środa, 7 listopada 2012

Przepis na "lunchową" sałatkę Cobba i garść rozkmin!

Dlaczego dni tak szybko uciekają? Czas biegnie, miłe chwile przelatują mi między palcami i życie jest raczej gonitwą, a nie spacerkiem. Właściwie, jakbym miała trzymać się sportowych metafor to porównałabym je do biegu przełajowego lub przez płotki... Całe szczęście, że ciągle do przodu... Nie mam czasu na pisanie ani jednego z moich trzech blogów.
Ostatnio nurtuje mnie milion myśli, bo nie wiem jakim lekarzem chcę być, a choć dla Was może brzmieć to banalnie, dla mnie jest to najtrudniejsza decyzja w życiu, znacznie bardziej kłopotliwa niż np. decyzje o rozstaniach z ludźmi ważnymi w moim życiu. 
Wiem, że stałam się kimś, kim kiedyś nie chciałam być. Stałam się człowiekiem uzależnionym od medycyny. Nigdy nie sądziłam, że wypełni całe moje życia, ale teraz wszystko się zmieniło. Czyściwo już w realizacji, a częściowo w planie mam dużo kół naukowych, pisanie prac, wolontariat w szpitalu. A jeszcze przecież mam przyjaciół, których potrzebuję, mam lunche, a nawet kapelę, która powoli się rozkręca...A czasami też muszę, gdzieś wyjść - na koncert, do kina, teatru czy po prostu na kawę z kimś super ważnym.
Czy mam marzenia? Tak milion. Czy wszystkie wiążą się z moim medycznym życiem? Nie, ale te najważniejsze w tej chwili tak... 
Tak się rozpisałam, a wystarczyło napisać, że nie wiem, kim chcę być... Mam potrzebę wygadania się, bo wydaje mi się, że jak to z siebie wyrzucę przed całym światem, to problem sam się rozwiąże...

 ****

Czekacie na nowe przepisy? Będą, będą. Te prostsze na Happy Go Lucky, a te pokomplikowane tutaj. Medyczne rozkminy na Me&Me

****
Za nami kolejny już Vegan Lunch zorganizowany przez non-profitową grupę, którą mam ogromną przyjemność współtworzyć - Vegan Hooligan Crew. Nieskromnie napiszę, że z lunchu na lunch jesteśmy coraz lepsze w tym, co robimy... Kreatywne i pracowite z nas dziewczyny i pomimo, że na co dzień nie mamy ze sobą dużo wspólnego, łączy nas wegańska idea i pasja. Jak się okazuje tyle wystarcza, aby zrobić fajną imprezę i przyciągnąć tłumy. Nie jesteśmy zawodowymi kucharkami, nikt nas nie uczył gotowania. Trudno wypowiadać się za innych, ale myślę, że Sylwię czy mnie do rozwoju kulinarnego mobilizują blogi, które prowadzimy. Agata, moja siostra czy reszta grupy to chyba takie samoistne talenty zdaje się. O reszcie trudno mi się wypowiedzieć, bo nie widzę ich na co dzień, ale Agacie gotowanie, jeżeli już znajdzie czas , przychodzi z taką lekkością, że zazdroszczę jej tego trochę i nie dziwię się w ogóle, że burgery, które robiła stały się lunchowym hitem:)

Często mówi się, że jedzenie jest nieważne, ale myślę, że w naszym przypadku jest bardzo istotne... Gotowanie ku mojemu zaskoczeniu jest swego rodzaju aktywizmem, ponieważ w bardzo przystępny i lubiany przez wiele osób sposób promuje weganizm. Nie wiem, ale myślę, że nasze lunche swoim pozytywnym oddźwiękiem mają szansę coś zmienić, chociażby podejście do wegan. Patrzenie na nas, jak na normalnych ludzi, a nie jakiś odszczepieńców... Myślę, że pokazujemy weganizm od najlepszej z możliwych stron. Nie zapominamy jednak, że tak naprawdę chodzi o zwierzęta, dlatego dochód z lunchy wspomaga między innymi rożne pro-zwierzęce inicjatywy.

Halloween'owy lunch, choć początkowo, gdy go omawiałyśmy wydawało mi się, że nie miałyśmy pomysłu na menu, okazał się najlepszym dotychczas. Dania były super smakowite. Cieszyły oko i podniebienie i chyba są to nie tylko moje odczucia. Tak pozytywnie jeszcze nigdy żaden z naszych lunchy nie został odebrany. Jest to dla nas tylko motywacja, aby robić je dalej, choć trzeba przyznać, że poprzeczkę same stawiamy sobie coraz wyżej... :) 
Chyba z żadnego wcześniej nie byłam tak duma, ale jednocześnie też żaden mnie tak nie wykończył... :) Nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni.:) Z jednej strony wypompowana, z drugiej naładowana energią, którą wlał we mnie ten zadowolony tłum lunchowych gości. 

