sobota, 28 stycznia 2012

Zupa ogórkowa z soczewicą.

Dawno na blogu nie pojawił się żaden "normalny" przepis. Początek roku oznacza wiele obowiązków. Egzamin jakiś się znalał, tygodniowy wyjazd w ramach zajęć na uczelni wypadł ostatnio, przed tygodniem organizowałyśmy lunch w Meskalinie, któremu tym razem poświeciłam praktycznie całe trzy dni. Gotuję dla innych, ale nie mam czasu zrobić tego dla siebie. Mam szczęście, że mieszkam z siostra, która nie raz ratuje sytuację i przyrządza jakiś pyszny obiad.
Wróciłam do domu z uczelnianego wyjazdu troszkę wygłodniała, ponieważ serwowano nam szpitalne jedzenie, co dla mnie w najlepszym razie oznaczało ziemniaki z surówką, ale nie narzekam. Nie jestem w takich sytuacjach wymagająca i nie oczekuję, że ktoś będzie dla mnie specjalnie przygotowywał posiłki.  Ratowałam się musli z mlekiem sojowym i owocami. Szczerze mówiąc zajęcia były dla mnie tak porywające, że potrzeby fizjologiczne, takie jak jedzenie, odeszły gdzieś daleko... 

Przyszła zima, w Poznaniu jest niezbyt śnieżnie, ale mroźno i w takie dni człowiek nabiera ochoty na rozgrzewającą zupę. Jedną z moich ulubionych jest zupa ogórkowa. Zawsze martwiło mnie tylko to, że nie jest ona za bardzo odżywcza. Ciekawe rozwiązanie znalazłam w książce "Przemytnicy na wakacjach" Moniki i Macieja Szaciłło. W dziale z kuchnią polską umieścili moją ukochaną ogórkową z zieloną soczewicą. Wiedziałam, że taki duet mi zasmakuje. Może i Wy się skuście?! Smacznego!

A ja tymczasem ruszam dalej. Tym razem na koncert do Wrocławia. :)


Przepis cytuję za autorami ( ze skromnymi modyfikacjami z mojej strony) : 
  • 1 marchewka
  • 1 korzeń pietruszki
  • 1 mała cebula
  • 1/2 średniego pora
  • 1/4 średniego selera
  • 2 ząbki czosnku
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • 6 średnich ogórków kiszonych
  • 1 i 1/2 szklanki soku z ogórków kiszonych
  • woda
  • 1/3 szklanki zielonej soczewicy, namoczonej przez noc 
  • 2 duże ziemniaki
  • sól pieprz do smaku
  • 2-3 łyżki śmietanki owsianej lub sojowej ( opcjonalnie, bo ja nie dodałam)
Cebulę, czosnek i pora kroimy w drobne kawałki i podsmażamy  w garnku na 3 łyżkach oliwy, aż się przyrumienią. Następnie dodajemy cienko pokrojonego selera, pietruszkę i marchewkę i po chwili całość zalewamy 1,5 litra wody. Gotujemy około 30 minut, a następnie przecedzamy przez sitko, żeby został nam sam wywar, do którego dolewamy sok z ogórków. W tym samym czasie, co wywar, w drugim garnku gotujemy w 1/2 l wody soczewicę i pokrojone w małą kostkę ziemniaki. Ogórki kroimy w cienkie plasterki i chwilę podsmażamy na łyżce oliwy. Ugotowaną soczewicę z ziemniaki mieszamy z wywarem warzywnym oraz podsmażonymi ogórkami, całość doprawiamy solą i pieprzem do smaku i gotujemy jeszcze 10 minut. Na końcu dodajemy śmietanę. 
Zupę przed podaniem posypujemy natką pietruszki. Zagryzamy ulubionym chlebem. Ja wybrałam ukochany orkiszowy z pobliskiej piekarni. 

***Uwaga! Nic się nie marnuje. Warzywa z wywaru można wykorzystać do przygotowania pasty na kanapki. Wystarczy zmielić je blenderem, dodać zmielony słonecznik i orzechy nerkowca, natkę, sól, pieprz i chili, odrobinę oliwy, płatków drożdżowych i co tam jeszcze przyjedzie Wam do głowy.




