czwartek, 28 kwietnia 2011

Dziwolaj, bo Maddy lubi wszystko, co dziwne...

Dziwolaj to kotlet pochodzący z "Przemytników..." Moniki i Macieja Szaciłło. Dziwolaj wygląda jak najzwyklejszy na świecie kotlet, ale zwykły jednak nie jest.  Przepis idealny zarówno dla tych, którzy lubią tradycyjne obiady w stylu: kotlet+ziemniaki+surówka, jak i dla fanów kuminu, asafetidy czy czarnuszki. Najbardziej w tym przepisie podoba mi się kolejny sposób na wykorzystanie kaszy jaglanej, jednej z moich ulubionych kasz. W sumie nie wiem, dlaczego tak rzadko publikuję przepisy z jej użyciem. W końcu jem jej dużo, jest bardzo zdrowa i w kuchni wegańskiej nie może jej zabraknąć.
W takim razie zachęcam Was serdecznie, abyście się na dziwolaja skusili. Może w jakąś niedzielę, kiedy wywleczecie się z łóżka w południe bez planów na resztę dnia i w lodówce będzie zalegać wczorajsza kasza jaglana, a uśmiechać się do Was będą warzywa z "hasioka". Koniecznie rozejrzyjcie się też po kątach, czy nie ma dodatkowych chętnych rąk do pomocy, bo w dwójkę zawsze jakoś tak bardziej się chce...Zresztą nie tylko gotować, ale po prostu  żyć. :)

Aaaa i muszę się pochwalić. Miałam ostatnio szczegółowe badania kontrolne. Są bardzo dobre, więc moi drodzy GO VEGAN, bez obaw! :)


 Składniki:
  • 2 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
  • 1/4 główki małej kapusty
  • 1 mała cukinia
  • 2 łyżeczki kminku rzymskiego
  • 1,5 łyżeczki asafetidy
  • 1/2 łyżeczki czarnuszki
  • 3 łyżki koncentratu pomidorowego
  • sól i pieprz do smaku
  • 5 łyzek oleju słonecznikowego
  • 1 szklanka mąki groszkowej
  • szczypta proszku do pieczenia
  • woda, bułka tarta


Na rozgrzany w garnku olej wrzucamy łyżeczkę kminu, po chwili, gdy się przyrumieni, wsypujemy czarnuszkę, łyżeczkę asafetidy i drobno poszatkowaną kapustę. Smażymy 5 min., cały czas mieszając. Następnie dodajemy 1/2 szklanki wody. Dusimy pod pokrywą, aż kapusta będzie miękka. Dodajemy startą na tarce cukinię, koncentrat pomidorowy, sól i pieprz oraz ugotowaną kaszę jaglaną (1 szkl. kaszy gotujemy w 2 szkl. wody). Całość dokładnie mieszamy. Z postałej masy formujmy placuszki.

Mąkę groszkową, 1/2 łyżeczki soli, łyżeczkę kminu, asafetidę i proszek do pieczenia mieszamy z wodą. Dodajemy jej taka ilość, aby uzyskać gęste ciasto naleśnikowe. Placuszki moczymy w cieście, obtaczamy w bułce tartej i smażymy w głębokim oleju na złocisty kolor. 


* ja do masy z kaszy dodałam łyżkę maki kukurydzianej i łyżkę bułki tartej
**  do panierki z mąki groszkowej zamiast kminu rzymskiego dodałam łyżeczką garam masala
*** mąka groszkowa to oczywiście mąka z ciecierzycy, ale można ją zastąpić sojową, kukurydzianą itp.

czwartek, 21 kwietnia 2011

FROM THE BOTTOM OF MY HEART I DEDICATE MY LIFE TO THIS. D.I.Y. YOU CAN'T BEAT THIS FEELING!

