Etykiety

agrest (1) akcja (1) akcje (15) amaretto (1) anyż (2) awokado (4) bakłażan (1) biała czekolada (2) buraki (2) bułki (1) bób (3) chałwa (3) ciastka (18) ciasto (25) ciecierzyca (8) cukinia (9) curry (7) cynamon (8) cytryna (5) czekolada (24) D.I.Y. (26) daktyle (1) deser (5) drożdżowe (18) dynia (10) dżem (2) english (13) falafel (2) faworki (1) focaccia (1) gofry (1) gołąbki (1) grill (2) grzyby (10) gulasz (1) hummus (3) jabłka (7) jagody (3) jarmuż (1) jedzenie koncertowe (3) kakao (6) kapary (1) kardamon (2) kasza jaglana (5) kawa (4) kokos (15) koktail (1) konfitura różna (1) kotlety (11) krem (5) krem kasztanowy (1) kuskus (1) lawenda (3) mak (1) maka z ciecierzycy (4) makaron (9) maliny (6) marcepan (1) masło orzechowe (3) migdały (12) mięta (3) mleko ryżowe (1) morele (1) muffiny (19) mąka orkiszowa (1) naleśniki (1) nerkowce (4) obiad (69) orzechy laskowe (1) papier ryżowy (1) pasta (11) pasztet (1) pesto (4) pieczarki (1) pierniczki (5) piernik (1) pierogi (3) pizza (2) placki (3) przekąska (28) przetwory (2) przystawka (1) quinoa (5) rada (35) risotto (4) rogaliki (1) rukola (2) sałatka (7) sezam (3) smalec (1) soczewica (7) sojonez (1) sorbet (1) spaghetti (4) spring rolls (1) sushi (2) suszone pomidory (4) syrop klonowy (2) szparagi (1) szpinak (11) słodkie (62) tahini (2) tarta (4) tempeh (3) tofu (21) tofucznica (2) tort (5) trufle (1) truskawki (5) urodziny (6) vegan omlet (2) wanilia (6) woda różana (3) zapiekanka (1) zupa (18) święta (10) żurawina (4)

niedziela, 31 lipca 2011

Tabuleh! Wersja minimalistyczna!

Są dania, które kojarzą mi się z wakacjami i bez których nie potrafię sobie wyobrazić lata. W tym roku jeszcze się za bardzo nie pojawiły na moim stole, a to z powodu pogody, która bardziej przypomina jesień. W ramach zaklinania słońca i z nadzieją na piękny sierpień prezentuję Wam jedno z moich ulubionych letnich dań.
Tabuleh, do którego z reguły dorzucam jakiegoś kotlecika i surówkę z sałaty i pomidorów! Pycha! 

Dla mnie lato w kuchni to przede wszystkim pierogi z leśnymi owocami, gazpacho, spaghetti ze świeżymi pomidorami, bazylią i tofu. Ale też placki z cukinii, lasagne ze szpinakiem, socca z kurkami, leśne grzyby z tymiankiem w cieście francuskim itp. itd. Ponad to wakacje to też grillowanie! I miliony sałatek i surówek. Rozmarzyłam się...
O deserach pisać dziś nie będę, bo już w ogóle odpłynę, a przecież chcę Wam podać przepis! :)


Składniki:
  • 200 g kuskusu ( najlepiej pełnoziarnistego!)
  • 2 duże mięsiste pomidory
  • 1/4-1/2 szklanki posiekanej mięty
  • sól
  • pieprz świeżo mielony
  • olej 
Kuskus zalać wodą, tak aby sięgała 1-1,5 cm powyżej kaszy i odstawić na pięć minut. Pomidory zalać wrzątkiem, obrać ze skórki, usunąć gniazda nasienne i pokroić w kosteczkę. Kiedy napęcznieje, spulchnić go widelcem. Na patelni rozgrzać 3-4 łyżki oleju. Wyspać kaszę i smażyć, cały czas mieszając przez 4-5 minut. Zdjąć z ognia, wymieszać z pomidorami i miętą. Posolić i popieprzyć do smaku. Przełożyć do miski. Posypać  natką pietruszki. Podawać, jako samodzielne danie lub z dowolnymi dodatkami. 
Smacznego! 




EDGE OF LIVING
DO YOU NEED A CHANGE? LIKE A NEW PAIR OF RUNNING SHOES TO MAKE A QUICK ESCAPE BEFORE THIS PLACE FUCKING KILLS YOU/WE’RE ALL HYPOCRITES AND HALF-ASSED LIARS/LONELY FREAKS WITH HEARTS ON FIRE/THEY BURN SO BRIGHT WE HAVE TO HIDE BEHIND OUR DAILY LIES/CUZ YOU TOSS AND TURN EVERY NIGHT, YOU MADE IT THRU THE DAY BUT SOMETHING JUST AIN’T RIGHT/AS YOU TRY TO BALANCE ON THE EDGE OF LIVING/RIGHT AND WRONG BLUR TO GREY/YOU START THE DAY WITH NOTHING GOOD TO SAY/NEVER THOUGHT YOU BE THIS WAY/SO SCARED OF GROWING OLD/FRIEND HOLD ON DO YOU NEED A BREAK? (SLOW DOWN THIS MANIC PACE/SMASH A FUCKING PLATE IT’LL MAKE YOU FEEL MUCH BETTER)/FROM THESE SHITTY JOBS AND MOLD HOUSES/BROKEN BONES AND OVERDOSES/THE FACT THAT WE SURVIVE AT ALL IS KIND OF A SURPRISE/OLD FRIEND HOLD/IF NOTHING THAN TO THIS SONG/OLD FRIEND STAY STRONG/TAKE WHAT YOU NEED AND MOVE ON

piątek, 29 lipca 2011

Złociste kotlety z płatków quinoa.

Wczorajszy dzień był zdecydowanie moim dniem!!! Od rana do późnego wieczora cały pozytywny. Jednak w przyrodzie musi być równowaga, stąd dzisiejszy różowy już nie był, żebym przypadkiem nie rozpłynęła się ze szczęścia...
Kiedy jest mi tak bardzo smuto i muszę pomyśleć biorę się za sprzątanie mieszkania. To taka moja terapia zajęciowa, po której padam na twarz ze zmęczenia! Odreagowuję stres. Martwię się trochę tym, że potrafię przejść do porządku dziennego nad czymś, co normalnie powinno człowieka przytłoczyć. Znieczulica? Mam nadzieję, że to bardziej obrona samej siebie przed tym, aby nie zwariować. 

Słucham the Smiths i myślę o utworze "I know it's over". Wczoraj o nim z kimś rozmawiałam i myślę, że całkowitą prawdą jest, że:
" It's so easy to laugh
It's so easy to hate
It takes strength to be gentle and kind"

O.K., koniec smucenia! Jutro nowy dzień! Będzie dobrze. Dla równowagi w przyrodzie!

