środa, 30 marca 2011

Ten świat nie działa...

Moja ulubiona kreskówka w trochę innym wydaniu. Przejrzyjcie kiedyś ciuchy, sprzęt w domu, zabawki dzieci. Coś tu nie gra... 

poniedziałek, 28 marca 2011

Drożdżowe bułeczko-ślimaczki kokosowe. "On Melancholy Hill..."

Dla mnie zawsze było jasne, że nie można mieć kogoś "w połowie", tak tylko trochę, wybiórczo, na chwilę.  I nie można być "w połowie" przyjacielem/przyjaciółką czy partnerem/partnerką. To nie jest praca na półetatu, ale 24 godzinny dyżur. Podobnie jak nie można być w połowie synem/córką czy bratem/siostrą, w połowie studentem/ką medycyny czy czegokolwiek. W połowie kolegą/koleżanką, aktywistą/ką,  ekologiem/ekolożką etc. To znaczy... można, ale to jest beznadziejne. Wiem, że trudno wejść we wszystkie życiowe role z jednakowym zaangażowaniem, ale trzeba się starać. Albo coś co robisz, robisz w całości, albo to sobie odpuszczasz  w ogóle. Bo co z tą drugą połową Ciebie? Kto się nią zajmie, kto ją zauważy. Nikt. Ty sam/a zapomnisz o pozostałej części siebie. Zostaje zabita i przestaje istnieć, a Ty żyjesz w poczuciu niespełnienia i braku części swojej osobowości, którą ktoś lub Ty sam/a odrzucasz jako niewygodną, niefajną, uciążliwą. To się nigdy nie uda w takiej formie. Unikajcie ludzi, którzy nie są zdolni do przyjaźni, miłości, zaangażowania. Jak radzi Marquez: "Nie trać czasu z kimś kto nie ma go, aby go spędzać z tobą". Jeżeli wplączecie się w takie relacje, w końcu okaże się, że swoje życie też przeżyliście tylko w połowie.

Prawda o prawdzie, jest taka, że ona boli. Czasami tak cholernie mocno...


Kiedy nastrój bardziej kwaśny niż słodki, dołujący mail zalega na skrzynce i zakłopotanie, bo nie wiadomo, co na niego odpowiedzieć, uciekam do kuchni i urządzam sobie terapię zajęciową. Na początek zajęcia manualne. Ugniatam ciasto drożdżowe. Później przychodzi czas na aromaterapię. Zapachy z piekarnika koją skołatane nerwy. Na koniec radość, że może nic mi nie wychodzi, ale bułeczki piekę najlepsze.  I ta radość dla moich kubków smakowych. Bezcenne... :)

Drożdżowe wypieki to jest prawdziwe mistrzostwo świata. Nigdy się nie znudzą, a co najważniejsze można kombinować z różnymi wariantami do woli. Nieustannie. Lubię to bardzo. I kokos lubię, ale o tym wspominam chyba przy każdej możliwej okazji.  Jeżeli też macie do niego słabość, musicie koniecznie   wypróbować poniższe bułeczki, bo są przepyszne. Gwarantuję Wam, że będziecie zachwyceni. :)

Inspiracja pochodzi stąd. 



Składniki na ciasto:
  • 50g drożdży
  • 4 szkl. mąki pszennej
  • 2/3 szkl. cukru trzcinowego
  • 1 szkl. mleka roślinnego
  • 1/2 szkl. oleju
Kokosowe nadzienie:
  • 1/4 szklanki mleka roślinnego
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 3/4 szklanki wiórków kokosowych
Drożdże ucieramy z cukrem. Czekamy, aż się rozpuszczą. Następnie dodajemy ciepłe mleko i zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 15 minut do wyrośnięcia. Po tym czasie dodajemy olej i mąkę i dokładnie wyrabiamy ciasto. Odkładamy je w ciepłe miejsce na 40 minut, aby wyrosło. W tym czasie w garnuszku podgrzewamy mleko z cukrem i dodajemy wiórki. Podgrzewamy do czasu aż cukier się rozpuści, a wiórki zaabsorbują mleko. 
Następnie wyrabiamy ciasto z odrobiną mąki, aby się nie kleiło. Rozwałkowujemy, tak aby wyszedł nam możliwie równy prostokąt. Smarujemy go kokosowym farszem. Ciasto zwijamy w rulon i kroimy go ostrym nożem na 1,5-2 cm krążki. Pieczemy w 180 st.C przez około 10-15 minut.