Weganizm jest dla mnie już tak oczywisty, że nie myślę o nim na każdym kroku. Nie muszę, bo tak głęboko tkwi on w całym moim życiu, postawie. Jestem przekonana, że postępuję jak trzeba. Skąd w takim razie pomysł, aby znowu o tym pisać? A stąd, że praktycznie nie ma  dnia, aby ktoś nie przyczepił się do tego tematu i nie wałkował go jak ciasta na pierogi. Oczywiście to, co ludzi najbardziej przeraża to dieta. Często zachowują się tak, jakbym tylko marchewkę chrupała. Tymczasem ja wiem, co w sklepie mogę kupić, bo jest ok. Nie spędzam godzin przy półkach sklepowych na czytaniu etykiet. Nie zamartwiam się godzinami co zjem na obiad, bo umiem gotować i bez trudu wyczarować szybki, wegański obiad z łatwo dostępnych produktów. Podzieliłam się z wieloma osobami adresem tego bloga właśnie po to, aby rozchwiać ich wątpliwości. Jestem zmęczona odwiecznym pytaniem: a co Ty w ogóle jesz? Już wołałabym, aby zapytali dlaczego jestem weganką, bo wówczas moglibyśmy podyskutować. Poruszyć kwestie istotniejsze niż dieta. Recytowanie przepisów naprawdę mnie nie bawi. Co gorsze te same pytania o jedzenie ciągle zadają Ci sami ludzie. Powoli wątpię w sens prowadzenia bloga kulinarnego, bo chyba mi to totalnie nie wychodzi, skoro ludzie, którzy go przeglądają nadal pytają, co ja jem. Chyba powinnam pogodzić się z porażką na tym polu działania. Mój blog  to nie jest zwykły kulinarny blog. Moje gotowanie to nie uprawianie sztuki dla sztuki. Moja kuchnia to bojkot wyzysku wobec zwierząt, to sprzeciw przeciwko gatunkowizmowi. Chcę, żebyś w tym jedzeniu ujrzał/a coś więcej niż tylko pokarm dostarczający organizmowi substancji odżywczych i radości kubkom smakowym.  Chciałabym, abyś spróbował/a nie tylko mojego jedzenia, ale całego stylu życia odrzucającego wyzysk i uprzedmiotowienie zwierząt.
Kuchnia wolna od okrucieństwa nie oznacza ascezy. Idealnie byłby jakbyśmy wszyscy jedli tylko razową mąkę czy unikali cukru, ale jeżeli ktos chce sobie "szkodzić" i zajadać się np. białym pieczywem i słodzić wszystko co się da, to niech to robi na własną odpowiedzialność. Ja na przykład tak robię, jeżeli tylko mam taki kaprys:).  Chodzi mi po prostu o to, aby swoją postawą nie zadawać cierpienia innym zwierzętom. Może dla niektórych to niepojęte, ale my ludzie naprawdę nie jesteśmy ani jedynym ani najważniejszym gatunkiem na Ziemi. Dlatego przestańmy się tak panoszyć i rządzić.  Traktować wszystko dokoła jako coś o mniejszej wartości. Przestańmy stawiać się ponad innymi. Żyjmy, ale przede wszystkim dajmy żyć innym.


Czasami jednak wchodzę w dyskusję na temat weganizmu, bo niektórzy chcą się dowiedzieć, co mną kieruje. Wielu osobom trudno zrozumieć, dlaczego nie jem jajek czy mleka. Mięso najczęściej  rozumieją i  łatwo im to sobie wyobrazić.  Kiedy jednak zaczynam mówić chociażby o chowie przemysłowym, widzę spojrzenia mówiące: "jesteś wariatką", "o co ci chodzi, przecież te zwierzęta są do tego stworzone" albo niedowierzanie, że coś takiego dzieje się naprawdę. Dla wielu jest wymysłem zwariowanych wegetarian i wegan. Ale uwierzcie mi, nikt z nas nie jest do tego stopnia nienormalny, aby wymyślić tak okrutne wizje.


Zostałam weganką mi.in. dlatego, że takie obrazki  jakie zamieściłam w tym poście mnie przerażają. Krzyczą do mnie, że coś tu nie gra, że ten świat działa źle i muszę, coś z tym zrobić. Dlatego, że świnia, krowa, kura czy inne zwierze hodowane na skale przemysłową nie jest gorsze od mojego psa, którego nigdy bym nie skrzywdziła. Nie używam kosmetyków testowanych na zwierzętach, jak również tych, które zawierają odzwierzęce składniki. Praktycznie nie biorę leków. Sięgam po nie w ostateczności, ale  nie faszeruję się środkami przeciwbólowymi, przy byle jakiej dolegliwości. Nie zajadam się rozmaitymi dziwnymi suplementami diety, ponieważ przy zrównoważonej diecie wszystkich substancji odżywczych dostarczam z pożywieniem. Witaminę B12 i D2 zażywam w formie multiwitaminy Veg 1 rekomendowanej przez The Vegan Society.  Nie noszę skór, wełny, jedwabiu i innych materiałów, do pozyskania których wykorzystuje się zwierzęta. Jednocześnie wiem też, że nie jestem idealna. Popełniam miliony błędów. Nie jestem wstanie uniknąć wszystkiego, co niszczy planetę i krzywdzi istoty na niej żyjące, ale robię co mogę. Najprostszy przykład:  tusz w książkach, które czytam, barwniki nadające kolor mojej kanapie, macie do jogi, ciuchom itd.. Ich toksyczność na pewno była sprawdza na zwierzętach. Tusz w drukarce w której drukuję bojkotujący  wyzysk zwierząt plakat, też nie jest "koszerny". Widzicie, więc sami, że zdaję sobie sprawę ze swojej ułomności w wielu kwestiach. Mogę starać się mieć jak najwięcej ciuchów, mebli z odzysku i tyle. Myślicie, że dużo mnie w życiu omija? Że się ograniczam? A może właśnie widzę więcej i dzięki temu zyskuję. Poza tym naprawdę chciałabym się z Wami zobaczyć w realnym świecie. Pewnie zdziwilibyście się, że za tym momentami smutnym blogiem, kryje się silna, zadowolona z życia, pomimo przeciwności losu i świadomości wszechobecnego cierpienia, szczęśliwa osoba. Nie jakaś przytłoczona, smutna i wychudzona, zaniedbana weganka. 