Soundtrack specjalny z okazji dzisiejszego gigu: We Are Idols - "Powerless" . Próbkę LP znajdziecie tutaj

sobota, 21 stycznia 2012

RYAN GOSLING ZAPRASZA NA WEGAŃSKI LUNCH!

Zapraszamy serdecznie na meksykańską ucztę! Od rana pracujemy, jak mróweczki, aby sprostać Waszym oczekiwaniom! Zapraszamy!  
Więcej szczegółów o naszym Lunchu znajdziecie w tym poście. 
Vegan Hooligan Crew na fb: http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew  

Widzimy się na Lunchu? 

Załogantkom z VEGAN HOOLIGAN CREW dedykuję piosenkę, która umili im przygotowania! 


wtorek, 17 stycznia 2012

Zostań Wege na 30 dni!

Niedawno na blogu pojawiły sie moje wynurzenia o ubiegłorocznym maju i jego ciemnych stronach, a właściwie stronie.;) Bo generalnie rzecz biorąc, maj to jest wiosna i taki ciepły, przyjemny miesiąc. Nawet, kiedy wieje to  jakoś tak mniej niepokojąco... A jestem szczęściarą, ponieważ maj to też  moje urodziny. W dodatku wszędzie można dostać świeże warzywa, w tym ukochane szparagi i gruntowy szpinak. Stragany na ryneczku uginają się od rozmaitych, kolorowych warzyw, a ja przecież kocham jedzenie i gotowanie. Miniony maj to rusałka, wycieczki rowerowe i spotkania. Maj to Berlin. Super koncerty, wyjazdy i świetni ludzie wokół. Maj to nauka, ale medycyna jest piękna, więc się tym nie przejmuję.
Czekam na maj 2012. Już jest spoko, więc będzie super spoko! :)

A teraz? Za oknem jest biało, część miasta, w której żyję tak właściwie śpi, ja uczę się, jak to mówi moja babcia "na lekarza" :) i o śnie mogę pomarzyć... Śnieg. Niewiarygodne. Nie lubię białego koloru, ale ten dziś wygląda wyjątkowo dobrze. Pokrył szary beton i nawet to miasto jakieś ładniejsze się wydaje. Choć to nie zmienia faktu, że mi się nie chce... Więc piszę, bo jakbym nie pisała to bym się uczyła. A nie mogę się skupić, bo nie daje mi spokoju myśl o tym, że jestem za punkowa dla medycyny  i za medyczna dla punka... Próbuję połączyć te dwa światy między którymi żyję, ale to jest takie skomplikowane. No właśnie pomiędzy... between... zwischen... Łatwiej być w centrum świata, a nie na obrzeżach... W każdym razie teraz tak myślę. Bo ja ciągle jestem poza... out... raus... Chyba za dużo ostatnio smutnej muzyki, filmów... 

No dobra! Ale zima!? Seriously?



Nikt się nie jej spodziewał za bardzo, a już na pewno w nią nie wierzył, bo przecież taką wietrzną i deszczową jesień mamy tego roku, już od listopada. Myślałam, że śnieg będę musiała pokazywać swoim dzieciom na zdjęciach i filmach, co trochę mnie smuciło, ale może jest jeszcze nadzieja? Myślcie, że nie? Że nie zatrzymamy globalnego ocieplenia...? Nie wiem, ale myślę, że nie wszystko stracone. Musimy chyba trochę podziałać po prostu. Może np. spróbujecie przejść na wege dietę na 30 dni i zobaczycie, jak Wam pójdzie? Jak się będziecie czuć?




