poniedziałek, 13 lutego 2012

Was gibt's Neues? Berliiiin! :)


Kiedy za długo siedzi się z jednym miejscu, można zacząć trochę świrować. Czasami wydaje mi się, że mam usposobienie takiego Nomada. Bardziej pasuje do mnie koczowniczy niż osiadły tryb życia. Bez stałego miejsca zamieszkania.
Każdy, kto zagląda tu od czasu do czasu, wie że mam słabość do kilku rzeczy. Zalicza się do nich też stolica kraju na zachód od PL. Nawet zima i znienawidzony przez mnie mróz nie zdołały odwieźć mnie od pomysłu odwiedzenia mojego ulubionego Berlina. Żałuję, że tak krótko mogłam tam pobyć, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Czerpałam z pobytu pełnymi garściami, aby móc się cieszyć przebytymi tam chwilami jaszcze długo po powrocie do domu. 
Berlin okazał się fantastycznym miejscem, nawet o tak niefantastycznej porze roku, jaką teraz mamy...
Dawno się tyle nie nachodziłam, nie jadłam tak pysznego falafela ( to chyba nigdy!), tak sympatycznie nie przegadałam połowy nocy i nie byłam na tak fajnym koncercie. :) Za dużo dobrego? Oczywiście, że nie, bo dobrego nigdy nie za wiele... 

... Berlin nawet zimą jest słoneczny...




... tylko, ja jakaś taka niewyraźna...



... może dlatego, że byłam już głodna....

...więc poszłam na falafela  .....




Jak dla mnie samo miejsce jest trochę komiczne, bo "King of Falafel" jest wybitnie małe. Falafele (i chyba prawie całą resztę) przygotowuje taka przemiła "babiczka". Dlatego jedząc tam można poczuć się tak trochę, jak u babci na obiedzie. Niby fastfood, a jednak slowfood. Żeby było milej, poczęstowała nas ona herbatą i przyniosła miseczkę winogron, w trakcie, kiedy pałaszowaliśmy przygotowane dla nas falafele. Urocze, prawda?  
Ja jadłam falafela z humusem i vegeloumi (tofu przyrządzone na styl tureckiego sera). Był pyszny i  baaaaardzo bogaty w warzywa, a co za tym idzie naprawdę sycący. Cena 3,5 euro, czyli niewiele za coś tak dobrego i świeżego, przygotowanego metodą 100% d.i.y.
Oprócz humusu, była jaszcze do wyboru opcja pasty orzechowej, którą na pewno wypróbuję przy kolejnej okazji, ale chyba poczekam do wiosny, bo lubię przesiadywać na krawężnikach z jedzeniem lub kawą na wynos, a obecnie, pogoda mi tego nie ułatwia... ;) 
A więc Moi Mili, jeżeli będziecie w Berlinie i najdzie Was ochota na zjedzenie pysznego falafela to zdecydowanie polecam wizytę na Kreuzbergu - The King of Falafel - Mo's kleiner Imbiss przy Graefestrasse 9 to falafelowa pierwsza liga.

Po jedzeniu było już nieco lepiej:


