piątek, 30 grudnia 2011

Na Nowy Rok...


Zanim zabrałam się do pisania noworocznego postu, rzuciłam okiem na moje wypociny sprzed 12 miesięcy, a brzmiały one tak:

"Od nowego roku zaczynam totalny DETOKS UMYSŁU. Bezlitośnie wyrzucę ze swojego życia wszystko, co toksyczne, co obniża jakość mojego życia, co sprawia, że jestem smutna, zdołowana i nic mi się nie chce. Kolejny rok będzie moim rokiem. Będę sama o sobie stanowić, będę się rozwijać, poznawać nowe miejsca i ludzi. Będę też uczyć się czegoś bardzo ważnego, akceptacji swoich ograniczeń. Tego, że nie muszę być najlepsza, najmądrzejsza, najładniejsza, najfajniejsza, najsilniejsza, że nikt tego ode mnie nie oczekuje. Nauczę się cieszyć z tego jaka jestem. Będę  nad sobą pracować, ale nie będę się tak surowo oceniać.Zadbam o swój rozwój intelektualny i fizyczny. Zacznę ćwiczyć ciało i umysł i wiecie co, zrobię to dla siebie, bo ten rok będzie MOIM ROKIEM. W tym roku się nie zakocham, bo najgorsze, rzeczy w moim życiu zawsze dzieją się z miłości. Moja frustracja, że nie jestem wystarczająca fajna, mądra, ładna, żeby mój chłopak mnie kochał. Zawsze gorsza od jego fantastycznych przyjaciółek, koleżanek, byłych dziewczyn. Nie zamierzam się znowu tak czuć. Dlatego też całe  niezmierzone pokłady miłości jakie mam w sobie będę pielęgnować, ale przeleję je na świat wokół. Będę pielęgnować przyjaźnie, które tyle wnoszą w moje życie. Jestem pewna, że w tym roku znajdę w sobie siłę, o której nawet nie miałam bladego pojęcia. Dzięki temu stanę się aktywna i będę działać, pomagać, zmieniać wszystko, co złe na to dobre. Będę dążyła do szczęścia przez samorozwój i dobrą zabawę. Życie jest kruche i ciągle nas zaskakuje, dlatego będę cieszyć się każdą chwilą. I wiecie, co BĘDĘ SZCZĘŚLIWA na przekór wszystkiemu i wszystkim. I mam nadzieję, że taką postawą zarażę innych weganizmem. :)"

Nie wiem, jak mi się to udało, ale chyba w dużej mierze wyszło... Jestem zabiegana, zapracowana, mam mało czasu dla innych i dla siebie. Trochę zaniedbałam też, szczególnie w drugim półroczu rozwój fizyczny, ale poza tym? Poza tym, muszę powiedzieć, że jestem całkiem niezła. 
Nie mogę narzekać na ten ROK, bo naprawdę w porównaniu z poprzednim traktował mnie bardzo łaskawie. I, kiedy myślę o wszystkim, co mam, to wydaje mi się, że narzekanie jest zupełnie nie na miejscu. 
Naprawdę czuję, że ten rok mnie rozwinął. Nauczyłam się tego, że bardzo dużo w naszym życiu zależy od nas, naszego nastawienia. Optymizm może zdziałać cuda. W tym roku odnalazłam w sobie siłę, której wcześniej nie miałam, a może zgubiłam ją gdzieś tam między gimnazjum, a liceum. Miniony rok okazał się dla mnie chyba najlepszy do wielu, może nawet kilkunastu lat. Mam przyjaciół, na których zawsze i wszędzie mogę liczyć. Czuję, że robię to, co mnie pasjonuje i sprawia mi przyjemność. Wreszcie, mam też Vegan Hooligan Crew i mogę realizować i rozwijać swoje pozamedyczne pasje, a to przecież też jest bardzo ważne, ponieważ era czasów, kiedy człowiekiem rządzi praca i kariera odchodzi w zapomnienie i trudno całe życie oprzeć na niej. 
I w tym roku, podobnie, jak w poprzednim,  przyszła na świat dziewczynka, która sprawiła, że moje życie stało się jeszcze bardziej kompletne. Mała jest rozkoszna i wierzę głęboko, że przed nią cudowne życie! Wiem, wiem, taka wyzwolona, taka wolnościowa, a tu pisze, że dzieci są spoko i jest rodzinna. No cóż, dla mnie to zupełnie się nie wyklucza, o ile ma się trochę oleju w głowie ;) 
Co mogę powiedzieć? Jest dobrze. Aż niepokojąco dobrze. 
Oczywiście myśląc lokalnie, globalnie itd. mam świadomość, zła które się dzieje. Widzę niepokoje społeczne, kryzys, drożyznę i tysiące innych problemów, jakie funduje nam współczesny świat. Wiem, że nastał czas, w którym nikomu lekko nie jest. 
Moje poczucie szczęści wynika jednak z tego, że pomimo tego wszechobecnego zła, wiem, że mam osoby na które mogę liczyć, wiem, że robię tyle ile umiem, aby zmienić coś złego, na dobre. Pomagam, jak mogę, rozwijam się i dbam o ten bliższy i dalszy mi świat. Jestem sobą, nie gram świętej, bo nią na pewno nie jestem. Niezły ze mnie łobuz, tak prawdę mówiąc, tylko, że w tej chwili jest to zupełnie nieważne. :) Liczy się to, że jestem potrzebna. Może tylko garstce osób, ale w tym momencie to cały mój świat. 