Ten świat naprawdę działa źle, ale każdy z nas może mieć wpływ na poprawę losu naszej planety. "Bądź zmianą jaką chcesz ujrzeć w świecie" powiedział Ghandi i wydaje mi się, że miał rację.  Wiem, jakie to trudne, ale tak naprawdę pierwszy krok naprzód jest najtrudniejszy, kolejne to już drobnostka. To trochę, jak wejście na szczyt swoich możliwości, a potem spacerowanie po nim. Ostrożne, bo można "spaść", ale nie jest to takie trudne, jak sama "wspinaczka". Nie piszę tego, bo tak trzeba, ale dlatego, że ja to wiem, z własnego, a nie cudzego doświadczenia. Zawsze się uśmiecham, gdy ktoś mi mówi, że on by tak nie umiał. Skąd możesz to wiedzieć, jeżeli nawet nie spróbujesz? Ludzie uwierzcie, że możecie coś zmienić i w to, że weganizm - naprawdę da się zrobić. :) 



PROVE THIS WORLD WRONG  – Prove this world wrong. The zines, the shows, the distros and labels. The hardcore family - my sisters and bros. The records, the books - our own propaganda. The protests, the workshops, it’s all in the agenda. The sleepovers, the meals and the kid’s affection. This is the background of our type of action. Every time I do things by myself I’m proving this world wrong. FROM THE BOTTOM OF MY HEART I DEDICATE MY LIFE TO THIS. D.I.Y. YOU CAN'T BEAT THIS FEELING! (x2) Cooking vegan meals for touring bands, in the DIY spirit it’s all in our hands. No drugs, no alcohol, just kids having fun. Great hangouts, everyone is welcome. Our style, our talks, exchanging information. Proudly losing money for the sake of dedication. Every time I do things by myself I’m proving this world wrong. FROM THE BOTTOM OF MY HEART I DEDICATE MY LIFE TO THIS. D.I.Y. YOU CAN'T BEAT THIS FEELING! (x2) From the bottom of my heart I dedicate my life to this. (x4) Mainstream has no soul cause above ground it’s all foul. I'll keep it underground cause the truth lays in the underworld (x2) I’ll prove this world wrong (x4)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Piosenka przewodnia na wiosnę 2011 :)

Trzeba było wytypować piosenkę przewodnią na wiosnę. Taką, którą nucę sobie jadąc moją gazellą przez miasto. Coś pozytywnego, wyuzdanego jak moje krótkie spódnice, w których jeżdżę rowerem. Coś pasującego do mnie w tym okresie. Wybrałam "Queen of the world"  - Idy Marii, bo chyba nie ma jak to ponucić sobie z rana "I'm the queen of the world"... 
Ostatnio jestem bardzo otwarta. Muzycznie oczywiście. :) 

Moja rada dla Was. Wybierzcie sobie jakąś piosenkę przewodnią. Niech Was poniesie przed siebie! 

Whisky please, I need some whisky please
So bring me consciousness and kill my innocence
Please lay your eyes on me
Lead me in the dance
Give me no chance to reconsider

I'm the queen of the world
I bump into things
I spin around in circles
And I'm singing
Why can't I stay like this
Dear God
Let me be young
Let me stay please
Let me stay like this

Bring me home
I got no plans for tomorrow
I got no plans for tomorrow
I got no plans in sight
In fact I'm free this week
I'm free this month
Lonely this year
Lonely forever

But today, oh


sobota, 16 kwietnia 2011

Wiosennie zielona sałatka i wiosennie zielone myśli :)

