poniedziałek, 7 maja 2012

Majowe rozkminy, torty i moje urodziny.

Jest wiosna. Nareszcie. Ja niezależnie od pory roku motam się między tym, co chcę, a  tym co powinnam. Tradycyjnie też przeżywam punkowo-medyczne rozbicie i chciałabym, żeby te puzzle, z których składa się moje życie wreszcie złożyły się w całość. Wciąż tkwię pomiędzy moim pragmatyzmem, a totalnym oderwaniem od rzeczywistości i roztrzepaniem. Niemal w jednej chwili umiem być rzeczowa oraz romantyczna i porywcza. I'm totally wierd. Wygląda na to, że ta wiosna jest końcem pewnych spraw w moim życiu, ale skoro jest końcem to i początkiem... I trochę czuję się, jak dziecko, które rozpakowuje prezent nie wiedząc, co znajdzie w środku i jest tak podekscytowane, że plączą mu się słowa i nie może ustać w miejscu.

Choć umownie, na całym świecie przyjmuje się, że to Nowy Rok jest czasem podsumowań, rozliczeń, postanowień, ja nigdy nie przykładałam się do tego większej wagi. Oczywiście zawsze mam jakieś oczekiwania i marzenia, o których wspominałam w noworocznym poście, ale raczej takie ogólne i są właśnie tymi marzeniami, które mogą, ale nie muszą się spełnić. Są celami, które mają napędzać, aby chciało mi się coś robić, ale niekoniecznie muszę je osiągnąć. 
Dla mnie okres prawdziwych podsumowań i zajrzenia w głąb siebie to  urodziny. Ten czas kończy i zaczyna pewien cykl w MOIM życiu i dotyczy bezpośrednio mnie.  Właściwie nie chce robić tego rozeznania, ale zamiana cyferki w rubryce w napisem wiek podświadomie to na mnie wymusza. Kładę się spać - myślę, siedzę sama - myślę, jadę rowerem - myślę. Analizuję, niby miniony rok, a ostatecznie całe życie i koniec końców dochodzę do wniosku, że nie mogę narzekać. Pewnie, czasami dostaję od losu po głowie, coś mnie spycha na dno, ale też coś mnie ciągnie ku szczytom. To jest MOJE ŻYCIE i nie zamieniałabym go na żadne inne.  Mogłabym się teraz kajać, bo w końcu niejeden błąd i głupotę zrobiłam, ale świat tak kopie nas po tyłkach, że chyba nie ma co dokładać sobie jeszcze więcej zmartwień... Wiem dokładnie kiedy zawaliłam i cieszę się, że umiałam to naprawić. W końcu ludzie robią czasami złe rzeczy i to nie czyni ich od razu okropnymi.  Sama nie wiem, kiedy nauczyłam się samodzielności. Tego, że ja na nikim nie polegam i niczego od nikogo nie oczekuję. Pewnie nie miałam wyjścia... Muszę mieć przysłowiowy nóż na gardle, żeby powiedzieć, że potrzebuję pomocy. Wiem, że jest to odrobinę chore, tym bardziej, że ja sama jestem supermocno otwarta na pomoc innym...