Utwór, który rozmiękcza moje zimne serce:




Up on melancholy hill
There's a plastic tree

Are you here with me

Just looking out on the day

Of another dream
Well you can't get what you want

But you can get me

So let's set up and see

'Cause you are my medicine

When you're close to me

When you're close to me
So call in the submarine

'round the world will go

Does anybody know

If we're looking out on the day

Of another dream
If you can't get what you want

Then you come with me
Up on melancholy hill

A manatee?

Just looking out on the day

When you're close to me

When you're close to me
When you're close to me

niedziela, 27 marca 2011

wiosenne zmiany

Kim jesteśmy? Co nas wyraża, czyni nas innymi lub upodabnia do reszty? Jakie czynniki sprawiają, że w hierarchiach stworzonych przez system, w którym żyjemy, raz stoimy wyżej, a raz niżej? A wygląd? Jakie on ma właściwie znaczenie? Często powtarzamy, że nie ma, że się nie liczy... A jednak polemizowałabym. Sposób w jaki inni nas postrzegają może mieć na nas bardzo istotny wpływ. Na ile jesteśmy tymi, których widać, a ile w nas jest siebie. Własnie pozbyłam się po 7 latach dredów, które sięgały mi już praktycznie do pasa. Ja naprawdę przez ten czas przekonałam sie jak bardzo to, jak wyglądamy może wpłynąć na nasze relacje z innymi ludźmi. Jak często jesteśmy postrzegani przez pryzmat tylko i wyłącznie tego, co widać na zewnątrz. Na szczęście nie mam za sobą wielu negatywnych przeżyć z tym związanych. Wręcz przeciwnie. Dlaczego w takim razie je ścięłam? Ponieważ jestem człowiekiem i potrzebuję odmiany. Rewitalizacji na wiosnę. Rewolucji, która jak wiadomo niesie ze sobą ofiary. Na szczęście stały się nimi tylko moje dredy :) Chodziło też w względy praktyczne, czasami utrudniały mi życie, szczególnie w szpitalu.  Wiem, też że wygląd może zmienić sposób, w jaki postrzegają nas inni, ale nie wpłynie radykalnie na to kim jesteśmy. Owszem możemy poczuć się gorzej lub lepiej we własnej skórze, inaczej, ale jak to powiedziała moja koleżanka, nie można liczyć że zmiana fryzury uczyni w Tobie jakąś znaczącą zmianę, bo kiedy staniesz przed lustrem zobaczysz inne włosy, to wszystko. Serce nie zacznie inaczej bić, a rozum pracować. A co najważniejsze problemy nie znikną i to, z czym musisz się zmierzyć będzie nadal czekało aż podejmiesz się walki.
Oczywiście myślałam, że zniosę to gorzej, ale na szczęście nadal czuję się sobą. Poza tym życie już mnie nauczyło, że nic, absolutnie nic, nie jest na zawsze....

Najważniejsze, aby w tym zmiennym świcie zawsze być sobą. Reszta jest mniej ważna.

Wiem, znowu post bez przepisu, ale lubię się z Wami dzielić swoimi przemyśleniami lub też komunikować o zmianach czy też przełomach w moim życiu, a tak się składa, że ta wiosna takie niesie.

 

wtorek, 22 marca 2011

"Wszystko jest nie tak".

Kilka ładnych lat temu trafiłam w internecie na tekst Moby'ego. Tytuł przykuł moją uwagę i cały czas chodzi mi po głowie. Tekst ten nie stracił w ciągu minionego czasu na aktualności. Właściwie mam wrażenie, że z dnia na dzień staje się on coraz bardziej prawdziwy.  Niestety. Przesyłam  Wam te słowa ,drodzy Czytelnicy mojego bloga, bo być może nie mieliście okazji się zetknąć z tym mądrym wywodem Moby'ego. Wydaje mi się, że warto.  

Mówiąc "wszystko jest nie tak" mam na myśli wszystko. 

