niedziela, 8 lipca 2012

Muffiny marmurkowe w letniej odsłonie... :)

Częściej piszę o tym "punkowym ja". Wspominam o koncertach, wyjazdach spotkaniach z kimś odjechanym, kto w danym momencie odmienił moje życie, czasami o moim, ostatnio bardzo kulawym aktywizmie, przemycam z przepisami muzykę, której słucham lub przy której tylko się bawię i gotuję. Jestem weganką, jestem zakochana w swoim rowerze, segreguję śmieci, nie kupuję korporacyjnego żarcia i ciuchów, staram się jeść sezonowo i takie, takie. Generalnie staram się dbać o ludzi, zwierzęta i planetę i nie robić z tego wielkiego "halo", bo to takie normalne przecież. Nie zastanawiam się nad tym, po prostu to robię. Nie wiem czy to kwestia wychowania, wpływ książek, muzy, czy osób, które spotykam, ale wiem, że tak trzeba. Że musi mnie to obchodzić, że nie mogę sobie olać, że są kwestie i sprawy, o które trzeba walczyć. Taka już jestem.
Z tym, że... ja od zawsze też chciałam być lekarką. Nie natchnęło mnie w maturalnej, jak to się zdarza niektórym. "Od dziecioka" chciałam, zupełnie tak jakby inne zawody nie istniały. I z wiekiem ta "przypadłość" nie mijała... Lubiłam szpitale, przychodnie i miejsce te były dla mnie tym, czym dla niektórych są place zabaw, a dla innych kościoły. Dla mnie były miejscem zabaw, w oczekiwaniu, aż mama skończy pracę, ale jednocześnie oscylowały gdzieś w sferze jakiegoś sacrum. Stały się dla mnie miejscem kultu.  
I co? Gdy tylko skończyłam podstawówkę, zaczęłam się duuużo się uczyć: 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum, potem kolejne 6 lat studiów, a jeżeli nie wystartujesz od razu to może i więcej. W tym czasie nie robimy praktycznie nic oprócz nauki, a każdym razie, jeżeli spróbujemy zestawić nasze życie z rówieśnikami. Jak ktoś z medycyny mówi, że się nie uczy, a osiąga wyniki to znaczy, że kłamie. Choć to, że ktoś coś zawali, nie znaczy też, że się nie uczył. Wszyscy jesteśmy mniejszymi bądź większymi kujonami. Takimi nerdami, z tym że bez hipserskich przebrań. Mamy wady wzorku i skrzywienia kręgosłupów, dużo podręczników na półce. Kserówki walają się po całym domu. Koło łóżka piętrzą się niedokończone książki i podręczniki z dziedzin medycyny, które kręcą mnie bardziej niż te, które aktualnie przerabiam, aby poczytać przed snem. Różnimy się miedzy sobą zainteresowaniami, podejściem do życia, światopoglądem, charakterem, tym czy wolimy makijaż czy tatuaż. Jesteśmy twardzi, miękcy, silni, słabi, pogodni, pochmurni, pewni siebie i niepewnie stąpający po ziemi, poukładani i totalnie roztrzepani. Mówiąc wprost - bardzo różni, ale to nie znaczy, że którekolwiek z nas będzie lepsze, czy gorsze w przyszłości, bo to, co wydaje się zaletą, może kiedyś nas zgubić, a nasze słabe strony okażą się naszymi zaletami. Łączy nas to, że medycyna jest naszym priorytetem i życiem. To dużo. Bardzo dużo. I to wystarcza, aby mimo tych wymienionych przeze mnie różnic, tworzyć razem znajomości, przyjaźnie, związki. 
Jacy jesteśmy? W końcu krążą o nas różne żarty i żarciki. Bajki, mity, plotki. Niektóre bliskie prawdy, inne jakieś kompletnie wydumane. Rzadko przypadkowym osobom przyznaję się, do tego, co robię, bo już na wstępie mnie wrzucają do worka "nudy i no life'u". Badania wskazują, że w czasie studiów spada nam IQ, aby (na szczęście) wzrosnąć podczas pracy. W większości jesteśmy spragnieni snu i kochamy nasze łóżka, poduszki i kołderki. Kochamy też kawę, kolę i energy drinki. Przede wszystkim jednak myślę, że jesteśmy tak samo zróżnicowani, jak reszta społeczeństwa i wrzucanie nas do jednego worka jest nie fair.  Pewnie, są cechy, które nas łączą, są typowe lub też istnieją rzeczy, które przytrafiają się większości z nas. Czasami próbujemy robić coś więcej, ale koniec końców i tak jedyną rzeczą, którą robimy dobrze i z oddaniem to szkoła, a później praca, a reszta liczy się mniej lub w ogóle. Bywamy wredni/ne, kiedy krzyczymy na bliskich, bo puszczają nam nerwy i stres sięga zenitu. I niecierpliwi. Irytują nas czynności dnia codziennego, bo nie mamy na nie czasu, a jednak musimy je wykonywać. Ja niestety czasem łapię się na tym, że potrafię być bardzo miła dla pacjentów i oziębła dla bliskich. Obracam się w tym "światku" od dziecka i wiem, że medycy tak po prostu mają. Nikt zdrowy psychicznie nie będzie zajebiście miły i dobry przez 24 h. Przenosimy szpital na codzienność. Ja ze zmęczenia potrafię się popłakać albo dostać głupawki - czyli wpadam w niepohamowany śmiech. Kiedy studiowałam psychiatrię do egzaminu stwierdziłam, że wszyscy klasyfikujemy się do takich lub innych zaburzeń.
W tym czasie, tej intensywnej nauki, stajemy się socjopatami. Przebywamy głównie ze sobą - w takim hermetycznym i nieprawdziwym świecie nauki. Jesteśmy pokręceni, dziwni i zapominamy, jak się  gada z normalnymi ludźmi, chyba, że są oni pacjentami. Wywiad opanowujemy z roku na rok coraz lepiej. Z życiem radzimy sobie gorzej. 
Emocjonalnie niedorozwinięci, ale za to przeładowani wiedzą i czasami z "urojeniami wielkościowymi" - przeceniamy swoje możliwości. Z resztą ludzi rozmowa idzie nam gorzej, bo o czym tu gadać? Nie wywyższamy się, ani nic z tych rzeczy. My po prostu jesteśmy ograniczeni, monotematyczni. Dla niektórych to głupie i niewybaczalne. Dla mnie normalne. Pewnie część z nas nigdy nie dojrzeje. Z braku czasu. 
Fajnie, co? Zostać mentalną, rozchwianą nastolatką na zawsze? Kuszące...