Powiedzmy sobie wprost, jeżeli rzeczywiście zależy Wam na stanie środowiska naturalnego to samo zastąpienie kąpieli prysznicem i segregacja śmieci nie wystarczą. Nie wystarczą energooszczędne żarówki i korektory słoneczne na dachach Waszych domów. Jeżeli w tej chwili, już dzisiaj,  ludzie się nie opamiętają to niestety zje nas głód, zje nas globalne ocieplenie i migracje na tle ekologicznym, do których prędzej czy później dojdzie.
Realne zmiany, korzystne dla środowiska, mogą zajść tylko, kiedy świat (cały) ograniczy spożycie mięsa i innych produktów odzwierzęcych, w przeciwnym razie dla przyszłych pokoleń nie pozostawimy nic.
Podobno człowiek to istota myśląca i nie podlega to wątpliwości, ale jeżeli nie zacznie myśleć bardziej globalnie, przenosząc to na lokalny grunt, jeżeli nie będzie myślał przyszłościowo podejmując kroki w teraźniejszości, doprowadzi do zakłady planety, na której funkcjonował od lat. Czasami mam wrażenie, że ludzi postawili sobie za cel sprawdzenie ile krzywd mogą Ziemi wyrządzić i teraz skrupulatnie ją eksploatują, nie myśląc o konsekwencjach. 
Jeżeli wyobrażacie sobie, że koniec świata to będzie wielki wybuch lub uderzy w nas jakieś ciało niebieskie, jak w filmie "Melancholia"( obejrzałam, rozczarowałam się!) to możecie się bardzo zdziwić. Spodziewałabym się tu raczej powolnego umierania. Ziemia w kachezji zjadana przez "raczysko", którym jest nikt inny, jak człowiek. Koszmarne rozwarstwienie społeczne, głód, ubóstwo i śmierć - bardziej wszechobecne niż kiedykolwiek.
Niezły Armagedon, co?
Niedawno czytałam artykuł z brytyjskiego Guardian pod tytułem "Why Vegans were right all along?", który mówił, bardzo pokrótce, o tym, że głodowi na świecie można zapobiec tylko, jeżeli natychmiast państwa bogate i rozwijające się  przestaną spożywać mięso, nabiał i ryby. Wiem, dla wielu to takie trudne, ale znajdujemy się na równi pochyłej i tylko od nas zależy, co będzie dalej!
Spróbujecie diety wege przez 30 dni. Fundacja Viva wyciąga do Was przyjazną dłoń! :) Powodzenia!

I tak płynnie od wspomnienia o maju i wiośnie, przez naukę i zimę 2012 potrafię przejść do problemów globalnych świata. To się nazywa ciąg myślenia! 


Kiedyś Justa mi przysłała...

... ciekawe dlaczego pomyślała o mnie, kiedy to zobaczyła... ;)

Nie daj sobie wmówić – że ci czegoś nie wolno

No i nie daję sobie wmówić! :)

P.S. Mam nadzieję, że nie dlatego, że kojarzę jej się z brzydkim, grubym, łysym, starym facetem ;) 

sobota, 14 stycznia 2012

Wegański lunch w poznańskiej Meskalinie już po raz trzeci! Będzie Meksyk!

Image

Drodzy Moi! 
Plakat mówi już właściwie wszystko, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dorzuciła 3 groszy od siebie...
Vegan Hooligan Crew razem ze swoimi lunchami wtapia się powolutku w krajobraz Poznania. Zasady są dosyć proste - trzeba wpaść do Meskaliny, tam czeka na Ciebie wesoła załoga, szwedzki stół uginający się od ilości jedzenia. Płacisz 15 zł i jesz ile chcesz. Wegańsko. 
Już po raz trzeci, załogantki VHC porzucając wszystkie obowiązki, dzielnie przywdzieją fartuszki kuchenne i z zapałem staną przy kuchennych blatach, szatkując, krojąc, ucierając, mieszając, dusząc, smażąc, gotując, prażąc, piekąc...
Tym razem, gwiżdżąc na pogodą, w samym sercu miasta urządzimy fiestę rodem z gorącego Meksyku.
W głośnikach rozbrzmiewać będzie meksykańska muzyka. W dodatku każdy, kto tego dnia przebierze się za  postacie kojarzące się z Meksykiem (Czy to brzuchaty Meksykanin z wąsem, Zapatysta w mundurze, kominiarce i karabinem na plecach, za barwną Indiankę czy Fridę Kahlo - cokolwiek, co Wam przyjdzie do głowy) lub też jest maluchem,  będzie mógł wziąć udział w rozbiciu piniaty! :)

Uwaga! Przy okazji spotkania chcemy wesprzeć poznańskie schronisko dla bezdomnych zwierząt, dlatego zbierać będziemy karmę dla podopiecznych (w tym kasze, ryż).!!!