Z dnia na dzień jest coraz bardziej zielono. Codziennie rano wystawiam nos z klatki, ruszam gazellą i buzia mi śmieje, bo mamy wiosnę. Już nie tylko kalendarzową, ale taką którą widać gołym okiem, czuć w powietrzu i która wkrada się niepostrzeżenie do umysłu i serca. Jaram się. Wiem, że banalnym jest lubić wiosnę, ale trudno niech tam będę banalna.
Jadę sobie i jak zwykle filozofuję. Myślę, że życie nie składa się z samych wielkich czynów i uniesień, ale z drobnostek. Musimy się strać, żeby były one jak najlepsze, najmilsze i najfajniejsze. Wszystko staje się wówczas dużo przyjemniejsze. Co najmniej dwa razy bardziej :) 

A co najważniejsze wiosną, na moim ukochanym Rynku Jeżyckim jest już świeży szpinak :)

Sałatka. Zielona, pyszna, zdrowa. Ze świeżym pieczywem jak znalazł. Ja użyłam mrożonego bobu i brukselki, ale w sezonie jak najbardziej będą wskazane świeże. Spróbujcie.

Składniki:
- ok. 250 g liści szpinaku
- ok. 200 g ugotowanej na parze brukselki
- ok. 200 g ugotowanego na parze bobu, wyłuskanego
- ok. 10 cm jasno zielonej części pora, pokrojonej w krążki
- ok 2 łyżki posiekanych i podprażonych orzechów nerkowca

Sos:
- 1/2 łyżeczki startej z limonki skórki
- 2 łyżki soku z limonki
- 1 łyżka syropu klonowego
- szczypta płatków papryki
- szczypta soli
- 1/4 szklanki oliwy z oliwek

Składniki sosu wymieszać ze sobą w shakerze lub słoiku. Wszystkie składniki sałatki, poza orzechami i szpinakiem, wymieszać razem z przygotowanym sosem. Miskę wyłożyć liśćmi szpinaku, następnie przykryć je warzywami z sosem. Posypać orzechami.
Gotowe. Jeść jako dodatek do potraw lub jako samodzielne danie ze świeżym pieczywem.




Soundtrack : RIOTS NOT DIETS - I WANNA BE YOUR FAVOURITE  (love <3) 


środa, 13 kwietnia 2011

We Can Never Be Friends ...