Czego chcę teraz? Kontynuacji dobrej passy. Życzę Wam i sobie tego, aby kiedy mówicie, śmiejecie się, w Waszym czynach, gestach, słowach, kiedy cokolwiek robicie, żeby w tym wszystkim była rewolucja, jakkolwiek ją pojmujecie. Aby w Waszej kuchni zadomowił się weganizm i tak już na zawsze!

Context


A tak personalnie...
( kto ma wiedzieć ten wie!).

Życzę Wam, Wszyscy Moi Drodzy Bliscy oddanych przyjaciół, którzy są w pogotowiu nawet o 3 w nocy! ( ja jestem, więc gdyby "coś" - mój nr jest Wam znany!). Żeby zdrowie nie zawodziło i nawet przeziębienie Was nie tykało! Abyście żyli tam, gdzie chcecie oraz z tym, z kim chcecie. Aby każdy dzień był mniejszą bądź większą przygodą. Abyście codziennie byli bliżej celów, które sobie wyznaczyliście. 
I żeby los oszczędził zdrad, złamanych serc i łez. 


A mi nie pozostaje nic innego, jak przybić sobie symboliczną piątkę z 2011. Było fajnie! Dzięki!

Brawo! 


piątek, 23 grudnia 2011

Pierniki drożdżowe last minute!

Jeżeli należycie do tego gatunku ludzi, którzy nie potrzebują w grudniu mrozu i śniegu, za to zupełną patologią wydaje Wam się brak pierników w zasięgu ręki, to mam przepis, który powinien Wam się przydać. Jeżeli grudzień 2011 jest dla Was koszmarnie zapracowany i zapomnieliście, żeby gdzieś tam w wolnej chwili upiec sobie pierniczki, które przypominają Wam śniadania, jak od Mamy, to przychodzę Wam z poniższym przepisem na ratunek. Kakao i pierniki, kanapa i kocyk. Film lub książka. I w sumie nic więcej mi do szczęścia w tym momencie nie jest potrzebne.  No prawie nic.
Pierniczki przyjechały ze mną do domu. W tym roku daję sobie trochę luzu z gotowaniem. Będzie to, co zwykle najpewniej nic więcej. Żadnych tam rewelacji. Szkoda mi energii, aby tracić ją na przygotowywanie jakiegoś wyszukanego jedzenia. Wiadomo przecież, że w tym wszystkim chodzi raczej o spotkanie z bliskimi,  trochę podróż w czasie do czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było takie jasne i proste. Na pewno nie o to, aby się wykończyć w kuchni! :) 
Przepis zaadoptowałam od mojej starszej Sisty. Pierniczki nie są zabójczo słodkie, za to miękkie i puszyste. Takie może trochę dietetyczne, ale ja nie jest raczej poznańsko słodka, więc mi to zupełnie nie przeszkadza. Jeżeli wolicie słodsze to, po prostu posypcie je cukrem pudrem lub polukrujcie ( ja moje polukrowałam cytrynowym lukrem!) . Smacznego!




Składniki:
  • 1/2 kg mąki pszennej ( 400 g do wyrastania, 100 g do wyrabiania)
  • 5 dag drożdży
  • 1 łyżka oleju
  • 3 łyżki syropu z agawy
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 1/2 szklanki wody
  • 1 łyżka przyprawy piernikowej
W ciepłej wodzie rozpuścić cukier i drożdże. Oprószyć mąką i ostawić pod ściereczką. W rondelku rozpuścić olej z syrop z agawy i przyprawą korzenną.
Do miski wsypać mąkę,  dodać olej z syropem z agawy i przyprawą korzenną oraz drożdże rozpuszczone w wodzie z cukrem. Wyrobić gęste ciasto (jeśli potrzeba, podsypać mąką lub dodać wody). Ciasto zostawić na pół godziny do wyrośnięcia. Po tym czasie jeszcze raz je wyrobić ( podsypać mąką).
Ciasto rozwałkować niezbyt cienko. Wycinać foremkami ciasteczka, układać w odstępach papierze do pieczenia lub na macie silikonowej.  Zostawić na 10-15 min do wyrośnięcia.
Piec ok 10 min w 180 st. C.