A po lunchu... Wiemy, że wielu z Was posiedziałoby jeszcze chwilę w Meskalinie, ale wszyscy wychodzą, jedzenie się kończy i nie do końca wiecie, co z tym począć...
Idziemy z rozwiązaniem! Weźcie ze sobą z domu gry planszowe (szachy, warcaby, scrabble, jengę, karty, prawo dżungli, bierki, spadające małpki i co tam jeszcze macie, dla siebie czy dla dzieci ) i zostańcie trochę dużej. Pograjcie, pogadajcie, spędźcie trochę czasu razem. Inaczej niż zazwyczaj, nie przed telewizorem, nie przed komputerem, nie w czterech ścianach...Co Wy na to? 

Oczywiście gorąco zachęcamy, abyście zabrali ze sobą z domu swoje talerze. W końcu ekologia to podstawa i nierozerwalnie wiąże się z weganizmem. Dlatego bardzo zależy nam na minimalnym zużyciu jednorazowych talerzy i sztućców. 
Trzymając się tego tematu, mamy do Was też wielka prośbę, abyście nie wyrzucali jedzenia. Nie nakładajcie sobie na talerze więcej niż możecie zjeść! 


Zbieramy zapisy na FB. Pozwolą nam one oszacować ilość jedzenia, które musimy przyrządzić i uniknąć ewentualnej nadprodukcji (konsumpcjonizmowi mówimy stanowczo NIE!): http://www.facebook.com/events/219704591449076/


Miejsce: Meskalina (http://www.meskalina.com/)

Data: 22.01.2012

Godzina: 13:30

Wejście: 15 zł i jesz ile chcesz

Jeżeli masz pomysł na akcje, które mogłyby towarzyszyć naszym lunchom, chcesz 



wypromować jakąś fajną inicjatywę lub po prostu masz do nas jakieś pytania to pisz:


e-mail:veganhooligancrew@gmail.com



Nasze poczynania można śledzić na fb: 


http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew


Zapraszamy!!!



wtorek, 10 stycznia 2012

Meksykańskie Brownies z polewą kawową! // We're only young and naive still...

Wracam pamięcią do minionego już roku. 
Maj to jeden z najbardziej zagadkowych miesięcy, jaki mi się przytrafił od wielu lat.  Miesiąc, w którym już całkowicie "otrzepałam się" z rozmaitych "wypadków życiowych". Sama sobie zresztą na nie naiwnie zapracowałam. Właściwie nie wiem, jak i kiedy, ale chyba jakiś ciepły wiatr zdmuchnął ciemne chmury znad mojej rozczochranej głowy i ruszyłam w coś w rodzaju podróży w poszukiwaniu...siebie. Dzisiaj już wiem, kim jestem i czego chcę, ale to nie zmienia faktu, że szukam dalej i odkrywam coraz więcej.  Jest to dla mnie niezmierzone źródło energii i radości oraz oczywiście nadziei na coś nowego. 
Mój śmiech znowu stał szczery i zaraźliwy. 