Jakiś czas temu byłam w rodzinnym domu i wpadł mi w ręce stary numer "Zwierciadła". Nie jestem znawcą prasy tzw. kobiecej, nie kupuję, więc nie czytam. W sumie jednak ten miesięcznik wydaje się trzymać poziom i w przeciwieństwie do większości pism,  nie pakuje kobiet w ramy gospodyń domowych, dobrych żon, partnerek, matek, zawsze ładnych i pachnących, najlepiej domowym obiadem i drogimi perfumami jednocześnie. Ok, ale ten post nie ma być reklamą miesięcznika, ale moją refleksją na temat artykułu, który się w nim znalazł. Żałuję bardzo, że nie we wrześniu trafiłam na taki tekst, ale zawsze lepiej późno niż wcale...
Otóż temat miesiąca brzmiał: "Dlaczego pary się rozstają?". W tekście pojawiają się przeróżne powody, tego co dzieje się z ludźmi w związkach. Począwszy od tego, ze kiedyś ludzie wchodząc w związek nie zakładali, że on się skończy, a obecnie z góry skazują go na niepowodzenie i to, że nie potrwa długo. I gdzie tu ma się znaleźć miejsce na miłość i zaangażowanie, skoro ludzie podchodzą do związku, jak do pracy, którą gdy tylko nabiorą ochoty zmienią? Za jedną z przyczyn podają kondycję, w jakiej znalazł się współczesny człowiek, który chce, aby życie było tylko zabawą, ma być łatwe, lekkie i przyjemne. Nie ma w nim przyzwolenia na spadki nastrojów, kłótnie. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, a raz gorsze. Poza tym ludzie stają się coraz bardziej samowystarczalni i zbyt wygodni, aby się zaangażować. Podobno na stabilność związku maja wpływ cztery czynniki. Pierwszy to pragnienie niesienia pomocy, czyli troska o partnera. Po drugie: wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, ze obchodzi nas to, co się z dzieje z partnerem i ma to wpływ na nasze życie - wzajemne oddziaływanie na siebie. Trzeci czynnik to zaufanie i pewność, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Ostatni czynnik stabilizujący związek to zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. W dzisiejszym świecie wszystkie te czynniki bardzo osłabły, a człowiek nastawiony jest na samorealizację, dbanie o własne interesy i sprawianie przyjemności sobie, a nie innym. Już nie chodzi o dobro drugiego człowieka. Partnerów, gdy tylko stają się uciążliwi zmieniamy, zupełnie jak kolejne modele telefonów komórkowych. Innym powodem jest też przyrost narcystycznych osobowości, więzi międzyludzkie są zaniedbywanie od dzieciństwa i takie dzieciaki wyrastają na dorosłych, których nie stać na miłość inną niż własna.
Jednym z powodów rozstania jest fakt, że zakochujemy się w swoim wyobrażeniu na temat partnera, a nie w nim. Oboje udajemy przed sobą kogoś lepszego niż jesteśmy w rzeczywistości, ale jak długo tak można? Kiedy ukochana osoba okazuje się być inną niż to sobie wyobrażaliśmy w końcu okazuje się, że chemii nie ma i nawet przyjaźni już nie ma, a wówczas związku nie uda się już uratować. Przestajemy się lubić.
Kolejną przyczyną jest to, że w dobie nasilonego konsumpcjonizmu ludzie zaczęli się traktować jak towar, który przecież można zawsze i szybko wymienić. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą czy ich związek będzie do czegoś przydatny.  Świat popkultury i mediów kusi bogactwem wyborów i przenosimy to na związki, które mają się do niego dopasować - być łatwe, miłe i przyjemne.
Winę na rozpad związków ponosi też brak dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za partnera, ponosić konsekwencji swoich działań i dbać o innych.  Kiedyś w definicję związku wpisywała się dbałość o dobro partnera, obecnie jest to realizowanie swojego szczęści poprzez niego.  Partner staje się środkiem do samorealizacji. Pragnienie bycia zawsze u szczytu szczęścia, wrażeń i przeżyć jest gwoździem do trumny dla związku. Nad trwały związek przekładamy relacje powierzchowne, które nie dają szczęścia, a męczą, więc je kończymy. W pogoni z idealnym związkiem rzucamy partnerów, a w końcu i tak przekonujemy się, że jest tak samo, albo gorzej.
Do czynników które "zabiją" związek dochodzi brak rozmów, a gdy takie się pojawiają to dotyczą mało istotnych aspektów życia. Związki są coraz bardziej płytkie. Nie jesteśmy zdolni do zagłębienia się z problemy partnera i zrozumienia go. 
To nie jest tak, że o każdy związek trzeba walczyć. Jeżeli jest on źródłem przemocy, nadużyć, zdrad, wykorzystywania i lekceważenia naszych uczuć oraz brakiem lojalności, wówczas należy odpuścić. W innym przypadku walczyć warto i to codziennie, konfrontując się z problemami, jakie na naszej drodze stawia życie. 

Jestem osobą, która od lat tkwi w środowisku punkowym, choć przewinęłam się przez kilka miast i w "różnych kręgach" się obracałam.  Razem tworzymy swego rodzaju "getto", a ja wmawiam sobie, że to jest inny, lepszy świat, który odrzuca konsumpcyjne i wygodnickie postawy narzucane nam przez system, w którym żyjemy. Zawsze wydawało mi się, ze trzymamy się jakichś wartości i zasad, że mamy się dobrze w porównaniu z kondycją, jaką prezentują inni ludzie, "absolwenci dyskotek", japiszoni w garniturach. To ich świat wydawał się pusty, bezwartościowy. To oni wykorzystują się nawzajem, nie są zdolni do wyższych uczuć. I wiecie co? Wszędzie jest tak samo. Czasami martwię się, że my niczym się od siebie nie różnimy. Wszyscy tak samo hedonistyczni, nawet jak przejawia się to w trochę inny sposób... Już się nie łudzę, że to coś więcej...



Saying I love you forever, won't hold us together
A dove and a feather won't better our love
Or recover us ever
But I don't know if I missed you
Or if I'm blowing this tissue, because I only miss you
Rather than no id not risk you
That's not a frown I like, how is it now you decide
I'll go to town if I like, be round about 5
Your future lies in you seeing new guys
You'll feel new eyes on you you'll need to lie about this
And me you like wise too.

We can never be friends
One wants to stay together
One wants it to end
We can never be friends
We can make it easy.

Mistake a little, wait for an ache
Mistake loneliness to mean only us
An addiction to a fix of praise
Rely on me to say it's ok
There is only room for one in this sun
There was only one of me and you once
And you want to want another few loves
In the night let it fly to the light
All the bits you miss from your ex
Commitment, kissing and sex
Are what you'll insist from the next

Are what you'll insist from the next
But is it who dares wins, or only who knows goes
Frank Brunos nose has seen too many blows
Your bitter then it's better to pretend not bicker
It's butters when it festers it fucks all the fun
This is us fizzling
But with added little pangs
We reached the end, you'll never see me again.

