czwartek, 19 lipca 2012

Limonkowe muffiny z jagodami i rozkminy rodem z SOR-u.


Obserwując codzienność na SORze zauważam pewne reguły, prawidłowości, prawa serii. Są dni urazów dzieci i młodzieży, dni żądlenia, dni ran ciętych, dni, kiedy największym niebezpieczeństwem dla człowieka są cegły i betonowe płyty oraz takie dni, kiedy bardziej niż kiedykolwiek szwankuje układ sercowo-naczyniowy. Są też dni, kiedy nic, absolutnie nic się nie dzieje. Nie dokucza ani brzuszek, ani główka. Spokój.
Myślę, że to sprawka kosmosu. Układ planet czy coś takiego sprawia, że ludzie w danej chwili są bardziej podatni na infekcje, urazy, są bardziej agresywni (czyli na SOR trafiają pobicia), bardziej lekkomyślni - włażą i wkładają łapy tam, gdzie nie trzeba. Ale też czasami, dzięki planetom bywają bardziej spokojni, rozważni lub po prostu zbyt leniwi, aby zrobić sobie krzywdę. Układ planet wpływa też na odczuwanie i dlatego czasami byle stłuczenie sprawia, że przybiegają, a innym razem z poważnym urazem czekają wiele dni, bagatelizując dolegliwości. 
Może popadam w paranoję, a może jednak coś w tym jest. Wierzę, że człowiek nie jest obojętny kosmosowi i siłom natury, że mają na nas konkretny wpływ. Ulegamy mu. Bredzę? Może trochę, ale szukam wyjaśnienia i bardziej jestem skłonna uwierzyć w Kosmos niż w cokolwiek innnego.

***

SOR to inna bajka. Odział różniący się od tych, na których bywam zazwyczaj. Tutaj pacjenci pojawiają sie na chwilę, czasami są to minuty, czasami godziny. Nikt nie zasiedzi na dłużej. Niektórzy przychodzą o własnych siłach ze stłuczonym palcem, inni wjeżdżają nieprzytomni. Jedni wracają do domu, inni dostają skierowanie na odziały specjalistyczne. A inni... wiadomo, co...
Widzimy się przez chwilę, zazwyczaj rozmawiamy kilka minut. Często spotykamy się po raz pierwszy i ostatni,  a dowiadujemy się na temat tych ludzi tyle, ile niejednokrotnie nie potrafilibyśmy powiedzieć o własnych znajomych. Poznajemy historie chorób, które w nieprawdopodobny sposób przeplatają się z historiami życia - wiemy, co im dolega obecnie i na co chorowali w dzieciństwie, od kiedy męczą ich zmasowane choroby przewlekłe, co i kiedy mieli złamane, jakim urazom i wypadkom w życiu ulegli,  na co chorowali ich krewni, dowiadujemy się ile mają lat, gdzie mieszkają,  czy są z kimś związani, czy mają dzieci, gdzie pracują. Wiemy dużo - bardzo dużo, jak na początek. Niektóre historie są przezabawne, inne przeciwnie - smutne i jakoś nie dają mi spokoju przez cały dzień, do momentu kiedy nie pojawi się kolejna smutna, samotna albo mająca pełną rodzinę, a jednak głęboko nieszczęśliwa osoba, której jest mi żal i jestem miła, jak tylko umiem, bo nieszczęście jakie ich spotyka to za dużo, jak na jednego człowieka. Ja jestem dziewczę wrażliwe i empatyczne, więc nie umiem przejeść obojętnie. I nie pozwolę też w sobie zabić tego współodczuwania, ponieważ nic mnie bardziej nie razi niż lekarz nierozumiejący, niewspółczujący i gardzący swoimi pacjentami. 

***

Dziś dotarło do mnie, jakim dużym kredytem zaufania pacjenci obdarzają personel. Mówią nam wszystko, ufając, że ich nie wyśmiejemy, że zachowamy to dla siebie.
Choć tak naprawdę większość się zapomina, to jednak w pamięci zostają tylko skrajne - bardzo zabawne lub dramatyczne historie. I jakoś się z nimi żyje. 
Ja mam dobrą pamieć i lekkość zapamiętywania twarzy, osób. Staram sie jednak jak mogę, aby nie pamiętać za dużo. Zachować odpowiedni dystans, nie zwracać uwagi na medycznie nieistotne szczegóły. To ciężka praca, bo mój mózg posiada niesamowitą zdolność kodowania rzeczy nieważnych. W każdym razie nie w danym momencie. 
Uczę go teraz filtrowania informacji, ale bez utraty empatii, jaką należy okazać pacjentom. Myślę, że jestem w tym coraz lepsza...

*** 

A teraz kulinaria...
Już jedna wariacja na temat muffinów z jagodami gościła na blogu w tym sezonie. Nie chcę być monotematyczna, ale ostatnio przyszedł mi głowy mix limonki i jagód, więc musiałam sprawdzić to połączenie. Efekt jest świetny, muffiny są delikatne, długo utrzymują świeżość i są bogate w moje ukochane jagody. Mówiłam już, że kocham jagody? Dlatego też, postanowiłam podzielić się z Wami recepturą. Niby nic nowego, niby jak zawsze bazuję na podobnych proporcjach, a jednak ... 
Są to kolejne letnie smaki, jakimi mam zamiar oczarować Moich Czytelników i sprawić, że nawet jak mieszkają na dziesiątym piętrze wieżowca z zakurzonym, brudnym i zatłoczonym mieście, dzięki nim poczują się trochę, jak na wsi na wczasach... :)

  • 2 szklanki mąki pszennej
  • skórka starta z jednej limonki 
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 szklanki cukru
  • łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1/3 szklanki oleju
  • 1 szklanka napoju sojowego
  • 1/3 szklanki wody mineralnej gazowanej
  • 1 szklanka jagód 
W jednej misce mieszamy ze sobą suche składniki, w drugiej mokre. Następnie dodajemy mokre do suchych. Na koniec wsypujemy jagody i delikatnie mieszamy, aby nie rozgnieść owoców. Ciasto wlewamy do 12 foremek, tak aby je całkowicie wypełnić. Pieczemy w 200 st. C przez około 20-25 minut. Gotowe możemy polukrować i ozdobić jagodami lub oprószyć cukrem pudrem. Gotowe.


Soundtrack: Baroness  - "Red Album" - -> jak nie znacie to obczajcie! :) 

7 komentarzy:

  1. Muffiny od Maddy <3...

    Baroness <3<3<3...

    Jagody <3<3<3<3<3...

    OdpowiedzUsuń
  2. nie dość ,że bardzo ,ale to bardzo urodziwe to jeszcze jest w nich wszystko co najpyszniejsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przyznaję, smakowite i szczerze polecam! :)

      Usuń
  3. Na dziesiątym piętrze w zatłoczonym mieście... skąd wiedziałaś? ;) Muffinki faktycznie urodziwe, porywam jedną i zwiewam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hehe! Znam kilka osób, które tak mieszkają i wiem, że w wakacje marzą o wczasach od gruszą... :)

      Usuń