niedziela, 18 listopada 2012

Curry z tempehem i suszonymi grzybami

Ech... ten pracoholizm... Listopad to mgliste poranki, krótkie dni i wrażenie, że cały czas jest ciemno... Jest to czas idealnie wpisujący się w konwencję: kanapy+koca+herby+gazety lub książki. Ciężko tę wizję zrealizować, ale wczoraj wreszcie udało mi się przewertować zeszłotygodniowe "Wysokie Obcasy" i przeczytać tekst, o którym pisała na swoim blogu ostatnimi czasy Mad Tea Party.  Artykuł jest zbiorem wypowiedzi kobiet w różnym wieku, z różnym wykształceniem, podejściem do życia, na temat tego, jakie pytania zadawane im na co dzień przez ludzi je otaczających drażnią je i denerwują, a jakie z kolei pytania chciałyby usłyszeć.. 
Moja lista pytań, które działają na mnie, jak płachta na byka na pewno byłaby niemała, ale skoro blog dotyczy jedzenia to powiem o jednym: "Nadal jesteś weganką?" i jeszcze kilka rzeczy zawierających w sobie "Nadal.... ( robię coś co społecznie uznane jest za dziwactwo...)?" Na szczęście nie pada ono za często, z reguły kiedy spotykam kogoś po latach. 
W tym pytaniu zawiera się jakiś rodzaj braku szacunku dla tego kim jestem i co robię. Jest to takie  negatywne podkreślanie mojej odmienności i spojrzenie na mnie z góry. Traktowanie mojej filozofii życia, wynikającej z wrażliwości na los innych istot żywych, jak fanaberii i mody, która przecież w końcu musi mi minąć... Oczywiście z reguły przymykam na to wszystko oko, macham ręką i idę dalej. 

Jest jeszcze druga strona medalu. Jak często ja zadaję ludziom pytania, na które nie chcą odpowiedzieć. Choć osobiście wydaje mi się, że mało pytam. Czasem aż się z tym źle czuję, bo mam wrażenie, że moi rozmówcy myślą, że nie jestem zainteresowana tym, co mają mi do powiedzenia. A to nie tak. Z jednej strony czuję się przytłoczona informacjami, tanimi sensacjami, plotkami i wolę nie pytać o więcej. Z drugiej strony daję mojemu rozmówcy to, co sama lubię dostawać - przestrzeń i możliwość powiedzenia tego, co chce wyznać i nie zmuszam do odpowiadania na niewygodne pytania, które przecież mogę nieświadoma zadać. Poza tym wiem, że ludzie, z którymi moje losy się splotły nie oczekują, aż zadam im milion pytań, ale sami opowiedzą mi swoje historie. Podobnie, jak i ja im. Tak to działa w moim świecie. 

 A jakie pytania chciałabym ja usłyszeć. Chyba najbardziej te, i tu zgodzę się z moją rówieśniczką z tekstu z "WO", czy ja w ogóle chcę tego słuchać. Czy interesują mnie te plotki, ploteczki, które nie wnoszą w moje życie nic sensownego, są krzywdzące i przede wszystkim sprawiają, że zniżamy się do poziomu tabloidów i portali plotkarskich,  a przecież wiem dobrze, że jesteśmy mądrzejsi, mamy bardziej "głębokie" podejście do życia i dużo więcej do powiedzenia. Nie wiem, czy wynika to z wpisywania się w jakieś trendy, ale chyba czas z tym skończyć, co?

I jeszcze na zakończenie o jednym pytaniu, które faktycznie zadaję często, gęsto i wszystkim. Jest to też pytanie, które też prawie każdy kieruje w moją stronę. Nie ważne czy widzimy się codziennie czy raz na 5 lat, zazwyczaj pada fundamentalne: "Co tam słychać?", "Jak tam?" itp. itd. Kiedyś nawet mnie to troszkę irytowało  szczególnie, kiedy padało z ust osób, które widzę rzadko, bo po pierwsze trudno jednym zdaniem streścić wszystko, co dzieję się z moim życiu, a z drugiej strony miałam wrażenie, że pytającego/cej tak naprawdę odpowiedź nie odchodzi... Myślę jednak, że dla większości osób jest jakimś punktem zaczepienia, sposobem na zagajanie i złapanie kontaktu i nie mam do nikogo pretensji, że mi je zadaje. 
Inaczej natomiast na nie odpowiadam. 
Osobom, które widzę często mówią po prostu " w porządku". 
A całej reszcie, że jestem teraz bardzo, bardzo szczęśliwa. Jak nigdy. Zmęczona, ale spełniona... I z reguły więcej pytań nie ma...

Życzę Wam Moi Drodzy blogowi goście, abyście mogli się pod moją odpowiedzią podpisywać obiema rękami. 

A teraz czas na jedzenie! Danie może nie końca wpisuje się w konwencję bloga, bo tempeh nie jest tym, co dostać jest super łatwo i tak naprawdę każdy z nas trzyma go w lodówce. No nie. Ale jeżeli nie macie tempehu to pokombinujcie z tofu lub też ulubionymi strączkami i uwierzcie mi, że efekt też będzie fajny.  Szkoda, że nie udało mi się zrobić lepszego zdjęcia, ale bardzo się spieszałam  Przepraszam Was bardzo! :*Zatem do dzieła! 

Składniki:
  • 1/2 szklanki suszonych grzybów
  • 3/4 szklanki gorącej wody
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 1 cebula, posiekana
  • 1 duża czerwona papryka, pokrojona w drobną kostkę
  • 3 ząbki czosnku, posiekany lub zmiażdżony
  • 2 łyżki świeżo startego imbiru
  • 2-3 łyżki curry
  • 200 g tempehu, pokrojonego w kostkę, ugotowanego na parze przez około 15 minut
  • puszka mleka kokosowego
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
Grzyby zalej gorącą wodą i mocz je w niej przez około 15 minut.
Na głębokiej patelni rozgrzej olej, dodaj cebulę i paprykę i smaż, mieszając przez około 3 minuty.
Dodaj czosnek, imbir, curry i wymieszaj. Smaż kolejną minutkę mieszając. Następnie wsyp tempeh. Smaż go do czasu aż się delikatnie zbrązowi. Odcedź grzyby, ale pozostaw grzybowy wywar. Grzyby wrzuć na patelnię i smaż 2-3 minuty, a bulion wymieszaj z mlekiem kokosowym.
Mleko wlej na patelnię. Posól i popieprz do smaku. Zmienisz ogień na minimum i gotuj przez 20 minut. Sos nam ładnie w tym czasie zgęstnieje.
Gotowe posyp natką lub kolendrą i podawaj z ulubioną kaszą lub ryżem. :)
*** Ja w międzyczasie dodałam jeszcze garstkę tajemniczych liści z Mauritiusa, które dostałam do Super Daggi, bo są one podobno dodawane do curry przez tamtejszych Hindusów....



Smacznego! :)

No właśnie! A teraz fundamentalne pytanie : "Will u still love me tomorrow? "


1 komentarz: