czwartek, 26 lipca 2012

Koktajl arbuzowo-jagodowy! Musicie spróbować.

To było tak, ze ja zawsze chciałam robić to, co robię, ale medycyna nie zawsze mnie fascynowała...   Po pierwszym miesiącu i przez kolejne dwa lata studiowania miałam ochotę rzucić ją w cholerę i zająć się zmieniam świata z bardziej niekonwencjonalny sposób... Był w moim życiu czas, kiedy nienawidziłam medycyny, bo zabierała mi życie. Teraz jest odwrotnie, kocham ją, bo dzięki niej mogę uniknąć prawdziwego życia... Mogę w nią uciec, wykręcić się. W końcu widzę, że nie ma dla mnie życia poza medycyną. I dobrze. Był moment, kiedy się na nią obraziłam, bo była inna niż ją sobie wymyśliłam. Trochę, jak w związkach, wyobrażenie o drugiej osobie też rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Z tym, że ja o ten związek postanowiłam walczyć i koniec końców, dałam jej szansę.
Pierwszy i drugi rok studiów był dla mnie męką - byłam sama, w świecie, w którym zupełenie się nie odnajdywałam i który mnie odrzucał, bo byłam trochę inna od reszty -dredy, weganizm itp.itd. Nie pasowałam. Zero przyjaciół, zero kolegów, koleżanek, zero bliskich, za to dużo nauki i niezbyt miła atmosfera. Nic dziwnego, że szukałam szczęścia, spokoju, wsparcia gdzie indziej, ale przez to szukanie zagubiłam się chyba totalnie i skończyło się to nie najlepiej. Błądziłam. 
Zajęcia mnie nudziły, wykładowcy byli irytujący, bo tyrali nas, traktowali, jak bandę przypadkowych dzieciaków. Na niektórych to działa, niektórzy coś takiego znoszą, a mnie to zniechęcało i sprawiało, że bardzo nie lubiłam tej medycyny. Tej samej - wyśnionej i wymarzonej. Czułam się tam poniżana, jakbym znalazła się w niewłaściwym miejscu. Nie umiałam pogodzić medycyny z moimi pozamedycznymi zainteresowaniami.  W dodatku nie miałam nikogo, kto by mnie wspierał, a jestem pewna, że gdybym miała to byłoby łatwiej.
Dopiero, kiedy zaczęłam trzeci rok, coś drgnęło. Nie wiem na ile zmieniło się coś na samych studiach, a na ile we mnie, ale medycyna zaczęła mnie wciągać i fascynować, tak jak w moim wyobrażeniu powinna. Stała się narkotykiem, bo ciagle mi jej mało. Nie mam dnia, żeby czegoś nie poczytała z tej dziedziny nawet taraz w wakacje. Żyję nią. Zawsze byłam molem książkowym, kochała czytać i czytałam powieść za powieścią, ale sama nie wiem, kiedy książkami, z którymi się nie rozstaję stały się takie grube książeczki miedzy formatem A5 a A6, pisane drobym drukiem. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam wybierać torby nie tylko na zasadzie - czy winyl się w niej zmieści - ale czy pomieści te wszystkie podręczniki, czy wytrzyma ich ciężar ( choć to czy jest wygodna na rower i czy pomieści winyle kupione na koncercie nadal  jest bardzo ważne :P)

Koniec końców chodziło o to, że mi się ta medycyna z moim punkowaniem kłóciła. Mniej gigów, mniej wyjazdów, mniej ziomeczków i trzeba było się jakoś tak ogarnąć, coby wyglądać w miarę neutralnie, żeby pacjentów nie straszyć, choć jestem przekonana, po własnym doświadczeniu, że do tego wyglądu lekarze i personel medyczny przykładają wiekszą wagę niż pacjenci, bo im z reguły jest wszystko jedno, chcą rzetelnej pomocy i tyle. Z drugiej strony, może cos w tym jest, że skoro nic się nie umie i nie poradzi, to się chociaż wyglądać będzie... ;)
Kiedyś mi się wydawało, że ona  mnie ogranicza.  Że muszę się podporządkować jakimś wymyślonym społecznym i uczelnianym normom i to ingerowało w moje poczucie indywidualności. Bo dredy nie, piercing nie, tatuaże tez nie!
Potem jakoś to ogarnęłam i zaczęłam z tym żyć, bo dredy to nie koniec świata, w końcu nawet mi się znudziły, kolczyki mogą być małe, a tatuaże schowane.
Ale o czymś innym chciałam pisać, bo wygląd to tylko sprawa trzeciorzędna, w końcu ważniejsze jest kim jesteśmy i kim się czujemy, a nie na kogo wyglądamy.
Generalnie dla mnie nie ma nic bardziej hardcorowego od medycyny, nieprzespanych nocy, matriału, który przeciąża umysł.
Co jest bardziej hardcorowe od cięcia, krwi, raka, zakażeń, przewlekłych chorób, które męczą latami i powoli zabijają lub od "cichych zabójców", którzy zabierają nas migiem z tego świata, od chorych psychicznie, pracy na 2,5 etatu pod ciągłą presją i próbą zachowania non stop trzeźwego umysłu...? I próby normalnego życia w tym całym bagażem, który zbieramy każdego dnia. Nie mówiąc już nawet o użeraniu się z biurokracją, która stała się nieodłączną częścią pracy lekarza i czasami, jak patrzę ile czasu moja mama poświęca na papierkową robotę, pukam się w głowę zastanawiając się, jak ja to wytrzymam... 