Rozglądam się wokół - piszę na plastikowo - metalowo - szklanym komputerze stojącym na biurku zrobionym ze ściętych drzew i toksycznej farby. Siedzę w budynku z drewna i cegieł zabranych Ziemi, na ulicy wyłożonej trującym asfaltem pokrywającej ekosystem, który kwitł przez setki tysięcy lat. Mam na sobie bawełnę, która była nawożona pestycydami kiedy rosła i tleniona toksycznymi chemikaliami podczas przetwarzania. Wszystko co posiadam zostało wytworzone setki tysięcy mil stąd i przewiezione do mnie w plastikowych opakowaniach spalającymi ropę pojazdami drogowymi i lotniczymi. Moje jedzenie, mimo tego, że wyhodowane organicznie i całkowicie wegańskie, jest przewożone z miejsca wytworzenia do mojego lokalnego sklepu. I często pakowane w papier, plastik, metal z użyciem toksycznego tuszu. Znam wiele osób, które jedzą mięso, palą papierosy, prowadzą samochody, biorą narkotyki itd. pomimo tego, że wiedzą iż te rzeczy ostatecznie zmniejszają jakość i długość życia. Mieszkam w bloku, w którym nikt nie zwraca się do siebie po imieniu. Wiem więcej o idiotycznych aktorach z Hollywood, których nigdy nie spotkałem, niż o dziewczynie mieszkającej drzwi obok mnie (która prawdopodobnie jest bardziej interesująca). Podczas chodzenia do pracy wdycham toksyczne spaliny z tkwiących w korku samochodów. Aby upewnić się, że spożycie trzech opakowań płynu do czyszczenia piekarnika spowoduje u ciebie chorobę, lub że wlewanie do oczu zmywacza do paznokci zrobi ci krzywdę, torturujemy myszy, króliki, psy, koty itd. Używamy toksycznych chlorowych wybielaczy by nasze majtki były zawsze białe. Wycinamy lasy tropikalne by szukać szukać ropy, dzięki której będziemy mogli dojechać do wypożyczalni wideo. Czy rozumiesz o co mi chodzi? Wszystko naprawdę jest nie tak. Nawet ludzie postulujący powrót do natury wciąż jeżdżą samochodami i używają produktów wytworzonych z materiałów wydartych Ziemi.Ludzie zmagają się przez całe życie z pracą, której nienawidzą. Tylko po to, by być funkcjonalnymi członkami systemu, który jest marnotrawny, destruktywny i niezdrowy. 

To co postuluję to wrażliwe, pragmatyczne, nie destrukcyjne podejście do istnienia. Musimy przewartościować nasze działania. Tak samo jak nie ma sensu zatrudnianie operatora windy by prowadził automatyczną windę, tak też nie ma sensu w tym, by miliardy ludzi na Ziemi jeździły do pracy same w swych samochodach. Nie ma sensu w konsumowaniu produktów zwierzęcych. Nie ma sensu w używaniu pestycydów do produktów rolnych. Nie ma sensu w wydobywaniu energii z elektrowni atomowych, węgla czy ropy naftowej, skoro istnieje energia słoneczna, wodna i wiatrowa. Nie ma sensu w podtrzymywaniu destrukcyjnych systemów tylko dlatego, że ludzie robią na nich pieniądze. Nie ma sensu w wylewaniu ton toksycznych substancji na nasze trawniki, by wyglądały ładnie i zielono. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale prawdopodobnie już cię to znudziło lub przytłoczyło. Postuluje zmianę, wielką zmianę.

Krótko mówiąc powinniśmy przestać robić te rzeczy, które są destruktywne dla środowiska, innych istot i nas samych i wymyślić nowe sposoby istnienia. 

Autor: MOBY


FAKTY:

1 akr ziemi = 20.000 funtów ziemniaków, 165 funtów wołowiny 

amerykański przemysł mięsny wytwarza 158 milionów ton odchodów rocznie 

hodowla bydła - nr.1 na liście przyczyn zanieczyszczenia wód w USA 

75% zbóż wysyłanych do krajów trzeciego świata zużywa się na wyżywienie bydła 

kraje stojące najwyżej pod względem spożycia produktów zwierzęcych to również kraje z najwyższym wskaźnikiem zachorowań na raka, choroby serca, cukrzycę, osteoporozę 

50% mężczyzn jedzących mięso umiera z powodu chorób serca, 4% mężczyzn nie spożywających żadnych produktów zwierzęcych umiera na zawał 

80% inspektorów hodowli kurcząt USDA nie spożywa drobiu 

Amerykanie spędzają ponad miliard godzin w korkach ulicznych rocznie 

ponad 8 milionów ton ropy wylewa się każdego roku do oceanów 

tylko 1 na 10 małych szympansów przeżywa podróż z dżungli do Zoo 

miliard zwierząt zabija się każdego roku podczas eksperymentów 

1 tona papieru z odzysku oszczędza 17 drzew, 7000 galonów wody oraz ilość energii wystarczającej do ogrzewania przeciętnego domu przez pół roku 

niedziela, 20 marca 2011

Szybki jednogarnkowy obiad z quinoa.

