piątek, 6 kwietnia 2012

that's why I don't eat animals.

Jakoś tak jest, że chodzą po tym świecie ludzie, dla których niektóre rzeczy zawsze będą niepojęte. Też to mam czasami, bo niepojęty jest dla mnie faszyzm, nazizm, nacjonalizm, seksizm, szowinizm, wojny, głód, podziały na świecie oraz to, jak mało w nas jest dobrego, a jak dużo złego lub też dlaczego większym szacunkiem cieszą się osoby chamskie i niemiłe, które mają wszystko i wszystkich gdzieś niż dobre i fajne, na które każdy może liczyć. Wiele innych kwestii też nie pojmuję, ale nie czas to i miejsce, aby się nad tym rozwodzić. 
Otóż mój weganizm dla przykładu, boli niektórych bardzo i jakoś się nim "przejmują" w sposób dla mnie niewytłumaczalny... Ludzie, z którymi nic mnie nie łączy. Zgryźliwi, niemili, wszystkowiedzący pseudointelektualiści. Niektórzy są bardzo natarczywi i wtedy myślę sobie, że chyba jakiś przemył mięsny czy mleczarski ich chyba zatrudnia, aby zatruli weganom życie! Uwielbiają trywializować wartości, którymi kierują się w życiu inni, a gloryfikują swoje, które dla mnie są bardzo wątpliwe... 
Z tym, że mnie nauczyła mama i tata też mnie nauczył, a potem życie dodało swoje 3 grosze, że każdy jest inny i nic mi do tego, do czasu, kiedy nie krzywdzi innych. Dlatego ja tam nie za bardzo wnikam w życie obcych mi ludzi ( bo w życie bliskich to chcę, mogę i powinnam!). Tak więc, jak ktoś kpi mi w oczy z mojego weganizmu, to nie może oczekiwać ode mnie sympatii i przychylności. Bo to jest dla mnie ważne! Kiedy po raz kolejny, ktoś rzuca do mnie tekstem: "przecież Ty nic jesz", to ręce i głowa mi opadają... Wtedy myślę: "I po co ja tego bloga w ogóle prowadzę?" Tym bardziej, że jedzenie to taki "efekt uboczny" weganizmu. Z racji jednak, że jedzenie, to czynność codzienna jest chyba poruszana najczęściej...
To, co dzieje w mojej głowie to jedno, a w rzeczywistości staram się nie wyprowadzić z równowagi i spokojnie argumentować. Nie zawsze wychodzi... Czasami to takie "walenie grochem o ścianę". 
Inna sprawa, że niektórym nic się nie wytłumaczy i już nawet nie chodzi, o to, żeby ich przekonać do zmiany podejścia do zwierząt, ale chociaż o nauczenie ich akceptacji dla odmiennych poglądów, żeby mi dali spokój i pozwoli w szczęściu i nieszczęściu, zdrowiu i chorobie, żyć tak, jak chcę.  
No dobra, ale o co mi chodzi? I o co w tym całym weganizmie chodzi?
A no o zwierzęta! Nie będę ukrywać odpowiadając, że jest to mój personalny wybór i nie chce o tym rozmawiać. Tu chodzi przede wszystkim o zwierzęta. O to, że nie chcę przyczyniać się do ich eksploatacji, wyzysku, cierpienia. To, że są od nas słabsze, nie oznacza, ze mamy prawo je zabijać i zjadać. Wiadomo nie od dziś, że są zdolne do odczuwania, przywiązania
Tak, tak. Pomyślcie tak logicznie, czy gdyby chodziło o coś innego, to czy zdrowa dziewucha narażałaby się na wykluczenie społeczne, kpiny i wszystko to, co wiąże się w wybraniem innej ścieżki niż większość? Raczej nie, prawda?  
Jestem weganką, bo nie chce zabijać i wyzyskiwać zwierząt. Proste? Niby tak, ale niekoniecznie. Dla mnie to nie są TYLKO zwierzęta i traktowanie ich, jako "sługasów" ludzi, kompletnie mi nie pasuje i jest niczym innym, jak szowinizmem gatunkowym ( gatunkowizmem). I teraz pewnie, ktoś po drugiej stronie, wybucha gromkim śmiechem i puka się w głowę "co ta dziewucha wymyśliła! Gatunkowizm? Przecież nie ma czegoś takiego!". Ha! A właśnie, że jest i pojęcie to swobodnie funkcjonuje we współczesnej filozofii i etyce, rozpropagowane ( aczkolwiek nie wymyślone) przez Petera Singera. Ja niestety nie jestem na tyle mądra, aby coś takiego wymyślić. 