Życzę Wam, aby najbliższe dni były dla Was fiestą. Każdy z nas ma na pewno swój powód do świętowania. Ja mam ich miliony. :)

A teraz tańczymy! MEKSYK! :) 




Przejęcie baru Prasowego Warszawa 19.12.2011

Kilka dni temu w mieście stołecznym Warszawa odbyła się bardzo ważna inicjatywa - grupa  świetnie zorganizowanych aktywistów zaskłotowała (przejęła), zamknięty z powodu podwyżki czynszu, bar mleczny - "Bar Prasowy". Jak na ironię, w chwili, gdy kryzys zaczyna zaglądać nam w oczy, ceny jedzenia rosną na potęgę, miasto, które już chyba całkowicie zapomniało, że ma służyć mieszkańcom, wszystkim bez względu na zasobność portfela, wiek, płeć i wykształcenie, postanowiło doprowadzić do zamykania placówek, które były stworzone i dostępne dla wszystkich. 
Okazuje się, że są jednak ludzie o otwartych głowach i ze świetnymi pomysłami. Tak powstała inicjatywa, działająca na zasadzie obywatelskiego nieposłuszeństwa, która 19 grudnia, właśnie dzięki fantastycznym i odważnym ludziom, doprowadziła, chociaż na kilka godzin, do przywrócenia do życia Baru Prasowego. 
Jak to zwykle bywa, pozytywne, prowadzone w granicach prawa działania społeczne, spotkały się z szybką reakcją uzbrojonej po zęby policji w liczbie 50 w szczytowym momencie!!! Chyba, każdemu daje to do myślenia...! Nie mam złudzeń, że wszystko jest nie tak...
Bar działał w godzinach 13:00-16:00, wydając w tym czasie około 250 posiłków, a przewinęło się przez niego około 400 osób, które zamanifestowały w ten sposób konieczność istnienia takich miejsc, gdzie za kilka złoty można zjeść przyzwoity posiłek. Miasto stawia na ekskluzywne knajpy, restauracje i kawiarnie, powoli wypierając mniej zamożnych obywateli na peryferia. Liczy się zysk, nie człowiek. 
A ja? Lubię mieć wybór i kiedy mam ochotę jeść kaszę gryczaną z buraczkami i marchewką z groszkiem za  3 zł, a kiedy mnie stać iść do fajnej kawiarni na latte sojowe. 
Bogaci będą jeszcze bogatsi, biedni jeszcze biedniejsi. Taka jest rzeczywistość? Owszem, jeżeli tylko  pozwólimy, aby ktoś ją za nas kreował i nie przejmiemy spraw we własne ręce. 
Mam nadzieje, że czarny scenariusz nie będzie miał miejsca i nie pozwolimy, aby zabierano nam to, do czego mamy prawo. Nie można pozbawiać nas przestrzeni, wolnych przestrzeni, które należą się każdemu w równym stopniu oraz ograniczać dostępu do pożywienia, opieki medycznej czy edukacji, kultury i sztuki. 
Sama, organizując lunche w Poznaniu, uświadomiłam sobie, jak ważne jest tworzenie wolnych, otwartych na mieszkańców, dostępnych dla każdego miejsc i inicjatyw. 
Dlatego trzymając kciuki, dalej będę śledzić poczynania warszawiaków i mam nadzieję, że w końcu skutecznie przejmą Bar Prasowy, który będzie służył mieszkańcom Śródmieścia przez długie lata. 
Nie dziwi fakt, że władza boi się oddolnych obywatelskich inicjatyw, wszak, jeszcze wyjdzie na jaw, że w sumie to jest mieszkańcom niepotrzebna, ponieważ sami się świetnie organizują i co wtedy...? 
Jak na razie, każdego, kto działa prospołecznie nazywa "skrajną lewicą", strasząc widmem krwionośnej rewolucji. Hmm... 

Więcej o akcji możecie poczytać na stronie PRASOWY . Śledźcie, co się tam dzieje i jeżeli macie taką możliwość wesprzyjcie działania ludzi, którzy chcą pomagać innym. NIE TYLKO OD ŚWIĘTA, ale ZAWSZE. 

I  od razu odpowiem na pytanie, które niedawno mi ktoś zadał: "Co z Tobą jest? Po co się tak w to wszystko angażujesz?" - Mi po prostu nie jest w wszystko jedno, tak więc los ludzi, zwierząt i planety nie przestanie mi być obojętny. W moim życiu nic nie jest przypadkowe - medycyna, weganizm, sprzeciw przeciwko licznym -"izmom"  itd. to tak naprawdę elementy mojego planu na życie, zamysłu, który powstał w mojej pokręconej głowie już baaaardzo dawno temu. 


środa, 21 grudnia 2011

O drugim lunchu i sałatce szpinakowo-buraczanej!