Zdecydowanie za rzadko sięgam po quinoa. Zadając sobie sprawę z wartości odżywczych tej kaszy powinnam jeść ją częściej. Niestety na drodze zawsze staje mi jej cena. Jestem studentką i nie zawsze mam pieniądze, zwłaszcza pod koniec miesiąca. Od czasu do czasu pozwalam sobie jednak na jakiś "ekskluzywny" składnik, zwłaszcza, że zazwyczaj mam darmowe owoce i warzywa. Poniższy przepis jest szybkim obiadem, idealnym dla wszystkich zabieganych, a że w obecnych czasach zabiegani są wszyscy, oznacza to, że obiad ten jest idealny dla każdego. Lubię gotować jednogarnkowe potrawy, bo dzięki temu błyskawicznie mogę wyczarować dobry obiad, w dodatku nie pozostaje po nim góra garnków do umycia, a co najważniejsze i najlepsze zyskuję czas, który mogę poświecić na coś innego. Wszak nie samym jedzeniem ( i gotowaniem :P) człowiek żyje. :D 
Składniki:
  • 1 mała cukinia
  • 1 czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • puszka mieszanki 4 odmian fasoli
  • 1 szklanka quinoa
  • 3 szklanki wody
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 2 łyżeczki tandoori masala
  • 1/2 łyżeczki kolendry
  • 1/2 łyżeczki imbiru
  • oliwa
Cebulę pokroić w piórka, czosnek drobno posiekać, cukinię pokroić w krążki lub ich połówki. Rozgrzać oliwę i wrzucić na nią wszystkie przyprawy poza solą. Smażyć 0,5 minuty. Dodać cebulę i wymieszać, następnie wsypać czosnek. Chwilę razem smażyć. Wsypać cukinię i wymieszać ze składnikami znajdującymi się na patelni. Smażyć razem 3-4 minuty. Dodać quinoa. Smażyć kolejne 3-4 minuty mieszając od czasu do czasu. Doprawić solą i wlać wrzącą wodę. Gotować bez przykryć przez ok. 10-15 minut. Na 5 minut  przed koniec gotowania dodać fasolki z puszki. Podawać posypane świeżymi ziołami lub kiełkami.



Lubię crusty, dlatego na soundtrack:  His Hero Is Gone -" Medicine of Thieves". 

czwartek, 17 marca 2011

Zupa z białych warzyw.

Gra w kolory. Moje ulubione to czarny, szary, fioletowy - w nich zdecydowanie czuję się najlepiej i takie kolory mają moje ciuchy, ale czasami przełamuję je czymś w totalnie odjechanej barwie. Paznokcie? Najlepiej czerwone. Jak rower, to biały z niebieskimi oponami, owijką i siodełkiem - moja gazela. <3 Wiadomo.  Jedzenie natomiast lubię w każdym kolorze. Kuchnia wegańska proponuje całą paletę barw - w końcu to warzywa nadają kolory naszym daniom. Potrafię przyrządzić potrawy, które aż kują w oczy kolorami. Kuszące, smakowite. Czasami żal je jeść. :) 
Kiedy byłam u rodziców w ferie zrobiło się akurat przenikliwie zimno i mroźno. Gdy pogoda nie sprzyja, najchętniej gotuję i jem zupy. Tym razem sięgnęłam po przepis Pani Marty Gessler z "Wysokich Obcasów" nr 4(607) z 29. stycznia. Zupa z białych warzyw. Podobno dobra na przeziębienia, a że w okresie przedwiosennym o nie bardzo łatwo, dlatego podaję. O tak, na wszelki wypadek :) 