We can never be friends
One wants to stay together
One wants it to end
We can never be friends
We can make it easy.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Obiad mistrzów! .... Dinner of champions :D

Co lubicie robić w niedziele leniwe poranki, południa i popołudnia? Dla mnie niedziela zazwyczaj oznacza skurcze żołądka przed rozpoczynającym się tygodniem na uczelni. Ciągły pęd, zaliczenia, koła, jakieś przedmioty, z których materiał wydaje się być nie do nauczenia.  Na szczęście nie zawsze tak to wygląda. Czasami niedziela oznacza spotkanie z przyjaciółmi, wspólne gotowanie, słuchanie muzyki, rozmowy, śmiechy i zwyczajne wygłupianie się. Albo popołudniowy spacer czy wycieczkę rowerem nad pobliskie jezioro. Tak właśnie było pewnej słonecznej wiosennej niedzieli jakiś czas temu. Małe spotkanie na szczycie :) Śniadanie, lunch czy też obiad mistrzów. W zależności od tego, kto kiedy wstał. :P Bardzo chciałabym, aby takich spotkań i takiego jedzenia było w moim życiu jak najwięcej...
Przepisy zaczerpnięte m.in. od Agnieszki Kręglickiej i jej izraelskiego śniadania. Myślę, że pod względem kulinarnym odnalazłbym się na Bliskim Wschodzie. Po raz pierwszy zdecydowałam się na przygotowanie falafela z bobu. Może jest z tym odrobinę więcej zachodu niż z ciecierzycą, ponieważ bób po namoczeniu należy jeszcze wyłuskać, ale warto czasami się trochę poświecić. Nawet w kuchni.

Oczywiście ja musiałam odpowiednio powielić proporcje. Poniżej podaje na posiłek mniej więcej dla 4 osób.

Post to dedykacja dla tych, co jeszcze nie wiedzą, gdzie można zjeść najlepszy falafel w Poznaniu :)



Falafele z bobu
  • szklanka suchej ciecierzycy lub bobu
  • 1 łyżka kolendry
  • 1 łyżka kminu rzymskiego
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 mała cebula
  • pęczek natki pietruszki
  •  1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka płatków papryki słodkiej
  • pieprz do smaku
  • odrobina wody
Ciecierzycę lub bób moczymy przez 12 godzin. Jeżeli mamy możliwość, dobrze jest wymienić wodę raz lub dwa w tym czasie. Płuczemy, w przypadku bobu łuskamy go i mielimy w blenderze na gładką masę ( jeżeli blender odmawia posłuszeństwa, jak mi się zdarzyło, należy pożyczyć do od zaprzyjaźnionych sąsiadek, które nota bene i tak miały wpaść :P)  Dodajemy wodę ( ok.2-4 łyżki) .Ciecierzyca musi być zmielona na gładką masę. Dodajemy cebulę, czosnek, wszystkie przyprawy, proszek do pieczenia i ponownie mielimy. Na koniec wrzucamy natkę i miksujemy. Masa zrobi się wiosennie zielona.
 Na głębokiej patelni rozgrzewamy olej. W dłoniach formujemy małe kotleciki i smażymy je z obu stron za złoty kolor. Początkowo może to się wydawać trudne, ale  z czasem nabiera się wprawy. 


Tahina
  • 100 ml pasty sezamowej tahini
  • sok z 1 limonki
  • 2 utarte ząbki czosnku
  • sól
  • ciepła woda

Wymieszaj tahini z sokiem, czosnkiem i solą, dolewaj po trochu wodę. Na początku pasta zacznie gęstnieć, ale dodanie kolejnej porcji wody ją rozrzedzi. Sos powinien mieć konsystencję śmietany. Posyp wierzch uprażonymi nasionami sezamu.
Hummus
  • 20 dag suszonej ciecierzycy (namoczonej przez noc)
  • 10 dag pasty tahini
  • 2 zmiażdżone ząbki czosnku
  • oliwa
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżka oleju sezamowego
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie odrobina mleka ryżowego bez cukru, aby był bardziej płynny
Ciecierzycę ugotuj, a gdy będzie zupełnie miękka, odcedź (pozostaw nieco wody, w której się gotowała) i zmiksuj w blenderze. Dodaj pastę tahini,  zmiażdżony czosnek, sok z cytryny i tyle oliwy, aby powstała gładka masa. Jeśli trzeba, dodaj nieco wody, w której gotowała się ciecierzyca lub mleka roślinnego. Gotowe. 