Tym samym, ogromnym zaskoczeniem był moment, kiedy okazało się, że ktoś z bliskiego otoczenia postanowił mnie wykluczyć z mojego, dotąd bezpiecznego i stosunkowo pewnego świata, tłumacząc komuś innemu ( komuś kto zna mnie najlepiej, jest zawsze najbliżej i wie, co się ze mną dzieje, jedynej osobie, która się za mną wstawiła..), że nie jestem wystarczająco fajna. (sic!) Wkurzał tę osobę mój smutek... ( hmm... smutek, który w tamtym czasie był już bardzo daleko za mną). Cała sytuacja dla mnie samej była totalnie absurdalna, śmieszna, ale uświadomiła, że moje przeczucia z reguły są słuszne. Nie interesowałam się nigdy zdaniem tej osoby na mój temat, bo jakoś nie było nam do siebie pod drodze. Tym bardziej, dziwił mnie fakt, że przeszkadzałam komuś, z kim jedynie mijam się w drzwiach.  Przywołała wspomnienia sprzed wielu lat. Byłam odmieńcem i dziwolągiem w podstawówce. Mój tata był dyrektorem szkoły, do której chodziłam i to ciążyło. W dodatku nie wzorowałam się na koleżankach, ale na starszych siostrach, więc w 5 klasie zamiast kelly family, słuchałam punka. Nosiłam bojówki i bluzy z kapturem, które wtedy nie były zbyt popularne, zwłaszcza wśród dziewcząt. Wolę tego nie pamiętać, ale trudno wymazać z pamięci, że potrafiłam narozrabiać za całą drużynę piłkarską...Ale zawsze dobrze się uczyłam, choć i to było zrzucane na barki taty, który niestety pełnił taką, a nie inną funkcję w mojej szkole. Oczywiście przezywano mnie (cała gama obraźliwych określeń w wyobrażeniu dziesięcio- jedenasto-dwunastolatka). Dzieciaki są okrutne, potrafią zmieszać z błotem i narobić traum na przyszłość. Oczywiście były momenty zupełnie normalne, kiedy graliśmy w piłkę czy  zbieraliśmy kasztany dla dzików na zimę.  Dorastałam w bardzo małym środowisku, w takich zawsze się żyje ciężej, szczególnie, kiedy jest się odmieńcem, albo rodzice są na tzw. "świeczniku". Są hermetyczne, ksenofobiczne, konserwatywne. Bezpieczne z jednej strony, bo wszyscy się znają, zakłamane z drugiej strony w swoich "grzeszkach" i tak bardzo nie lubiące odmienności.  
Naprawdę przeżywałam odrzucenie przez tą swoją inność. Rodzice uspokajali, że to nic złego, że kiedyś to docenię. W sumie mieli rację, ale kiedy ma się dziesięć lat, takie opinie nie przemawiają do rozsądku.  Kiedy weszłam w okres buntu zaczęłam, dla odmiany,  pławić się w inności. Zmieniłam szkołę i cieszyłam się, bo poznałam wielu ludzi, którzy robili wszystko, żeby się wyróżniać. To chyba było moje pierwsze namacalne spotkanie na punkiem, który wówczas polegał w moim mniemaniu na czymś zupełnie innym i obecnie pojmuję go oczywiście diametralnie różnie. Wtedy mieliśmy 13 lat, wszystko było możliwe, choć nie mieliśmy bladego pojęcia o życiu. Było prześmiesznie. Dobrze wspominam ten czas. Marzyłam od perkusji i dobrze się uczyłam, choć na wywiadówkach rodzicom narzekano na to, że się buntuje, jestem przekorna, nieposłuszna, krnąbrna - generalnie trudna do opanowania :p. Na szczęście moi rodzice nic sobie z tych uwag nie robili, znali mój charakter i wiedzieli, że bunt to jedyne, co wówczas miałam. A szkoła podstawowa i wspomnienie o niej zniknęło, jak bańka mydlana unosząca się w powietrzu...

Widać jednak, niemal czarno na białym, że od przeszłości tak totalnie się nie ucieknie, ponieważ w dużym mieście zawiść, ksenofobia mają może inną twarz, ale wcale nie lepszą.  