Składniki:
(cytuję z Martą Gessler)
  • łyżka oliwy z oliwek
  • średnia cebula pokrojona w piórka
  • średni por ( tylko część biała i jasnozielona) 
  • 4 ząbki czosnku pokrojone w plasterki
  • 5 ziemniaków pokrojonych w kostkę
  • 2 średnie korzenie pietruszki ( ja jeden zastąpiłam marchewką, bo miałam tylko jedną pietruszkę).
  • mały seler
  • 1/3 dużego kalafiora
  • 1.5 l wody
  • 250 ml mleka sojowego naturalnego bez cukru
  • natka pietruszki
  • sól i pieprz
  • oliwa truflowa
  • różne ziarna i pestki
W garnku rozgrzać oliwę, dodać cebulę. Smażyć, mieszając, aż zmięknie, ok.5min. Dodać pokrojony w kawałki por, czosnek i pół łyżeczki soli. Wymieszać i smażyć, aż por zmięknie. Dodać ziemniaki, seler i pietruszkę pokrojone w kostkę, doprawić solą i wlać wodę. Zmniejszyć ogień, przykryć garnek  i gotować 40 min, aż ziemniaki będą się rozpadać. Pod koniec gotowania dodać kalafior i gotować jeszcze 5 minut. Zupę zmiksować w blenderze. Przetrzeć przez sito i jeszcze raz podgrzać z mlekiem. Przyprawić solą i świeżo zmielonym pieprzem. Wlać do misek, polać łyżką oliwy truflowej, posypać pestkami. Udekorować listkami natki pietruszki.  Smacznego!

I znowu wracam do Post Regimentu. Tym razem nacisk na utwór "Kolory"

 Tylko zmieniają się kolory - zielony, żółty i czerwony 
Tylko zmieniają się kolory - zielony i czerwony 
Przypadkowi przechodnie potrącają mnie w biegu
Idę znikąd do nikąd - zaglądają mi w twarz 
Tylko zmieniają się kolory - zielony, żółty i czerwony 
Coś, czego nigdy nie było, jest jeszcze raz 
Podnoszę się i znowu upadam, upadam 
Nie pytaj mnie kim będę zaraz
Nie znam tutaj nikogo, lecz nienawidzą mnie 
Idę znikąd do nikąd wszystkiego boje się 
Tylko zmieniają się kolory - zielony, żółty i czerwony 
Ktoś kogo nigdy nie było zostawił mnie.
Podnoszę się i znowu upadam, upadam 
Nie pytaj mnie kim będę zaraz.

poniedziałek, 14 marca 2011

Ciasto z konfiturą malinową pod kokosową pierzynką.

Ostatnio zastanawiałam się, co zrobiłabym wiedząc, że dany dzień jest moim ostatnim. I chyba wiem. Nie podzielę się tym z Wami, bo to jest ściele tajne i osobiste, ale myślę, że powinnam spędzać w ten sposób każdy dzień swojego życia. Może dzięki temu mogłabym powiedzieć kiedyś, że przeżyłam i moje życie było dokładnie takim, jakim chciałam, aby było.  To dla duszy, żebyście sobie przemyśleli niektóre sprawy i zastanowili się, co w Waszym życiu jest naprawdę ważne.
Dla ciała proponuję ciasto. Przedobre i przesłodkie.
Inspiracją, aby je upiec był przepis z bloga Kuchenne Fantazje. Podstawę, czyli biszkopt upiekłam wg receptury zaczerpniętej z książki "Fajna babka. Ale ciacho". Ciasto jest na maksa słodkie, ale w składzie jest dużo cukru, więc nie dziwimy się temu.:) Możecie go zredukować, albo jak ja olać to i zasłodzić się. Czasami można, a nawet trzeba...
Składniki:
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki pszennej razowej
  • 1 szklanka cukru trzcionowego
  • 5 łyżek oleju rzepakowego
  • 1 płaska łyżeczka sody
  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego z prawdziwą wanilią
  • 1 szklanka zimnej wody
  • 1 łyżka octu
Mieszamy ze sobą wszystkie składniki za wyjątkiem octu, który dodajemy na końcu. Przelewamy masę do małej torownicy wysmarowanej olejem i posypanej bułką tartą. Wkładamy ciasto do piekarnika nagrzanego do 200 st.C i pieczemy przez ok 25 minut.

W tym czasie...

Składniki:
  • 3 łyżki oleju
  • 2 łyżki cuku pudru
  • 5-6 łyżek wiórków kokosowych
Mieszamy ze sobą cukier z wiórkami. Rozgrzewamy olej na patelni i na małym ogniu lekko rumienimy wiórki.