Na początek kilka słów o drugim wegańskim lunchu, który odbył się w minioną niedzielę. Jestem zachwycona ilością gości, którzy wzięli udział w naszej akcji. Pogoda sugerowała, aby nie wytykać nosa za próg domu. Zbliżające się święta i koniec roku też nie sprzyja relaksowaniu się w knajpie. A jednak! Na przekór wszystkiemu w Meskalinie nie zabrakło amatorów pysznego wegańskiego jedzenia. W dodatku udało nam się zebrać 350 zł dla Tary i cały kosz fantów dla dzieciaków z Domu Dziecka. Jestem dumna! Z Was, z nas...  
Kiedy już wreszcie mogłam ruszyć na "obchód" Meskaliny (tym razem obstawiałam "bramkę" przez większość imprezy), prawie rozpłynęłam się ze szczęścia i zadowolenia. Grupki znajomych i przyjaciół przy stolikach, wszyscy najedzeni, wypoczęci, zrelaksowani, rozmawiali, żartowali. Totalnie pozytywnie, energetycznie. Jakby negatywne emocje nie istniały. 
Wydaje mi się, że brakowało w Poznaniu takiej inicjatywy i wpasowałyśmy się z nią idealnie. 
Jeżeli o mnie samą chodzi, to fakt, że w tej edycji proponowałyśmy kuchnię świąteczną niekoniecznie mnie cieszyło. Nie czuję się ekspertem kulinarnym w tej kwestii.  Dlatego bardzo cieszę się, że to za mną i mogę już Was zaprosić na kolejną edycję, która odbędzie się 22.01.12.
Miejsce to oczywiście prze-najlepsza Meskalina. Tym razem zabierzemy Was do gorącego Meksyku. Już  nie mogę się doczekać! Obiecuję, że będą informować na bieżąco o wszystkim, co planuje Vegan Hooligan Crew. :)

Tymczasem podrzucam tu przepis z ostatniego lunchu, ponieważ sporo osób pytało o  recepturę tej sałatki. (pozdrosy dla Mani! :*)

 pic by Sylwia 

Składniki:
  • 1 kg świeżego szpinaku
  • 250g liści rukoli
  • 1 kg buraków
  • słoik suszonych pomidorów
  • puszka ciecierzycy
  • 3 czerwone papryki
  • 3 garści pestek słonecznika
Buraki umyć i  owinąć w folię aluminiową. Piec je w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C. przez około 1h- 1,5h w zależności od wielkości. Można nakłuć widelcem, aby sprawdzić, czy są już gotowe. Paprykę, umyć, usunąć gniazdo nasienne, pokroić w paseczki i podsmażyć na odrobienie oliwy. Pomidory osączyć i pokroić w paseczki. Ostudzone buraki obrać, a następnie pokroić w cienkie krążki ( można to zrobić na tarce, jeżeli buraki są małe, a Wy dysponujecie tarką o odpowiednim ostrzu - takim jak do tarcie ogórków na mizerię). Wymieszać ze sobą buraki, pomidory, paprykę i odsączoną ciecierzycę.
Przygotować sos.  

Sos: 
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki musztardy
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 łyżeczki ziół prowansalkich
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1/2-3/4- szklanki oleju
Przygotować zamykane naczynie, może być słoik. Czosnek przecisnąć przez praskę, rozetrzeć z solą, cukrem, musztardą. Dodać pozostałe składniki poza olejem. Wymieszać przy pomocy łyżeczki. Na koniec wlać olej, zamknąć pojemnik ( słoik?) i wstrząsać nim energicznie, aż powstanie jednolity winegret.


Szpinak umyć, duże liście rozdrobnić. Wsypać go do ogromnej miski ( można mieszać w garnku, a potem sałatkę przełożyć do mniejszych misek!:)). Wymieszać go z rukolą. Na koniec wsypać pokrojone warzywa i słonecznik. Wymieszać. 
Sosem polewamy przed podaniem, aby liście nie zwiędły i sałatka ładnie wyglądała! 

Smacznego!  


A na koniec SOKO z kolejną ironiczną piosenką. 

wtorek, 20 grudnia 2011

Pesto. Czerwone pesto.

Dla wielu osób ostatni czas oznacza zabieganie. Niejeden jednak nie odczuwa różnicy, ponieważ jest wciąż zabiegany. Niestety zaliczam się do tej drugiej grupy. Dlatego m.in. uwielbiam pesto. Za to, że jest pożywne i przygotowuje się, je błyskawicznie. Przesadą byłoby, gdybym napisała, że robię je raz w tygodniu, ale pojawia się 2-3 razy w miesiącu na moim talerzu. Co więcej, przepis na pesto jest bardzo elastyczny. Można go modyfikować, zmieniać składniki. Może być zielone ( z ziół, awokado), może być żółto-pomarańczowe
(dynia, papryka), czerwone (z pomidorów, czerwonej papryki). Podstawą są orzechy (lub pestki), oliwa i czosnek. Reszta dowolna - zależy od położenia geograficznego - czyli dostępności składników, fantazji, ulubionych smaków i oczywiście zasobności portfela, w końcu nie każdy dysponuje orzechami piniowymi i oliwą. 

Składniki:
  • 20 suszonych pomidorów
  • 2 garści orzechów nerkowca
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 puszki pomidorów z zalewy ( bez zalewy)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1/2 łyżeczka soli
  • świeżo mielony pieprzu
Wszystkie składniki wymieszać w blenderze. Dokładnie zmiksować, aby powstała jednolita pasta. Gotowe!
Pesto możemy podawać z makaronem lub jeść jako pastę na kanapkach. 
Smacznego!  