Z Berlina przywiozłam sobie ( poza górą jedzenia takiego, jak tofu, tempeh, jogurty) naprawdę dwie fajne rzeczy. LP Alpinist, którego jeszcze nie miałam, a jako wielka miłośniczka twórczości chłopaków z Muenster :), musiałam go mieć...:)
A teraz uwaga: kolejnym nabytkiem jest książka kucharska i to... po niemiecku. Jest to pierwsza wegańska książka kucharska, jaką posiadam. Uwielbiam czytać i lubię mieć dobre lektury na półce, w tym te traktujące o sztuce gotowania. Jak to w życiu bywa, zawsze jednak były ważniejsze wydatki, pomijając już fakt, że nie mam do nich takiego dostępu, gdyż w rodzimych księgarniach  możliwe są tylko na zamówienie i oczywiście są bardzo drogie. Nie mogę więc też liczyć na taki prezent ze strony najbliższych. Zawsze wychodziłam z założenia, że dostęp do tak fanatycznych blogów kulinarnych musi mi wystarczyć i że książki kucharskie nie są niezbędne. 
Powoli dotarło do mnie, że pasajonat/ka gotowania bez takich lektur na półce, jest jak lekarz bez stetoskopu, dlatego postanowiłam nabyć pierwszą książkę. Wpadała mi w ręce w Veganz i choć nie jest może najgrubsza, to zawiera większość podstawowych przepisów na wegańskie dania, ale zupełnie innowacyjne dla mnie potrawy. Co ważne, składniki dań nie są wymyślne (jak dla kuchni wegańskiej, choć to, co dla mnie normalne, dla wielu moich znajomych albo np. dla babci nie jest dobrze znane), a to jest zawsze na plus.

Poniżej mały rzut na mój nowy nabytek



















Soundtrack na najbiższy czas to oczywiście Alpinist - Lichtlaerm  ! Pięknie.

Berlin=loveeee! 

12 komentarzy:

  1. Dokładnie! mimo tego, że niektóre blogi to czysta kopalnia wiedzy, książki bywają niezastąpione:)
    Nigdy nie byłam w Berlinie, ale fajne, że Twoje zdjęcia przedstawiają go od takiej "codziennej" strony. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. bo Berlin właśnie najbardziej zachwyca mnie od tej codziennej strony. Wydaje się, że tam naprawdę dobrze się żyje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię to miasto, chociaż byłam tam raz i to dawno temu

    OdpowiedzUsuń
  4. Ej! Ja chcę do Berlina następnym razem. Ten falafel kusi, szczególnie sos orzechowy. Mam nadzieję, że Berlin postawił Cię na nogi, podładowałaś akumulatory i będziesz miała dużo sił na niedzielny atak kaszowy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciesze sie ze sie cieszysz ;-) Fajnie bylo w piatek. Szkoda ze tak krotko ale obowiazki, obowiazki. Nastepnym razem obiecuje wiecej (wodki) :-p

    OdpowiedzUsuń
  6. ... i dzieki za pomoc przy blogu! dzis juz sam wrucilem filmik! badz ze mnie dumna!

    OdpowiedzUsuń
  7. Lenin, ja jestem z Ciebie baaaardzo dumna! :P a wódkę to chyba ja mogę obiecać, ale proszę, nie każ mi jej pić ;P

    OdpowiedzUsuń
  8. Wszystko pięknie, tylko ktoś rąbnął koło w rowerze (zdjęcie pod "mostem", prawa strona) ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. dosyć powszechny obraz w Berlinie:) dużo pozostawionych/porzuconych rowerów bez jednego koła. Myślę, że niektórzy celowo zabierają je ze sobą. Ale znam też osoby, które tam mieszkają/ mieszkały i straciły koła przy swoich rowerach. Berlin w całej swojej cudowności nie jest wolny od rowerowych kradzieży.

    OdpowiedzUsuń
  10. jaram się obydwoma z zakupów! po pierwszej, za alpinist też przepadam, po drugie - jako "fanka" (psycho) niemiec - książka - mega czad, zwłaszcza to truskawkowe tiramisu. sama ostatnio przywiozlam ppodrecznik o francuskiej kuchni wegearianskiej - niespotykane, po francusku, mimo ze moja znajomosc tego jezyka jest praktycznie zerowa, ale mam nadzieje ze kolekcja moich ksiazek kucharskich w jezykach innych niz polski - bo takich nie chce, zacznie nagle gwaltownie rosnac :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w sumie myślę, że można by mnie nazwać psychofanką Berlina i nie byłoby to zbytnie nadużycie! :D
      A fajne zagraniczne książki kucharskie to samo dobro... :D

      Usuń