Obecnie jestem tam, gdzie chcę być, robię to, o czym zawsze marzyłam i dążę do celów, które sobie wyznaczyłam. Rozwijam się, poznaję nowych ludzi i trwam w starych już przyjaźniach. Dla mnie to ogromny postęp, bo ja nigdy nie budowałam zbyt bliskich i długoletnich więzi z ludźmi. Nie wiem, z czego to wynikało, ale jakoś za bardzo nie przywiązywałam do ludzi. A teraz jest mi naprawdę smutno, bo 90% bliskich mi osób żyje poza Poznaniem i nie mamy siebie na wyciągniecie ręki. Trochę wpadam w panikę, gdy pomyślę, że w czerwcu zostanę tu całkowicie sama. 
Niektórzy tęsknią za np. czasami kiedy byli w LO albo jakimś innym minionym okresem w ich życiu, ale czy ja chciałabym mieć znowu 15 czy 17 lat? Nie! 
Teraz wszystko jest lepsze, jaśniejsze, burza hormonów za mną, jestem mądrzejsza, świadoma siebie - swoich wad i zalet. Żyję i robię to, co chcę, z małymi ustępstwami i kompromisami, na które każdy czasami musi iść. Mam już jakieś doświadczenia życiowe, które są dla mnie tarczą, bo chronią przed błędami, które już kiedyś popełniałam. Tworzę dorosłe przyjaźnie z ludźmi, którzy nie znaleźli się w moim życiu przypadkiem, ale świadomie ich do niego zaprosiłam. Nauczyłam się odróżniać przyjaźnie od zwykłych znajomości i to jest dosyć cenne, zdaje się. Z biegiem lat zaczęłam doceniać to, jak bardzo się od siebie różnimy. Akceptuję dziwactwa moich bliskich, a nawet ich za nie bardziej cenię. Wiem, że inaczej muszę rozmawiać z moją rzeczową siostrą, emocjonalną mamą, zapominalską przyjaciółką czy praktycznym tatą.
Z biegiem lat zaczęłam dobrze dogadywać się z siostrami, bo teraz kiedy już wszystkie jesteśmy dorosłe konflikty, które wynikały z różnicy wieku, przestały mieć znaczenie. Płynnie stałyśmy się nie tylko siostrami, ale najlepszymi przyjaciółkami. Bezkonkurencyjnymi.
Mogłabym się zacząć mazać, ponieważ przecież nie mam na nic czasu. Związki, w których byłam sypały się, jak domki z kart. Tylko, że kiedy się z kimś wiązałam z moim życiu panował niezły bajzel, a harmonię i porządek osiągnęłam dopiero, jako singielka. Dlatego zawsze się śmieję, gdy ktoś mówi mi, że powinnam sobie ułożyć życie. Bo to, co mam teraz czym niby jest, jeżeli nie dorosłym,"ułożonym" życiem."? Robię to, co kocham, więc czy mogę, mam prawo oczekiwać czegoś więcej?
0062_a64c
Dużo energii pochłaniają moje studia, ale to jest mój wybór. Nie musiałabym tego robić, gdyby tylko powiedziała STOP, że ja wysiadam z tego życia. Jednak medycyna jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem i sprawia, że muszę się trochę wysilić, postarać się nieco. Jestem za ambitna, aby się poddać. Lubię brać na siebie tak dużo obowiązków, że ciężko mi je udźwignąć, lecz gdyby ich nie było, stałabym prawdziwie nieszczęśliwa.
Na szczęście medycyna nie jest całym moim życiem. Dostrzegam świat poza nią, dzięki czemu między innymi prowadzę tego bloga. Jedną z moich pasji jest w końcu gotowanie. Jest kilka innych rzeczy, na których się znam i lubię robić. Cieszę się, bo dają mi one poczucie wolności, tego, że w moim życiu mogę wybierać i to, że robię to, co robię nie wynika z tego, że zostałam na to skazana.
Choć jest wiele rzeczy, których mogłabym się przyczepić, to lubię moje życie. Czuję się świadoma, czuję, że w możliwie dużym stopniu udaje mi się nim kierować. Wiem, że jest wiele rzeczy, na które nie mam wpływu, ale myśl, że to, na co mogę wpłynąć biorę we własne ręce jest moim luksusem. Właściwie jedynym, którego oczekuję.
Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat będę równie zadowolona ze swojego życia, jak teraz. Bo ja znalazłam swój głos i mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się zainspirować innych, aby odnaleźli swój. Czy jest coś fajniejszego od posiadania pasji i zarażania nią innych?

Aby już nie przedłużać tego wywodu, a z racji, że to blog kulinarny, pokażę Wam, jak świętowałam urodziny, bo zaczęłam już 2 tygodnie wcześniej ;). W majówkę byłam w domu rodzinnym i udało mi się zrobić chyba najlepsze torty w mojej skromnej karierze kulinarnej. Ciekawe jest to, że torty polubiłam dopiero, kiedy zostałam weganką. Kiedy byłam dzieciakiem zjedzenie kawałka było dla mnie prawdziwą męczarnią.

Na początek domówka z zupą dhal ( nie załapała się na zdjęcie), bagietką z hummusem i kiełkami, sałatką "meksykańską" i cupcake'ami w 3 wersjach smakowych.






Ale to były tylko przedbiegi, bo na prawdziwy maraton urodzinowych słodkości pozwoliłam sobie w domu moich rodziców...

Cupcaki kokosowe z owocami





Strzałem w dziesiątkę okazały się jednak torty - jeden waniliowy z owocami, a drugi pinacolada, czyli kokos z duecie z ananasem. Nigdy jeszcze nie udało mi się zrobić tak delikatnych tortów. Czasami myślę, że naprawdę mogłabym to robić zawodowo lub przynajmniej półzawodowo.