Po ok. 25 minutach wyciągamy z piekarnika ciasto.  Smarujemy je 3-4 łyżkami dżemu malinowego i posypujemy kruszonką kokosową. Wkładamy do piekarnika na kolejne 10 minut.

Gotowe!


Soundtrack: Tworzywo sztuczne -"F3"

"A jestem trochę frajer wiem, taki superfrajer
Mam to na twarzy wypisane albo mi się tylko zdaje
Hej przeginasz nawet "cześć" mi nie mówisz
Chcesz mnie zgubić roztrzaskać na raz na dwa "

sobota, 12 marca 2011

Pysznościowe risotto dyniowe!

Za dużo, za szybko. Czasami oczekujemy zbyt wiele. Chcielibyśmy tego, czego mieć nie możemy i zamiast odpuścić walczymy. Tylko czy przypadkiem nie jest to walka z wiatrakami? A może właśnie na tym polega zmaganie się z losem o to, aby wygrać swoje marzenia? Ostatnio w życiu moim i moich bliskich wszystkiego jest za dużo. Za dużo pracy, ale jednocześnie za dużo zabawy. Za dużo obowiązków, za dużo obietnic do spełnienia i spotkań do odbycia. Nie dajemy rady. Doba jest ZA krótka. W końcu za dużo miłości byśmy chcieli mieć. Dawać, ale jednocześnie otrzymywać coś w zamian. I to jest bardzo niebezpieczne, ponieważ w końcu okazuje się, że dysponujemy nadmiarem, ale... nienawiści. Z drugiej strony obserwuję świat i siebie, ludzi i inne zwierzęta wokół i odnoszę nieodparte wrażenie, że gdyby nie te dwa uczucia: miłość i nienawiść, świat by się zatrzymał. Wydaje mi się, że dawka energii, moc jaką one ze sobą niosą jest siłą napędową wszystkiego wokół. Zarówno z miłości, jak i z nienawiści ludzie zdolni są do wszystkiego... W sumie trochę mnie to niepokoi... 

Ale o czym to ja chciałam pisać... Aaaa! Właśnie. Już wiem! :P Dobrze zrobiłam mrożąc pulpę z dyni. Dzięki niej mogę sobie sprawić takie oto słoneczne danie raz dwa!


Składniki na ok.4 porcje:
  • 1 czerwona cebula
  • 1 łyżka oleju
  • 2 szklanki ryżu do risotto
  • 1 szklanka białego wytrawnego wina
  • 4 szklanki bulionu warzywnego
  • 1 czubata szklanka pure z dyni ( albo nawet trochę więcej :))
  • 1,5 łyżeczki słodkiej papryki
  • 0,5-1 łyżeczka imbiru w proszku ( zależy od jego intensywności)
Posiekaj cebulkę i zeszklij ją na oleju. Wsyp ryż i podpraż chwilę na patelni. Przemieszaj z olejem i cebulą. Powoli dodawaj wino. Na początek 1/3 szklanki, później kolejną 1/3 i po chwili resztę. Ryż zabsorbuje wino, mieszaj go co chwilę.  Następnie dodawaj bulion. Zrób to w ten sam sposób w jaki dodawałeś/aś wino. Stopniowo. Nich ryż powoli zabsorbuje wodę. Teraz przyszła kolej na gwiazdę wieczoeu, czyli pulpę z dyni. Dodaj ją i wymieszaj z ryżem. Gotuj razem przez 3-4 minuty. Wsyp paprykę i imbir. Wymieszaj i gotowe!
Posyp natką przed podaniem.



dziki! loveeeee <3


Ostatnio mało punkowych soundtracków na blogu. A doświadczenie uczy, że od punka nie wolno się odwracać. To zawsze kończy się tragicznie... Dlatego dziś słucham Post Regiment z naciskiem na "Ostatni raz". i love this song. <3


"Ostatni, ostatni raz podaję ci rękę, całuję w twarz 
Nie pytaj dokąd idę i tak już nic nie słyszę 

Nie wierzysz w to, że można kochać nie mówiąc nic 

Przechodzić obok siebie, a jednak ze sobą być"

czwartek, 10 marca 2011

SUSHI MNIAM MNIAM! :)