Już kiedyś kotlety z quinoa pojawiły się na blogu. Tym razem się wycwaniłam, bo zamiast ziaren, użyłam płatków z quinoa, co sprawiło, że są one jeszcze prostsze w przygotowaniu. Fakt, płatki te nie są zbyt powszechne ( sklepy ze zdrową żywnością i internetowe jedynie je mają), ale może dzięki temu przepisowi, więcej osób po nie sięgnie. A warto, warto, bo jak można wyczytać to tu, to tam quiona, czyli "złoto Inków" jest cennym źródłem białka, ale też manganu, magnezu, wapnia, żelaza, miedzi i fosforu. 
Ja w najbliższym czasie będę sporo eksperymentować w kuchni z tym "super zbożem" i może podzielę się z Wami efektami. Może, ale nie obiecuje, bo czuję, że powoli nadchodzi czas blogowego lenistwa :) 


Składniki:
  • 1 szklanka płatków quinoa
  • 1 łyżeczka przecieru pomidorowego
  • przyprawy: sól, pieprz, majeranek, papryka słodka i ostra, tymianek itp. itd.
  • 2 ząbki czosnku
  • 1/2 cebuli pokrojonej w kosteczkę 
  • 1 mały ogórek kiszony pokrojony w drobną kosteczkę
  • 4 łyżki bułki tartej + trochę do obtaczania
  • olej do smażenia
Płatki zalewamy dwiema szklankami wrzącej wody i odstawiamy na 15 minut. Dodajemy do nich przecier, zmiażdżony czosnek, cebulkę, ogórka, 4 łyżki bułki i mieszamy. Następnie przyprawiamy. Ilość przypraw zależy od tego, jak intensywny i ostry smak chcemy uzyskać, dlatego każdy powinien to zrobić wg własnego uznania. 
Z gotowej masy formować dość płaskie kotlety obtaczać je w bułce i smażyć z obu stron na złoty kolor, delikatnie przewracając z jednej strony na drugą. Gotowe! :)



czwartek, 28 lipca 2011

Wegańskie drożdżowe ciasto bez wyrabiania z agrestem i wiśniami.

Mam wiele pomysłów na przepyszne kolorowe cupcakes'y, ale myślę, że bez sensu byłoby nie wykorzystać sezonowych owoców i zamiast muffinów z kremami piekę ciasta ze świeżymi owocami. Może nie są tak bajkowe, jak cupcakes, ale niewątpliwie są przepyszne, budzą dobre skojarzenia z latem, lenistwem, dzieciństwem i można się nimi objadać bez opamiętania. Wakacje to czas chodzenia w japonkach i czas pieczenia owocowych drożdżówek. Tak już było, jest i będzie :) Gdyby było gorąco robiłabym sorbety, ale skoro za oknem słońce nie szaleje, mogę bez obaw piec i słuchać muzyki wspominając miniony fluff fest, który pomimo  nieudanego startu, i muzycznie i towarzysko nie zwiódł... ;)


Udało mi się jeszcze zdobyć kończący się już w tym roku agrest, dołożyłam trochę wiśni i upiekłam najprostsze drożdżowe ciasto świata bez wyrabiania. Robiłam je już kiedyś tutaj, ale tym razem pominęłam zamienniki jajka i udało się bez problemu. Jego zaletą jest to, że właściwie samo się robi, a my w tym czasie możemy zająć się czymś ważniejszy, wszak nie samym gotowaniem i pieczeniem człowiek żyje :).
Powinna z nim sobie poradzić największa kuchenna ciamajda :) Pyszne!!! Może i Wy się na nie skusicie?! Polecam! :) 

Składniki układamy warstwami w misce:
  • 50 g drożdży, pokruszonych
  • 0,5 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 1 szklanka mleka roślinnego
  • 0,5 szklanki oleju rzepakowego
  • 2,5 szklanki mąki pszennej 
Miskę przykrywamy kuchennym ręczniczkiem. Odstawiamy na 2 - 3 godziny w ciepłe miejsce. Po tym czasie mieszamy drewnianą łyżką lub mikserem. Smarujemy foremkę(22 x 28 cm) olejem. Przekładamy ciasto. Odstawiamy je jeszcze na 20-30 minut. Na wierzchu układamy owoce (u mnie wiśnie i agrest)  Posypujemy kruszonką zrobioną z 1/2 szklanki mąki, 2-3 łyżek cukru, 2 łyżek oleju i 3 łyżek wody. Pieczmy w piekarniku rozgrzanym do 170 st. C. przez około 35-40 minut.



Soundtrack: Lemuria - THE PEBBLE

the one
You make me feel like milk phlegm
Coating the back of a throat
I always annoy you
Get it out, get it out of your system
Get it out, get it out of your system
Show some feeling to me
Be the one you used to be
Get it out, get it out of your system
Get it out, get it out of your system
Show some feeling to me
Be the one you used to be

Why do you love me
I'm a mosquito bite on your arm
Itching until your bleeding scars
Why do you love me
Why do you love me 

środa, 27 lipca 2011

Kanapkowa pasta migdałowo-marchewkowa

Dawno nie było tu żadnych rozkmin, którymi raczyłam Was od czasu do czasu w swoich postach. Ostatnio przyszło mi do głowy jednak coś, co dotyczy CZASU właśnie. Chodzi o przeszłość i to, co powinniśmy z nią zrobić. Wiadomo, że każdy z nas ma za sobą zarówno dobre, jak i złe doświadczenia.  Od tych drugich oczywiście najchętniej totalnie byśmy się odcięli udając, że się nigdy nie wydarzyły, ale powiedzmy sobie jednak szczerze: NIE MOŻNA i NIE POWINNO SIĘ CAŁKOWICIE UCIEKAĆ OD PRZESZŁOŚCI, bo czy dobra, czy też zła ma nas wpływ, kształtowała nas, sprawiła, że teraz jesteśmy tacy, a nie inni. Można powiedzieć, że nosimy ją w sobie. Trzeba żyć teraźniejszością, patrzeć w przyszłość, ale wnioski czerpać w przeszłości. Jeżeli o niej zapomnimy, odetniemy się, to tak naprawdę szybko zatoczymy koło błędów i porażek, bo nie potrafiliśmy się niczego nauczyć, czerpać ze swojego doświadczenia.  Dlatego choć na co dzień o nich nie myślę, to mam gdzieś tam głęboko w pamięci te wszystkie swoje porażki, błędy jakie popełniłam, ludzi, których skrzywdziłam i tych, którzy skrzywdzili mnie. Wiem, że będę popełniać kolejne, ale ważne, żeby nie były one wynikiem braku umiejętności czerpania nauki z przeszłości, a jedynie efektem zwyczajnego ludzkiego błądzenia. Wiadomo, że są sprawy, które wolelibyśmy wymazać z pamięci, bo wiercą dziurę w brzuchu, powracają, jak bumerang, ale chyba nie po to, aby nas pogrążyć, ale aby nas chronić przed powtórka z przeszłości. 

Przysłowiowe palenie mostów nie jest moim zdaniem żadnym odcięciem się od przeszłości, o ile będziemy pamiętać za kim i dlaczego ten "most" spaliliśmy.

Podobnie, jak rozkmin, dawno nie było też pasty na kanapki. Postanowiłam zaproponować Wam dziś coś prostego, co można przygotować nawet po zakupach w osiedlowym sklepiku. Żadnych skomplikowanych składników. Ukłon w stronę tych, którzy o to prosili. ;) 

Składniki:
  • 100 g obranych ze skórki namoczonych przez noc migdałów
  • 1 marchewka
  • 4-6 łyżek oleju
  • 1/2 małej cebuli
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 1/4 łyżeczki soli
  • spora szczypta pieprzu
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • garść natki pietruszki
Jeżeli macie nieobrane migdały, należy je zalać wrzątkiem, odczekać kilka minut, a następnie obrać ze skórki. Zalać świeżą wodą i włożyć na noc do lodówki. Marchewkę obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wszystkie składniki zmielić razem w blenderze. Gotowe! Zajadać na kanapkach ze świeżymi warzywami!
Smacznego!

