. Dodajemy resztę mleka i tequili. Ubijamy kilka minut, aż powstanie gładka masa ( cukier jest jednak wyczuwalny, jedni to lubią, inni nie...). Gotowy krem nakładamy szprycą na ostudzone babeczki, zdobimy kawałkiem limonki. 
Smacznego!






A oto piosenka z drogi do szkoły w ostatnim tygodniu:


poniedziałek, 6 lutego 2012

Panierowane kotleciki z tempehu.

Czasami, gdy staram się spojrzeć na siebie z boku i próbuję się zdystansować, to myślę, że wiele osób mogłoby zarzucić mi niedojrzałość. Pewnie według społecznie utartych norm daleko mi do dorosłości ( I całe szczęście! :P) Prawda, nie mogę sie pochwalić w życiu nieustannym zdrowym rozsądkiem... Jestem emocjonalna, romantyczna, wrażliwa, niejednokrotnie histeryczna. Jednocześnie dziwnie spokojna, kiedy przebywam  w szpitalu. Jakbym miała dwie różne osobwości. Chyba lepiej, że tę opanowaną zostawiłam dla życia zawodowego. :P A to, że przez tę drugą -  chwiejną, w życiu prywatnym ciągle tracę, to już trudno.
Niektórzy ludzie nie dopuszczają w swoim życiu błędów. Każdy krok stawiają  z ogromną ostrożnością, najbardziej obawiając się porażki. Obca jest im spontaniczność, zabawa, walka, nie mają w sobie instynktu odkrywcy i boją się przygód. Taka już ich natura, ale ja jestem inna. Jestem żywiołowa, często rzucam się na przysłowiową głęboką wodę, oddaję w pełni temu, co robię, bezkrytycznie się zakochuję. Wiem, że taka postawa też nie należy do najlepszych, więc pracuję nad sobą troszeczkę. Staram się już tak jak kiedyś  nie porywać i nie szukać na siłę przygód, tam gdzie ich nie ma. Nie będę ryzykować błędów, za które będę musiała płacić całe życie...
Wydaje mi się, że zrobiłam milowy krok do przodu. Może dzięki temu, że kilka razy naprawdę poważnie się sparzyłam i po takich negatywnych doświadczeniach, trudno pozostać na zawsze tak totalnie lekkomyślną. Z drugiej strony charakteru całkowicie nie zmienię. Spontaniczność oraz wiara, że jednak ten świat może być całkiem fajny, zawsze będzie się tlić w mojej głowie.
Owszem, popełniam błędy, za które płacę, czasami do dziś... Ale tak właściwie, czym w ogóle jest błąd? I czy taki diabeł straszny, jak do malują? Tak naprawdę, moje doświadczenie podpowiada, że jeżeli ktoś sobie na niego nie umie pozwolić to bardzo wiele traci. Według mnie błędy są ważne, ponieważ kiedy przestajemy je popełniać przestajemy robić cokolwiek. Ludzie bojąc się błędu nie ryzkują i nie żyją pelnią życia. Ciągły lęk i strach, powodują, że mija ich w życiu mnóstwo cennych przeżyć, ludzi. Nigdy nie poczują tych emocji, adrenaliny i satysfakcji, którą odczuwają ci idący w życiu na całość, chociaż od czasu do czasu.
To właśnie między innymi błędy sprawiają, że mądrzejemy i dojrzewamy. Nabieramy pokory i uczymy się. Myślę, że w życiu powinna istnieć równowaga. Nie chodzi o to, żeby cały czas podejmować bezmyślnie ryzyko, ale też nadmierny lęk i uważanie na każdym kroku na to, aby nie popełnić błędu, nigdy nie ryzykować też nie jest dobrze.. Jak przestaniemy popełniać błędy to przestajemy się uczyć. A może lepiej podejść  do życia, jak do wiecznej nauki? Smakować go, doświadczać, czasem dobrze, czasem...? Wiadomo - źle.  Trzeba nauczyć się wyciągać  wnioski, nie pakować w kółko w te same kłopoty, ale też umieć sobie czasem wybaczyć, przymknąć oko, nie rozpamiętywać.
Czuję, że powinnam  być w ciągłym ruchu, bo marazm i stagnacja mnie zabijają. Wiem doskonale, że jeżeli się zatrzymam, to nikt się za mną nie obejrzy... Zniknę czy też utknę na zawsze w miejscu, w którym teraz jestem i nic dobrego mnie nie spotka...
O.K. Znowu się rozpisałam, zamęczając czytelników tego, jakby nie patrzeć, kulinarnego bloga nudnym, osobistym wywodem. Przepraszam.