Ale nie będę gmatwać tego wywodu bardziej i rozpisywać się o gatunkowizmie, gdyż są od tego ludzie mądrzejsi niż ja.
Od początku więc, po pierwsze w weganizmie chodzi o zwierzęta. Ja ich jeść ani eksploatować nie będę. Nie dlatego, że tak bardzo je kocham, ale dlatego, że je szanuję i  nie uważam, że jako człowiek, mam prawo decydować o ich życiu i śmierci. Nie mam. A poza tym, ja czuję się związana z naturą, dorastałam na wsi, w otoczeniu lasów, łąk i jezior. Takie jedzenie mięsa to mi się dosyć niezgodne z tą naturą wydaje. Jakoś tak myślę, że kiedy mam wybierać, to zawsze wybiorę życie - a mięso to śmierć przecież. 
Czasami słyszę argumenty w stylu, że ludzie od zarania wieków jedli zwierzęta itp.itd. Ludzie nie jedli mięsa od zarania wieków, bo na początku ludzie nie mieli ani broni, ani ognia i trudnili się zbieractwem i jedli roślinki. Cała reszta rozwinęła się później i być może pozwoliła człowiekowi na jakimś tam etapie przetrwać, ale obecnie jest całkowicie zbędna. Teraz jedzenie mięsa odbieram jako taką trochę autodestrukcję, ponieważ ani to zdrowe i dobre dla naszego ciała i  umysłu również, ani też nie jest przyjazne dla środowiska. Lub jest też rodzajem pokrętnego hedonizmu - "tak bardzo lubię mięso, że nie mogę z niego zrezygnować", czyli jedzenie mięsa, jako główne źródło przyjemności w życiu, którego choć wiąże się z niewyobrażalnym cierpieniem, nie potrafimy sobie odmówić...
Tak uważam, jeżeli się ze mną nie zgadzasz, ok, ale pozwól mi trwać przy swoim. 
Drugim, całkiem niegłupim powodem, dla którego warto rozważyć weganizm, jest wspomniane już przeze mnie środowisko. I nie będę się na ten temat za bardzo rozpisywać, ale taką tajemnicą poliszynela jest to, że przemysł mięsny i mleczarki robią środowisku naturalnemu niezłą krzywdę, obrazowo rzecz ujmując.
Zanieczyszczają wszystko - od gleby poczynając, na wodzie i powietrzu kończąc. Na ten temat znajdziecie w sieci mnóstwo informacji,  a ja wolę w tym poście zawrzeć moje osobiste odczucia, niż zasypywać Was zatrważającymi danymi statystycznymi...
To, co przemawia za dietą, która jest elementem weganizmu to fakt, że jest zdrowa. KAŻDA ŹLE SKOMPONOWANA DIETA  JEST SZKODLIWA I PROWADZI DO NIEDOBORÓW I CHORÓB. Za to dobrze skomponowana dieta wegańska, w świetle obecnych badań, wydaje się być bardzo korzystna, chroni przede wszystkim przed chorobami cywilizacyjnymi, czyli jednej z większych bolączek współczesnej medycyny. 
Kiedy mówię czasami, że znam dzieci na diecie wegańskiej i na pytanie "czy rozwijają się prawidłowo i czy nie są na nic uczulone" omal nie wybuchałam śmiechem, bo po pierwsze rozwijają się świetnie, a po drugie znam całe rzesze chorowitych, alergicznych dzieci na diecie tzw. tradycyjnej. Hm... 
Myślę, choć nie mam tu żadnych danych, że statystycznie weganie są zdrowsi od przeciętnej populacji. Jedzą zdrowiej, bardziej świadomie, w większości znanych mi przypadków unikają śmieciowego, czyli fastfoodowego jedzenia. Weganizm wychodzi im na zdrowie! :)