Soundtrack: Glasses - s/t 12"

disaccords 
today is green and tomorrow is blue. 
it's always the same with things wanting
and running at full tilt reversive ways. 
give me another filler to make this another wasted night. 
to feel that bitter aftertaste.
to ask myself again if this is me. 
fuck what i told myself yesterday, today was blue and tommorrow it'll all be grey. 
i make this another morning to regret. 

living a permanence that i so much can't stand.

i'm giving a smile to being at odds with myself. 
it's me at fast forward drowning. i'm drowning in a contradictory me. 
fuck what i told myself yesterday, today was blue and tommorrow is grey. 
today is green and tomorrow is blue. 
i ask myself again if this is me. 
swaying in disaccords, things to face but not willing to see. 
fuck what i told myself yesterday. 
today was blue and tommorrow it will all be fucking grey. 

sobota, 23 lipca 2011

Dieta jest ważna!

Pamiętacie zasadę trzech składników na moim talerzu? Pewnie, że nie pamiętacie! Jak macie pamiętać, skoro pisałam o tym w czasie, kiedy jeszcze nikt nie czytał mojego bloga. Zasada pojawiła się tutaj. A wspominam o niej znowu, bo myślę, że jest na tyle fajna, że warto ją rozpowszechniać. Po pierwsze, gdy wcielimy ją w życie, będziemy mieć większą gwarancję, że nasza dieta jest urozmaicona i dostarcza nam wszelkich niezbędnych składników: substancji odżywczych, witamin i minerałów. Po drugie nasze talerze będą nas kusić kolorami, a jak wiadomo je się nie tylko buzią, ale również oczami. Dla mnie względy estetyczne są ważne i lubię, jak jedzenie na moim talerzu wygląda apetycznie i jest rozmaite.
To, że staram się trzymać tej zasady widać w poście o moim majowo-czerwcowym jedzeniu


Na powyższym talerzu popłynęłam jeszcze bardziej, ale jak to się mówi: "ten typ tak ma" ;).

Polecam Wam zastosowanie zasady "trzech składników" teraz, w wakacje, kiedy dostęp do świeżych warzyw i owoców jest szczególnie szeroki. Dbajcie o dietę, bo to podstawa zdrowia.
W szpitalu codziennie napatrzę się na tyle schorzeń wynikających z zaniedbania, ignorancji czy głupoty, że ciarki po plecach przechodzą. Nieprawdopodobne jest dla mnie ile bólu i cierpienia człowiek jest w stanie sobie sam zafundować. Niestety ludzie uświadamiają sobie swoje błędy, kiedy jest już za późno i skutki  zaniedbań są nieodwracalne.
To tyle moich rozkmin, tak ku przestrodze mojej i Waszej!

U mnie obiad wygląda np. tak: smażone pieczarki, smażony bakłażan, surówka z sałaty, pomidorów, ogórków kiszonych i cebuli, pieczone ziemniaki i "nuggetsy z seitanu". GO VEGAN! 

czwartek, 21 lipca 2011

Papierówki. Tarta. Miłość.

Moi rodzice nie należą do tych, którzy przygotowują swoim dzieciom przed wyjazdem z domu  tzw. wałówkę. W sumie to dobrze, bo lubię świeżo przygotowane jedzenie. Warzywa, owoce, coś  co smaży się raz z nie tysiąc razy. Przede wszystkim jednak lubię gotować i każdy, kto mnie zna, wie, że nie można mi odbierać tej przyjemności, bo się wścieknę, a w każdym razie będę smutna! :) W moim życiu wszystkie miłości (i namiętności) się wykończyły. Teraz liczą się dla mnie tylko trzy: MEDYCYNA, MUZYKA i oczywiście GOTOWANIE. Czy więcej potrzeba? Nie, w każdym razie tak sobie wmawiam ;).  

Po ostatnim weekendzie wróciłam od rodziców z paczką jadzenia: ogórki małosolne, chyba z 3 kg papierówek z ogrodu, spory zapas seitanu domowej roboty i mnóstwo warzyw. Nie muszę się martwić o to, co zjem na obiad, bo lodówka pęka z szwach. Chociaż raz :P.
Ale co tu zrobić z tyloma jabłkami?  Przypomniał mi się przepis na tartę, jaką kiedyś widziałam na blogu White Plate. Oczywiście "zweganizowałam" go sobie odpowiednio i voila! Pyszna tarta wylądowała na stole i zaraz potem w brzuszkach ziomków, którzy "zaplątali" się u mnie na chacie. Miło,co? Dobrze, że niektórzy są tak blisko, na tej samej dzielni, kilka bloków dalej... i wielka szkoda jednocześnie, że inni tak daleko... ( what to do..?) 


Przepis na spód ściągnęłam od Siostry Mej Starszej, resztę do Liski. W domu roznosił się słodki zapach musu z jabłek. Lubię to! Wy pewnie też, co? 

Składniki na mus:
  • ok. 400 g jabłek ( u mnie papierówki)
  • 75 g cukru trzcinowego
  • łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki wody
Jabłka obrać i pokroić w malutką kosteczkę. Wrzucić do rondelka razem z wodą, cukrem, cukrem waniliowym, sokiem z cytryny. Gotować przez 15 minut na małym ogniu. 

Składniki na kruchy spód  ciasta  :
  • 100 g mąki pszennej
  • 100 g mąki krupczatki
  • 30 g cukru trzcinowego
  • 3 łyżki wody 
  • 100 g margaryny wegańskiej ( u mnie Alsan) 
Z podanych składników ugnieść ciasto. Kiedy będzie gotowe włożyć na minimum godzinę do lodówki. Następnie rozwałkować lub też kawałek po kawałku wykładać nim foremkę do tarty.
Musem jabłkowym wypełnić ciasto,  na wierzchu ułożyć w okrąg, zaczynając od brzegu formy, z cienko pokrojonych plastrów jabłka ( potrzebne będą do tego ok. 3 jabłka). Posypać łyżką cukru trzcinowego i cynamonem. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 200 st.C przez ok 20-25 minut.
Można zajadać jeszcze kiedy jest ciepłe. Polecam i smacznego oczywiście! :)  




Don't feel, don't tear, don't kiss, don't care, don't touch, don't want me.Don't want me, don't want me. (...) 
Don't sing, don't talk, don't yell, don't laugh, don't think, don't speak, don't save me.
Don't save me, don't save me.
Don't stare, don't glare, don't heal, don't mend, don't take, don't send, don't love me.
Don't love me, don't love me.




wtorek, 19 lipca 2011

VEGAN RIOT GRRRILL! ;)

Wiecie czym jest przestrzeń osobista? Na pewno nie raz się Wam zdarzyło, że ktoś ją naruszył (choćby w autobusie, czy tramwaju, ale to trochę inna bajka, bo tam nie ma czasami wyjścia) , a Wy milczeliście. Mi też się to zdarza. Choć zazwyczaj głośno krzyczę i jasno sprzeciwiam, gdy tylko ktoś mnie tknie... W ciągu tych kilku lat nauczyłam się bronić. Nadal jednak zdarzają się sytuacje, które sprawiają, że staję się bezradna. W takich chwilach jestem zła na siebie, że nie zachowałam się adekwatnie i że się nie postawiłam. Nie umiałam  powiedzieć, co myślę. Milczałam, a tym samym dałam przyzwolenie na sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. 
No i gdzie jest w tych chwilach ten mój "riot", co? No gdzie? Chyba jeszcze daleka droga przede mną. Ale w końcu dojdę do perfekcji. Jeszcze muszę się dużo nauczyć, bo nie wszędzie jest tak bezpiecznie i świat zewnętrzny nie jest ani miły ani dobry. I niestety trzeba się przed nim bronić i trzeba walczyć. 
Wiem wstęp jest zawiły, nie mówi nic wprost, ale powiedzmy, że Ci których spotyka to samo wiedzą, o czym piszę...

