wtorek, 13 grudnia 2011

Włoska wyprawa Maddy, czyli co nas kręci, co podnieca?! ;)

Kiedyś czytałam opis pewnego filmu, w którym pojawił się taki truizm, że do serca najlepiej trafia się przez żołądek. Nie jestem jednak tego taka pewna...W końcu podobno dobrze gotuję, ale raczej serca tym żadnego nie podbiłam. Za to jestem pewna, że do serca można się dostać m.in. przez tętnicę udową. Widziałam na własne oczy... Ale ten żołądek? Przereklamowane nieco... W opisie tego filmu pojawiło się też jednak stwierdzenie, że miejscem, gdzie miłość unosi się w powietrzu jest kuchnia. I w to jestem w stanie szybciej uwierzyć.  Tłumaczy, między innymi, dlaczego tak lubię w niej przebywać... Choć w sumie kto nie lubi przesiadywać w kuchni... ? No dalej! Ręka w górę!!!  
Podzielę się z Wami sekretem. Tylko się nie śmiejcie lub też nie zwymyślajcie mi, że jaram się poczynaniami kogoś, kto nie gotuje wegańsko, a nawet po wegetariańsku...  Kiedy miałam dostęp do TV, a trwało to może przez tydzień, nałogowo oglądałam programy Jamie'go Olivera i jego "Włoską wyprawę". Zahipnotyzowana patrzyłam, z jaką lekkością gotuje i opowiada o przygotowywanym jedzeniu. Z pasją, której niejeden może mu pozazdrościć. Nie chodzi tu o to kto, ale JAK..! Bardzo cenię pasjonatów, ludzi, którzy potrafią o tym, czym się zajmują mówić tak, że nawet ktoś, kto zupełnie nie zna tematu lub się nim nie interesuje, chce tego słuchać. I tak własnie robi Jamie, przykuwa uwagę i sprawia, że masz ochotę go naśladować. Zaraża tym, co ma w sobie najlepsze. Oglądając jego programy, zupełnie przestajemy dostrzegać w nim niezbyt urodziwego gościa, który w dodatku sepleni tak, że czasami trudno go zrozumieć. Wydawałoby się, że jest to ktoś, kto nigdy nie osiągnie medialnego sukcesu, bo zupełnie nie wpisuje się w standardy "gwiazdy". Jednak patrząc na niego widzimy fajnego faceta, który z pasją dziecka odkrywa przed nami tajniki kuchni ( tu: włoskiej), który opowiada o jedzeniu w taki sposób, że doskonale czujemy jego smak, choć nie mamy możliwości spróbować. On nie tylko umie gotować, on umie czarować! Bez kitu. Jestem takim kuchennym artystą, który gotuje na pełnym luzie, nie trzyma się ściśle przepisów, tworząc arcydzieło. A do tego, jak on zgniata te brzoskwinie...? Widzieliście to kiedyś może...? Nie wiem, czy jest coś, co uważam za bardziej seksowne niż gotowanie... W sumie z dwie rzeczy by się znalazły. Niektóre dziedziny medycyny są totalnie "hot"... i coś jeszcze wywołuje u mnie tachykardię i wzmożoną perystaltykę trzew,  kto mnie zna ten wie ;). Swoją drogą, w takich chwilach mój organizm totalnie świruje pobudzając dwa przeciwstawne układy - współczulny i przywspółczulny. Ale w końcu zakochanie jest upośledzeniem, więc i na to znajdzie się wiele naukowych wyjaśnień. Na szczęście. Ostatnio, jeśli nie potrafię znaleźć naukowych podstaw tłumaczących zjawiska jakie się wokół mnie dzieją zaczynam świrować.
Ale wrócimy lepiej do gotowania, bo za dużo tematów naraz ;). Nie chodzi mi o takie mechaniczne kucharzenie z gotowego przepisu, z książki, internetu. Bez polotu, bez fantazji... Chodzi o całokształt sztuki kulinarnej. O to, w jaki sposób ktoś wybiera warzywa na ryneczku, to jak je kroi, jak je przyrządza i w jaki sposób przyprawia. Jakaś maskara, że mnie to kręci, co? Nigdy nie spotkałam na żywo faceta, który ma ten dar.  Może dlatego, że ludzi z jakąkolwiek pasją jest tak niewielu, ale przysięgam, że jak trafię na kogoś takiego, to zostaniemy razem na trochę dłużej, żeby przekazał mi choć 1/10 swojej pasji. Wtedy może naprawdę się zakocham.  Oczywiście w kuchni.