Co mogłabym jeszcze w tym temacie napisać? Zastanawiam się, bo tak naprawdę kwestii wartych poruszenia jest nieskończenie wiele. Wiem, że wielu osobom często nie mieści się w głowie, co ja (biedna!) zrobię, kiedy matką zostanę. Skąd ten pomysł, że muszę czy chcę? Nie wiem, ale weźmy pod  uwagę sytuację, w której tak się jednak dzieje. Zamierzam żyć dalej tak, jak żyję, jeść tak jak jem, w dodatku moje potomstwo też tak karmić. Skoro nie odczuwam zagrożenia dietą wegańską dla siebie, to również nie będę miała żadnych obiekcji, aby dziecko wychować "na weganie". Zostawmy jednak ten temat, bo w tym momencie jest dla mnie bardziej abstrakcyjny, niż taki lot w kosmos na przykład. Jedynie czasami myślę, że spoko byłoby mieć dziecko, żaby pokazać, że się da. Tyle, że posiadanie dziecka, aby udowadniać komuś cokolwiek byłoby z kolei baaaardzo złym pomysłem. Także, raz jeszcze, zostawmy ten temat w spokoju. 
A tak w ogóle, to krąży sobie po świecie taka ładna książeczka dla dzieci:



Zastanawiam się, jakie byłoby najbardziej trafne zakończenie mojego wywodu... Spróbuję tak:
Kiedy miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć, czym jest dla mnie weganizm, mogłabym rzucić taki oczywisty "suchar", w stylu: "Weganizm jest wybranym przeze mnie, całkowicie świadomie, stylem życia odrzucającym jakiekolwiek wykorzystywanie zwierząt i produktów pochodzenia zwierzęcego."
A tak szczerze, bardziej od siebie? Czymś, co nadaje jakiś sens codzienności. Sprawia, że moje życie wydaje się bardziej wartościowe. Weganizm, ze wszystkimi swoimi konsekwencjami, jest tym, co "utrzymuje mnie na powierzchni" podczas, gdy zawodzi miłość, przyjaźń, znajomi, którzy mieszają w moim życiu, a potem znikają bez słowa. Weganim jest czymś stałym, pewnym, czymś, czego mogę się trzymać, czymś, w co mogę wierzyć.
I w sumie podobne słowa mogłabym napisać o medycynie, o punkrocku, o muzyce. O rodzinie, o bliskich, a czasami o zupełnie nieznajomych.
Takie osobiste podsumowanie! Trochę zaleciało EMO, ale emo bywam form time to time! ;)

Teraz już będzie lepiej! Będzie mniej żalenia się, a więcej "bright sides of life". Mniej tego brzydkiego świata, który nie jest mój, a więcej tego ładnego, który sobie tworzymy my.

Miłego!

12 komentarzy:

  1. Mam podobne odczucia jak Ty. Niestety pozostaję w nich sama. Cała moja rodzina i znajomi zajadają się produktami odzwierzęcymi. W towarzystwie często robię za taką "ciekawostkę". Mój styl życia wymaga czasem jedzenia na mieście. Opadają mi ręce, gdy słyszę od kelnerów w nienajtańszej restauracji, że placków ziemniaczanych nie da się zrobić bez jajka, sos pomidorowy do makaronu to naśmietanie musi być i ogólnie to mogę sobie zamówić sałatkę i chleb. Ile stresu kosztują mnie takie sytuacje.....Przede mna wielkanoc w gronie rodziny bliższej i dalszej, a więc pytania - to jajek nie zjesz, przecież to tradycja? To co Ty będziesz jadła?

    Czasami myślę, że gdyby nie wiara, że za ileś lat ludzie ze zdziwieniem będą czytać, że kiedyś jedzono zwierzęta i trzymano je w skrajnie złych warunkach to bym nie dała rady.