Soundtrack: The Streets - "Orginal Pirate Material"

wtorek, 13 grudnia 2011

Włoska wyprawa Maddy, czyli co nas kręci, co podnieca?! ;)

Kiedyś czytałam opis pewnego filmu, w którym pojawił się taki truizm, że do serca najlepiej trafia się przez żołądek. Nie jestem jednak tego taka pewna...W końcu podobno dobrze gotuję, ale raczej serca tym żadnego nie podbiłam. Za to jestem pewna, że do serca można się dostać m.in. przez tętnicę udową. Widziałam na własne oczy... Ale ten żołądek? Przereklamowane nieco... W opisie tego filmu pojawiło się też jednak stwierdzenie, że miejscem, gdzie miłość unosi się w powietrzu jest kuchnia. I w to jestem w stanie szybciej uwierzyć.  Tłumaczy, między innymi, dlaczego tak lubię w niej przebywać... Choć w sumie kto nie lubi przesiadywać w kuchni... ? No dalej! Ręka w górę!!!  
Podzielę się z Wami sekretem. Tylko się nie śmiejcie lub też nie zwymyślajcie mi, że jaram się poczynaniami kogoś, kto nie gotuje wegańsko, a nawet po wegetariańsku...  Kiedy miałam dostęp do TV, a trwało to może przez tydzień, nałogowo oglądałam programy Jamie'go Olivera i jego "Włoską wyprawę". Zahipnotyzowana patrzyłam, z jaką lekkością gotuje i opowiada o przygotowywanym jedzeniu. Z pasją, której niejeden może mu pozazdrościć. Nie chodzi tu o to kto, ale JAK..! Bardzo cenię pasjonatów, ludzi, którzy potrafią o tym, czym się zajmują mówić tak, że nawet ktoś, kto zupełnie nie zna tematu lub się nim nie interesuje, chce tego słuchać. I tak własnie robi Jamie, przykuwa uwagę i sprawia, że masz ochotę go naśladować. Zaraża tym, co ma w sobie najlepsze. Oglądając jego programy, zupełnie przestajemy dostrzegać w nim niezbyt urodziwego gościa, który w dodatku sepleni tak, że czasami trudno go zrozumieć. Wydawałoby się, że jest to ktoś, kto nigdy nie osiągnie medialnego sukcesu, bo zupełnie nie wpisuje się w standardy "gwiazdy". Jednak patrząc na niego widzimy fajnego faceta, który z pasją dziecka odkrywa przed nami tajniki kuchni ( tu: włoskiej), który opowiada o jedzeniu w taki sposób, że doskonale czujemy jego smak, choć nie mamy możliwości spróbować. On nie tylko umie gotować, on umie czarować! Bez kitu. Jestem takim kuchennym artystą, który gotuje na pełnym luzie, nie trzyma się ściśle przepisów, tworząc arcydzieło. A do tego, jak on zgniata te brzoskwinie...? Widzieliście to kiedyś może...? Nie wiem, czy jest coś, co uważam za bardziej seksowne niż gotowanie... W sumie z dwie rzeczy by się znalazły. Niektóre dziedziny medycyny są totalnie "hot"... i coś jeszcze wywołuje u mnie tachykardię i wzmożoną perystaltykę trzew,  kto mnie zna ten wie ;). Swoją drogą, w takich chwilach mój organizm totalnie świruje pobudzając dwa przeciwstawne układy - współczulny i przywspółczulny. Ale w końcu zakochanie jest upośledzeniem, więc i na to znajdzie się wiele naukowych wyjaśnień. Na szczęście. Ostatnio, jeśli nie potrafię znaleźć naukowych podstaw tłumaczących zjawiska jakie się wokół mnie dzieją zaczynam świrować.
Ale wrócimy lepiej do gotowania, bo za dużo tematów naraz ;). Nie chodzi mi o takie mechaniczne kucharzenie z gotowego przepisu, z książki, internetu. Bez polotu, bez fantazji... Chodzi o całokształt sztuki kulinarnej. O to, w jaki sposób ktoś wybiera warzywa na ryneczku, to jak je kroi, jak je przyrządza i w jaki sposób przyprawia. Jakaś maskara, że mnie to kręci, co? Nigdy nie spotkałam na żywo faceta, który ma ten dar.  Może dlatego, że ludzi z jakąkolwiek pasją jest tak niewielu, ale przysięgam, że jak trafię na kogoś takiego, to zostaniemy razem na trochę dłużej, żeby przekazał mi choć 1/10 swojej pasji. Wtedy może naprawdę się zakocham.  Oczywiście w kuchni.

Ja sama bardzo rzadko dysponuję wolnym przedpołudniem i mam szansę, aby wybrać się na pobliski ryneczek. Stąd każda wyprawa tam jest dla mnie swego rodzaju świętem, ponieważ uwielbiam świeże warzywa, tak różne od tych "wymytych" marketowych. Lubię rozmawiać ze sprzedawcami, lubię patrzeć na góry  zieleniny.  Sprzedawcy często zgadują, że jestem "wegetarianką", bo podobno to po mnie widać. :) Lubię wracać do domu obładowana warzywami, wrzucam je na stół i zaczynam kombinować, z reguły przygotowując z nich zupełnie inne danie niż zamierzałam pierwotnie.