Pita
  • 15g  drożdży,
  • 1 szklanki ciepłej wody,
  • 0,5 małej łyżeczki cukru,
  • 2-3 szklanki mąki pszennej,
  • 1 mała łyżeczka soli,
  • 2-3 łyżki oleju. 
  • łyżeczka tymianku
Drożdże utrzeć z cukrem, wymieszać z 1/2 szklanki ciepłej wody, posypać łyżką mąki i  odstawić na 10 min w ciepłe miejsce. Mąkę, tymianek i sól przesiać do miski, zrobić dołek, wlać rozczyn i pozostałą wodę, wymieszać łyżką, dodać olej, mieszać do połączenia się składników, w razie potrzeby dolać wody. Ugniatać ciasto przez kilka minut.
Włożyć do miski wysmarowanej olejem, wierzch ciasta posmarować tłuszczem, odstawić w ciepłe miejsce na 1,5 godziny, aby podwoiło swą objętość. Wyłożyć ciasto na stolnicę posypaną mąką i wygniatać ok 2 min.
Podzielić ciasto na kawałki wielkości małego ziemniaka, rozwałkować na placki ( mogą mieć podłużny kształt) grubości ok 1cm. Piekarnik rozgrzać do temperatury 240 st. C. Chlebki wkładać na posmarowaną olejem blaszkę i piec 6-8 minut. Powinny być białe i miękkie.


Z takimi mięśniami mogłabym ten bób pięściami rozgnieść :) 


***Wszystkie zdjęcia autorstwa Sylwii 

czwartek, 7 kwietnia 2011

Pieczone ziołowe warzywa z wędzonym tempehem

Zajęcia z psychologii, etyki, deontologii  mają zrobić ze mnie dobrego lekarza. Takiego, który będzie się lubił z pacjentami, będzie miły, dobry, kontaktowy i wyrozumiały. Wydaje mi się jednak, że niektórzy mogliby mieć tysiące godzin zajęć tych przedmiotów i guzik im to da. Bo czy można nauczyć się człowieczeństwa? Jeżeli ktoś jest wredny w życiu to nagle nie stanie się aniołem w pracy. Tym bardziej, że praca jest naszym życiem. Jeżeli przez prawie dwadzieścia lat było się maszynką sterowaną do tego, aby dostać się na prestiżowe studia... Myślę, że Ci wszyscy świetni lekarze, których miałam szansę poznać, kompetentni, etyczni  i empatyczni jednocześnie, byliby tacy bez tych wszystkich lekcji. Dlaczego? Ponieważ są dobrymi, fantastycznymi ludźmi. Tak po prostu. 
Nie mniej, lekcje psychologii pomagają. Uczą, w jaki sposób zachować się w konkretnym przypadku, poradzić sobie z pacjentem psychosomatycznym, rozpoznać ofiary patologii, pomóc pogodzić się z chorobą i godnie odejść. Poza tym wskazują, w jaki sposób radzić sobie z emocjami, które w tym zawodzie są wyjątkowo silne, dające o sobie znać na każdym kroku, a jednak muszą być trzymane na wodzy.
Lekcje psychologii często uczą też wiedzy, która przydaje się z życiu. Chociażby jak rozpoznawać typy osobowości i akceptować je. Uczą pogodzenia się ze swoimi ograniczeniami, ponieważ każdy, nawet największy geniusz, je posiada. W końcu wskazują błędy jakie popełniamy i tłumaczą, dlaczego to, co mi się przytrafia ma sens i skąd się w ogóle bierze.
Ostatnio dowiedziałam się chociażby, że osoby mające skłonność do bycia tzw. "duszami towarzystwa", lubiące wszystkich i będące uwielbiane przez całe otoczenie, z reguły są zamknięte na swoich partnerów. Dobre dla wszystkich, poza swoimi drugimi połówkami. Kiedy mają do czynienia z partnerem wyłącza im się funkcja bycia fajnym. To spostrzeżenie jest dla mnie dobrą wskazówką, ponieważ może dzięki temu uniknę czegoś, co znowu mnie porani i zapędzi na emocjonalne dno.

Pieczone ziemniaki to taki smak dzieciństwa. Ze smakami jednak warto poeksperymentować. Dlaczego nie dodać innych warzyw i ziół? Wędzony tempeh pasuje idealnie. Spróbujcie. 