Ja sama bardzo rzadko dysponuję wolnym przedpołudniem i mam szansę, aby wybrać się na pobliski ryneczek. Stąd każda wyprawa tam jest dla mnie swego rodzaju świętem, ponieważ uwielbiam świeże warzywa, tak różne od tych "wymytych" marketowych. Lubię rozmawiać ze sprzedawcami, lubię patrzeć na góry  zieleniny.  Sprzedawcy często zgadują, że jestem "wegetarianką", bo podobno to po mnie widać. :) Lubię wracać do domu obładowana warzywami, wrzucam je na stół i zaczynam kombinować, z reguły przygotowując z nich zupełnie inne danie niż zamierzałam pierwotnie.

Żeby przygotować dobre jedzenie wcale nie trzeba siedzieć w kuchni godzinami. Czasami wystarczy dobry blender, kilka suszonych pomidorów, garść orzechów włoskich, czosnek, oliwa, suszone zioła, odrobina świeżej bazylii, garść oliwek i oczywiście ukochany makaron razowy. I już! W 15 minut obiad jest gotowy! W dodatku takie danie przywodzi na myśl moje własne włoskie wyprawy. Znowu się rozmarzyłam, a do lata jeszcze tyleeee... No dobrze, a teraz przepis na kolejne risotto wg mnie samej :)


Składniki na risotto z boczniakami i szpinakiem
  • 250-300 g boczniaków
  • solidna garść świeżego szpinaku
  • 1 cebula
  • 1 żabek czosnku
  • 1,5 szklanki ryżu arborio
  • 3 szklanki gorącej wody
  • świeżo mielony pieprz
  • 1 -1,5 łyżeczki soli
  • 0,5 łyżeczki kurkumy 
  • oliwa z oliwek
Oliwę rozgrzać na patelni i zeszklić poszatkowaną w kostkę cebulę. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Po chwili dodać pokrojone w paski boczniaki, przyprawić solidnie świeżo mielonym pieprzem i smażyć przez 5 minut mieszając co chwila. Następnie wsypać ryż. Smażyć do czasu, aż ziarna zrobią się przezroczyste. Dodać kurkumę, posolić i wlać gorącą wodę. Przykryć patelnię pokrywką, zmniejszyć ogień do minimum i gotować na wolnym ogniu około 15 minut, do czasu, aż płyn się wchłonie. Na koniec wsypać szpinak ( jeżeli mamy drobny to w całości, a jeżeli duży to należy liście rozdrobnić). Wymieszać dokładnie z ryżem. Podawać na ciepło. Opcjonalnie można poprószyć płatkami drożdżowymi i posypać natką pietruszki lub świeżymi kiełkami. 
Buon appetito!

A na koniec bardzo popowa pioseneczka w bardzo hardcorowej wersji  i wspomnienie tegorocznego DIY Festu w Gdyni! ołjeeeee!




13 komentarzy:

  1. A ja ostatnio spotkałam takiego faceta. Na sympozium. Mówił z taką pasją o więzadle krzyżowym przednim, że słuchałam go z rozdziawioną buzią. I strasznie żałowałam, że tak nie potrafię chyba...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dla mnie to wlasnie to risotto seksownie wyglada ;) a Jamiego ubostwiam, za wszystko. Zwlaszcza za to, ze jak go ogladam od razu mam ochote biec na bazarek i potem do kuchni.
    Z innej beczki, to o mnie ostatnio rodzina powiedziala, ze tak zdrowo wygladam - z pewna nuta zaskoczenia - mimo, ze nie jem miesa ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sis, też mam tak, że mnie czasem ktoś medyczną pasją porazi. Moze dlatego zmieniam wymarzoną specjalizację średnio raz na tydzień.

    Ale powiedz szczerze. Zwalił Cię z nóg kiedyś na żywo jakiś gość swoimi umiejętnościami kulinarnymi...? Ja wiem, że są, ale jeszcze nie spotkałam! Nawet w VHC same dziewczyny!