Riot grrrill to oczywiście taka przewrotna nazwa ;). Dla tych, którzy nie siedzą w scenie punkowej, wyjaśnię, że nawiązuje ona do RIOT GRRRL, czyli  takiego "odłamu" sceny punkowej tworzonej przez dziewczęta. Ruch odwołuje się do bardzo bliskich mi idei, czyli feminizmu, d.i.y., pro-choice itp. itd. Promuje pomoc wzajemną, piętnuje faszyzm, rasizm, seksizm, antysemityzm, specyizm, dyskryminację ze względu na wiek, seksualność, wagę ciała, klasy czy niepełnosprawność. Riot Grrrl walczą przede wszystkim ze stereotypem dziewczyny słabej, "ładnej, lecz głupiej". Pokazuje nowe formy, nową twórczość i nowe spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. My dziewczyny mamy wiele do zrobienia i mnóstwo do powiedzenia ( a właściwie do wykrzyczenia).  Dla mnie osobiście rozwój "riot grrrl" jest bardzo ważny, bo w kwestii praw kobiet ( również w tzw. środowisku punkowym) jest nadal bardzo dużo do zrobienia. Nadal głos dziewcząt jest mniej słyszalny, obecność niezauważalna... 

A gdzie w przygotowanym przeze mnie grillu jest ten "riot" ( z ang. riot - zamieszki). A tu, że w czasie, kiedy wszyscy sąsiedzi wokół przyrządzali na swoich rusztach to, co powinno żyć, oddychać i biegać, ja udowadniałam, że 100% wegańska wyżerka jest 1000 razy lepsza, fajniejsza, smaczniejsza i przede wszystkim etyczna. W ten sposób chce namówić Was, abyście i Wy przemyśleli swoje zwyczaje żywieniowe. Przecież możemy się najeść pięknych, kolorowych, pełnowartościowych smakołyków oszczędzając zwierzęta. A jeżeli zabraknie Wam kreatywności to poniżej znajdziecie kilka propozycji, co przygotować na wegańskie grillowanie! :)


Co wrzucić na ruszt? Można wiele rzeczy. Wszelkiej maści warzywa: cukinie, kabaczki, kalarepy, bakłażany, papryki i grzyby: pieczarki, kurki, boczniaki, kanie. Można upiec kromki chleba natarte czosnkiem, przyprawami i olejem. Na grilla nadają się steki sojowe, sejtan w milionach wersji, marynowane tofu czy tempeh. Ja zazwyczaj przygotowuję szaszłyki. Już kiedyś pewna ich wersja pojawiła się na blogu. Tym razem zrobiłam je z bakłażana, papryki, pieczarek, cebuli i sejtanu domowej roboty, przygotowanego przez moją siostrę. Gdy na ruszcie smażą się szaszłyki, pod rusztem, wymieszane z węglem, mogą piec się ziemniaki. Najlepiej podgotować je trochę, owinąć folią aluminiową i wrzucić do żarzącego się węgla. 
Takie ziemniaki pysznie smakują z sosem czosnkowym, kiopołu lub guacamole. 
Do dań z grilla trzeba koniecznie przygotować sałatkę, podać oliwki, pieczywo. U mnie była sałatka z rukoli, sałaty i kapusty pekińskiej z cebulą, pomidorami, papryką, ogórkami kiszonymi polana sosem winegret. 
Sos ziołowo-czosnkowy (na bazie majonezu sojowego):

  • 1/2 szklanki mleka sojowego
  • 2/3 szklanki oleju
  • 2 łyżki octu
  • 1 łyżeczka musztardy
  • sól, pieprz, kurkuma
  • 3-4 ząbki czosnku
  • ulubione zioła suszone lub świeże: tymianek, majeranek, oregano, bazylii
Mleko ubijać, dodać ocet i dalej zblendować. Stopniowo wlewać olej nie przerywając mieszania. Miksować tak długo, aż sos zgęstnieje. Doprawić do smaku solą, pieprzem, musztardą i ewentualnie wsypać szczyptę kurkumy. Na koniec dodać zmiażdżony czosnek i zioła. Gotowe.


Kiopołu - bułgarska pasta z bakłażana ( wersja podstawowa)
  • bakłażan
  • 2 łyżki oliwy
  • 1-2 ząbki czosnku
  • sól i pieprz do smaku
Bakłażana nakłuć widelcem. Upiec w piekarniku do czasu aż zrobi się czarny. Wyjąć z piekarnika i ostudzić. Obrać ze skórki. Wydrążony miąż zmielić blenderem, dodać zmiażdżony czosnek, olej i sól i pieprz. Posypać posiekaną pietruszką. Gotowe! 


 If I can't grill it's not my revolution! :P

A wracając do wstępu, to ja naprawdę NIE CHCĘ Z TOBĄ TAŃCZYĆ!!!!! Ja w ogóle nic z tobą nie chce!!!!


Nie chcę z tobą tańczyć
Śliskie ręce masz
Nie chcę z tobą tańczyć
Nieprzyjemną twarz
Nie chcę z tobą tańczyć
Bo kroków nie znasz
Nie chcę z tobą tańczyć
Podejrzanie się ruszasz
Co robią te ręce na mojej sukience?
Gdy mówię nie, nie dotykaj mnie!

piątek, 15 lipca 2011

Aromatyczne muffiny orzechowo-kakaowe

Choć zupełnie inne słodkości przewidywałam przygotowywać w tym miesiącu, jednak wszystko wokół sprzyjało temu, aby wreszcie upiec te muffinki! Po pierwsze w lodówce czekało napoczęte tofu, którego ważność zbliżała się ku końcowi, a ja na weekend uciekam za miasto zostawiając wszystko, nawet telefon (!) w domu. Poza tym dokupiłam sobie kolejne mini foremki do muffinków. Dzięki temu pieczenie takich małych słodkich babeczek stanie się dużo sprawniejsze i bardziej ekonomiczne! :) 
Poza tym reszta składników też się znalazła w szafkach. Starałam się uprościć i zweganizować recepturę na peanutki z "Zaskakującego tofu". Przepis, jak to zwykle u mnie bywa, uległ znacznym modyfikacjom.  Udało się, bo muffiny pierwsza klasa! 


Jedyne, co przemawiało za odpuszczeniem sobie tego pieczenia to... przyrost masy ciała! Niestety szorty coraz trudniej dopiąć... ;) A najgorsze, że niedługo nie wcisnę się w moje ukochane ogrodniczki :( Dobrze, że zazwyczaj chodzę na czarno ubrana, bo  to podobno wyszczupla. ;)

A teraz tekst, który mnie zmiażdżył. Ostatnio spotkałam taką dalszą znajomą i w odpowiedzi na cześć usłyszałam : "Nie poznałam Cie! Jakoś tak wyładniałaś!". Spoko, że są jeszcze ludzie szczerzy i bezpośredni... ;)

To tyle teorii, a teraz do dzieła! Pieczemy!!!

Składniki:
  • 3 łyżki masła orzechowego
  • ok 180 g tofu
  • 1 i 1/4 szklanki mleka sojowego naturalnego
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 1/2 szklanki golden syrup lub innego wegańskiego słodu
  • 1 łyżeczka ziaren anyżu
  • trochę utartej gałki  muszkatołowej
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 i 1/2 szklanki mąki
Masło orzechowe, mleko, tofu, cukier waniliowy, gałkę, anyż i słód zmiksować blenderem. Następnie dodać suche składniki i porządnie wymieszać. Gotowym ciastem wypełnić 12 foremek na muffiny. ( ja zrobiłam 18 mini + 5 klasycznych.). Piec w piekarniku nagrzanym do 180 st.C przez ok 20-25 minut. (jeżeli używamy mniejszych foremek to czas pieczenia skracamy do ok. 15 minut.). Gotowe muffiny można polać czekoladą!
Smacznego!





czwartek, 14 lipca 2011

Omlet to czy tofucznica... ?