Przejdźmy do sedna, czyli tempehu. Powinnam chyba tu zaznaczyć, że nie jestem wielką fanką soi, wolę ciecierzycę, soczewicę czy bób, jednak są takie produkty sojowe bez których nie mogłabym żyć, a mianowicie: tofu i tempeh. O ile dania z tofu przygotowuję z zamkniętymi oczami, o tyle przygotowywać tempeh cały czas się uczę, ale chyba idzie mi to coraz lepiej...
Przy okazji wizyt w Berlinie zawsze przywożę sobie kilka kostek lub też proszę o dostawę znajomych. Ponieważ idealnie nadaje się do mrożenia, trzymam go w lodówce na tzw. czarną godzinę.


Składniki: 
  • 4 łyżki sosu sojowego  
  • 6 ząbków czosnku, zmiażdżonych
  • 1 szklanka wegańskiego bulionu 
  • 2 łyżki białego octu balsamicznego 
  • 6 łyżek świeżego soku z cytryny 
  • 1/2 szklanki świeżego tymianku, całe listki, posiekane miękkie łodyżki ( można spokojnie zastąpić suszonym)
  • 4 łyżki oliwy z oliwek 
  • 400 g świeżego tempeh'u
  • olej do smażenia
Na początku kroimy tempeh w plastry i gotujemy na parze przez ok. 10 minut. W tym czasie w dużej misce mieszamy pozostałe składniki, z których powstanie marynata. Gotowy tempeh umieszczamy w misce z marynatą i odstawiamy na ok 2 godziny, przewracając go od czasu do czasu. 
Przygotowujemy panierkę. 
W misce mieszamy 1,5 szklanki mąki z ciecierzycy lub kukurydzianej z około 1 szklanką wody. 4-5 szklanek płatków kukurydzianych rozgniatamy przy pomocy wałka, tłuczka, pięści czy czegokolwiek. 
Zamarynowany tempeh obtaczamy w roztworze z mąki z cieciorki, następnie w płatkach kukurydzianych  smażymy na złoty kolor. Gotowe! Smacznego! 




Jako soundtrack proponuję utwór z filmu "Drive" - Desire - "Under Your Spell" - lubię, ponieważ brzmi jak pop z lat 80, a ja jestem fanką :) 


"You keep me under your spell

Hey ! - Ye!
I was wondering did You know different between love and obsession
No!
And whats the different between obsession and desire 
I don't know! "



piątek, 3 lutego 2012

Meksykańskie ciastka czekoladowo-cynamonowe z nutką chili. :)


To jest mój 250 post. Od tej pory będę je staranniej dobierać, ponieważ do końca pisania zostało 250... Skąd ten pomysł? Otóż, kiedyś zapytano mnie, jak długo zamierzam prowadzić bloga. Jakaś "mądra" głowa odpowiedziałaby pewnie, że tak długo, aż będzie miała coś do przekazania, zaprezentowania etc.  Ale nie ja. Po pierwsze myślę, że nigdy nie dojdę do etapu w życiu, w którym będę mogła ogłosić wszem i wobec, że powiedziałam już wszystko, co chciałam i zaprezentowałam wszystkie dania, którymi mogłabym Was poczęstować, że w wystarczającym stopniu wypromowałam weganizm. Dlatego wyznaczyłam sobie okres do 500 postów. Myślę, że oznacza to mniej więcej jeszcze 2-3 lata pisania. Co będzie dalej? Nie wiem. Pewnie przerzucę się na coś innego. Może napiszę książkę? Kto wie, kto wie...  A może założę kanał na "jutjubie" i urządzę "gotowanie na ekranie"? Hehe... Raczej wątpliwe.

