piątek, 10 sierpnia 2012

Risotto czy też ryżotto z kurkami

Była sobie dziewczynka, która żyła wśród łąk, lasów, pól. Pięknie żyła, choć całkiem przypadkiem los rzucił jej rodziców pomiędzy te drzewa i trawy i sprawił, że dorastała akurat tam, a nie gdzie indziej.  A zdecydowanie miało być, gdzie indziej... Niby tylko na chwilę, na przeczekanie, a trwa do dziś.
Dziewczynka była zawsze baaardzo wrażliwa, a to było uciążliwe dla niej samej i całego otoczenia. Totally oversensitive. Bo jak tu żyć z kimś, kto płacze na zawołanie? Jak być z kimś, kogo tak łatwo zranić? Wiadomo, ciężko. Ale do wszystkiego można podobno przywyknąć. Nawet do trudnego charakteru i pokręconej osobowości.

Dziewczynce tak bardzo było szkoda zwierzątek, że pewnego dnia postanowiła ich już więcej nie jeść. Nic, a nic. I jakoś, wszyscy w jej otoczeniu zaakceptowali ten wybór, ale podobno się po niej tego spodziewali już od dawna, bo jakaś taka niesmakująca w padlinie była. A gdy dodało się jeszcze  nadwrażliwość, jasne było, że przejedzie na drugą stronę mocy.

Dziewczynka dorastała i w końcu zamieszkała w dużym mieście. Dalej dojrzewała do poglądów i przekonań, które głosiła, choć z czasem coraz ciszej i więcej zachowywała dla siebie. We wszystko głęboko wierzyła, bo koniec końców było to jedyną trwałą wartością w jej życiu. Wszystko inne od przyjaźni, po miłość mijało, jak jakieś cholerne przeziębienie.
Włóczyła się ta nasz Dziewczynka po tym mieście trochę z sercem na dłoni i nie raz za to obrywała. Zdaje się, że nie lubiła się z tym miastem - zachodził między nimi jakiś taki konflikt interesów i brak wzajemnej akceptacji. Nawet geny tu nie pomogły...
Gdzieś tam, w między czasie odmówiła też nabiału i innych zwierzęco pochodnych składników, których pozyskiwanie  niby nie zabija zwierząt, ale zdaje się być źródłem ich cierpienia, równie, jak nie mocniej okrutne niż samo zabijanie. A jednego dziewczynka bardzo nie chciała, przyczyniać się do krzywdzenia zwierząt. Ludzi też nie chciała krzywdzić, choć czasami, gdy ktoś skrzywdził ją, to miała wielką ochotę oddać z nawiązką. Nie robiła tego, bo taka z niej trochę "sierota" i nie umiała. Umiała za to znikać bez słowa. Zrywać znajomości i udawać, ze nigdy nie miały miejsca. W tym była perfekcyjna.
Dziewczynka przez długi czas tkwiła w świecie, gdzie wszyscy bliscy ludzie podzielali jej światopogląd, że nie jest to ładnie, ani dobrze, że się je zwierzaki.

Dorastała stając się w końcu Dziewczyną i okazała się, że trzeba opuścić alternatywną rzeczywistość. Nie na zawsze, nie całkowicie, ale trzeba zacząć funkcjonować nawet w takim  świecie, gdzie ludzie mają gdzieś coś takiego, jak prawa zwierząt.
Dziewczyna przeszła etap socjalizacji i w jej obecnym otoczeniu wegan i wegetarian jest, jak na lekarstwo. I musi z tym żyć.
Nawet chce, bo Ci ludzie, którzy może niekoniecznie podzielają jej etykę zrobili dla niej więcej dobrego, niż niejedna osoba z tego "wege półświatka".