W maju po raz kolejny przekonałam się, że ludzie wszędzie są tacy sami. Jeżeli nie będziemy identyczni, jak oni, jeżeli nie będziemy się czuć tak, jak według nich powinniśmy i postępować, tak jak sobie tego życzą, odprawią za waszymi placami sąd nad wami i będą próbować wykluczyć was z waszego własnego życia, zabawy. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam, zdają się powtarzać. Co za bzdura. Dobrze jest mieć w sobie na tyle dużo dojrzałości i rozumu, aby to olać. Ludzie, którzy uzurpują sobie prawo o decydowaniu o tym, kto jest fajny, a kto nie, w moim życiu nic nie znaczą. 

Dzisiaj podobno nie przestaję się uśmiechać. Wiem, że promienieję. Czuję, że mam w sobie mnóstwo energii i dobrej woli. Muszę się tym dzielić, aby nie zmarnować swojego potencjału. Idę ulicą, ludzie snują się zgarbieni, uciekając do domów. Chowają się i zamykają na innych. Tak rzadko mam okazję zajrzeć komuś w oczy. Nie dziwię się, bo sama boję się wzroku innych osób. Tak naprawdę ludziom potrzebna jest energia, radość, inni ludzie, tacy jak najpewniej Ty, może ja... 
Choć każdy ma złe doświadczenia, które nie pozwalają na totalną lekkomyślność, nie ufamy już tak mocno, tak głęboko. 

Wydaje mi się, że wartościowi ludzie są przy nas zawsze. Kiedy zalewamy się łzami i zawijamy się w koc, udając, że nas nie ma, albo, że nie ma świata. Tak jest ze wszystkimi, którym na nas zależy. Są przy nas, kiedy leczymy się ze smutku i kiedy dosłownie opływamy w szczęściu. Wtedy, kiedy się boimy, ale też gdy beztrosko spacerujemy sobie "po krawędzi" ufni, że nic złego nie może nam się stać.

Stracone zaufanie to bardzo poważna sprawa. Kilka lat temu strasznie narozrabiałam w swoim życiu. Olałam to co naprawdę kocham, podążając z tym, co wydawało mi się, że kocham. Ach te iluzje, fałszywe poczucie szczęścia. To się nigdy dobrze nie kończy. Miałam jednak szczere chęci, aby wszystko naprawić.  Wyszłam z sytuacji obronną ręką. Inna sprawa, że mam szczęście, bo moi rodzice wybaczają nam nasze największe głupoty, wyskoki. Choć przełom nastał dopiero, kiedy sama sobie odpuściłam i dałam szansę. 

Co do smutku. Przerobiłam całą gamę złych uczuć, emocji i przygnębienia. Tym bardziej cenię sobie obecne poczucie bezpieczeństwa, stabilizację i radość. Optymizm i pozytywna energia wprost mnie roznoszą. 
Ale doskonale wszystko pamiętam. Umiem zrozumieć tych, którym jest źle. Nigdy nie powiem o nikim, że jego zły nastrój wyklucza go z życia, mojego czy jego/jej), bo wtedy musiałabym zacząć gardzić samą sobą. Musiałabym chyba nie mieć serca, współczucia, empatii i tego wszystkiego, co cenię w ludziach.
Ja zamiast odwracać się od moich smutnych przyjaciół, wolę ich zaprosić na ciasto czekoladowe. Doskonale wiem, że zawarte w nim kakao daje poczucie szczęścia. Dodaję do ciasta szczyptę chili, aby ich rozgrzać i rozbawić, zupełnie jak na meksykańskiej  fieście, a kawa zawarta w polewie ma przynieść przebudzenie z tych smutnych chwil, w których się znaleźli. Szukam, czego im potrzeba.
Popadam w paranoję? Nie, raczej utwierdzam w przekonaniu, że jedzeniem można (o)czarować!


Brownies na modłę meksykańską z polewą czekoladową to mój autorski przepis, który zrodził się z wielu innych receptur, które analizowałam w trakcie poszukiwania wegańskich smakołyków meksykańskich. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo wyszło to, o co mi chodziło. Ciężkie, wilgotne, niemal wytrawne ciasto ze słodką polewą, jednak z goryczką kawy. Dla mnie rewelacja. Musicie spróbować.