    Przyznam się, że mój partner jest wszystkojadem, który ze względu na mnie prawie nie je mięsa, ale nie przywiązuje do tego idelogicznej wagi, bo on właśnie uważa ze zwierzę pasące się wolno i potem zabite to jest całkiem ok. Dlatego też jada jajka ze wsi itd. UWaża że w naturze takie zwierzę konało by z głodu na starość albo drapieżnik by je rozszarpał, więc on nie widzi problemu. Dlaczego o tym wspominam? Bo pomimo że doswiadczam nietolerancji ze strony mięsożerców ze względu na styl życia który wybrałam to niestety doswiadczam jej także ze strony wegan, którzy uważają że to jest nienormalne żeby weganka miała udaną relację z nieweganinem, że tak wielka różnica poglądów jest po prostu dziwna. Tylko że ja jestem weganką od dwóch lat, a z moiom facetem jestem od siedmiu. To co mam zrobić, zostawić go, bo nie odczuwa tej empatii, którą ja czuję? Oczywiście że chciałabym żeby pewne rzeczy się zmieniły, ale na niektóre niemam wpływu. i boli mnie jak ludzie o tych samych przecież poglądach i wrażliwości potrafią być tak raniący. A przecież sami też mają mięsożerne rodziny i nawet może znajomych czy przyjaciół albo w ogóle ludzi, których darzą szacunkiem.
    Myślę że taka postawa jest też kompletnie bez sensu, bo jeżeli chcemy dotrzeć z naszym przekazem do ludzi różnych, w różnym wieku to musimy liczyc się z tym, że tacy np 30latkowie mają już zwykle ułożone życie - małżonków, znajomych i przyjaciół, którzy niekoniecznie na weganizm przejdą.

    Ogólnie to się rozpisałam, a chciałam po prostu powiedzieć: ludzie nie skreślajcie nikogo i uważajcie na słowa. A tak w ogóle to WEsołych Świąt życzę

    Basia





    prawie nie je mięsa, bo obiady zwykle jadamy razem,a jemu odpowiada moja kuchnia. Niestety pomimo wiedzy

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę,że mi zdanie ze środka wyskoczyło, tak to jest jak się nie sprawdza treści przed wstawieniem komenta, haha, jeszcze raz DObrych świąt

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja mama jest otyłą kobietą cierpiącą na nadciśnienie tętnicze. Ma problem, żeby wstać z łóżka, wejść po schodach na czwarte piętro czy odkurzyć mieszkanie. Jest córką otyłej kobiety cierpiącej na cukrzycę, nadciśnienie, nadczynność tarczycy, mającej problemy z poruszaniem się, oddawaniem moczu, wypróżnianiem (z tym ostatnim poszła ostatnio do lekarza, który przepisał jej... błonnik, bo moja babcia żywi się wyłącznie wędlinami i mięsem, które zawsze jest smażone i mocno zasolone), ma problemy z pamięcią i jest agresywna (na szczęście tylko słownie). Mój dziadek zmarł na raka prostaty, ojciec ma z prostatą problemy i ma nadciśnienie. Wszyscy oni są mięsożercami, którzy o weganizmie nie chcą nawet słuchać.

    Ostatnio się dowiedziałam, że jestem dziwna, bo "szyneczkę" nazwałam kawałkiem wędzonej dupy świni, której jedzenie grozi rakiem odbytu.
    Jestem dziwna, bo jem soczewicę.
    Moja mama się o mnie martwi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak to już z nami jest... z weganami i nie-weganami... Brakuje nam w tym wszystkim zwykłego zrozumienia i poszanowania poglądów odmiennych od naszych :) Pamiętam moją frustrację, kiedy jeszcze jadłam mięso, a mój znajomy wegan krytykował na każdym kroku mój talerz. Znajomość się tak właściwie skończyła, sama z siebie... bo poza opowiadaniem o weganizmie i krytykowaniem mojego talerza nie było innych tematów do rozmowy :)
    Teraz mięsa nie jadam. Jest mi z tym dobrze... i nie mam zamiaru wciskać komuś takiej diety na siłę :) Mam szczwany plan pokazać samą sobą, że na diecie roślinnej da się żyć, ba nawet żyć zdrowiej, lepiej. Jestem upartą osóbką i chyba już większość moich znajomych i rodziny wie, że w tej kwestii nie ma o czym dyskutować a ich argumenty o braku białka, żelaza, jedzeniu trawy etc. są wyssane z palca i bez problemu je spacyfikuję :)