Jak się domyślacie ta Dziewczynka to ja.
Choć jestem weganką, to coraz częściej zdarza mi się, że w szkole, na praktykach czy wolontariacie, na imprezach, spotkaniach, wyjściach - jestem jedyną. Ogarnięcie tematów około szkolnych zajmuje mi tyle czasu, że praktycznie cięgle jestem tym odludkiem, który "żywi się trawą" lub, jak to lubią niektórzy zaznaczać, "je jedzenie ich jedzenia"... Jaki to jest suchar, swoją drogą, to szkoda nawet komentować... Słyszałam ten "żart" tyle razy, że już nie potrafię tego zliczyć, ale hitem i tak było stwierdzenie "jesteś taka fajna, że aż trudno uwierzyć, że jesteś weganką". Ręce mi opadły, a wyraz twarzy z zaskoczenia zmienił się w niezbyt inteligentny...

Dlatego, ja rzadko mówię o tym weganizmie, bo wiem doskonale, jaka będzie reakcja. Tylko, że prędzej czy później dojdzie to jakiegoś wspólnego posiłku i zaczyna się od nowa. Dlaczego to ja muszę się tłumaczyć z niejedzenia mięsa? Ja nie oczekuję od jedzących mięso tłumaczeń... A może powinnam? Może byłoby to najlepszą ripostą na kąśliwe uwagi dotyczące moich poglądów na etyczność spożywania zwierząt?

Tylko, że ja nigdy nie byłam z tych, którzy zaglądają innym w talerz. Nie chcę też być odbierana, jako jakiś dziwoląg, który zmusza innych, aby przyjęli jej punkt widzenia. Siłą nie można i się nie da. Wiem, bo i mnie siłą do niczego się nie przekona.
W wśród moich bliskich znajomych wielu z wegetarianizmem nie ma nic wspólnego, ale nie oznacza to, że nie możemy się kumplować... Po prostu łączą nas inne zajawki i tyle. 

Ja nie mam problemu, dopóki ktoś nie opowiada mi z wypiekami na twarzy, jak fantastycznie się mu ostatnio polowało... STRZELAŁO DO ZWIERZĄT. I w tym momencie automatycznie tracę do takiego osobnika całą sympatię i szacunek.
Boli mnie to, że zabijanie zwierząt jest rozrywką tak wielu ludzi. Boli mnie, gdy ludzie z pozoru inteligentni, pod pretekstem "kontaktu za naturą" przesiadują w lesie, strzelając do niewinnych zwierząt. Nie mogę zrozumieć, jakim cudem nazywa się to sportem i to sportem elitarnym, nobilitującym. Przecież to zwykłe mordownie jest...

Dlaczego lekarze, którzy mają chronić życie, w domyśle ograniczają je tylko do życia do ludzkiego. Inne się nie liczy? Jest nic nie warte? Dla mnie nie ma tu żadnego wytłumaczenia. Nigdy tego nie zrozumiem, nigdy nie będę akceptować.
Jak można za normalne uważać przychodzenie do cudzego domu i strzelanie do jego mieszkańców.

Jestem wdzięczna losowi, że mój własny Tata do lasu chodzi tylko po grzyby lub jagody. Albo pojeździć rowerem. Ostatnio obserwowaliśmy razem sarnę. Była piękna, choć na samą myśl, że ktoś się kiedyś na nią zaczai, aby postrzelać sobie dla sportu, automatycznie zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno.

Chyba nigdy jeszcze nie poruszałam tematu polowań, bo choć sama praktyka była dla mnie zawsze chora, to nigdy nie miałam do czynienia z myśliwymi bezpośrednio. Smutne jest to, że przyrost znajomych lekarzy jest wprost proporcjonalny do przyrostu znajomych myśliwych. Bardzo mi się to nie podoba...

Przejdźmy do gotowania i dobrych stron przebywania na wsi, otoczonej lasami pełnymi grzybów.

Tegoroczne lato obfituje w sezonowe jedzenie. Bez dwóch zdań. Jagody, grzyby, ale też inne leśne owoce są teraz niejako podstawą mojej obecnej diety. Robiłam między innymi kilka razy pierogi z jagodami, kurki w śmietance owsianej, pizzę z kurkami.