Żeby przygotować dobre jedzenie wcale nie trzeba siedzieć w kuchni godzinami. Czasami wystarczy dobry blender, kilka suszonych pomidorów, garść orzechów włoskich, czosnek, oliwa, suszone zioła, odrobina świeżej bazylii, garść oliwek i oczywiście ukochany makaron razowy. I już! W 15 minut obiad jest gotowy! W dodatku takie danie przywodzi na myśl moje własne włoskie wyprawy. Znowu się rozmarzyłam, a do lata jeszcze tyleeee... No dobrze, a teraz przepis na kolejne risotto wg mnie samej :)


Składniki na risotto z boczniakami i szpinakiem
  • 250-300 g boczniaków
  • solidna garść świeżego szpinaku
  • 1 cebula
  • 1 żabek czosnku
  • 1,5 szklanki ryżu arborio
  • 3 szklanki gorącej wody
  • świeżo mielony pieprz
  • 1 -1,5 łyżeczki soli
  • 0,5 łyżeczki kurkumy 
  • oliwa z oliwek
Oliwę rozgrzać na patelni i zeszklić poszatkowaną w kostkę cebulę. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dodać pokrojone w paski boczniaki, przyprawić solidnie świeżo mielonym pieprzem i smażyć przez 5 minut mieszając co chwila. Następnie wsypać ryż. Smażyć do czasu, aż ziarna zrobią się przezroczyste. Dodać kurkumę, posolić i wlać gorącą wodę. Przykryć patelnię pokrywką, zmniejszyć ogień do minimum i gotować na wolnym ogniu około 15 minut, do czasu, aż płyn się wchłonie. Na koniec wsypać szpinak ( jeżeli mamy drobny to w całości, a jeżeli duży to należy liście rozdrobnić). Wymieszać dokładnie z ryżem. Podawać na ciepło. Opcjonalnie można poprószyć płatkami drożdżowymi i posypać natką pietruszki lub świeżymi kiełkami. 
Buon appetito!

A na koniec bardzo popowa pioseneczka w bardzo hardcorowej wersji  i wspomnienie tegorocznego DIY Festu w Gdyni! ołjeeeee!




piątek, 9 grudnia 2011

Vegan Lunch # 2

Image

VEGAN HOOLIGAN CREW z ogromną przyjemnością zaprasza na drugą edycję WEGAŃSKIEGO LUNCH'U!!!
VHC to kilka pełnych energii osób, które chcą uczynić otaczającą rzeczywistość przyjemniejszą i łatwiejszą do zniesienia! :)

Jak zawsze czekać na Was będzie pyszne i zdrowe jedzenie, przygotowane domowymi sposobami. 

Tym razem zaserwujemy Wam takie smakołyki, jak pierogi, kapustę z grzybami, kotlety sojowe po grecku czy pierniczki i makowce, czyli tradycyjne (i nietradycyjne również) świąteczne dania, jakie tylko nam przyjdą do głowy. Spodziewajcie się też dań zupełnie niekonwencjonalnych...


Miejsce: Meskalina (http://www.meskalina.com/)
Data: 18.12.2011
Godzina: 13:30
Wejście: 15 zł i jesz ile chcesz


Przynieś swój talerz, dostaniesz słodką niespodziankę gratis!


MORE THAN FOOD:


+3zł z każdego biletu odpalamy dla Fundacji Tara (http://fundacjatara.info/)


+zbiórka kredek, mazaków, kolorowanek i bloków rysunkowych dla dzieci z Domu Dziecka nr 1, ul. Swobody 59, Poznań


+ miła atmosfera, muzyka i jedzenie!


Przyjdź i zaproś przyjaciół!!!


UWAGA!
Jeżeli masz pomysł na akcje, które mogłyby towarzyszyć naszym lunchom, chcesz wypromować jakaś fajną inicjatywę lub po prostu masz do nas jakieś pytania to pisz:
e-mail: veganhooligancrew@gmail.com

Nasze poczynania można śledzić na fb: http://www.facebook.com/VeganHooliganCrew

Jeżeli masz fb możesz też zapisać się jako uczestnik. Dzięki temu pomożesz nam określić, ilu gości mamy się tego dnia w Meskalinie spodziewać. http://www.facebook.com/events/251735824890422/

Zapraszamy!!!

czwartek, 8 grudnia 2011

PIERNICZKI 2011!!!!

Było sobie lato 2011, a my, czyli ja i J. poszłyśmy do kina, a potem nad rzeką piłyśmy piwa noteckie, jadłyśmy czipsy solone i gadałyśmy o tym i owym. Pustce, zagubieniu i odnalezieniu się. Zachowywałyśmy się zupełnie, jak te normalne dziewczyny, którymi nigdy nie będziemy, choć wówczas chyba byłoby nam łatwiej. 
A teraz jest zima i to niczego nie ułatwia, bo za oknem śnieg z deszczem i nad rzeką się nie zrelaksujemy i każde wyjście zdaje się się być wyprawą na przeciwległy biegun Ziemi. 