Sushi! Jestem jego oddaną fanką. Jakby jednak nie patrzeć, w obecnych czasach to modna i snobistyczna potrawa. Trochę dziwne więc moje uwielbienie dla tej przekąski. Zabawne, że ja po raz pierwszy jadłam je na skłocie. Nigdy nie byłam w barze sushi i nie jest mi tam po drodze, pomimo, że mogłabym je jeść na wszystkie posiłki. Od rana do wieczora: na śniadanie, obiad i kolację. Ryż z warzywami owinięty w liście glonów.  Pyszne. W Japonii jadane od święta, natomiast na Zachodzie jest to coraz powszechniejsza przekąska. Żeby nie było tak różowo to polecam film "Globalne sushi" . Zachęcam wszystkich, abyście spróbowali wegańskiego, domowego sushi.  Jak się je robi to już pewnie każdy wie, ponieważ sieć przepełniona przepisami, ale dla pewności napiszę. 


składniki:
  • 4 płaty liści nori
  • 200 g ugotowanego kleistego ryżu ( 200 g to waga ryżu przed ugotowaniem)
  • 4 łyżki octu ryżowego
  • 2 łyżki cukru
  • ew. odrobina soli
  • 1/2 awokado, obrane i pokrojone w słupki
  • 1 marchewka ugotowana i pokrojona w słupki
  • jeden ogórek kiszony pokrojony w słupki
  • sos sojowy
Ugotowany ryż mieszamy z octem, cukrem i solą. Płaty nori przekładamy błyszczącą stroną do spodu, a brzegami w swoją stronę. Letni ryż rozsmarowujemy na płacie, pozostawiając wolne brzegi. Na ryżu w równym rządku, bliżej miejsca rozpoczęcia zwijania układamy pokrojone w słupki warzywa, tak aby nadzienie po zwinięciu znalazło się pośrodku. Płaty zwijamy w rulon, można to robić na bambusowej macie, ale nie jest to konieczne. Końcówki zwilżamy wodą i zlepiamy. Ruloniki odkładamy na 10 minut, a następnie przy pomocy ostrego noża kroimy je w 2cm plastry. My polewamy sushi sosem sojowym przed zjedzeniem, ale można je zajadać z rozmaitymi pastami i dipami.



Potrawa międzynarodowa, więc na soundtrack proponuję Freundeskreis z albumem "ESPERANTO" ( tak tak, uwielbiam język niemiecki, niemiecki hip-hop i niemal 2 lata temu zakochałam się bez reszty w Berlinie. W sumie nie tylko, ale miłość do Berlina, w przeciwieństwie do tej drugiej, nie mija :P)

People always look better in the sun :). Śniadanie.


A Ty co dziś jadłeś/aś na śniadanie? U mnie były kanapki, ale to nie oznacza nudy. Razowy chleb z pobliskiej piekarni smaruję "serkiem",w skład którego wchodzą namoczone przez kilka godzin orzechy nerkowca, zmielone  w blenderze z odrobiną wody mineralnej, oleju, z łyżeczką tahini, płatków drożdżowych i przyprawionego solą, świeżo mielonym pieprzem i asafetydą. Na kanapkach rozkładam cienko pokrojoną cukinię. Do tego sałatka ze szpinaku, awokado, pomidora, rzodkiewek, cukinii i kiełków, polana tymiankowym sosem winegret. Do picia koktajl z banana, mleka sojowego i płatków owsianych. Na koniec jeszcze kawa zbożowa. 
Po takim śniadaniu chce się więcej, a co najważniejsze można więcej :) 



Soundtrack: Soko - "People always look better in the sun "

I thought it doesn't matter,
He's ugly anyway,

But today it was a sunny day.



I thought it doesn't matter,

He's ugly anyway,

But today I crossed this way.


People always look better in the sun. (4x)

I thought it doesn't matter,
He's ugly anyway,
But today it was a sunny day.

I thought it doesn't matter,
He's ugly anyway,
But today I crossed this way.

People always look better in the sun. (4x)

And I can see in the back of your eyes,
That I have to choose another time,
To say whats on my mind.
I have to choose another time,
To say whats on my mind.
I have to choose another time,
To say that...

People always look better in the sun. (4x)

I thought it doesn't matter,
He's ugly anyway,
But today it was a sunny day.

