sobota, 7 lipca 2012

Taka inna ta botwinka...

Wakacje w Z. zawsze przywodzą na myśl moje dzieciństwo. Wszystko budzi moje skojarzenia z czasem, który gdzieś tam kiedyś przeżywałam. Zapachy, smaki, obrazy.  To było wtedy, gdy kiedy ludzie byli jeszcze blisko siebie, tak że dzisiaj to wydaje się niemożliwe. Nie wiem, czy w dobie internetu i portali społecznościowych pełnych naszych "true friends", wrócimy do świata, w którym ludzie tworzą prawdziwe więzi, zamiast mdłego produktu "przyjaźniopodobnego". To był jednak inny świat. Wiem, że gadam, jak staruszka, ale naprawdę tak myślę.

Jako dzieci całymi dniami siedzieliśmy w trawie, na łące, za wielką lipą, która w lipcu kwitła niesamowicie intensywnie. Tata wysyłał nas z takimi niebieskimi kobiałkami, abyśmy nazbierały kwiatów do wysuszenia na zimę. Rzeczywiście pojono nas lipową herbatą z syropem jagodowym w miesiącach zimowych, zwłaszcza, kiedy dopadało nas przeziębienie.
Ale wróćmy do lata, kiedy siedzieliśmy w tej trawie, "łapaliśmy" słońce, budowaliśmy "bazę" w lesie, jeździliśmy nad jezioro, pletliśmy kosze z tataraku. Do tej pory czuję jego zapach i nie pomyliłabym go z niczym innym.
Wtedy było tak, że czas nie istniał. Nie zdawałam sobie sprawy, że to kiedykolwiek się zmieni... Kwadrans, dzień, tydzień, miesiąc wydawały się być tak samo odległe. Zupełnie nie czułam i nie rozumiałam upływu czasu.
A teraz znowu siedzę z trawie w Z. w ogrodzie moich rodziców i myślę o tym, że to już za mną i nie wróci.   Siedzę sama, bo każdy już żyje swoim życiem, za czymś goni, gdzieś wyjechał, a znajomości z dzieciństwa nie przetrwały próby czasu. A on biegnie na złamania karku, coraz szybciej i szybciej
Przeżywam coś w rodzaju reminiscencji  i niektóre rzeczy pamiętam, jakby były dosłownie wczoraj. Smaki gruszek z zdziczałej gruszy za domem i racuchów, zapach namiotu rozbitego w ogródku, kurzu w piwnicy,  kolor ulubionej koszulki, najlepsze zabawki z piaskownicy, rower i hulajnogę, smak paluchów z makiem nad morzem i to, że pomiędzy zębami zawsze zostawało więcej piasku niż maku. Pamiętam lody "kredki", które wtedy jedliśmy i kreszowe dresiki, w których wtedy biegaliśmy. Pamiętam, że miałam piłkę, która pachniała truskawkami i chodaki o zapachu poziomek. Niezły czad i nawet teraz bym się nimi jarała. :)
Na kolację najczęściej piłam herbatę z cytryną i jadałam chleb z pomidorem.
A w kuchni był stół, który na dobrą sprawę wcale stołem nie był, bo każdy kto pod niego wszedł dostrzegał, że to prawdziwy statek kosmiczny. Ja i Agata byłyśmy o tym święcie przekonane. Po przeprowadzce do nowego domu stół okazał się za mały i zaczął pełnić inną funkcję.
Generalnie kiedyś było dużo skromniej niż teraz. Mimo tego, wakacji nie było tylko raz i pamiętam, jak dziś, kiedy tata poinformował nas, że w tym roku nie będzie wyjazdu do Rowów czy do Łeby. Nie będzie  Zakopanego czy Szklarskiej. Nie pamiętam zupełnie, żeby było mi z tego powodu smutno. Mogłam mieć jakieś pięć czy sześć lat raptem i cieszyły mnie weekendowe wypady nad  Jezioro Charzykowskie i to, że każdy dzień był przygodą i nawet w czasie deszczu nie było nudy.
Dobrze mieć te wspomnienia i bardzo chciałabym, aby każdy miał coś takiego.