Najwięcej emocji, jeszcze podczas sesji wzbudził tort pinacolda...











Świętowałam też w poznańskim "Kwadracie" w niedzielę i dziś świętuję ostatecznie z siostrą i siostrzenicą. I chyba na tym koniec, ponieważ ile można...?

A potem zniknę gdzieś miedzy podręcznikiem A, a podręcznikiem B. I obym się odnalazła z powrotem...

To, co umieszczę tego dnia na blogu było dla mnie jasne od dawna..., choć sam utwór nie dotyczy szczęśliwie mojej osoby, jest dla mnie swego rodzaju przestrogą.


You're twenty-five and you're barely alive
Blood's still running through your body
but your spirit's long since died
You've trained yourself to keep your distance
In the sand you've drawn your line
So afraid of people's expectations
In constant battle with your mind
You have become what you hate the most
An apathetic old man with a grudge
Succumbing to life's pressures without fight
Why do you stay here?
Because your fucking pride has buried you alive
in this debris of shit blown out of proportion
in your maladjusted mind
You think that you're so fucking different
But you just tow the same old lines
Leading to this sicking ship
Living in constant fear of time
Opportunity arises and you don't care
You project an image of no hope
But I've looked into your
eyes and seen it there
You'd love to smash this
world that's put
you in the state you're in
twenty-five
It's your life
But still you try to deny
Everything you feel inside
It's time to cut their fucking line



A druga piosenka i ta zdecydowanie bardziej wpasowuje się w moje poplątane życie:



Live fast, die young
Bad girls do it well

15 komentarzy:

  1. Piękne torty, muffinki, przekąski... Najlepszego!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego najlepszego, tak trzymać:)) I zarzuć prosze przepisami na te torty. Robiłam już dwa z Twoich przepisów i za każdym razem były pyszne. A teraz okazja się zbliża, więc chętnie znowu coś upiekę...
    Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki! Wrzucę te przepisy, ale nie prędzej niż za miesiąc, ponieważ teraz naprawdę nie mam czasu. :) Ale za to spędziłam bardzo miły dzień dzisiaj i to się chyba liczy! :)

      Usuń
  3. O rany! Ale pyszne menu! Czekamy na przepisy gdy tylko znajdziesz chwilkę ;)

    A z okazji urodzin - dużo szczęścia i kolejnych apetycznych potraw na stole! Oby wena nigdy się nie skończyła! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję! Mam nadzieję, że wena mi nigdy nie minie, bo w końcu inspiracji zewsząd co nie miara :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Torty były naprawdę pyszne! Potwierdzam :) A najbardziej podobają mi się zdjęcia Maryśki dobierającej się do ciasta ;)
    Jeszcze raz NAJLEPSZEGO!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No słodziarsko wyszły te zdjęcia, dlatego je umieściłam.

      Usuń
  6. 100 lat babciu !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany! Jaki dowcipniś! Ja tu mam kryzys wieku średniego, a Ty mi tak dokuczasz! ;)

      żartuję, wczoraj, pewien chłopiec powiedział, że myślał, że ja góra 21 lat mam, więc mnie trochę urodzinowy stres opuścił. Choć z drugiej strony, jak mnie mają poważnie traktować, jak ja wyglądam, jak taki dzieciak. ;/

      Usuń
    2. A co ja mam powiedzieć prowadząc zajęcia ze studentami z takim wyglądem :)

      Usuń
    3. hahaha! Bo my, Moja Droga, poza rozchwianiem emocjonalnym, odziedziczyłyśmy też gen młodości i najpewniej niektórzy nas za to nienawidzą! HA!

      Usuń
  7. a krem/masę do pinacolady zrobiłaś z budyniu na mleku koko i zmiksowanych ananaskach? Bardzo mnie to ciekawi, marzy mi się taki torcik

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie, tym razem żadnego budyniu. Generalnie wymieszałam "śmietankę z mleka koko odstawionego na dzień w lodówce, wymieszanego z smietanfixsem, cukrem pudrem i zmielonymi płatkami koko. Kiedyś będzie przepis, ale teraz naprawdę busy, busy. Gdyby był na budyniu byłby chyba dużo cięższy, a tak oba torciki wyszły super delikatnie.

    OdpowiedzUsuń