Składniki:
  • 2 i 1/4 szklanki mąki ( ja użyłam pełnoziarnistej)
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1 i 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 i 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 szklanka musu z bananów ( 2 zmiażdżone banany)
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego 
  • 1 szklanka mocnej kawy
  • 2 łyżki octu balsamicznego
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i kakao. W drugiej misce zmiksować przy użyciu blendera banany z olejem, dodać wystudzoną kawę, cukier, wanilię i przyprawy. Ponownie wymieszać blenderem. Stopniowo dodawać mąkę z proszkiem i kakao. Mieszać dokładnie ciasto najlepiej łyżką. Na koniec dodać ocet i porządnie wymieszać. Ciasto będzie bardzo gęste, ale takie ma być. Bez paniki. Piekarnik rozgrzewamy do 180 st.C. Foremkę ( np. tortownicę) smarujemy olejem. Przekładamy do niej ciasto i wyrównujemy. Wkładamy do gorącego piekarnika i pieczemy przez około 30 minut, do tzw. suchego patyczka. 

Gotowe ciasto studzimy. Kiedy jest ciepłe ( nie gorące!) polewamy je polewą kawową.

Składniki:
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 40 ml wody
  • 1 szklanka cukru pudru 
Kawę rozpuszczamy w gorącej wodzie. Dosypujemy cukier puder i ucieramy. Polewamy ciasto w miarę równomiernie. Ścieramy na nią odrobinę gorzkiej wegańskiej czekolady. Gotowe.


Dzisiaj, do moich wynurzeń, do tego ciasta, do mojego życia i tego miesiąca niewątpliwie pasuje ten utwór! Enjoy! :) 


We're only young and naive still
We require certain skills
The mood it changes like the wind
Hard to control when it begins

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

Can't help myself but count the flaws
Claw my way out through these walls
One temporary escape
Feel it start to permeate

We lie beneath the stars at night
Our hands gripping each other tight
You keep my secrets hope to die
Promises, swear them to the sky

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

As it withers
Brittle it shakes
Can you whisper
As it crumbles and breaks
As you shiver
Count up all your mistakes
Pair of forgivers
Let go before it's too late
Can you whisper
Can you whisper
Can you whisper
Can you whisper

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah
The bittersweet between my teeth 
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

sobota, 7 stycznia 2012

Tarta buraczana.


"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś.  Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij odkrywaj!"

 Mark Twain

Twenty years from now you will be more disappointed by the things that you didn’t do than by the ones you did do. So throw off the bowlines. Sail away from the safe harbor. Catch the trade winds in your sails. Explore. Dream. Discover.”

Mark Twain

Czasami czuję się, jakbym była uzależniona od tekstu pisanego. Dużo czytam i często trafiam na cytaty warte uwagi, zapamiętania. Ostatnio przeglądając jakieś stare magazyny napotkałam  powyższy  fragment i bardzo mnie ujął. Pomyślałam sobie: " No tak, może żałujesz tego, czy tamtego, ale koniec końców faktycznie, gdybyś kiedyś w przeszłości zrobiła to, czy tamto inaczej mogłabyś żałować bardziej..."
Często spotykam się z "zarzutami", że dużo myślę, o przeszłości, przyszłości i boję się, że przez to może umknąć coś ważnego z dnia dzisiejszego. Z drugiej strony podobno to domena ludzi inteligentnych. Tak, ludzie inteligentni są mistrzami komplikowania. Rzeczywistość nie może być zbyt prosta, więc poszukują... czegoś. Sami do końca nie widzą czego. Sensu? Celu?  Niemniej, dzięki Mamo..., dzięki Tato...! ;) :*

A cytat? Fajny, co? Zapiszę go sobie w kalendarzu, żeby mi nie umknęło nigdy, to co jest ważne w danej chwili, teraz.




