piątek, 13 lipca 2012

Błyskawiczny sorbet! Teraz i już!

Kiedy miałam mniej więcej trzy lata, pewnego razu, gdy moja mama wróciła z dyżuru do domu, z tej radości, że  ją widzę, stłukłam duże lustro w przedpokoju naszego ówczesnego mieszkania. Nie wiem skąd w mojej  bardzo małoletniej główce wzięło się to przekonanie, pewnie za sprawą starszych sióstr, które stosowały różne metody terroru, że od tamtego wydarzenia mam już "pozamiatane" - czeka mnie siedem lat nieszczęścia i to nie byle jakiego, ale wielkiego, wszak lustro całkiem spore było, szczególnie w moich dziecięcych oczach. Ulgą miały być dziesiąte urodziny, kiedy ten straszny, wyimaginowany pech, który tak naprawdę mnie nie dotyczył, miał zniknąć...

I wiecie co? Ulga przyszła na krótko, ponieważ kiedy człowiekowi w metryczce wskakują dwie cyferki to dopiero zaczynają się schody, już nigdy nie jest tak samo i  na pewno nic nie jest proste, a wręcz odwrotnie.
Bo z biegiem lat, kiedy się dorasta, rosną nie tylko nasze kości, mięśnie i narządy. Rośnie góra pytań, góra wątpliwości i rozczarowań. Przybywa nam i przyjaciół, ale też wrogów. Przybywa również  doświadczenia, a to akurat jest na plus i tego nigdy nie za wiele...
Dorosłość raczej nie jest za fajna, ale nie jest też takim znowu dramatem. Ma kilka dobrych stron, które każdy dorosły zna. Tylko nie należy mylić go z pełnoletnością... Większość pełnoletnich osób, które znam, dorosłe na pewno nie są.  Dla mnie dorosłość to nic innego, jak umiejętność dbania o drugiego człowieka i o siebie. Umiejętność opiekowania się innymi i brania za nich odpowiedzialności. Tak naprawdę jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy w naszym życiu, nie wychodzi czasami, niektórym nigdy. 

Mogłabym się rozpisywać, ale chcę tylko powiedzieć, że każdy etap życia ma swoje blaski i cienie, dlatego   potrzebujemy czasami poprawiaczy humoru. Potrzebujemy rzeczy i smaków, dzięki którym możemy sobie ulżyć. Niewątpliwie kulinarne zdolności mogą nam to ułatwić.  Dobra kawa z ulubionego kubka albo lody zawsze są dla mnie ulgą, kiedy na głowę spada milion zmartwień. Żeby jednak nie ładować w siebie pustych kalorii proponuję sięgnąć po sorbet, który ja ściągnęłam do Mojej Siostry, a ona z Lawendowego Domu. Przepis jest tak banalny, że poradzi sobie z nim każdy, nawet kulinarna fajtłapa, a efekt przerósł moje oczekiwania. To jeden z tych łakoci, które robi się od ręki - trzeba tylko mieć mrożone owoce - maliny, jagody czy borówki amerykańskie w zamrażarce i banany pod ręką. To są takie lody "na żądanie".
Polecam!






Sposób przygotowania:


Na każde 150 g mrożonych owoców ( u mnie maliny ), dajemy jednego banana i miksujemy. Przekładamy do szklanek lub pucharków i od razu podajemy!




A na soundtrack wjeżdża The Cure, bo ostatnio za mną znowu "chodzi":


5 komentarzy:

  1. Hej, lubisz The Cure? Duży plus dla Ciebie :) I to świetna piosenka. A przepis na sorbert ląduje w zakładkach - przyda się, na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  2. a widziałam ten przepis robiła go chyba Agata w kuchni plus(dodawała miodek). polecam z wisienkami, mogą być takie w słoiku!

    OdpowiedzUsuń