Dużo piszę do Was o sobie, ale coraz częściej odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami tym, co dzieje się wokół mnie. Czasami zdradzam między wierszami swój światopogląd, choć sam fakt, że jestem weganką już powinien dużo na mój temat powiedzieć... ( może wręcz przeciwnie :P) . Chciałabym, aby na blogu raz po raz pojawił się zupełnie oderwany od gotowania, tekst. W myśl hasła z podtytułu bloga "If you can bake a cake, you can make a bomb". Teksty te mają być w zamierzeniu swego rodzaju bombą. Mają uderzać, dawać do myślenia. Pewnie minie kilka miesięcy zanim uda mi się to zrealizować w takim stopniu, jakbym sobie tego życzyła i napisać coś naprawdę dobrego, ale co tam... Spróbuję. Zaczynam!
Dziś będzie o czymś zupełnie nowym. Na tapetę wskoczy DZIECKO. Spokojnie, nie dołączam do grona rozhisteryzowanych, niedojrzałych emocjonalnie matek. Nie żebym uważała, że wszystkie takie są, ale ja byłabym najpewniej własnie taka w tej chwili, a moje dziecko miałoby w przyszłości z tego tytułu co najmniej anoreksję. Ok, ale zbaczam z tematu! Chcę pisać o dzieciach, bo już wkrótce zostanę
po raz czwarty ciocią. Dlatego ostatnio temat ten wkrada się do wszystkich sfer mojego życia. Na szczęście dla dzieci mojej siostry jestem po prostu Madzią (tak, boję się dorosnąć i uważam, że nazywając mnie ciocią postarzałyby mnie... :P). Ojej i znowu egocentrycznie piszę o sobie samej, a tym czasem, ja naprawdę chcę napisać coś o DZIECKU i jego otoczeniu. Byłam dosyć nieczuła na widok dzieci dopóki nie zostałam ciocią. Nie zwracałam na nie uwagi. Zwyczajnie miniatury "normalnych" ludzi zupełnie nie wchodziły z zakres moich zainteresowań. Do czasu... bo w końcu takie zdjęcia rozmiękczają nawet moje serce.
Kiedy 5 lat temu na świecie pojawiła się moja pierwsza siostrzenica wszystko się zmieniło. Teraz idąc ulicą i widząc dzieci, przyglądam się im. Zupełnie nie boję się kontaktu z z "małymi ludźmi"! Moje życiowe doświadczenia z dziećmi mocno przydają mi się na zajęciach z pediatrii. Jestem obcykana z wszystkim tym, co "interesuje" dzieci praktycznie od chwili narodzin aż do 5-6 roku życia. Ale znowu o sobie zaczynam...
No dobrze... Dużo chodzę, poruszam się po mieście pieszo i obserwuję, wyłapuję bodźce dobiegające do mnie ze środowiska zewnętrznego. I choć jest ich sporo, staram się je segregować, wychwytując tylko te które mnie interesują.
Idąc ulicą widzę mnóstwo dzieci, w wózkach, "za rękę", w chustach, nosidłach i na rękach. Moja uwaga jednak wcale nie skupia się zbyt długo na dziecku, bo w pewnym momencie zostaje odwrócona przez opiekunów tychże maleństw. Mowa oczywiście o MATKACH, bo to one w 95% towarzyszą swoim dzieciom. Choć "tatowanie" modne stało się "na salonach" i czasami trafiam w necie na zdjęcia celebrytów piastujących swe potomstwo bez żadnej pomocy karmicielek, to jednak ze zwykłej polskiej ulicy-kamienicy-blokowiska etos Matki Polki nie znikną. Ba! Ma się świetnie, kwitnie wręcz, jak lipa pod koniec czerwca.
Każda z nas nosi go w sobie. Co najgorsze jest bardzo utwierdzany przez współczesny świat. Do kogo kierowane są reklamy pieluch, kaszek, papek itd.? Do kobiet. Co za dyskryminacja! Dyskryminacja ojców. Odbiera im się prawo do decydowania - to kobieta wybiera pieluchy, kaszki, papki. Nie powinien on się interesować w co sika i robi kupę jego potomstwo. I nic mu do tego co je i pije! Co najlepsze, choć nie lubię generalizowania, większość mężczyzn faktycznie się tym nie interesuje, wszak jest to rzecz jego partnerki, żony, kobiety, która w bólach powiła jego dziecko.
Gdybym była kosmitką, przyleciała na ziemię i obejrzała reklamy produktów dla dzieci i niemowląt uznałabym, że ludzie rozmnażają się przez partenogenezę. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cały świat wokół wmawia nam, że dzieci to sprawa kobiet. Tylko kobiet.
Najgorsze jest jednak to, że narzucone przez ten świat role większość przyjmuje bez chwili refleksji. Znam osobiście różne przypadki. Znam typa, który nie wiem czy wie, ile jest 4 razy 4, ale ojcem jest świadomym i zaangażowanym. Podchodzi do rodzicielstwa z dozą luzu i dystansu, jednocześnie doskonale zna swoje dziecko, obchodzi się z nim świetnie i maluchowi wszystko jest jedno z kim przebywa, czy z mamą, czy z tatą. W dodatku idealnie potrafi sobie rozdzielić obowiązki ze swoją żoną, tak aby każdy znalazł na czas dla siebie. Znam też pana ze środowiska tzw. wolnościowego, który kompletnie nie radzi sobie z dzieciakami. Kompletnie! Przeczytał tyle książek, że trudno to ogarnąć, skończył dwa fakultety, jest rzekomo "świadomy", ale wózek pcha jego dziewczyna, zakupy robi jego dziewczyna, ze wszystkich koncertów rezygnuje jego dziewczyna, kiedy dziecko popłakało się na wykładzie, musiała wyjść z nim jego dziewczyna, bo on chciał posłuchać do końca... Ona też chciała, ale przecież MUSIAŁA wyjść z marudzącym dzieckiem. Nie było wyjścia.... Było, ale żadne z nich już go nie dostrzegało.