Choć bardzo często na moim talerzu obiadowym gości teraz zestaw - fasolka szparagowa+ziemniaki w łupinkach + kalafior ugotowane na parze plus jakaś surówka, o zdarza mi się też przygotować coś innego, niekoniecznie bardziej skomplikowanego, a smacznego, jak na przykład risotto. 
Jeżeli lubicie włoskie smaki powinniście się na nie skusić.:)

Kurki przygotowałam w taki sposób, jak wtedy, kiedy była u mnie Sylwia. Dodałam je, do ugotowanego na bulionie warzywnym, ryżu. Proste, szybkie, w zasadzie jednogarnkowe danie. 


Kurki prosto z pobliskiego lasu.


Świeże zioła z ogrodu.


posiekane warzywa do pieczenia.

                                                    



Składniki:
  • 500 g kurek ( już obranych i wyczyszczonych)
  • kilka gałązek mięty
  • kilka gałązek tymianku
  • 1 mała biała cebulka
  • jeden mały por
  • 2 ząbki czosnku
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz
  • 500 g ryżu abiori 
  • 1,5 l bulionu warzywnego
  • po 1/2 pęczka koperku i natki pietruszki

Por i cebulę pokroić w piórka, czosnek w plasterki.  Wymieszać z kurkami. Dodać liski mięty, gałązki tymianku. Skropić całość 2-3 łyżkami oliwy. Posolić odrobiną soli i doprawić pieprzem. Tak przygotowane grzyby włożyć do gotowej lub zrobionej samodzielnie kieszeni z foli aluminiowej (można   uformować ją dla ułatwienia z formie do pieczenia ciasta). Wrzucić i piec w piekarniku z termoobiegiem w 180 st.C przez ok.30 minut.

Ryż gotować w bulionie przez ok 12-14 minut, aż będzie miękki. Jeżeli będzie trzeba, odlać pozostałą wodę/bulion. 

Gotowy ryż wymieszać z upieczonymi kurkami, łącznie z sosem, który sie wytworzył podczas pieczenia. 

Całość wymieszać z posiekanym koperkiem i natką pietruszki. 

Podawać natychmiast, z surówką z letnich warzyw.

Smacznego! 




Soundtrack: 

Why don't you eat me now you can

It would be better than to stand

The look you give me that makes me feel

Like I don't belong here



And you want some fresh meat

So why don't you bite me

Then either way you'll hurt me

Physically and mentally



Take a picture of me

In your head

When I'm dead

Cause you won't forget about me

I will scream in your dreams


So why don't you eat me now you can

Eat me now

Eat me now

Eat me



5 komentarzy:

  1. U mnie na odwrót, długo nie znałam żadnego wegetarianina/weganina. Wystarczyło poznać kilku i od razu przestałam mieć problemy z przejściem na weganizm.

    Suchary to standard, ja się uśmiecham i mówię, że każdy uważa dany żart za inteligentny i odkrywczy, a już dawno przestał taki być. Potem pytam, czy znasz coś lepszego? ;)

    No, i trzeba się przyzwyczaić, że Ty nie zaglądasz w talerze, ale w Twój zagląda się zawsze, bez pytania, bez uprzedniej informacji o weganizmie/wegetarianizmie, po prostu- dla zasady. Plus obowiązkowa historia o cioci kuzynki babci koleżanki znajomej, która nie jadła mięsa, w ciąży zaczęła, a i tak urodziła dziecko niskie/brzydkie/z alergią/bez rąk. ; )

    Narobiłaś mi ochoty na to risotto :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dobrze żeś zsocjalizowana ;) zsocjalizowany weganin to bardziej efektywny weganin, nie taki który ma tylko znajomych wegan i pławi się w sosie własnym a kontakt z wszystkozerca czy wegetarianinem wywołuje w nim strach, agresję i obrzydzenie niczym spotkanie z cywilizacją pozaziemską ;)