A dzisiaj? Dzisiaj potrzebuję troszkę ciepła, przychylnej osoby obok siebie oraz tej pewności, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś znowu będzie lato, głownie to mentalne, a nie pora roku, bo pora roku jest oczywista.  Ja chcę wakacje, wczasy i słońce mieć w głowie.


Zrobiło mi źle, więc poszłam piec pierniczki, zmotywowana porą roku oraz tym, że za kilka tygodni spędzę trochę czasu z moją, z roku na rok większą, rodziną. O ile narodziny Jezusa nie za bardzo mnie interesują, o tyle to, że będę miała wreszcie czas, aby 100% mojej uwagi poświecić tym, którzy poszliby za mną w ognień, całkiem cieszy. I myśl, że czeka mnie tyle pysznego jedzenia napełnia mój centralny narząd układu krążenia przyjemnym uczuciem ciepła...


Muszę przyznać, że ulżyło mi nieco od ugniatania ciasta. Upieczcie sobie też. Może i Wam ulży, jeżeli macie podobnie, jak ja takie chwile, że czujecie pod nogami usuwający się grunt.

W tym roku zmodyfikowałam zmodyfikowany już wcześniej przeze mnie przepis na pierniczki mojej Babci. Cóż, kiedy dwa lata temu pisałam tamten post, byłam takim kulinarnym "kurczakiem", ale pisząc tutaj dla Was i wymyślając przepisy na bloga stałam się kulinarną... "kurą" ;). Mówiąc wprost dojrzałam kulinarnie i cały czas udoskonalam tę sztukę.
Piekąc pierniczki na podstawie przepisu Babci czuję, że dokonuję czegoś ważnego, bo kultywuję tradycję rodzinną, a to w sumie fajna sprawa, bo co jak co, ale dobre przepisy to to, co potomnym należy przekazać i może kiedyś z tego przepisu będą korzystać moje dzieci lub dzieci moich sióstr, wszak wątpliwe jest, abym kiedyś posiadała własne. Mniejsza zresztą o to! Ważne jest to, że wegańska wersja pierniczków Babci jest ekstra i myślę, że dorównuje oryginałowi, choć przyznam szczerze nie za bardzo już pamiętam, jak dokładnie smakowały.

Składniki:
  • 400 g mąki pszennej białej
  • 100 g mąki krupczatki
  • 500 g mąki pszennej razowej
  • 1/2 kg cukru
  • 250 g vegan margaryny ( u mnie Alsan - do znudzenia! :P) 
  • ok 150 g melasy
  • 1 szklanka wody 
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka amoniaku ( opcja)
  • 2 łyżki kakao
  • 2-3 paczki przyprawy piernikowej

W małym garnuszku pogrzać wodę i dodać zmielone siemię. Powstanie coś przypominającego w konsystencji kisiel (?). W dużej misce wymieszać ze sobą mąki, 1 szklankę cukru, sodę, proszek, amoniak i kakao. Rozgrzać głęboką patelnię, a następnie wsypać na nią pozostały cukier. Zmniejszyć ogień do minimum i powoli karmelizować cukier, uważając, aby nie przypalić. Lepiej nie odchodzić od patelni, tylko cały czas mieszać cukier drewnianą łyżką. Kiedy całkowicie się upłynni wrzucić kostkę margaryny i mieszać do czasu aż się rozpuści. Następnie  dodać melasę. Wymieszać zawartość patelni, a kiedy będzie ona w miarę jednolita, wsypać przyprawy do piernika. Znowu porządnie wymieszać. Zgasić ogień. Dodać lniany "kisiel". Całość po raz kolejny porządnie wymieszać i wlać do miski z mąką. Energicznie mieszać ciasto, najpierw łyżką, później przy pomocy rąk. Ugniatać, podsypując mąką w razie potrzeby ( u mnie nie było to konieczne!), tak długo,aż uzyskamy jednolite, odklejające się od rąk ciasto. Przekładamy ciasto na kuchenny blat lub stolnicę( przyprószone mąką!) i  rozwałkowujemy, wycinamy dowolne kształty, wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 st.C i pieczemy około 7 minut, aż pierniczki delikatnie się zarumienią.
Gotowe ostudzone pierniki można lukrować i zdobić w dowolny sposób ( wegański of course! :)). Smacznego!

środa, 7 grudnia 2011

Przyznajcie, że i Was to zdumiewa...


To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie.
— Gabriel García Márquez
Miłość w czasach zarazy

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Grzyby w sosie tymiankowym! Pychaaaa!