    Ania: no widzisz spośród moich sióstr jestem jedyna weganką, a jestem najgrubsza o czym nie omieszkał przypomnieć mi mój Tata w ostatni weekend. Ale co tam! Czuję się rewelacyjnie i to się liczy! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. przez te nasze zawyżone standardy i to, że znamy się na sztuce gotowanie całkiem nieźle. Nie wystarczy, że ktoś umie zrobić dobre naleśniki czy najlepszy na świecie hummus, jeżeli jest to jedyna rzecz jaką umie ugotować :) Ciężko zrobić na nas wrażenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moi współlokatorzy pytają się mnie co drugi dzień jak się nazywa ta dobra pasta w lodówce, powtarzają trzy razy hummus, potem zawsze pytają z czego to się robi i starają się zapamiętać te kilka składników na krzyż i za góra dwa dni startują z pytaniami od nowa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Podoba mi się że wspomniałaś o Jamie Oliverze - nie chodzi mi nawet o niego, w pewnym momencie, przy całym szacunku do jego pracy w szkołach, zaczął mnie irytować swoimi minami i różnymi ruchami w rodzaju kręcenia biodrami przy gotowaniu, ale to inna historia - ale czasami stykam się z weganami którzy są gotowi ukamienować kogoś kto wspomni że widział w telewizji program i tam był taki fajny przepis, wystarczy zamiast czegoś dodać tofu... I już problem gotowy. Bo przecież prawdziwi weganie nigdy nie widzieli mięsa czy ryby i sama myśl jest po prostu straszna (ok dla mnie też czasami ale nie wyprę się że lubiłam bitki). Cieszę się że pokazujesz że warto mieć otwartą głowę :))) nie można się ograniczać w źródłach inspiracji. Co więcej wydaje mi się że tak łatwiej nawet przekonać do weganizmu więcej osób, a chyba wszystkim nam o to chodzi? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Olga, nie powiem, wśród wegan/wegetarian czuję się często swobodniej, mniej "dziwnie" itd. itp. Chętnie spędzam z nimi czas, nie musząc się z niczego tłumaczyć i mając gwarancję, że oni rozumieją moją decyzję. Ale wielu moich bliskich je, że tak powiem "tradycyjnie" i to ich nie dyskwalifikuje;) Jakoś całkiem zgrabnie razem funkcjonujemy. Myślę, że tak mniej więcej połowa przepisów na tym blogu to inspiracja z niewegańskich, a często nawet niewegetariańskich dań. A Jamie, co by o nim nie mówić, zna się na tym co robi jak mało kto, a to się ceni.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajny wpis, moim zdaniem napisany właśnie z pasją ;) Jak zobaczyłam ilość tekstu to już chciałam zrezygnować z czytania(chociaż normalnie to kocham czytanie, tylko momentami z jakiś dziwnych powodów mi się nie chce ;) ale jednak zaczęłam czytać i z zaciekawieniem przeczytałam do końca nie tylko post, ale też komentarze. :)

    Btw, Marta: w takim wypadku powinnaś przykleić na lodówce przepis na hummus :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie czasem jest trudno z rodziną, po prostu na uroczystościach rodzinnych zdarzają się jakieś tematy" o moralności", ktoś tam się użali nad losem psa bitego przez sąsiada, a tu na stole pełno zwierząt. Teraz na wigilii będzie ryba, trochę ciężko mi to "przełknąć". Wiem, że każdy ma prawo do własnych decyzji, ale zawsze wydaje mi się że nasi bliscy to właśnie osoby, którym łatwo można wytłumaczyć pewne sprawy, a jednak nie znam żadnego weganina/wegetarianina który by namówił do weganizmu swoją rodzinę - teoretycznie powinno być to łatwiejsze, ale nie jest..

    OdpowiedzUsuń
  10. no cóż... i własnie dlatego mądre jest porzekadło, że rodzinę daje nam los, a przyjaciół wybieramy sami. Nic dodać nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  11. Myślę, że z przekonaniem rodziny do czegokolwiek jest jak z leczeniem swoich bliskich, to najtrudniejsze! Ale nie ma się co łamać, trzeba nauczyć się żyć obok siebie :)
    U nas będą i dania wegańskie i nie. Dla każdego coś dobrego.

    OdpowiedzUsuń