    Basiu! Mój mężczyzna też je to, co ja ugotuję. Jada mięso,rzadko, a ja mu tego nie zabraniam. To był mój wybór... on musi sam do tego dojść... tak jak ja... Nie mam obecnie wśród swoich znajomych wegan, więc nikt nie komentuje w taki sposób naszego związku... Myślę, że gdyby jednak ktoś taki się pojawił straciłby w moich oczach i głęboko zastanowiłabym się nad dalszą znajomością w przypadku braku akceptacji takiego stanu rzeczy :)

    Właściwie, to w weganizmie tak propagowanym przez mojego dawnego znajomego, denerwował mnie brak akceptacji z jego strony co do moich wówczas odmiennych poglądów. Dlatego nawet nie śmiałam myśleć o takim stylu życia. Na pewno inaczej podeszłabym do tematu gdyby pokazano mi co i jak... gdyby dano mi przykład... a nie próbowano przeciagnąć na swoją stronę krytykując to, co do tej pory było dla mnie naturalne, wyuczone...

    Pozdrawiam
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedzę, że sporo rozpisujecie się o związkach z mięsożercami. Ja nie mogę się zupełnie wypowiedzieć. Jestem od prawie 2 lat singlem i nie zapowiada się na zmianę. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić siebie w jakimkolwiek związku.

      Co do wegan co dręczą miesożerców, to słyszałam, że tacy występują. Ja się przyjaźnie z każdym, kto wydaje się być wartościowy i zawartośc talerza mimo wszystko nie ma znaczenia.
      Staram się promować weganizm, ale raczej przez pozytywne wzorce niż natarczywe marudzenie.

      Usuń
    2. i TO się chwali :)
      Od ludzi wciskających coś na siłę, wolę tych inspirujących swoją osobą, pokazujących na swoim przykładzie, że ich przekonania nie są jakimiś bajkami :)

      Pozdrawiam
      Marta

      Usuń
  5. a ja chciałem tylko powiedzieć, że zazdroszczę, zupełnie bez ironii, tego, iż można odnaleźć sens codzienności czy to, co "utrzymuje na powierzchni" w tak prostych czynnościach jak właśnie teoretycznie tylko i wyłącznie dieta. tyle, pozazdrościć.
    miłego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba, niestety krs nie zrozumiałeś o co mi chodzi lub też źle się wyraziłam. Weganizm to nie jest dieta, ale cała filozofia życia, wybory codzienne i zupełnie niecodzienne.
      Taka droga, którą wybrałam. Każdy ma coś w co wierzy: dla mnie jest to medycyna, weganizm, przyjaciele i rodzina i cały ten punkrock. TO mój wentyl bezpieczeństwa psychicznego.
      Tyle. Miłego.

      Usuń
  6. zrozumiałem doskonale - podkreśliłem umyślnie, iż teoretycznie jest to tylko i wyłącznie dieta, a jednak, jak napisałaś w poście powyżej, coś zupełnie więcej niż tylko przebywanie w kuchni, co też rozumiem. i to jest właśnie fantastyczne, godne podpatrzenia i inspiracji do odnalezienia takiej niszy dla siebie. ;) yo, pozdro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. owszem, można znaleźć niepełne definicje weganizmu, które sprowadzają go wyłącznie do diety, ale są one niepełne i najprawdopodobniej stworzone przez ludzi, którzy nie rozumieją na czym on polega. Tak więc teoretycznie weganizm to coś znacznie więcej niż dieta i szkoda, że tak często jest do niej sprowadzana.
      Na szczęście coraz więcej pojawia się poprawnych określeń, które podkreślają etyczne pobudki. Od siebie dodałabym jeszcze tyle, że dla mnie weganizm znaczy bojkot, ale to juz praktycznie temat na kolejny post. Chyba niedoczekanie...