O.K...  na początek dwa słowa o latających przedmiotach. Od kilku dni ma miejsce bardzo podejrzana sprawa. Jak tylko otwieram jakąś szafkę, wylatują z niej przedmioty waląc mnie w głowę, obijając twarz, przygniatając stopę. I nie mówicie mi, że jestem bałaganiarą i  to przez to... Jestem pewna, że ktoś chce zaburzyć mój spokój i szczęście... Buka? hmmm... ;)

Ostatnio chodziło za mną zrobienie omletu, innego niż ten tutaj i skusiłam się na przepis z książki "Zaskakujące tofu".  Nie jestem wielką fanką tego wydawnictwa, ponieważ większość przepisów jest tak zawiła, że nie chce mi się ich doczytać do końca. Trudno jednak zaprzeczyć, że potrawy ze zdjęć wyglądają imponująco. Przydaje się więc, jako źródło kulinarnych inspiracji. 
Omlet wyszedł bardzo dobry, ale raczej przypomina bardziej skomplikowaną wersję tofucznicy, a nie omlet, jakiego oczekiwałam, czyli zwartego placka. Danie to jest jednak na tyle dobre i ładne, że jednak zdecydowałam się je Wam zaproponować.
Oczywiście tradycyjnie już zmodyfikowałam recepturę, ale  rzadko trzymam się sztywno gotowych przepisów, bo moja nieśmiała kulinarna intuicja, już kiedy je czytam podpowiada mi, co zmienić, aby danie stało się bardziej "moje" niż "ich". To tyle na temat nowego wydania tofucznicy! Panie, Panowie! Chłopcy, Dziewczęta! Do dzieła!!!


Składniki:
  • 6 małych lub 2 duże ziemniaki
  • ok 270 g tofu naturalnego ( trochę więcej niż połowę 450 g kostki :P )
  • 150 g świeżego szpinaku 
  • 1/2 świeżego pomidora
  • 125 ml mleka sojowego
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżka mąki z ciecierzycy ( może być z kukurydziana)
  • 1 mała posiekana cebulka
  • 3 łyżki oleju rzepakowego
  • sól
  • pieprz kolorowy, świeżo mielony
  • czarna sól (opcja)
  • szczypior i natka do posypania 
Ziemniaki obieramy i kroimy w bardzo cienkie plastry. Na patelni ( takiej, która ma pokrywkę - przyda się później!) rozgrzewamy olej, wrzucamy ziemniaki i smażymy ok. 2-3 minuty do czasu, aż się zeszklą. Zmniejszamy ogień, przykrywamy pokrywką i dusimy do miękkości, mieszając od czasu do czasu, żeby się nie przypaliły.
Przy użyciu blendera miksujemy 1/3 objętości naszego tofu (ok. 90 g), mleko sojowe, kurkumę, mąkę z ciecierzycy, posiekaną cebulkę, aż do uzyskania jednolitej konsystencji. 
Pozostałe tofu kroimy w bardzo drobną kosteczkę i dodajemy do usmażonych ziemniaków i smażymy kolejne 2-3 minuty. Wrzucamy szpinak (bez obaw! cały! na patelni zmniejszy swoją objętość chyba z milion razy! :P) i dusimy go z 3 minuty. Dodajemy pokrojonego w kostkę pomidora i mieszamy z zawartością patelni. Smażymy ok. minutę. Na koniec wlewamy zmiksowane tofu z mlekiem, przyprawiamy solą, pieprzem, i czarną solą ( jeżeli mamy). Smażymy prze jakieś 5 minut, aż masa zacznie się ścinać. Mieszamy cały czas, aby nie przywarła do patelni. Podajemy posypane natką i szczypiorkiem, najlepiej ze świeżym pieczywem lub grzankami. Das ist alles! :)





Soundtrack: Vitamin X - Pissed Off...

środa, 13 lipca 2011

Magia śniadania!

Wieczorem pisać o magii śniadania...? Tak, tak! Niech jutro rano na Waszych stołach zagości coś niezwykłego, pożywnego, zdrowego. U mnie na bank coś takiego właśnie się znajdzie. 

Chciałam napisać, jakie ważne jest śniadanie, o zdrowiu i o zatrważających statystykach. Chciałam Was trochę postraszyć, żebyście go nie olewali. Uznałam jednak, że może tym razem niech zdjęcia się same wybronią. Ładne śniadania chce się jeść. Włóżcie w nie trochę serca i zajadajcie. Póżniej dobrze wykorzystajcie energię, jaką Wam daje i dzień można uznać za udany. Tyle moich rad. :)

Na zdjęciu warstwowy śniadaniowy deser. Na samym dnie pokrojony świeży ananas. Na nim warstwa płatków ryżowych i owsianych górskich ugotowanych na mleku roślinnym bez dodatku cukru. Następnie warstwa z jogurtu sojowego o smaku wiśniowym. Na końcu owoce - truskawki i nektarynka + garstka migdałów.

Inne śniadania w moim wydaniu:





A to piosenka petarda! Niech energia rozpiera Was tak, jak panie z Beyond Pink! 


wtorek, 12 lipca 2011

Letnie ciasto z owocami i kardamonem z nietypowym lukrem...

Cieszcie się miłymi chwilami w swoim życiu, wykorzystujcie te momenty i kumulujcie w sobie dobrą energię, jaka z nich płynie, ponieważ jutro może ich  już nie byc... I wówczas ta dobra energia, którą udało się zebrać będzie Waszym ratunkiem. Nie zginiecie.



Pomysł na to letnie ciasto zaczerpnęłam od Naomi z bloga The Gluttonous Vegan, ale jak to zwykle ze mną bywa przygotowałam je po swojemu. Przede wszystkim upiekłam inne ciasto, bo choć vgn margaryny zalegają w lodówce, staram się jednak ich nie używać, bo są po prostu niezdrowe i zastępować je zdrowszym olejem.  
Do przygotowanie lukru użyłam jednak, zgodnie z pierwotnym przepisem, margaryny. Trudno, niech stracę... :P Ciasto, a właściwie ten lukier jest tak potwornie słodki, że bez kubka kawy lub gorzkiej herbaty będzie ciężko ... ;)  Najlepszy po kilku godzinach chłodzenia w lodówce.

Ciasto:
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • 1 szklanka mąki krupczatki
  • 2 szklanki mleka roślinnego
  • 3/4 szklanki cukru trzcinowego 
  • 1/2 szklanki oleju rzepakowego
  • 1 torebka cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki mielonego kardamonu
  • 1/2 brzoskwini
  • pudełeczko malin
Wymieszać ze sobą mokre składniki i cukier. Następnie dodać mąki, proszek, cukier waniliowy i kardamon. Porządnie wymieszać, aby trzymać gładkie, jednolite ciasto. Przelać je do małej, naoliwionej torownicy. Ułożyć na nim brzoskwinię pokrojoną w plastry  połowę malin. Piec w 170 st.C przez około 50 minut.



Lukier:
  • 1 i 3/4 szklanki cukru pudru
  • 5-6 łyżek wegańskiej margaryny
  • 2 łyżeczki soku z cytryny
  • łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią 
Miksujemy margarynę do czasu aż stanie się prawie biała i puszysta, dodajemy stopniowo cukier. Na koniec wlać sok z cytryny i wanilię. Mieszamy dokładnie.
Przygotowanym lukrem smarujemy wystudzone ciasto. Zdobimy pozostałymi malinami. Gotowe! 