Poza tym,  jest śmierć i są czaszki,  jest płacz i śmiech, krew i pot, czyli  jest emo, crust, sluge, hardcore punk. Jest to wszystko razem. No i nie ma miejsca na hipisiarstwo, nawet na pediatrii, bo miękkie serduszko i kwiatki źle działają na głowę, a tu trzeba mieć łeb na karku, myśleć, kombinować, rozkminiać, szukać... itd.

I wiecie co? Teraz naprawdę mi sie podoba ta moja medycyna. :D
Dzięki niej jedzenie też smakuje mi lepiej. Cały czas staram się jeść zdrowo i rozmaicie, ale nie mam czasu na wielkie kombinowanie, więc z reguły sięgam do dań prostych, jednogarnkowych, a przy tym wszystkim zdrowych. Zdecydowanie wychodzi mi do na dobre... :)


Jest lato. Choć raczej zimne i deszczowe, a ładnych dni, jak na lekarstwo, co nie zwalnia mnie jednak z sezonowego jedzenia. Na śniadanie - tosty z masłem orzechowym i dżemem owocowym zrobionym tego lata przez moją mamę lub musli ze świeżymi owocami. Na obiad grzyby - kurki w śmietanie roślinnej z młodymi ziemniakami, focaccia z pomidorami, makaron z sosem ze świeżych pomidorww , w cieplejsze dni gaspacho czy pierogi z jagodami, zebranymi własnoręcznie pomimo popadującego deszczu. Zarówno kurek, jak i jagód jest tego roku pod dostatkiem, więc wygląda na to, że w tym  sezonie kuchnia będzie wyjątkowo leśna. I dobrze - ekologicznie, regionalnie, zdrowo, tanio i przede wszystkim wegańsko.
W tym roku niemal codziennie wypijam też koktajle i różnego rodzaju smoothies. Połączenie, które polubiłam wyjątkowo to arbuz i jagody.


Na trzy mniejsze koktajle lub 2 duże potrzeba nam około 2 kg arbuza, którego musimy wydrążyć i możliwie starannie usunąć z niego pesteczki. Trochę z tym zabawy, ale mamy wczasy, więc się nigdzie nie spieszymy... Kawałki arbuza wrzucamy do wysokiego naczynia, dodajmy szklankę jagód i miksujemy przy pomocy naszego ulubionego kuchennego urządzenia - czyli blendera. :) 
Chłodzimy w lodówce, a potem sączymy przez słomkę słuchając ulubionej muzyki.



MNIAM! :)  

                       


Do takiego koktajlu najbardziej pasują pioseneczki o miłości z początku lat dziewięćdziesiątych - totalne LOVEEEE! :) 



Pijemy i idziemy w tany! W końcu wczasy mamy, co? 

8 komentarzy:

  1. Wzystko co arbuzowe biorę w ciemno! Śliczny kolor, bardzo apetyczny! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. muszę się kopsnąć po jagody,bo arbuza już mam i wjedzie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. zamiast chłodzić w lodówce proponuję dodać kostki lodu, efekt ten sam a owocki nie zdążą się utlenić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. a jak myjesz jagody, tzn jak dokładnie? zawsze się boję tych tasiemców :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myję pod bieżącą letnią wodą w durszlaku przez kilka minut, wstrząsając sitem, co jakiś czas! :)

      Usuń
  5. Maddy tak ostatnio nastraszyła moją córkę tymi bąblowcami w lesie podczas zbierania jagód i poziomek, że się biedne dziecko popłakało ;) Ale dzięki temu dzieci nie jadły prosto z krzaczka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, nie zdradzaj moich terrorystycznych metod. Choć trzeba przyznać, że ta była skuteczna :)
      Muszę dodać, że potem ją uspokoiłam i było ok! :)

      Usuń