Sylwia, na swoim blogu oraz naszej fb stronie stworzyła piękną fotorelację. Możecie zobaczyć jedzenie i pracujące, jak mrówki chuliganki. :) 

Cieszę się bardzo, że inicjatywa nie upadła po przerwie wakacyjnej. Dobrze, że jest chęć, zajawka i energia. Fajnie, że lunche spotykają się z takim zainteresowaniem i mam nadzieję, że nie przerosną nas Wasze oczekiwania wobec nich... 
Kolejny lunch w grudniu! Czekajcie na informacje na facebooku i blogach: Sylwii i moim tym czy innym. :)

Obiecałam sobie, że umieszczę chociaż cześć potraw, które na lunch przygotowałam z moją siostrą. Aby nie być gołosłowną, zrobię to już dziś.
Na pierwszy ogień idzie moja wariacja na temat słynnej amerykańskiej sałatki - Cobb salad. Jest to raczej jedna z tych sałatek, które zakwalifikowałabym do działu - "na bogato", ponieważ nie wszystkie składniki można dostać w osiedlowym "spożywczaku". :P

foto by Sylwia


Wegańska sałatka Cobba 

Składniki:

  • 200 g liści szpinaku, może być "baby" lub zwykły, ale przy tek drugiej opcji należy liście trochę porwać na mniejsze kawałki
  • 2 puszki czerwonej fasoli, odsączonej i przepłukanej
  • 2 kostki wędzonego tofu, pokrojonego w kostkę
  • 4 dojrzałe pomidory
  • słoiczek czarnych oliwek
  • opakowanie kostki sojowej,  namoczonej w bulionie, obtoczonej w mące wymieszanej w "przyprawą do kurczaka" ( taką niechemiczną znajdźcie, oczywiście wegańską. Nie jest to na szczęście takie trudne.) i usmażonej na oleju
  • 2 awokado pokrojone w kostkę
  • około szklanki ulubionych kiełków, ja miałam brokuła i rzodkiewki
Wybrać dużą szklaną miskę, w której układamy po kolei, dokładnie tak, jak podałam powyżej składniki sałatki. 

Przygotowujemy sos - najlepiej w shakerze, a jak nie macie może być zwykły słoik. :)

 Sos:
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka świeżo wyciśniętego soku z cytryny
  • 2 łyżeczki musztardy np. sarepskiej
  • 1 roztarty ząbek czosnku
  • 1/2 - 2/3 łyżeczki soli morskiej
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1/4 łyżeczki pieprzu
  • 2 łyżeczki ziół prowansalskich lub bazylii lub majeranku( ziała dodajemy wg gustu może ich być mniej lub więcej mogą być takie lub inne, mogą być mieszanką różnych)
  • 1/2 szklanki oleju z pestek winogron


Wszystkie składniki sosu umieszczamy w pojemniku i wstrząsamy nim kilkakrotnie, tak aby wszystkie składniki się ze sobą połączyły i powstał sos o jednolitej konsystencji.


Winegretem polewamy sałatkę tuż przed podaniem, mieszamy.Polecam też pomieszać niszcząc pięknie ułożone warstwy, aby ułatwić zasmakowania całości, a nie tylko wierzchnich warstw. :) 

Gotowe! 

W głowie "mess", więc trzeba trochę posłuchać pana, który mówi z takim pięknym akcentem, że wymiękam ( british englich <3 :=":" dodatku="dodatku" drze="drze" m="m" tak="tak" w="w">


7 komentarzy:

  1. super wygląda i pewnie smakuje

    OdpowiedzUsuń
  2. Co prawda nie przepadam za szpinakiem, ale tu wygląda wprost obłędnie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja bardzo lubię szpinak i na pewno spróbuję tego przepisu, bo zdjęcia są wprost fenomenalne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasługa Sylwii! :) Dzielnie biegała podczas lunchu między nami i uwieczniała wszystko, co tylko się dało! :)

      Usuń
  4. Witaj, miło mi zaprosić Cię do zabawy:
    http://vegarnkowo.blogspot.com/2012/11/liebster-blog.html
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Jest mi naprawdę niezmiernie miło, że ktoś dostrzega bloga, pomimo, że moja aktywność na nim jest nieco mniejsza niż kiedyś. Wątpię jednak, aby z powodu braku czasu w ciągu najbliższych tyg udało mi się dołączyć do zabawy.

      Pozdrawiam ciepło! :)

      Usuń