      Usuń
  7. To ja dopiszę swoje trzy grosze. Po pierwsze dla mnie przejście na ścisły weganizm było na początku formą buntu, takim wybuchem samoświadomości, wykrzyczeniem swojego zdania na temat konsumpcyjnego życia. Co do powodów ideologicznych mogę się podpisać pod każdym słowem które Maddy napisała. Weganizm nie jest dla mnie wyłącznie dietą, a stylem życia, sposobem dbania o siebie, swoje otoczenie i ziemię.
    Po drugie, też jestem w związku z mięsożercą i przyznaję, że bywa trudno. On nie gotuje, je to co ja przygotuję i nie narzeka (śniadania i kolacje, obiady w pracy, podejrzewam że mięsne). Zdarzają nam się spięcia, bo on najchętniej odżywiałby się śledziami w śmietanie i czipsami o smaku bekonu a ja chciałabym żeby nasze posiłki były pełnowartościowe, właściwie zbalansowane odżywczo i etyczne. Nie chcę mu narzucać swojej wizji świata, oczekuję tolerancji więc sama toleruję chociaż nie wszystko mi się podoba. Czasem jak spędzam godzinę w kuchni a mój chłopak potem mówi "po co ty się tak męczysz ja mogę zjeść byle co", to mi się płakać chce, bo ja nie chcę żeby on jadł byle co i boli mnie jego ignorancja.
    Czasem jednak żeby mu zrobić przyjemność gotuję coś mięsnego lub rybnego. Brzydzę się tym i mam poczucie winy później nie tylko dlatego że zrobiłam coś przeciw swoim przekonaniom, ale też mam świadomość że z takim nastawieniem ładuję w taki posiłek mnóstwo negatywnej energii (mam bzika na tym punkcie).
    Komentarze otoczenia typowe, wszyscy weganie słyszą pewnie to samo. Mieszkam daleko od rodziców, więc rzadko słyszę od nich "To co ty właściwie jesz?" Prawie w każdą niedzielę chodzimy na obiad do mamy mojego chłopaka (którą uwielbiam). Wiem jak ona się zawsze stara, żebym miała do jedzenia coś więcej niż ziemniaki i surówkę. Ciasto przynoszę ja. Niby wszystko ok, ale atmosfera bywa dziwna bo głupio komuś zaglądać do garów, a mimo że mnóstwo już było rozmów to ciągle się zdarza zdziwione "Jak to, to żółtego sera też nie jesz?"
    Mam świadomość że wybrałam właściwą drogę i konsekwentnie się jej trzymam. Nad chłopakiem pracuję, ale nienachalnie. Ja mam mnóstwo wad i on je wszystkie akceptuje. Jak jemy na szybko na mieście to jemu wystarczy pierwszy napotkany fast food a ja muszę pochodzić popytać żeby znaleźć coś jadalnego dla siebie. On to cierpliwie znosi, czasem się za mną wstawi jak trafimy na arogancki serwis (oj słyszałam dokładnie to samo o plackach ziemniaczanych co Basia wyżej).
    Na pocieszenie mam to że coraz więcej osób (niestety tylko tych z młodszego pokolenia) w moim otoczniu ogranicza spożycie mięsa. Z pracy na lunch chodzimy gromadnie do baru sałatkowego chociaż bliżej jest kebab i mcdonald. Tak sobie myślę, że na początek różnica pomiędzy kanapką z szynką a kanapką z żółtym serem to wielka zmiana. Ja w końcu kiedyś też od tego zaczynałam :-)
    Pozdrawiam wiosennie,
    Arielka

    OdpowiedzUsuń
  8. To jest temat rzeka...ja powiem szczerze, że jeszcze całkowitym weganem nie jestem bardziej wegetarianinem ale tak naprawde to po głowie mi chodzi vitarianizm, tylko ze to już bardziej wymaga zdecydowania sie na jedzenie surowizny a nie wiem czy jestem na to gotowy, chociaż chyba nigdy do końca nie jest się gotowym...

    OdpowiedzUsuń