wtorek, 10 stycznia 2012

Meksykańskie Brownies z polewą kawową! // We're only young and naive still...

Wracam pamięcią do minionego już roku. 
Maj to jeden z najbardziej zagadkowych miesięcy, jaki mi się przytrafił od wielu lat.  Miesiąc, w którym już całkowicie "otrzepałam się" z rozmaitych "wypadków życiowych". Sama sobie zresztą na nie naiwnie zapracowałam. Właściwie nie wiem, jak i kiedy, ale chyba jakiś ciepły wiatr zdmuchnął ciemne chmury znad mojej rozczochranej głowy i ruszyłam w coś w rodzaju podróży w poszukiwaniu...siebie. Dzisiaj już wiem, kim jestem i czego chcę, ale to nie zmienia faktu, że szukam dalej i odkrywam coraz więcej.  Jest to dla mnie niezmierzone źródło energii i radości oraz oczywiście nadziei na coś nowego. 
Mój śmiech znowu stał szczery i zaraźliwy. 

Tym samym, ogromnym zaskoczeniem był moment, kiedy okazało się, że ktoś z bliskiego otoczenia postanowił mnie wykluczyć z mojego, dotąd bezpiecznego i stosunkowo pewnego świata, tłumacząc komuś innemu ( komuś kto zna mnie najlepiej, jest zawsze najbliżej i wie, co się ze mną dzieje, jedynej osobie, która się za mną wstawiła..), że nie jestem wystarczająco fajna. (sic!) Wkurzał tę osobę mój smutek... ( hmm... smutek, który w tamtym czasie był już bardzo daleko za mną). Cała sytuacja dla mnie samej była totalnie absurdalna, śmieszna, ale uświadomiła, że moje przeczucia z reguły są słuszne. Nie interesowałam się nigdy zdaniem tej osoby na mój temat, bo jakoś nie było nam do siebie pod drodze. Tym bardziej, dziwił mnie fakt, że przeszkadzałam komuś, z kim jedynie mijam się w drzwiach.  Przywołała wspomnienia sprzed wielu lat. Byłam odmieńcem i dziwolągiem w podstawówce. Mój tata był dyrektorem szkoły, do której chodziłam i to ciążyło. W dodatku nie wzorowałam się na koleżankach, ale na starszych siostrach, więc w 5 klasie zamiast kelly family, słuchałam punka. Nosiłam bojówki i bluzy z kapturem, które wtedy nie były zbyt popularne, zwłaszcza wśród dziewcząt. Wolę tego nie pamiętać, ale trudno wymazać z pamięci, że potrafiłam narozrabiać za całą drużynę piłkarską...Ale zawsze dobrze się uczyłam, choć i to było zrzucane na barki taty, który niestety pełnił taką, a nie inną funkcję w mojej szkole. Oczywiście przezywano mnie (cała gama obraźliwych określeń w wyobrażeniu dziesięcio- jedenasto-dwunastolatka). Dzieciaki są okrutne, potrafią zmieszać z błotem i narobić traum na przyszłość. Oczywiście były momenty zupełnie normalne, kiedy graliśmy w piłkę czy  zbieraliśmy kasztany dla dzików na zimę.  Dorastałam w bardzo małym środowisku, w takich zawsze się żyje ciężej, szczególnie, kiedy jest się odmieńcem, albo rodzice są na tzw. "świeczniku". Są hermetyczne, ksenofobiczne, konserwatywne. Bezpieczne z jednej strony, bo wszyscy się znają, zakłamane z drugiej strony w swoich "grzeszkach" i tak bardzo nie lubiące odmienności.  
Naprawdę przeżywałam odrzucenie przez tą swoją inność. Rodzice uspokajali, że to nic złego, że kiedyś to docenię. W sumie mieli rację, ale kiedy ma się dziesięć lat, takie opinie nie przemawiają do rozsądku.  Kiedy weszłam w okres buntu zaczęłam, dla odmiany,  pławić się w inności. Zmieniłam szkołę i cieszyłam się, bo poznałam wielu ludzi, którzy robili wszystko, żeby się wyróżniać. To chyba było moje pierwsze namacalne spotkanie na punkiem, który wówczas polegał w moim mniemaniu na czymś zupełnie innym i obecnie pojmuję go oczywiście diametralnie różnie. Wtedy mieliśmy 13 lat, wszystko było możliwe, choć nie mieliśmy bladego pojęcia o życiu. Było prześmiesznie. Dobrze wspominam ten czas. Marzyłam od perkusji i dobrze się uczyłam, choć na wywiadówkach rodzicom narzekano na to, że się buntuje, jestem przekorna, nieposłuszna, krnąbrna - generalnie trudna do opanowania :p. Na szczęście moi rodzice nic sobie z tych uwag nie robili, znali mój charakter i wiedzieli, że bunt to jedyne, co wówczas miałam. A szkoła podstawowa i wspomnienie o niej zniknęło, jak bańka mydlana unosząca się w powietrzu...