Chyba jeszcze nigdy o tym nie pisałam....O najbardziej magicznej relacji, jak łączy mnie z drugim człowiekiem, a właściwie trzema osobami. 
Siostrzana miłość i przyjaźń to jedna z najlepszych i najsilniejszych więzi w moim życiu. I wcale nie jest taka oczywista, bo chyba nie znam osobiście żadnego innego rodzeństwa, które jest aż tak blisko, jak ja z moimi siostrami. Zawsze byłam przekonana, że to żydowska krew w nas płynie, ale patrząc na tą rodzinną bliskość wydaje mi się, że raczej grecka lub włoska i nawet moje przemienienie się w blondynkę na nic. Bez kitu! Family comes first... Wiecie, mieć dobre relacje to jedno, a przyjaźnić się to jednak trochę inna bajka.  Jeżeli myślicie, że tylko na filmach  czy w serialach istnieją między rodzeństwem szczególnie bliskie relacje, to się mylicie. My potrafimy odegrać dużo prawdziwszy melodramat niż zobaczycie w jakimkolwiek kinie! ;)
Jest to totalnie silna i bezkonkurencyjna więź.
Siostry stoją murem za mną, nawet wtedy, kiedy mówiąc szczerze powinny kopnąć mnie w tyłek i "zostawić na lodzie", chociażby po to, żebym się nauczyła, że za błędy czasami słono się płaci... Ale one wiedzą, że życie i tak mnie tego uczy, a są po to, żeby pomóc mi się podnieść i kiedy wydaje mi się, że jestem taka beznadziejna, że nawet dna nie osiągnę, one pokazują mi moje niezliczone możliwości. No ekstra jest mieć siostry... Co tu dużo pisać...?
W gruncie rzeczy jesteśmy różne, choć złośliwi nazywają nas klonami, to mamy naprawdę odmienne osobowości, temperamenty, zainteresowania, priorytety - czasami tak rozmaite, że aż nie wierzę, że wychowywali nas ci sami rodzice. Jesteśmy w różnym wieku, a co za tym idzie każda z nas tkwi w innym punkcie życia. Jesteśmy już jednak wszystkie dorosłe, a to na pewno sprawia, że konflikty wynikające z różnicy wieku i gówniarstwa przestały istnieć. Owszem pojawiają się inne, ale z nikim nigdy tak łatwo nie dochodziłam do porozumienia. 
To wszystko, co napisałam brzmi dosyć patetycznie, ale nie nie udało mi się napisać tego bardziej zwyczajnie. To nie jest tak, że nigdy nie skakałyśmy sobie do oczu. Czasami naprawdę był niezły hate i trzeba było nas siłą rozdzielać, żebyśmy sobie krzywdy nie zrobiły.:) Ale to jest takie przemijające. Dosyć niewyraźne w mojej głowie. Wyparte i bez znaczenia.
Za to mam wyraźny obraz wakacji, wycieczek rowerowych, spacerów, jeziora nad które jeździłyśmy, pierwszych wspólnych kulinarnych eksperymentów. Pamiętam doskonale nocowanie w namiocie w ogrodzie i to, że tata zawsze zostawiał otwarty garaż, jeżeli jednak by nam się odwidziało i wolałybyśmy spać we własnych łóżkach. ;)
Gdy byłyśmy młodsze nasze starsze siostry się nami opiekowały. Pamiętam też czas, kiedy byłyśmy dla nich, jak kula u nogi, bo one dorastały, a my chciałyśmy, żeby nas ze sobą wszędzie zabierały.  Ale jaka nastolatka ciąga ze sobą swoją małoletnią siostrę, nie mówiąc o dwóch?
A kiedy poszły na studia i przyjeżdżały do domu, to często ładowałam się do pokoju którejś z nich i spałam na materacu czy karimacie, żebyśmy mogły w nocy pogadać. W końcu dla mnie było to burzliwy nastoletni okres..., kiedy każda siostrzana rada była na wagę złota. 
Poza tymi chwilami, kiedy razem płaczemy lub śmiejemy się i kiedy przeżywamy wspólnie nasze dramaty i wzloty, z siostrami można pooglądać seriale lub kreskówki, pomalować paznokcie, tańczyć przy remixach z youtube'a lub urządzić sobie karaoke, piec i gotować. Robić listy pięciu "naj..."- różnych dziwnych rzeczy i osób i w ogóle milion rzeczy można. Chociażby zadzwonić w nocy. Siostry zawsze wiedzą, co powiedzieć.

