wtorek, 24 lipca 2012

Pasta kanapkowa z bobu

Czasami myślę, że powinnam zamknąć bloga i zająć się czymś poważnym... Gotowanie wydaje się takie trywialne w stosunku do moich innych zainteresowań, że zajmowanie się pichceniem daje momentami wrażenie straconego czasu... Przecież to żadna filozofia. Mogę sobie wmawiać, że to rodzaj magii, czy alchemii, ale myśląc trzeźwo to tylko krojenie, siekanie, smażenie, gotowanie, ugniatanie, mieszanie, pieczenie. Względnie można do tego dodać wybieranie produktów, wymyślanie przepisów czy też wyszukiwanie ich w książkach czy sieci.
Z tym, że za gotowaniem kryje się też karmienie, nie tylko siebie, ale bliskich i chyba w tym tkwi sekret. Cała przyjemność jest wtedy, gdy robimy to dla innych i gdy zapraszamy do swojej kuchni pomocników. Razem jest fajniej.
Tak sobie pomyślałam, że ok, gotować dla innych można. I z innymi. Ale dlaczego zaraz prowadzić bloga? Patrząc na ilość kulinarnych blogów, gotowanie to takie banalne zainteresowanie , że aż mi to do mnie samej nie pasuje.
Tylko, że co zrobić, jeżeli naprawdę się to lubi? Może warto raz w życiu postawić na banał? Tym bardziej, że całe życie mi się wokół tego nie kręci? I całe życie raczej postępuję na przekór normom...
Tak więc bloga nie zlikwiduję. Poza tym, gdzie miałabym miejsce na te swoje wynurzenia, rozkminy? Jakie inne miejsce pozwoliłoby mi się dzielić z tak dużą liczbą osób moimi zajawkami? Co byłoby odskocznią?
Nadal będzie kulinarno-refleksyjnie, bo ja nie umiem oddzielić tych czynności, nie mogę przestać myśleć. Naprawdę! Chciałabym choć na chwilę móc sterować swoim mózgiem, móc wyłączać jego funkcje w zależności od potrze, aby czasami nie myśleć, czasami nie czuć i czasami nie pamiętać. Tylko, że się nie da. Mogę przewertować neurologię i neurochirurgię, a tak nie zapanuję nad tym, czasami nieznośnym, narządem.  Jedyne, co mogę to udawać, a chyba jestem w tym coraz lepsza, że nie myślę, nie czuję i że nie pamiętam. 
Jestem do tego stopnia dobra, że sama czasami wierzę w to, że tak jest, że nie czuję i nie pamiętam. Może byłaby ze mnie niezła aktorka? Kto wie...

Generalnie, Moi Drodzy, jak sami wiedziecie, wzięłam się w garść i co jakiś czas wrzucam tu jakiś fajny przepis. Mamy lato obfitujące w  lokalne, pyszne warzywa. Ja sama ostatnio więcej piekę i to raczej słodkości, niż gotuję, ale pół dnia siedzę w szpitalu, bo nie odpuszczam sobie praktyk i wyrabiam, jak trzeba 140 godzin, a obiady serwuje mi Mama. I powiem Wam, że jest bardzo smacznie.
A na mnie domownicy mogą liczyć przy kolacji czy podwieczorku, kiedy robię coś ekstra. Jak chociażby te trójkąty.

Kanapki to nuda, nie sądzicie? Straszna nuda, prawda? Jedzenie ich na śniadania i kolacje wydaje się takie wyświechtane, że aż smutno. A jednak! Większość z nas je kanapki... Ja na przykład jem.. Może dlatego, że kanapki są w sumie ponad podziałami... Kanapki raczej łączą, a nie dzielą, choć wiadomo, że kanapka, kanapce nierówna... Jedzą je ludzie bez względu na status społeczny, wykształcenie, wiek, płeć, miejsce zamieszkania itp. itd....
Hiszpanie mają swoje tapas, Japończycy sushi, Włosi bruschetty, Chińczycy spring rollsy czy sajgonki, a Polacy - KANAPKI. Wiem, że w krajach anglosaskich jada się sandwich'e, ale to nie do końca to samo... Poza tym chodzi o ilość, a w Polsce kanapki je się przeważnie na 3 posiłki w ciągu dnia. Rozpoczyna się i kończy nimi dzień, a dodatku przegryza w przerwie w szkole czy w pracy. Jesteśmy kanapkowymi potworami. Kiedy pytam pacjentów czy jedli coś dzisiaj - najczęściej odpowiadają, że tak - KANAPKI! ;)
Ja jadam kanapki głównie ze względu na pośpiech, bo gdybym miała więcej czasu na śniadania jadłabym raczej kasze, owsianki, naleśniki czy gofry...
Jednak poza weekendami raczej jem kanapki. Błyskawicznie się je robi i w mgnieniu oka zjada. Pakuje w pojemnik i leci do szkoły/pracy. 
Mam jednak zasady. Kanapkowe.