I thought it doesn't matter,
He's ugly anyway,
But today I crossed this way.

People always look better in the sun. (4x)

It's just a sunny day.
Probably not the good day,
To say what's in my heart.



wtorek, 8 marca 2011

Pasta.... "jajeczna" :P

Pasta "jajeczna" bez grama jajka. Pewnie myślicie: ale jak to? Tym przepisem udowadniam, że można... wszystko, jak się tylko tego chce:) Przepis jest prosty, jedynym wyszukanym składnikiem jest czarna sól, którą można dostać w sklepach z jedzeniem orientalnym. Ja kupiłam moją w Barcelonie i z tego, co pamiętam kosztowała gorsze. 
Czarna sól jest dość istotnym składnikiem, ponieważ to ona nadaje paście jej "jajeczny" charakter. Spróbujcie! Polecam serdecznie!


składniki:
  • ok 120-150 g tofu
  • 1/2 puszki kukurydzy
  • 1/2 awokado
  • 3 łyżki oleju z pestek winogron
  • szczypta asafetydy ( można zastąpić kawałkiem cebuli i czosnkiem :P) 
  • 1/2 łyżeczki kurkumy
  • 3/4 łyżeczki czarnej soli
  • pieprz do smaku
  • odrobina soku z cytryny
Wszystkie składniki wymieszać w blenderze do uzskania gładkiej pasty. Gotowe.


Idealna na kanapki, jako dip do warzyw. I dla babci, która ma za wysoki cholesterol! :P

Na śniadanie jem tosta z pastą i kiełkami, słucham Tegan & Sara i myślę o słowach poniższej piosenki... Ja za dużo myślę, za dużo analizuję. Znów jeżdżę rowerem i już kilka razy udało mi się cudem uniknąć wypadku. Wszystko przez to, że myślami ciągle jestem gdzieś indziej... 


poniedziałek, 7 marca 2011

Orkiszowe muffiny cytrynowe!

"Pożegnanie nie zawsze oznacza koniec. Czasem to początek czegoś nowego." Myślicie, że to prawda? Wydaje mi się, że absolutna. Problem jednak w tym, czy to nowe oznacza lepsze... Pewnie dużo zależy od naszego nastawienia. Niesamowite jak bardzo możemy manipulować sobą, sterować własnymi myślami. Spadać na dno i osiągać szczyty. Jak dużo jesteśmy sobie w stanie wmówić. Jak bardzo kreujemy rzeczywistość i sposób w jaki ją postrzegamy w dużym stopniu zależy od stanu naszego umysłu. Niestety mamy tendencje, jako ludzie, do wmawiania sobie rzeczy złych. Zamiast powtarzać, że jest cudownie i że jesteśmy ekstra, dołujemy się. W tym roku staram się dbać o to, aby było inaczej. Całą sobą, gdzieś w moim umyśle krzyczę, że jest dobrze i że tak już pozostanie. Stało się to taką moją mantrą. Jestem w tym coraz lepsza. Pewnie, że  bycie pozytywnym nie jest proste, ale nie jest niemożliwe. Spróbujcie. :) 

Znowu dopadała mnie ochota na coś cytrynowego. Czasami wydaje mi się, że nie jestem siostrą swojej siostry, bo dla niej zjedzenie poniższego muffina byłoby istną męką. Inspirująca się przepisem Sylwii, zrobiłam orkiszowe muffiny cytrynowe. Chyba jedne z lepszych kiedykolwiek upiekłam, może nawet najlepsze.

Składniki:
  • skórka starta z 1 cytryny lub limonki
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 szklanka mąki orkiszowej razowej
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka aromatu waniliowego
  • 1/3 szklanki oleju roślinnego
  • 1 szklanka wody gazowanej
  • ok. 1/4 szklanki cukru pudru i sok 1 1/2 cytryny lub limonki na lukier.
Mieszamy ze sobą mąki, proszek do pieczenia, cukier i skórkę z cytryny. Dodajemy olej, aromat i wodę i dokładnie mieszamy, aby połączyły się wszystkie składniki. Masę przekładamy do 10 foremek na muffiny i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st.C przez ok 15 minut. W tym czasie przygotowujemy lukier, ktorym polewamy muffiny zaraz po wyjęciu z piekarnika, aby nasiąknęły sokiem z cytryny. 
Gotowe!
Smacznego!

Soundtrack :