Często mi się wydaje, że siostry to trochę jakby ja, ale lepsze, mądrzejsze, ładniejsze. Cieszę się, że mam takie osoby w pobliżu. Osoby, które nawet, kiedy są daleko, to i tak, paradoksalnie są blisko.

Ale smenty, sentymenty, co? Ale tęsknię za nim i jestem w rodzinnym domu, więc mi się tryb wspomnień włączył. :)


No dobrze, a teraz czas na przepis! Do tych wspomnień najbardziej pasowałyby magdalenki, ale to innym razem. Już dawno przymierzałam się do pewnej zupy, ale nie było czasu gotować. Może nie jest to danie idealne na obecnie panujące upały, ale ja wykombinowałam, że najlepiej przygotować ją wieczorem i zostawić na obiadokolację na następny dzień.
Zupa jest pyszna, bo ma w sobie to, co uwielbiam - czerwoną soczewicę, buraki i aromatyczne przyprawy. Najlepszą rekomendacją może być to, że moja niespełna dwuletnia siostrzenica zajadała ją ze smakiem. Może i Wy się skusicie?


Składniki:


  • 2 pęczki botwinki (wraz z buraczkami)
  • 1 szkl. czerwonej soczewicy
  • 2-3 łyżki oliwy
  • 1 duża cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka ziaren kolendry 
  • 1 łyżeczka nasion kuminu
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki ostrej papryki
  • 1 litr gorącej wody
  • garść świeżych listków kolendry lub natki pietruszki
  • sól, pieprz do smaku

Botwinkę umyć, osuszyć. Liście i łodygi pokroić, ale niezbyt drobno. Porządnie wyszorowane buraczki pokroić w niewielkie słupki. Soczewicę przepłukać dużą ilością zimnej wody. Cebulę drobno posiekać. Czosnek przecisnąć przez praskę lub drobno utrzeć czy posiekać. Nasiona kolendry i kuminu utrzeć w moździerzu lub młynku do kawy ( ewentualnie użyć już mielonych, ale są mniej aromatyczne).
W garnku lub dużym rondlu, na rozgrzanej oliwie – zeszklić cebulę. Dodać czosnek i utarty kumin z kolendrą, cynamon i paprykę, a następnie soczewicę – krótko przesmażyć. Dorzucić pokrojoną botwinę i buraczki. Smażyć, cały czas mieszając przez ok. 2 min. aż zielenina „zwiędnie”. Zalać gorącą wodą. Gotować ok. 20 min. do momentu, aż soczewica będzie miękka. W międzyczasie doprawić do smaku solą. Pod koniec gotowania dorzucić listki świeżej kolendry lub natki i doprawić pieprzem.
Smacznego!



Przepis pochodzi z bloga Pieprz czy Wanilia. 

A na koniec utwór, który mi ostatnio często towarzyszy, a w ogóle się nie nudzi, ale w końcu The Fight to jedna z moich ulubionych kapel, więc mogę tak bez końca...

3 komentarze:

  1. Wzruszyłam się! A zupa rzeczywiście smaczna! Ściskam :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. polecam zupę ogrodową ;) potrzebny ogród, ognisko i kociołek http://www.meble-ogrodowe-sklep.pl/kociolek-wegierski-farmcook-inox-trojnogu-p-1071.html
    no i składniki na zupę rzecz jasna ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zupa jest przepyszna ! Powinna pojawić się na nowym Hello morning, w zimie dodaję po prostu buraki mniam mniam

    OdpowiedzUsuń