Ostatnio, kiedy znajomy pomagał nam dotransportować jedzenie na Wegański Lunch i zobaczył wszystko, co przygotowałyśmy stwierdził, że aby tak gotować trzeba już mieć pasję, sama umiejętność i chęć nie do końca tu wystarczają. I pewnie ma rację... Bo gotowanie dla kilku osób to zupełnie inna bajka niż gotowanie dla 150... 
Kiedy myłam gary po lunchu, naładowana taką masą energii, że mogłabym obdarować nią wszystkich, którzy się tego dnia w Meskalinie zjawili, pomyślałam sobie, że tak bardzo kocham to gotowanie właśnie za to, że ono ode mnie niczego nie wymaga ( no może poza czasem...). Przychodzi mi tak nieprzyzwoicie łatwo, lekko, bez większego wysiłku. Nie brakuje mi fantazji, rozmachu. Drzemią we mnie takie cechy wiedźmy, która lubi sobie mieszać w kotłach :).  
A potem pomyślałam o tej mojej medycynie i dotarło do mnie, że ją z kolei kocham za to, że właśnie w przeciwieństwie od gotowania, wymaga ode mnie wysiłku, czasu, poświecenia, cierpliwości, wewnętrznego zaparcia, czasami odnalezienia siły i determinacji. Czasami daje w kość, daje poczucie bezradności, nierzadko samotności i nie zawsze wychodzi... Uczy pokory, tolerancji, cierpliwości i umiejętności komunikowania się się z ludźmi. Bardzo różnorodnymi ludźmi. 
Jedno i drugie, zarówno medycyna, jak i kuchnia, wymagają ode mnie fantazji, wyobraźni, polotu i miłości. Wiecie zapewne, że gotować i leczyć trzeba z miłością.  Ja wkładam jej tyle, w te dwa elementy mojego życia,  że brakuje mi jej dla innych spraw. Cierpię na deficyty cierpliwości w tym moim pozostałym życiu,  ponieważ ciągle się spieszę, ciągle gdzieś biegnę, nie mając na nic czasu... Zupełnie. Wymagam za dużo od siebie i niestety od innych również, a to bywa dla wszystkich bardzo uciążliwe.

Czekam na skończenie studiów, choć mimo wszystko upływają całkiem przyjemnie. Na wyjazd z Poznania też czekam, bo mnie trochę nuży siedzenie w jednym miejscu. Jestem taki niecierpliwy dzieciak, który szuka swojego miejsca na ziemi. Choć doświadczenie już mnie nauczyło, że jak podchodzi się do ognia to można się sparzyć, to ja mimo tego szukam w życiu raczej adrenaliny niż stabilizacji i spokoju. Gnam, gnam, gnam... może prosto w przepaść?  Coś tam pewnie po drodze tracę, jednocześnie jednak tyyyyle zyskując... Wydaje mi się, że nauczyłam się już z tym żyć.

Koniec rozkmin. Czas na przepis. Obiad, który mi zawsze kojarzy się z zimą.


Zimową porą jem trochę inaczej niż latem. Jednym z moich ulubionych dań o tej porze roku jest sos grzybowy z tymiankiem podany z kaszą gryczaną lub ziemniakami ugotowanymi na parze. Do tego sałatka z buraczków lub marchewka z groszkiem.
Grzyby to jedna z moich kulinarnych obsesji. Uwielbiam je, choć na blogu nie ma ich znowu tak dużo... Grzyby nie należą do najbardziej lekkostrawnych dań, nie powinny ich jeść małe dzieci, kobiety w ciąży i karmiące, a także osoby mające problemy z układem pokarmowym, ponieważ grzyby trudno się trawią. Ja jednak nie jestem małym dzieckiem, nie spodziewam się potomka ani też go nie posiadam, a układ trawienny działa, więc zajadam sobie grzyby ze smakiem.

Poniższy sos jest zupełnie, jak od Mamy... Pycha!

Składniki:
  • 2 solidne garści suszonych grzybów  ( około 1,5-2 szklanek)
  • 4 szklanki wrzątku
  • 1 mała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżeczki tymianku
  • opakowanie śmietanki owsianej
  • łyżka mąki ryżowej
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa z oliwek ( u mnie tymiankowa)
Grzyby wrzucić do miski, zalać 4 szklankami wrzącej wody, przykryć i odstawić na godzinkę. Po tym czasie grzyby odcedzić pozostawiając 2 szklanki wywaru z grzybów. Cebulę drobno posiekać. W rondlu rozgrzać 2-3 łyżki oliwy i zeszklić na niej cebulę, dodać zmiażdżone ząbki czosnku i smażyć przez moment. Następnie dodać grzyby i dusić z cebulą przez około 5 minut. Wsypać tymianek i wymieszać. Po chwili wlać szklankę wywaru z grzybów i dusić wszystko razem przez 5-7 minut pod pokrywką. Pozostałą szklankę wywaru wymieszać z mąką ryżową. Wlać do rondelka i wymieszać z resztą. Gotować przez minutę. Zmniejszyć ognień na minimum. Następnie dodać śmietanki owsianej i wymieszać. Przyprawić do smaku solą i dużą ilością zmielonego pieprzu. Podawać z ziemniakami "w mundurkach" lub kaszą gryczaną, posypane pietruszką z ulubionymi warzywami. Smacznego!



Wiem, że zdjęcia są paskudne, ale taka pora roku. Ciężko o dobre, naturalne światło.

A na koniec utwór z super fajnym klipem odwołującym się do kultowych filmów porno z lat 70-tych...