Przerzucanie całej opieki nad dzieckiem na mamę sprawia, że maluch tak się do niej przyzwyczaja, że nikt inny i tak się nie może nim zająć, bo się nie uspokoi, nie zaśnie, nie zje nic, co nie jest podane przez mamę. I przysłowiowa pętla na szyi się zacieśnia... A potem się słyszy, że dziecko rozwydrzone. Nie, nie rozwydrzone, tylko się z nim źle obchodzono.
Kolejnym problem dzieci jest taki, że w naszym społeczeństwie za wychowanie odpowiedzialni są tylko rodzice. Na nich zrzuca się ten obowiązek, a reszta z zadowoleniem umywa ręce. Wracając jeszcze do przykładu z wykładu, przed salą stała grupka znajomych rodziców rozwrzeszczanego maleństwa, ale nikt nie zaproponował, że skoro i tak nie uczestniczy w wykładzie to może się zająć dzieckiem, a w tym czasie mama może sobie posłuchać, bo przecież to nie jego dziecko, to co będzie się interesował. A powinien, bo na tym tez polega feminizm, i na tym polega pomoc wzajemna. Jedyne, co od mówiącej o pomocy wzajemnej grupy dostała to pełne współczucia spojrzenia.
Zamiast sobie współczuć powinniśmy sobie pomagać!
Inny przykład. Z autobusu. Jadę rano na egzamin, ludność wszelkiej maści i w różnym wieku jedzie do pracy. Jedzie też młoda matka z dzieckiem. Maluch drze się wniebogłosy. Matka zupełnie je ignoruje gadając bez przerwy przez telefon. Z kolei cały autobus ignoruje ją, oczywiście w pewnym stopniu, bo wiadomo, gdzie skierowane są oczy wszystkich. Nikt nic nie mówi. W końcu NIE WOLNO wtrącać się do wychowania cudzego dzieciaka. Tylko, że to co robiła ta kobieta, z wychowaniem nie miało nic wspólnego. Dla mnie było to znęcanie się nad dzieckiem, coś co jest przecież karalne i społecznie niedopuszczalne. A jednak... A jeżeli ona już zawsze będzie je tak źle traktować? Jak wyrośnie na sfrustrowanego dorosłego? Jeżeli później zostanie czyimś szefem albo co gorsza partnerem, np. Twojego dziecka z przyszłości, i wszystkie swoje nieszczęścia będzie przelewał na nie? Czy nadal to nie będzie Twoja sprawa?
Z drugiej strony pozawalamy, aby dzieci były kształtowane przez telewizję i bezmyślne programy i filmy...
Ostanie, o czym chcę napisać w tym temacie, to świadomość. Świat, którym rządzi pieniądz doskonale wie, kto jest najlepszym targetem. DZIECKO. Ale wcale nie zaczyna się od dziecka, ale od jego matki ( pisze matki, bo już powyżej wyjaśniłam do kogo uderza reklama). Wmawia, że jeżeli nie nabędzie tego wszystkiego, co jej dla potomstwa oferuje, to ONA będzie złą matką, a co gorsza zniszczy maleństwu dzieciństwo. Nieprawidłowo się rozwinie i w ogóle jeżeli nie dostanie tego czy tamtego, to będzie miało zrujnowane życie już do końca. Najsmutniejsze jest to, że potem reklama zaczyna działać na placach zabaw, na imprezach rodzinnych, kinderbalach, w żłobkach, przedszkolach, szkołach. Na tych cholernych forach internetowych, na których pod matki podszywają się producenci tych wszystkich "dziecioproduktów" wciskając swój towar, często totalnie zagubionym rodzicom.
Bo prawda jest taka, że ten ich konsumpcjonizm nie wynika ze złej woli, oni z reguły naprawdę są święcie przekonani, że robią to dla dobra dziecka.
I tu chce zaapelować o ŚWIADOMOŚĆ!
Zamiast konsumować lepiej zawalczyć o swoje prawa.
Wasze dziecko potrzebuje WAS, a nie tych zabawek, ubranek, herbatek, ciasteczek, papek i coraz bardziej wymyślnych pieluch. Potrzebuje świadomych rodziców, którzy dzielą się obowiązkami, co daje im możliwość, aby dalej się realizować w poza-rodzicielskich aspektach życia, dzięki czemu są szczęśliwi i spełnieni. A szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Nawet jeżeli jego jedyną zabawką będzie łyżka, patyczek, jeden wytarmoszony pluszak, nawet w ciuszkach z secondhandu i w modelu wózka sprzed 10 lat to dziecko będzie najszczęśliwsze na świecie.
Choć naprawdę nie planuję, ale jak wiadomo wypadki chodzą po ludziach, jeżeli miałabym być mamą to taką, jak ta z powyższego zdjęcia. :P
Zaraz pewnie posypią się gromy, że bezdzietna gówniara nie powinna się wypowiadać. Powinna, bo jest częścią tego społeczeństwa, tak samo jak ON, ONA i te wszystkie DZIECIAKI i ci, którzy wypowiadać sie nie chcą. Żyję wśród ludzi, otaczają mnie, są bliżej bądź dalej. Moje zdanie na różne tematy nie musi być budowane tylko na autopsji. Może wynikać z obserwacji, a to wcale nie obniża jego rangi. Są to moje subiektywne opinie i nie musisz się z nimi zgadzać. Możesz dyskutować. Czekam!