Tylko kto to zje...?




Soundtrack: Punch LP z naciskiem na "Make This Good Times That Much Better" 

Time heals all wounds. 
And with time comes wisdom too. 
A transition is an end or a new beginning. 
Two lines run parallel, again at a crossroads. 
With strength not betrayed by major muscle groups, and courage not improved by miles. 
Why look back when we can look forward?

poniedziałek, 11 lipca 2011

Dwa sposoby na tempeh!

Ostatnio zobowiązałam się przed znajomymi, że będę wrzucać na bloga prostsze potrawy. Takie bez wymyślnego składu, przypraw itd. Obiecuję, że kolejne posty takie właśnie będą, ale jeszcze tym razem nie ograniczę się do soli i pieprzu. ;)
Rzadko to robię, ale dzisiaj zaproponuję Wam dwie potrawy od razu. Obie z tempehu. Nie jest to produkt szeroko dostępny, ale myślę, że to kwestia czasu, a i on pojawi się na półkach obok tofu. Pozostaje jedynie żyć złudzeniami, że nie będzie horrendalnie drogi...  Zdarza mi się kupować tempeh w sklepach ze zdrową żywnością (wędzony lub smażony) lub zamówić go od znajomych regularnie podróżujących do Niemiec (wówczas naturalny). 
Ostatnio trochę z nim eksperymentowałam. A oto rezultaty. 

Gulasz z tempehu ( proporcje dla 6 głodomorów):

  • 1/2 kubka zielonej soczewicy namoczonej przez noc
  • 1/2 kg ziemniaków pokrojonych w kostkę ok. 1,5- 2 cm
  • 3 marchewki pokrojone w kostkę 
  • 10 pieczarek
  • 1 pomarańczowa papryka
  • 200 g tempehu
  • 2 garście liści szpinaku
  • 500 g przecieru pomidorowego ( cały kartonik)
  • cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • po 5 łyżek zmielonego sezamu i siemienia lnianego
  • 1/2 puszki mleka kokosowego
  • garam masala
  • tandoori masala
  • sól, pieprz
  • pieprz cayenne
  • słodka papryka
  • sos sojowy
  • olej
Tempeh pokroić w 1 cm kostkę, obtoczyć w łyżeczce garam masali i 1/2 łyżeczce soli. Rozgrzać na patelni olej i podsmażyć tak, aby się zarumieniły w miarę równomiernie. 

Ziemniaki i marchewkę pokroić w kostkę 1,5-2 cm. Pieczarki i paprykę pokroić w paski, a cebulkę w piórka. Na dużej, głębokiej  patelni lub rondlu rozgrzać 3-4 łyżki oleju. Zeszklić cebulę, dodać zmiażdżony czosnek i pieczarki ( dusić 5-7 min.).  Następnie dodać paprykę i smażyć 5 minut. Przyprawić łyżeczką tandoori masala, garam masala oraz wsypać odsączoną soczewicę. Smażyć 3 minuty. Dodać łyżeczkę soli i wlać 2,5-3 szklanki wody. Gotować 10 minut. Po tym czasie dodać przecier , ziemniaki i marchewki.  Gotować 20-25 minut, doprawić 1/4 łyżeczki pieprzu cayenne, 1-2 łyżeczkami słodkiej papryki. 
W tym czasie zmielić siemię i sezam. Po 20-25 min. dodać mleko kokosowe i zmielone nasiona. Wymieszać. Dodać łyżeczkę soli i 2 łyżki sosu sojowego. Wsypać usmażony tempeh i liście szpinaku. Gotować razem przez 5 min. 
Jeżeli wyszedł zbyt gęsty możesz dodać jeszcze kilka łyżek wody. 
Doprawić do smaku solą i pieprzem. 
Podawać ze świeżym pieczywem lub ulubionymi warzywami.




Tempeh marynowany:

  • 1/2 szklanki wody
  • 5 łyżek sosu sojowego
  • 2-3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę 
  • 1 cm startego imbiru1 łyżka octu ryżowego
  • 1 łyżeczka cukru trzcinowego
  • 200 g tempehu 
Z podanych składników wyłączając tempeh przygotować marynatę. Tempeh pokroić w 0,5 cm paski i zamoczyć w marynacie na min. godzinę. Odsączony z marynaty i smażyć z obu stron na złoty kolor. Można zjeść, jako dodatek do obiadu, w burgerze, dodać do sałatki lub zjeść jako oddzielną przekąskę zarówno na zimno, jak i na ciepło.



W oczekiwaniu na mój rower, który jest w naprawie słucham sobie:


Kotlety ze szpinaku i płatków jaglanych

Tkwię w Poznaniu i niby nie powinnam narzekać, w końcu popołudnia są wolne.. ale jednak. Kiedy widzę kogoś z plecakiem, śpiworem czy namiotem to żal serce ściska. Też chcę na wakacje! Najlepiej na Kaszuby. Mhm. To chyba jedyny region w Polsce, za którym autentycznie tęsknie. Mój tata jest Kaszubą i kiedy byłam dzieciakiem zabierał nas tam przy każdej możliwej okazji. Być może moja tęsknota za Kaszubami nie jest wcale tęsknotą za jakimś tam regionem, ale własnie za dzieciństwem, z chwilami beztroski, kiedy wszystko było takie jasne, proste, kiedy nie musiałam się martwić o siebie, bo dbali o mnie inni. Ten czas się skończył i nie mogę narzekać, bo ciesze się dorosłością i tym, jak jest - swoim życiem, ale jednocześnie tęsknię do tej błogiej przeszłości...

Bardzo rzadko jestem w domu rodzinnym. Jednak jak przyjeżdżam zawsze staram się wykombinować coś fajnego na obiad. Ostatnio zrobiłam kotlety szpinakowo-jaglane. Jeżeli nie macie dostępu do płatków jaglanych, możecie pokombinować z innymi, np. z jęczmiennymi lub owsianymi. O razu uprzedzam, że przepis choć prosty wymaga wyczucia.  Ale jeżeli macie go w kuchni choć odrobinę to wszystko powinno wyjść doskonale. :)



Składniki:
  • 3/4 paczki mrożonego szpinaku (dobrze odsączonego)
  • 1 szklanka płatków jaglanych
  • 1 mała cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki ziaren słonecznika
  • łyżeczka soli
  • łyżeczka garam masala
  • łyżeczka słodkiej papryki
  • łyżeczka majeranku
  • 3 łyżki otrębów pszennych
Szpinak rozmrozić i bardzo dobrze odsączyć. Płatki jaglane zalać wrzątkiem, a następnie odsączyć. Cebulę posiekać w drobną kosteczkę. W misce wymieszać szpinak z płatkami, dodać cebulę, przeciśnięty przez praskę czosnek, słonecznik, przyprawy i otręby. Masę odstawić na 10 minut. Sprawdzić konsystencję. Jeżeli wydaje się być za rzadka, można dodać jeszcze łyżkę lub dwie mąki kukurydzianej lub z ciecierzycy. ( je nie musiałam). Formować małe kotlety, obtaczać je w bułce tartej i  smażyć z obu stron na złoty kolor. Uwaga! kotlety warzywne maja to do siebie, że są dosyć delikatne, więc należy ostrożnie przewracać je na patelni podczas smażenia. 
Podawać z ulubionymi warzywami i sosami. 
Smacznego!