Składniki na 4 porcje: 
  • 7-8 młodych ziemniaków
  • 500 g pieczarek
  • 1 czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 czerwona papryka
  • 1 cukinia
  • 2 łyżeczki przyprawy do ziemniaków
  • sól i pieprz
  • 2 łyżeczki tymianku
  • kostka tempehu wędzony
  • olej
Ziemniaki ze skórką pokroić w kostkę, cebulę w piórka. Na patelnia rozgrzać oliwę, zeszklić cebulę, dodać zmiażdżony czosnek. Chwilę razem smażyć. Wsypać pokrojone ziemniaki, doprawić przyprawą do ziemniaków. Smażyć ok. 10 minut co jakiś czas mieszając. 
Cukinię pokroić w krążki, paprykę z małe cząstki, pieczarki obrać i pokroić w ćwiartki. Warzywa wymieszać w misce, posolić, popieprzyć i doprawić tymiankiem. 
Blachę wysmarować oliwą. Wysypać warzywa i zawartość patelni. Wymieszać.  Piec w piekarniku rozgrzany do 200 st.C przez oko20-25 minut. 
W miedzy czasie pokroić w kostkę tempeh, podsmażyć na rozgrzanym  oleju, wymieszać z warzywami po upieczeniu. 
Można podawać z rozmaitymi  sosami i dipami. Smacznego!



wtorek, 5 kwietnia 2011

Miasto jest nasze!!!

graff2011NAsTRONE


Z nieukrywaną przyjemnością zapraszamy na drugą edycję GraffitiFESTU! Festiwal w swoich założeniach ma pokazywać sztukę społecznie i politycznie zaangażowaną oraz jej odczuwalny brak na NASZYCH ULICACH. Z tej okazji zaprosiliśmy do współpracy ludzi z różnych ekip grafficiarskich i nie tylko, którzy będą próbować swoich sił na ROZBRATowych murach. Grafficiarze i grafficiarki będą prezentować różne techniki i style wykonywania wrzut. Od dużych prac na całe ściany po niewielkie szablony. Czas pokazać, że to nie tylko kompozycje kolorów ożywiające szare mury, ale i przekaz mogący zmieniać świadomość i sposób patrzenia na rzeczywistość. Hasłem przewodnim jest znane (i pojawiąjce się na ścianach Poznania): MIASTO JEST NASZE. Traktujemy to jako przygotowanie do wyjścia na zewnątrz.
Ponadto przygotowaliśmy dla Was wystawę grafik niemieckiej artystki Mohak oraz fotografii Qrde ukazujących subiektywne spojrzenie na graffiti. Kwestia postępującej komercjalizacji sztuki ulicy zostanie natomiast podjęta podczas panelu dyskusyjnego z udziałem zaproszonych artystów i ludzi kultury. W świetle mającej miejsce 15 marca pierwszej polskiej aukcji street artu jest to temat jak najbardziej aktualny. Nie bój się zabrać głosu! Nie zapomnieliśmy także o oprawie muzycznej każdego dnia i sprostaniu kulinarnym upodobaniom. W międzyczasie będą puszczane filmy o ingerencji w przestrzeń miejską za pomocą wałka, sprayu i szablonu. Specjalnie z okazji festu przygotowany będzie również zin.


14/04::Czwartek

g. 19:00
Projekcja filmu "Bomb the system" (USA, 2002, Adam Bhala Lough) + dyskusja
UWAGA FILM W J. ANGIELSKIM!


15/04::Piątek
g. 15:00
Start (otwarcie bramy)
g. 17:00
ROOTS TECHNIQUE
warsztaty z szablonu

g. 20:00
WERNISAŻ
QRDE I PRZYJACIELE "Graffiti, wandalizm, sztuka śmieci" - fotografia
MOHAK "The Eye Movement" - obrazy [link]

g. 22:00

BALETY
NUMICC (QUANCHORD/FoxHole)
Mishka TREE (HowDoYouDoCrew/FoxHole)

::FUTURE BASS/GLITCH/IDM::

g. 23:00
Gra miejska

16/04::Sobota


g. 10:00
Start (otwarcie bramy)

g. 12:00
Video

g. 14:00
SITODRUK
warsztaty z tkaniny i plakatu

g. 17:00
PANEL DYSKUSYJNY:
"Współczesny Street Art - siła wywrotowa czy towar luksusowy?"

g. 20:00
FREESTYLE
wolny MIC na scenie

g. 21:00

KONCERT

Ober & HalaX

rap SŁUPSK [link]

Tru Kru

rap Gliwice [link]

Nagły Atak Spawacza

rap Poznań [link]

BALETY
MOHAK
::HeartCore global Mashup:: [link]

poza tym:
Vegańskie jedzenie
Cafe Barcelona
Grill
Urban culture Zin
Distra DIY
Weź spray, szablon i masę pomysłów i do zobaczenia w czwartek 14.04.2011!