Widać jednak, niemal czarno na białym, że od przeszłości tak totalnie się nie ucieknie, ponieważ w dużym mieście zawiść, ksenofobia mają może inną twarz, ale wcale nie lepszą.  

W maju po raz kolejny przekonałam się, że ludzie wszędzie są tacy sami. Jeżeli nie będziemy identyczni, jak oni, jeżeli nie będziemy się czuć tak, jak według nich powinniśmy i postępować, tak jak sobie tego życzą, odprawią za waszymi placami sąd nad wami i będą próbować wykluczyć was z waszego własnego życia, zabawy. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam, zdają się powtarzać. Co za bzdura. Dobrze jest mieć w sobie na tyle dużo dojrzałości i rozumu, aby to olać. Ludzie, którzy uzurpują sobie prawo o decydowaniu o tym, kto jest fajny, a kto nie, w moim życiu nic nie znaczą. 

Dzisiaj podobno nie przestaję się uśmiechać. Wiem, że promienieję. Czuję, że mam w sobie mnóstwo energii i dobrej woli. Muszę się tym dzielić, aby nie zmarnować swojego potencjału. Idę ulicą, ludzie snują się zgarbieni, uciekając do domów. Chowają się i zamykają na innych. Tak rzadko mam okazję zajrzeć komuś w oczy. Nie dziwię się, bo sama boję się wzroku innych osób. Tak naprawdę ludziom potrzebna jest energia, radość, inni ludzie, tacy jak najpewniej Ty, może ja... 
Choć każdy ma złe doświadczenia, które nie pozwalają na totalną lekkomyślność, nie ufamy już tak mocno, tak głęboko. 

Wydaje mi się, że wartościowi ludzie są przy nas zawsze. Kiedy zalewamy się łzami i zawijamy się w koc, udając, że nas nie ma, albo, że nie ma świata. Tak jest ze wszystkimi, którym na nas zależy. Są przy nas, kiedy leczymy się ze smutku i kiedy dosłownie opływamy w szczęściu. Wtedy, kiedy się boimy, ale też gdy beztrosko spacerujemy sobie "po krawędzi" ufni, że nic złego nie może nam się stać.

Stracone zaufanie to bardzo poważna sprawa. Kilka lat temu strasznie narozrabiałam w swoim życiu. Olałam to co naprawdę kocham, podążając z tym, co wydawało mi się, że kocham. Ach te iluzje, fałszywe poczucie szczęścia. To się nigdy dobrze nie kończy. Miałam jednak szczere chęci, aby wszystko naprawić.  Wyszłam z sytuacji obronną ręką. Inna sprawa, że mam szczęście, bo moi rodzice wybaczają nam nasze największe głupoty, wyskoki. Choć przełom nastał dopiero, kiedy sama sobie odpuściłam i dałam szansę. 

Co do smutku. Przerobiłam całą gamę złych uczuć, emocji i przygnębienia. Tym bardziej cenię sobie obecne poczucie bezpieczeństwa, stabilizację i radość. Optymizm i pozytywna energia wprost mnie roznoszą. 
Ale doskonale wszystko pamiętam. Umiem zrozumieć tych, którym jest źle. Nigdy nie powiem o nikim, że jego zły nastrój wyklucza go z życia, mojego czy jego/jej), bo wtedy musiałabym zacząć gardzić samą sobą. Musiałabym chyba nie mieć serca, współczucia, empatii i tego wszystkiego, co cenię w ludziach.
Ja zamiast odwracać się od moich smutnych przyjaciół, wolę ich zaprosić na ciasto czekoladowe. Doskonale wiem, że zawarte w nim kakao daje poczucie szczęścia. Dodaję do ciasta szczyptę chili, aby ich rozgrzać i rozbawić, zupełnie jak na meksykańskiej  fieście, a kawa zawarta w polewie ma przynieść przebudzenie z tych smutnych chwil, w których się znaleźli. Szukam, czego im potrzeba.
Popadam w paranoję? Nie, raczej utwierdzam w przekonaniu, że jedzeniem można (o)czarować!


Brownies na modłę meksykańską z polewą czekoladową to mój autorski przepis, który zrodził się z wielu innych receptur, które analizowałam w trakcie poszukiwania wegańskich smakołyków meksykańskich. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, bo wyszło to, o co mi chodziło. Ciężkie, wilgotne, niemal wytrawne ciasto ze słodką polewą, jednak z goryczką kawy. Dla mnie rewelacja. Musicie spróbować.