Teraz jestem w ogrodzie, u Mamy i u Taty, oddycham głęboko i czuję, jak powietrze wypełnia mój każdy pęcherzyk płucny. ( ale spokojnie, nie zamierzam się hiperwentylować)  I jest mi taaak dobrze... Myślę, że to jest jedno z tych miejsc na ziemi, gdzie jest mi najlepiej. I myślę o moich ludziach. Wiecie, tych, którzy zawsze są przy Tobie i zawsze stoją za Tobą murem. Chciałabym, aby wiedzieli, że ja też jestem dla nich i przy nich, nawet jak mnie nie widzą, nie słyszą i są tysiące kilometrów ode mnie.



Wakacje na wsi są o tyle fajne, że blisko jest las, a w nim poziomki, jagody, maliny i grzyby. Ja właśnie kubek takich jagód postanowiłam wykorzystać i upiec muffiny, których nie robiłam już od wieków.  Poszłam trochę na łatwiznę i nie kombinowałam nowych smaków, tylko wykorzystałam wypróbowane niejednokrotnie od Sylwii. Tylko wzbogaciłam, ich już i tak bogaty smak, w jagody. Powstały marmurkowe muffiny w wersji letniej. 


Składniki:


  • 2,5 szkl. mąki
  • 2/3 szkl. cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • szczypta soli
  • 1/3 szkl. oleju
  • 1 szkl. napoju sojowego (lub innego roślinnego)
  • 1/3 szkl. wody gazowanej
  • 1/2 szkl. wiórków kokosowych
  • 2 kopiaste łyżki kakao
  • 3 łyżeczki cynamonu
  • kubek jagód
Mieszamy razem mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cukier waniliowy i sól. Dodajemy olej, napój sojowy i wodę gazowaną i mieszamy aż do uzyskania jednolitej masy. Wsypujemy jagody i mieszamy delikatnie, aby nie rozgnieść owoców. Dodajemy wiórki kokosowe i mieszamy 4 razy łyżką (dosłownie). Na środku sypiemy pasek z kakao, po bokach dwa mniejsze paski z cynamonu i ponownie mieszamy łyżką 4 razy. Przekładamy masę do foremek na muffiny, pieczemy ok. 20-25 minut w 200 stopniach.


Hahahahahaha! A na koniec piosenka o nienawiści..., bo każdy ma czasami takie dni, kiedy mógłby ją zanucić... :)



6 komentarzy:

  1. Piękne mufinki,podejrzewam że są pyszne

    OdpowiedzUsuń
  2. Ekstra! Jakaż szkoda, że na razie zza książek świata nie widzę :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Muffiny wyglądają zabójczo :) Też mam w planie pojagodować trochę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nieskromnie (jako, że z mojego przepisu) powiem - te muffiny wymiatają, właśnie skonsumowałam jednego na śniadanie, Maddy jest mistrzem świata jeśli idzie o wypieki, pichcenie i inne takie, chylę czoła!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jadłam je u Maddy wczoraj i również potwierdzam, że są pyszne! Sylwia, baw się dobrze w Z.!

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja uwielbiam Twoje przemyślenia, dzięki za nie :) Przepisy też lubię i cenię :) Wszystkiego dobrego! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń