czwartek, 6 grudnia 2012

Curry z tofu i orzechami

Przyznam, że ciężko jest prowadzić bloga ( w nawet w sumie trzy...:) ) jednocześnie robiąc milion innych rzeczy. Ja w dodatku, jak taka wariatka dorzuciłam sobie jeszcze kilka zadań. Na razie nic nie będę o nich pisać, ale rozwijam się Moi Drodzy, aż miło. Nie wiem tylko, czy udźwignę to wszystko, bo zimna raczej sprzyja zaszyciu się w kącie z książką, niż bieganiu z miejsca na miejsce z kalendarzem w ręce, ponieważ nawet moja w sumie dość dobra pamięć nie ogarnie wszystkiego. 
W moim grafiku jest wszystko, nawet kawa z przyjaciółką... 
Ostatnio wolę więcej czasu spędzić poza wirtualną rzeczywistością, a w zamian za to spotkać się z kimś dla mnie ważnym (a krąg się zacieśnia, ajjj! ), obejrzeć film w kinie czy nawet w domu. Po protu muszę się po całym dniu wyautować przy dobrej książce, z termoforem pod pachą i kubkiem super aromatycznej herbaty. Potrzebuję czasu, gdzie liczę się tylko ja.  Obejrzałabym sobie z "Cud z 34 ulicy" czy "Masz wiadomość", "Ekspres polarny" czy "To właśnie miłość" lub też "Opowieść wigilijną". Ostatni czas nie był dla mnie ani specjalnie happy ani też nadto lucky, więc muszę to szybko naprawić.

Mamy grudzień. W Poznaniu codziennie sypie śnieg, który w tym roku zupełnie mi nie przeszkadza, miasto ozdobione jest, jak choinka, ale nie ma co się dziwić - idą święta. Lampki w moim mieszkaniu się nie liczą, bo wiszą w nim przez cały rok, ale chyba starość mnie dopada, bo coraz częściej myślę, że postawiałabym sobie w nim coś zielonego i pachnącego... Ostatni czas jest taki jakiś mało miły. W dodatku mam zajęcie na hematologii i dla mnie jest to naprawdę ciężkie doświadczenie. Jestem wrażliwa i się przejmuję, a do tego nie umiem się uodpornić i być ponadto. Wychodzę ze szpitala i cały czas z tyłu głowy mam pacjentów, z którymi rozmawiałam i trochę żałuję, że nie można wymazywać sobie pewnych rzeczy z umysłu.

Nawet cieszę się na święta, pomimo, że w wersji dla dorosłych nie są tak ekstra, jak w dzieciństwie, ale oznaczają po prostu relaks. Liczy się za to smakowite jedzenie, dobry humor, bliskość osób, które zawsze powinny być na wyciągnięcie ręki, ale życie weryfikuje po swojemu i jesteśmy porozrzucani po różnych miejscach na mapie, więc na co dzień nie ma na nic czasu.

Może powinnam upiec pierniki? Może, może... Może, gdy pojadę do domu, do rodziców. 

Wiem, że dla wielu osób zabrzmi to absurdalnie, ale tytułowe curry powstało z powodu braku innych składników w domu i przygotowałam je z tego, co miałam akurat pod ręką, choć wiem, że dla wielu zrobienie tego obiadu kojarzy się z zakupami i to nie byle gdzie. Ja świeże tofu przywiozłam z weekendowego wypadu do Wawy. Mleko kokosowe, orzechy, imbir czy curry zawsze mam w szafkach. Po prostu warto je trzymać, chociażby dla tej chwili, gdy okaże się, że nie ma czasu, aby nabyć świeże warzywa...


Składniki na 4 porcje:
  • 500-700 g tofu
  • puszka mleka kokosowego
  • łyżka czerwonej tajskiej pasty curry
  • 100 g orzechów nerkowca
  • 1 duża cebula, posiekana w drobną kostkę
  • 3-4 ząbki czosnku, posiekane lub przeciśnięte przez praskę
  • ok. 5 cm kawałek imbiru, starty
  • 1/2 natki pietruszki
  • sól i pieprz
  • 1 łyżeczka curry w proszku
  • olej
Tofu pokroić w 0,5-1 cm paski, natrzeć solą, curry w proszku i pieprzem i obsmażyć z obu stron na złoty kolor. Przełożyć na papierowy ręcznik, aby wsiąknął nadmiar tłuszczu.
W rondlu rozgrzać 2 łyżki oleju, dodać cebulę i smażyć na średnim ogniu przez 5 minut, a następnie wsypać czosnek i imbir, po chwili dodać orzechy i pastę curry. Wymieszać. Wlać mleko kokosowe, ponownie wymieszać i doprowadzić do wrzenia. W tym czasie posiekać natkę. Sos curry posolić do smaku i wymieszać z natką. Sos mieszamy z paskami usmażonego wcześniej tofu i podajemy w ryżem lub ulubioną kaszą. Gotowe.



Bycie dziwną dziewczyną niczego nie ułatwia i chyba tylko Robert Smith chciałby być z dziwną dziewczyną. Każdy normalny wymięka. Mówię Wam. ;)

You're such a strange girl
I think you come from another world
You're such a strange girl
I really don't understand a word
You're such a strange girl




2 komentarze:

  1. no co Ty, mnie nazywali kiedys "kosmitką" a mój facet choc nieraz ma mnie dość jak daję mu w kośc to mnie uwielbia na amen, na zabój, rano, we dnie, we snie w nocy :) ale on jest tez trochę "inny" dla tych innych, czyli tzw. normalnych i może dlatego mnie tak toleruje a ja jego :) pozdrawiam, wpadłam tu przypadkiem i wsiąkłam trochę na dłużej, zapisuję świetne przepisy i kibicuję Ci w życiu, oby wszystko pozostało pod kontrolą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, dzięki! Ja sobie cały czas żyję w swoim świecie. ostatnio znowu cieszę się tą "innością" i nie doskwiera mi za bardzo. ;) Pozdr. M.

      Usuń