Buraki. Uwielbiam je, choć powiedzmy sobie szczerze, że dla wielu oznaczają one tartą sałatkę ze słoika lub ćwikła z chrzanem.  Hmm.. może jeszcze kojarzy się z barszczem, najczęściej ( o zgrozo!!!) z paczki. A burak jest taki ekstra. Pod mało atrakcyjną bulwą kryje się przepiękny kolor. W dodatku jest pełen witamin i minerałów.
Myślę, że burak jest niedoceniony, nie sądzicie? W mojej kuchni robi jednak furorę. Maja siostro-współlokatorka jest wręcz uzależniona od jego słodkawego smaku. Stąd dzisiejszy obiad jest w sam raz dla niej.
Od dawna chciałam zweganizować taką tartę. Wreszcie się za nią zabrałam. Oczywiście moja ma niewiele  wspólnego z oryginałem ( nie chciało mi się robić kruchego ciasta, nie miałam czerwonej cebuli itd.), ale jak wiadomo potrzeba matką wynalazku. Czego nie miałam to zastąpiłam. Powstała przecudna tarta. Jest bardzo smaczna. W dodatku szybka w przyrządzeniu, o ile buraki ugotujecie np. poprzedniego dania. Skusicie się?


Składniki:
  • opakowanie ciasta francuskiego ( o wegańskim składzie!)
  • 1 por
  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 3-4 ugotowane buraki
  • 180 g tofu naturalnego
  • 3/4 szklanki mleka sojowego
  • 2 kopiaste łyżki mąki z ciecierzycy ( może być kukurydziana, jeżeli nie macie tej z cieciorki!) 
  • sól  i pieprz
  • ząbek czosnku
  • oliwa
Buraki ( wcześniej ugotowane lub upieczone do miękkości) zetrzyjcie na tarce o grubych oczkach. Jeżeli są mniejsze weźcie 4, jak większe wystarczą 3.
Piekarnik nagrzejcie do 200 st.C.
Białą i jasno zieloną cześć pora pokroić w cienkie talarki. Na patelni rozgrzejcie 3-4 łyżki oliwy. Wrzucicie na patelnię, przyprawcie solą i pieprzem i duście do miękkości na małym ogniu. Dodajcie czosnek i smażcie jeszcze 2-3 minuty, Następnie dodajcie łyżeczkę cukru i wymieszajcie ja z porem. Wlejcie ocet i wsypcie tymianek i dokładnie wymieszajcie. Wrzućcie starte buraczki i poduście przez 2 minuty z porem.
W blenderze zmiksujcie razem tofu, mleko, czosnek. Dodajcie mąki z ciecierzycy. Przyprawiacie solą i pieprzem. Miksujecie.
Na koniec mieszacie  miksturę z tofu z masą buraczaną.
Prostokątną blaszkę wykładacie ciastem francuskim. Na krótszych końcach blachy ciasta będzie nieco na dużo, ale wystarczy je zagiąć.  Powstałą rynienkę "ciasta" wypełnijcie otrzymaną masą. Włóżcie do gorącego piekarnika i pieczcie 25 minut.
Gotowe!
Smacznego!



Za miesiąc Berlin?

wtorek, 3 stycznia 2012

Marzenia na miarę 2012 skrojone...

Poprawić kondycję fizyczną....

...podczas praktyk być codziennie na operacji, a może nawet dwóch...

...a medycyny uczyć się od takiego zespołu ;)...

...a letem spędzić trochę czasu w Barcelonie...

...zaglądając w miejsca, gdzie lepiej turystom nie zaglądać...

Nauczyć się gotować od najlepszych... Na przykład w barcelońskim Gopal...

   


...albo berlińskim Veganz...

 


... a kiedy już będę czuła, że czas odpocząć... ruszyć na Bałkany... 

Mieć czas dla rodziny... 

...i dla przyjaciół... 


... czytać więcej...

... oraz w kinie spędzać więcej czasu... 

... wpuścić trochę tuszu pod skórę... 

No i zakochać się...

...w czymkolwiek...

... byle nie sprowadziło mnie na dno...

aiga_down_arrow1

... ale żebym dzięki temu sięgnęła szczytów swoich możliwości...


I jak to z marzeniami bywa... niech się spełni choć jedno, a będę bezgranicznie szczęśliwa.!

***źródło zdjęć - google