    żarty żartami, ale czasem chciałabym takiego hermetycznego środowiska ludzi oddanych sprawie. takiego które motywuje mnie do bycia lepszym człowiekiem (nie tylko dla zwierząt). ludzi którym nie muszę niczego tłumaczyć, takich dla których okrucieństwo nie jest normalnością, albo przynajmniej takich, którzy są zawsze gotowi do przedefiniowania swojego światopoglądu.
    życie wśród 90% mięso(wszystko)żerów i 10% wegetarian o wyjątkowo wąskich horyzontach (nie obrażam wegetarian, sama jem czasem nabiał, ale dziwią mnie osoby które są wkręcone w jakis temat i nie maja żadnej potrzeby zgłębiania go) bywa męczące. oczywiście dopóki rozmowa nie zejdzie na wiadome tematy jest ok :P ale zawsze schodzi. nie wiem co ludzi tak boli w samym fakcie że ktoś jest wege, chyba budzi im się wtedy sumienie, zaczynają czuć się niekomfortowo z myślą, że to co robią od urodzenia i uważają za normalne może być "złe" i zaczynają się bronić zeby odzyskać poczucie bezpieczeństwa. jedni żartem, inni argumentami, a inni jeszcze agresją słowną. nigdy się nie chwalę wegetarianizmem, nie wytykam "miłośnikom zwierząt" ich hipokryzji (sama nie jestem święta), nie zaglądam do talerza, nie zaczynam rozmowy ale zawsze jestem prowokowana (na końcu oczywiście okazuje się że to ja próbuję rozmówcę "przekręcić na swoje"). zawsze po takim starciu wpadam w etap nienawiści do ludzkości :P albo nawet w kontakcie z bliższymi znajomymi i rodziną po prostu nie mogę zrozumieć jak ta fajna osoba którą lubię za ... (wstawić mnóstwo pozytywnych cech) moze mysleć i mówić takie rzeczy, sprowadzac zywe stworzenie do roli przedmiotu, godzić się na taki a nie inny porządek rzeczy "to smutne ale tak już jest", nie może zrezygnować choć z części swoich nawyków, poszerzyć horyzontów itp. - nie mówię tu tylko o jedzeniu ale też o kosmetykach testowanych, ubraniach, kupowaniu zwierząt w sklepach i pseudohodowlach, rozmnażaniu zwierząt, karmieniu ich byle czym i skąpieniu na weterynarza, wielu drobnych rzeczach których zmiana jest praktycznie niezauwazalna i nie wymaga żadnego wysiłku.
    ale spamuję :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie też bardzo brakuje wegan/wegetarian w środowisku moim. Jednak co fakt to fakt, że wychodząc do ludzi jakoś można ich ideą zarazić, a nie tylko pławić się we własnym sosie. Ostatnio moja siostra do mnie przyjechała, wodujemy się rzadko bo mieszka za granicą i sama zaczęła zadawać wiele pytań. Pokazałam jej kilka vege blogów kulinarnych. Wiem że robi sobie wegetariańskie dni teraz, więc moze coś drgneło.

    Znajomi weganie bardzo też są potrzebni gdy nachodzą Cię wątpliwości. Ja myślę że będę ich mieć mnóstwo, gdy na przykłąd przyjdzie do ciąży czy diety dziecka. Zawsze dobrze mieć kogoś doswiadczonego z boku i przyjaznego

    Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Wszystko to prawda, ale znam też taką grupę wegan, którzy tak się ze sobą trzymali, że jak jeden się wyłamał to nastąpił efekt domina i z całej grupy już chyba nikt się nie ostał. Z tym wpływem innych trzeba jednak uważać.
    Poza tym dzięki temu, że sama raczej nie przebywam za dużo w wege środowisku obecnie, teraz spotykam się z większym szacunkiem wielu osób, na których opinii mi zależy, bo widzą oni, że mój weganizm to moja decyzja, nie podyktowana wpływem znajomych, jakiś grup czy środowisk. :)

    OdpowiedzUsuń