Soundtrack: AGRIMONIA - HOST OF THE WINGED ( w sam raz na rodzinny obiad, hehe :P) 

sobota, 9 lipca 2011

Najprostsze wegańskie gofry!

Cieszę się swoją samotnością ( choć samotność to chyba złe słowo, bo w końcu nie jestem samotna, tylko sama :)), życiem w pojedynkę. Chyba mogę napisać, że wreszcie "smakuję" życia.  I lubię ten jego kwaśny smak. :) Od dziecka zawsze wszystko chciałam robić sama, wszystko wiedziałam najlepiej, ceniłam sobie odrębność i niezależność (choć wtedy nie umiałam tego nazwać). Wychowywałam się z trzema siostrami, więc tym bardziej poczucie indywidualności było mi  potrzebne. 

Czasami mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie całą dobrą energię tracą na poszukiwanie swojej drugiej połowy, jak mówią niektórzy "połowy jabłka". Tymczasem mi się wydaje, że ja jestem całym jabłkiem, nie potrzebuję żadnego dopełnienia. Sama mogę stworzyć całość. Każdy chłopiec, z którym byłam, był raczej, jak taki insekt, powodujący, że się "psułam" i stając się coraz bardziej "niezjadliwa". ( no niestety nie służyli mi w ogóle). Dopiero teraz, kiedy jestem singlem, słyszę, że wyglądam na szczęśliwą. Są ludzie stworzeni do związków i tacy, którzy ich nie potrzebują, wręcz nie powinni się w nie "ładować", bo to skończy się dla nich tragicznie. Tym bardziej, jeżeli są z tych, o bogatym życiu emocjonalnym i nadmiernej wrażliwości... Muszą nauczyć się chronić samych siebie. Dlaczego ja dopiero teraz to zrozumiałam? Nie wiem... 

Abstrahując od tych dziwnych porównań, życie w pojedynkę wydaje mi się teraz lżejsze. W każdym razie w tym momencie mojego życia. Wiem z doświadczenia, że najgorzej jest kogoś pokochać, zaufać i polegać na tej osobie. Najgorzej jest uwierzyć, że potrzebuje się  miłości do funkcjonowania, bo kiedy się ją straci, ból, jaki się odczuwa jest nie do zniesienia i pewnie nigdy nie mija do końca, ale siedzi w nas głęboko. Tak mi się wydaje...

Nie myślcie jednak, że jest ze mną źle! Jest "superhiperekstradobrze" i miło :P 
I poza miłością są rzeczy, do których chce wracać. Lista takich rzeczy jest w sumie nieskończona... Należą do nich mi.in. gofry. Ech... i co ja bym zrobiła bez tej kuchni, co? ;)


Składniki na mniej więcej 8-10 gofrów:
  • 2 szklanki mąki pszennej białej
  • 1 - 1,5 szklanka mąki pszennej razowej
  • 2 i 1/2 szklanki mleka roślinnego ( u mnie owsiane)
  • 3-4 łyżki oleju 
  • 1/4 szklanki cukru trzcinowego
  • 1,5 łyżeczka proszku do pieczenia. 
  • olej do smarowania gofrownicy
Mleko, olej, cukier wymieszać. Następnie dodać mąki ( większa ilość daje większą gwarancję, że ciastko nie będzie się lepić do gofrownicy :P) i proszek do pieczenia i zmiksować razem. Smażyć w rozgrzanej gofrownicy, uprzednio posmarowanej olejem. Gofry mają być złote i chrupiące. Ja moje podałam z sosem malinowym, ale można  jeść je bez niczego lub tylko z cukrem pudrem. Można podać z bitą śmietaną sojową, świeżymi owocami lub z sorbetem owocowym. Smakują zarówno na ciepło, jak i kilka godzin po smażeniu.
Enjoy! :)


Soundtrack: Dawnfall of Gaia - "EPOS" ( auf deutsch, aber ... I like it :P) 

czwartek, 7 lipca 2011

W tej sprawie jeszcze głosu nie zabierałam...

Dużo piszę do Was o sobie, ale coraz częściej odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami tym, co dzieje się wokół mnie. Czasami zdradzam między wierszami swój światopogląd, choć sam fakt, że jestem weganką już powinien dużo na mój temat powiedzieć... ( może wręcz przeciwnie :P) .  Chciałabym, aby na blogu raz po raz pojawił się zupełnie oderwany od gotowania, tekst. W myśl hasła z podtytułu bloga "If you can bake a cake, you can make a bomb". Teksty te mają być w zamierzeniu swego rodzaju bombą. Mają  uderzać, dawać do myślenia. Pewnie minie kilka miesięcy zanim  uda mi się to zrealizować w takim stopniu, jakbym sobie tego życzyła i napisać coś naprawdę dobrego, ale co tam... Spróbuję.  Zaczynam!

Dziś będzie o czymś zupełnie nowym. Na tapetę wskoczy DZIECKO. Spokojnie, nie dołączam do grona rozhisteryzowanych, niedojrzałych emocjonalnie matek. Nie żebym uważała, że wszystkie takie są, ale ja byłabym najpewniej własnie taka w tej chwili, a moje dziecko miałoby w przyszłości z tego tytułu co najmniej anoreksję. Ok, ale zbaczam z tematu! Chcę pisać o dzieciach, bo już wkrótce zostanę po raz czwarty ciocią. Dlatego ostatnio temat ten wkrada się do wszystkich sfer mojego życia.  Na szczęście dla dzieci mojej siostry jestem po prostu Madzią (tak, boję się dorosnąć i uważam, że nazywając mnie ciocią postarzałyby mnie... :P). Ojej i znowu egocentrycznie piszę o sobie samej, a tym czasem, ja naprawdę chcę napisać coś o DZIECKU i jego otoczeniu. Byłam dosyć nieczuła na widok dzieci dopóki nie zostałam ciocią. Nie zwracałam na nie uwagi. Zwyczajnie miniatury "normalnych" ludzi zupełnie nie wchodziły z zakres moich zainteresowań. Do czasu... bo w końcu takie zdjęcia rozmiękczają nawet moje serce.
   