  1. Staram się kupować chleb w piekarni. Unikam pieczywa supermarketowego i z głębokiego mrożenia.  Samodzielnie piekę może 2 razy do roku. Jak mnie natchnie, ale nie mam raczej zajawki piekarniczej. Jeszcze, może kiedyś to się zmieni i będę wypiekać chleb codziennie. ;)
  2. Kupuję pieczywo pełnoziarniste, żytnie, orkiszowe, razowe. Sporadycznie jadam bagietki czy komyśniak. 
  3. Dodatki do pieczywa zazwyczaj przygotowuję samodzielnie. Głownie pasty. Ale też rozmaite kotlety czy tofu.
  4. W sezonie mam kanapki pełne świeżych warzyw. Poza sezonem raczej sięgam do marynowanych, kiszonych. 
I to chyba z grubsza zasady, których się trzymam. 

Dziś mam dla Was pastę. Taką trochę podobną do hummusu, ale bez tahini i z bobu zamiast cieciorki. Przepis wynalazłam w książce " Przemytnicy na wakacjach" i znajdował się tam w dziale Greckim. 
Pasta jest fajna, bo sezonowa, banalnie prosta, smaczna i z łatwo dostępnych składników. 
W dodatku zdrowa i pożywna. 
Jeżeli nie macie już pomysłu na kanapki to proponuję, abyście spróbowali tej pasty! Pycha!



Składniki:
  • 300 g bobu
  • 1/3 delikatnej w smaku oliwy z oliwek
  • ząbek czosnku
  • sok z cytryny do smaku
  • sól i pieprz
Bób gotujemy ( ja zrobiłam to na parze, ale można po prostu w dużej ilości wody). Studzimy i obieramy go ze skórki, miksujemy go z oliwą. Dodajemy wyciśnięty czosnek, sok z cytryny, sól i pieprz do smaku. Podajemy z pieczywem. 

Do tego sałatka i letnia kolacja, jak z marzeń! Smacznego! 





A na koniec Alpinist - moja miłość - z utworem o niemieckim tytule LICHT!

Tak się rozgrywają chłopcy z Munster <3

5 komentarzy:

  1. Też "chodzi" za mną ta pasta ostatnio :)

    OdpowiedzUsuń
  2. oj Maddy, jak przeczytałam wstęp to sobie pomyślałam że pierdzielisz jak potłuczona ;D że banał, że konformizm? pewnie zainteresowałaś więcej osób weganizmem, wegetarianizmem, prawami zwierząt, zdrowym odżywianiem i obudziłaś więcej iskierek empatii bawiąc się w kuchni i publikując te przepisy niż ktokolwiek, jakąkolwiek inną formą aktywizmu. no. ani mi się waż z tego rezygnować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a bo wakacje, wczasy i dziecko się nudzi - to wymyśla coraz nowsze teorie. ;)

      Usuń
  3. Dokładnie, po przeczytaniu wstępu miałam podobne odczucia do poprzedniczki. Kiedyś robiłam podobną pastę i był to pierwszy raz, kiedy spróbowałam bób. Jakie to było WTEDY dla mnie obrzydliwe! Nie wiem, co się stało, ale dziś bób kojarzę już bardzo pozytywnie :)
    Ej, gotowanie nie jest tak banalne. Pomyśl o blogach w kategorii "pielęgnacja/uroda" :]

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak można nie lubić bobu?! :) Bób to moje paliwo, mam tysiąc przepisów na pasty z niego i wszystkie są pyszka, podobne do Twojej robię bardzo często :)

    OdpowiedzUsuń