Dwa lata wydają się być bardzo odległe, ale im jestem starsza, tym bardziej przemawiają do mnie słowa z utworu Life Scars, że czas biegnie, jak pies... Styczeń minął mi, jak z bicza trzasnął. Obowiązków mam coraz więcej, a mi tymczasem marzy się słodkie lenistwo. Wczasy. W Meksyku albo gdziekolwiek, gdzie jest ciepło i taki gad, jak ja mógłby się wygrzewać do woli. Tymczasem przez kraj przechodzi mroźna zima. Na szczęście wraz z mrozem pojawiło się słońce i to napawa mój mroczny umysł nutką optymizmu.
Pomimo, że wisiały nade mną bardzo ważne obowiązki uczelniane, pozwoliłam sobie na weekend zabawy. Trzy dni - trzy koncerty. Choć odchorowywałam ten weekend jeszcze w poniedziałek i wtorek, na szczęście poza chwilowym spadkiem formy nie odnotowałam większych strat.:) Czasami trzeba się wyautować od codzienności, aby nie zwariować. Zrobić sobie kilkudniowe wczasy, pojechać gdzieś, spotkać się z kimś bliskim, ugotować dla siebie i przyjaciół coś specjalnego.
Albo zawinąć się w koc z lekturą i kubkiem herbaty w ręce. Różne mamy potrzeby w różnych momentach życia.. :) Ważne, aby mieć taki wentyl bezpieczeństwa psychicznego, o czym dużo ostatnio uczyłam się w ramach psychiatrii. Dla mnie są to bliscy mi ludzie i cały ten punkrock. Wprowadzam też do swojego życia wysiłek fizyczny - 3 razy po 30 minut w tygodniu, który pozwala mi wyłączyć umysł i choć przez chwilę zapomnieć o tym, co mnie boli.

Minęło już trochę czasu od meksykańskiego lunchu w Meskalinie. Włożyłam w niego naprawdę dużo energii i czasu, a odwiedza nas coraz więcej osób, co wymaga jeszcze większego zaangażowania się... Kolejny lunch 19.02. Tym razem będzie to spotkanie z kaszą. Może brzmi nudno, ale myślę, że wszyscy będą zaskoczeni rozmaitością dań, jakie przygotujemy. Będzie zdrowo i lekko. Więcej informacji wkrótce :)

Tymczasem wracając pamięcią do ostatniego lunchu podzielę się z Wami prostym przepisem na smaczne ciasteczka meksykańskie. Pojawiły się na lunchu, jako poczęstunek dla tych, którzy pomyśleli o ekologii i przenieśli, ze sobą własne talerze. W końcu gardzimy plastikiem, prawda?
Ciasteczka są dziecinnie proste. Przepis pochodzi z niezastąpionego The Post Punk Kitchen. Zamiast syropu klonowego możecie użyć syropu do kawy np. o smaku wanilii lub amaretto.
Kto chce jedno? A to proszę, częstujcie się...





Składniki:
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1/4 szklanki syropu klonowego lub innego
  • 3 łyżki mleka roślinnego
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1 łyżeczka sody lub proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki pieprzy cayenne
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/3 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
Nastaw piekarnik na temperaturę 180 st.C. Przygotuj dwie blaszki, które wyłóż papierem do pieczenia. 
Wymieszaj 1/3 szklanki cukru z 1 łyżeczką cynamonu na talerzyku i odstaw na bok. 
W średniej wielkości misce wymieszaj ze sobą olej, cukier, syrop i mleko. Dodaj aromat waniliowy. Wsyp pozostałe składniki, mieszając podczas dodawania. Kiedy powstanie jednolite ciasto, formułuj kuliki w kształcie orzecha włoskiego, układaj każdą po kolei w cukrze z cynamonem i spłaszczaj, aby powstały ciastka w kształcie dysków. Układaj je na wyłożonej papierem blaszce, "ocukrzoną" stroną w górę, w odległości ok. 3 cm od siebie.  Piecz około 10-12 minut. Ostudź na kratce i zajadaj do szklanki mleka owsianego! Pycha! :) 





I utwór THE FIGHT - STAY PUNK <3