Kiedy 5 lat temu na świecie pojawiła się moja pierwsza siostrzenica wszystko się zmieniło. Teraz idąc ulicą i widząc dzieci, przyglądam się im. Zupełnie nie boję się kontaktu z z "małymi ludźmi"! Moje życiowe doświadczenia z dziećmi mocno przydają mi się na zajęciach z pediatrii. Jestem obcykana z wszystkim tym, co "interesuje" dzieci praktycznie od chwili narodzin aż do 5-6 roku życia. Ale znowu o sobie zaczynam...
No dobrze... Dużo chodzę, poruszam się po mieście pieszo i obserwuję, wyłapuję bodźce dobiegające do mnie ze środowiska zewnętrznego. I choć jest ich sporo, staram się je segregować, wychwytując tylko te które mnie interesują.
Idąc ulicą widzę mnóstwo dzieci, w wózkach, "za rękę", w chustach, nosidłach i na rękach. Moja uwaga jednak wcale nie skupia się zbyt długo na dziecku, bo w pewnym momencie zostaje odwrócona przez opiekunów tychże maleństw. Mowa oczywiście o MATKACH, bo to one w 95% towarzyszą swoim dzieciom. Choć "tatowanie" modne stało się "na salonach" i czasami trafiam w necie na zdjęcia celebrytów piastujących swe potomstwo bez żadnej pomocy karmicielek, to jednak ze zwykłej polskiej ulicy-kamienicy-blokowiska etos Matki Polki nie znikną. Ba! Ma się świetnie, kwitnie wręcz, jak lipa pod koniec czerwca. 
Każda z nas nosi go w sobie. Co najgorsze jest bardzo utwierdzany przez współczesny świat. Do kogo kierowane są reklamy pieluch, kaszek, papek itd.? Do kobiet. Co za dyskryminacja! Dyskryminacja ojców. Odbiera im się prawo do decydowania - to kobieta wybiera pieluchy, kaszki, papki. Nie powinien on się interesować w co sika i robi kupę jego potomstwo. I nic mu do tego co je i pije! Co najlepsze, choć nie lubię generalizowania, większość mężczyzn faktycznie się tym nie interesuje, wszak jest to rzecz jego partnerki, żony, kobiety, która w bólach powiła jego dziecko. 
Gdybym była kosmitką, przyleciała na ziemię i obejrzała reklamy produktów dla dzieci i niemowląt uznałabym, że ludzie rozmnażają się przez partenogenezę. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cały świat wokół wmawia nam, że dzieci to sprawa kobiet. Tylko kobiet. 
Najgorsze jest jednak to, że narzucone przez ten świat role większość przyjmuje bez chwili refleksji. Znam osobiście różne przypadki. Znam typa, który nie wiem czy wie, ile jest 4 razy 4, ale ojcem jest świadomym i zaangażowanym. Podchodzi do rodzicielstwa z dozą luzu i dystansu, jednocześnie doskonale zna swoje dziecko, obchodzi się z nim świetnie i maluchowi wszystko jest jedno z kim przebywa, czy z mamą, czy z tatą. W dodatku idealnie potrafi sobie rozdzielić obowiązki ze swoją żoną, tak aby każdy znalazł na czas dla siebie. Znam też pana ze środowiska tzw. wolnościowego, który kompletnie nie radzi sobie z dzieciakami. Kompletnie! Przeczytał tyle  książek, że trudno to ogarnąć, skończył dwa fakultety, jest rzekomo "świadomy", ale wózek pcha jego dziewczyna, zakupy robi jego dziewczyna, ze wszystkich koncertów rezygnuje jego dziewczyna, kiedy dziecko popłakało się na wykładzie, musiała wyjść z nim jego dziewczyna, bo on chciał posłuchać do końca... Ona też chciała, ale przecież MUSIAŁA wyjść z marudzącym dzieckiem. Nie było wyjścia.... Było, ale żadne z nich już go nie dostrzegało.
Przerzucanie całej opieki nad dzieckiem na mamę sprawia, że maluch tak się do niej przyzwyczaja, że nikt inny i tak się nie może nim zająć, bo się nie uspokoi, nie zaśnie, nie zje nic, co nie jest podane przez mamę. I przysłowiowa pętla na szyi się zacieśnia... A potem się słyszy, że dziecko rozwydrzone. Nie, nie rozwydrzone, tylko się z nim źle obchodzono. 

Kolejnym problem dzieci jest taki, że w naszym społeczeństwie za wychowanie odpowiedzialni są tylko rodzice. Na nich zrzuca się ten obowiązek, a reszta z zadowoleniem umywa ręce. Wracając jeszcze do przykładu z wykładu, przed salą stała grupka znajomych rodziców rozwrzeszczanego maleństwa, ale nikt nie zaproponował, że skoro i tak nie uczestniczy w wykładzie to może się zająć dzieckiem, a w tym czasie mama może sobie posłuchać, bo przecież to nie jego dziecko, to co będzie się interesował. A powinien, bo na tym tez polega feminizm, i na tym polega pomoc wzajemna. Jedyne, co od mówiącej o pomocy wzajemnej grupy dostała to pełne współczucia spojrzenia.
   Zamiast sobie współczuć powinniśmy sobie pomagać!
Inny przykład. Z autobusu. Jadę rano na egzamin, ludność wszelkiej maści i w różnym wieku jedzie do pracy. Jedzie też młoda matka z dzieckiem. Maluch drze się wniebogłosy. Matka zupełnie je ignoruje gadając bez przerwy przez telefon. Z kolei cały autobus ignoruje ją, oczywiście w pewnym stopniu, bo wiadomo, gdzie skierowane są oczy wszystkich. Nikt nic nie mówi. W końcu NIE WOLNO wtrącać się do wychowania cudzego dzieciaka.  Tylko, że to co robiła ta kobieta, z wychowaniem nie miało nic wspólnego. Dla mnie było to znęcanie się nad dzieckiem, coś co jest przecież karalne i społecznie niedopuszczalne. A jednak... A jeżeli ona już zawsze będzie je tak źle traktować? Jak wyrośnie na sfrustrowanego dorosłego? Jeżeli później zostanie czyimś szefem albo co gorsza partnerem, np. Twojego dziecka z przyszłości, i wszystkie swoje nieszczęścia będzie przelewał na nie? Czy nadal to nie będzie Twoja sprawa?

Z drugiej strony pozawalamy, aby dzieci były kształtowane przez telewizję i bezmyślne programy i filmy... 

Ostanie, o czym chcę napisać w tym temacie, to świadomość. Świat, którym rządzi pieniądz doskonale wie, kto jest najlepszym targetem. DZIECKO. Ale wcale nie zaczyna się od dziecka, ale od jego matki ( pisze matki, bo już powyżej wyjaśniłam do kogo uderza reklama). Wmawia, że jeżeli nie nabędzie tego wszystkiego, co jej dla potomstwa oferuje, to ONA będzie złą matką, a co gorsza zniszczy maleństwu dzieciństwo. Nieprawidłowo się rozwinie i w ogóle jeżeli nie dostanie tego czy tamtego, to będzie miało zrujnowane życie już do końca. Najsmutniejsze jest to, że potem reklama zaczyna działać na placach zabaw, na imprezach rodzinnych, kinderbalach, w żłobkach, przedszkolach, szkołach. Na tych cholernych forach internetowych, na których pod matki podszywają się producenci tych wszystkich "dziecioproduktów" wciskając swój towar, często totalnie zagubionym rodzicom.
Bo prawda jest taka, że ten ich konsumpcjonizm nie wynika ze złej woli, oni z reguły naprawdę są święcie przekonani, że robią to dla dobra dziecka.
I tu chce zaapelować o ŚWIADOMOŚĆ!

Zamiast konsumować lepiej zawalczyć o swoje prawa.


Wasze dziecko potrzebuje WAS, a nie tych zabawek, ubranek, herbatek, ciasteczek, papek i coraz bardziej wymyślnych pieluch. Potrzebuje świadomych rodziców, którzy dzielą się obowiązkami, co daje im możliwość, aby dalej się realizować w poza-rodzicielskich aspektach życia, dzięki czemu są szczęśliwi i spełnieni. A szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Nawet jeżeli jego jedyną zabawką będzie łyżka, patyczek, jeden wytarmoszony pluszak, nawet w ciuszkach z secondhandu i w modelu wózka sprzed 10 lat to dziecko będzie najszczęśliwsze na świecie.

Choć naprawdę nie planuję, ale jak wiadomo wypadki chodzą po ludziach, jeżeli miałabym być mamą to taką, jak ta z powyższego zdjęcia. :P





Zaraz pewnie posypią się gromy, że bezdzietna gówniara nie powinna się wypowiadać. Powinna, bo jest częścią tego społeczeństwa, tak samo jak ON, ONA i te wszystkie DZIECIAKI i ci, którzy wypowiadać sie nie chcą. Żyję wśród ludzi, otaczają mnie, są bliżej bądź dalej. Moje zdanie na różne tematy nie musi być budowane tylko na autopsji. Może wynikać z obserwacji, a to wcale nie obniża jego rangi. Są to moje subiektywne opinie i nie musisz się z nimi zgadzać. Możesz dyskutować. Czekam!