Składniki:
  • 2 i 1/4 szklanki mąki ( ja użyłam pełnoziarnistej)
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1 i 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 i 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 szklanka musu z bananów ( 2 zmiażdżone banany)
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego 
  • 1 szklanka mocnej kawy
  • 2 łyżki octu balsamicznego
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i kakao. W drugiej misce zmiksować przy użyciu blendera banany z olejem, dodać wystudzoną kawę, cukier, wanilię i przyprawy. Ponownie wymieszać blenderem. Stopniowo dodawać mąkę z proszkiem i kakao. Mieszać dokładnie ciasto najlepiej łyżką. Na koniec dodać ocet i porządnie wymieszać. Ciasto będzie bardzo gęste, ale takie ma być. Bez paniki. Piekarnik rozgrzewamy do 180 st.C. Foremkę ( np. tortownicę) smarujemy olejem. Przekładamy do niej ciasto i wyrównujemy. Wkładamy do gorącego piekarnika i pieczemy przez około 30 minut, do tzw. suchego patyczka. 

Gotowe ciasto studzimy. Kiedy jest ciepłe ( nie gorące!) polewamy je polewą kawową.

Składniki:
  • 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej
  • 40 ml wody
  • 1 szklanka cukru pudru 
Kawę rozpuszczamy w gorącej wodzie. Dosypujemy cukier puder i ucieramy. Polewamy ciasto w miarę równomiernie. Ścieramy na nią odrobinę gorzkiej wegańskiej czekolady. Gotowe.


Dzisiaj, do moich wynurzeń, do tego ciasta, do mojego życia i tego miesiąca niewątpliwie pasuje ten utwór! Enjoy! :) 


We're only young and naive still
We require certain skills
The mood it changes like the wind
Hard to control when it begins

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

Can't help myself but count the flaws
Claw my way out through these walls
One temporary escape
Feel it start to permeate

We lie beneath the stars at night
Our hands gripping each other tight
You keep my secrets hope to die
Promises, swear them to the sky

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

As it withers
Brittle it shakes
Can you whisper
As it crumbles and breaks
As you shiver
Count up all your mistakes
Pair of forgivers
Let go before it's too late
Can you whisper
Can you whisper
Can you whisper
Can you whisper

The bittersweet between my teeth
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah
The bittersweet between my teeth 
Trying to find the in-betweens
Fall back in love eventually
Yeah yeah yeah yeah

13 komentarzy:

  1. Magda, w nas masz zawsze wsparcie :)

    I widzę pierwszą pyszną zapowiedź lunchu meksykańskiego! Już nie mogę się doczekać...

    OdpowiedzUsuń
  2. nawet przez sekundę w to nie zwątpiłam, Jo! ;)

    ech... zupełnie nie mam teraz głowy do tego Meksyku i tak naprawdę zajmę się nim dopiero w piątek przed samym lunchem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki szczery, świetny wpis :) Naprawdę nie powinnaś się wstydzić swoich punkowych czasów. Nie wiem, czy o to chodziło, ale zabrzmiało jakbyś się wstydziła ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wstydzę się punkowych czasów, bo ja cały czas punkiem jestem!! Jedyne czego się trochę wstydzę, to tego, że byłam takim niegrzecznym dzieckiem. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. wyglada tak pysznie, ale czy z tym proszkiem to nie pomyłka? naprawde prawie dwa opakowania?

    OdpowiedzUsuń
  6. ojej! Miało być łyżeczki! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciasto w wersji nieco zmienionej (z powodu lenistwa i braku chęci wyjścia do sklepu), pieczone jako muffinki - wyszło baaaaardzo fajnie :]

    OdpowiedzUsuń
  8. :) cieszę się! w muffinkowej wersji? Muszę spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
  9. no nie był zły! Dużo mnie nauczył i nawet było śmiesznie. Pijacko. ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brownie naprawde pycha :)
      Tylko nie wiem jak Tobie wyszla tap olewa bo mi wyszedl zwykły , zdecydowanie za słodki , ciemny a nie jak u Ciebie jasny lukier :( moze to dlatego ze uzylam zaparzonej nierozpuszczalnej kawy ? ale wydaje mi się ,że to chyba nic nie znaczy bo taka i taka kawa jest ciemna. a polewa wyszla Ci slodka czy bylo czuc kawe ?

      Usuń
  10. a właśnie przed sekudną przekorilam i mimo iz piekl się godzinę to w srodku jest troche nie dopieczony jakby ale tak jakby upieczony - tzn po razp ierwszy sie z czyms takim spotykam .Napewno podalas skladniki tak ja k Ty robilas ? bo zrobilam z dokladnoscia do lyzeczki i wogole zawsze mi się ciasta udaja a tu po raz pierwszy klapa.a jeszcze w smaku bym zmienila troche bo troche za slodki jest i przytlamsza nute cayenne i te banany.
    naprawde sie dziwie bo zawsze twoje przepisy mi sie udawaly wiec tym bardziej sie dziwie :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na bank podałam składniki wg tego jak zrobiłam to ciasto. Ono jest dość wilgotne i ciężkie, więc nie mam pojęcia dlaczego CI nie wyszło. Zawsze jak dostaję taki komentarz mam ochotę upiec je jeszcze raz. Jak to zrobię to napiszę jeszcze o efekcie.

      Pozdrawiam,

      Usuń