czwartek, 8 grudnia 2011

PIERNICZKI 2011!!!!

Było sobie lato 2011, a my, czyli ja i J. poszłyśmy do kina, a potem nad rzeką piłyśmy piwa noteckie, jadłyśmy czipsy solone i gadałyśmy o tym i owym. Pustce, zagubieniu i odnalezieniu się. Zachowywałyśmy się zupełnie, jak te normalne dziewczyny, którymi nigdy nie będziemy, choć wówczas chyba byłoby nam łatwiej. 
A teraz jest zima i to niczego nie ułatwia, bo za oknem śnieg z deszczem i nad rzeką się nie zrelaksujemy i każde wyjście zdaje się się być wyprawą na przeciwległy biegun Ziemi. 

A dzisiaj? Dzisiaj potrzebuję troszkę ciepła, przychylnej osoby obok siebie oraz tej pewności, że wszystko będzie dobrze, że przecież kiedyś znowu będzie lato, głownie to mentalne, a nie pora roku, bo pora roku jest oczywista.  Ja chcę wakacje, wczasy i słońce mieć w głowie.


Zrobiło mi źle, więc poszłam piec pierniczki, zmotywowana porą roku oraz tym, że za kilka tygodni spędzę trochę czasu z moją, z roku na rok większą, rodziną. O ile narodziny Jezusa nie za bardzo mnie interesują, o tyle to, że będę miała wreszcie czas, aby 100% mojej uwagi poświecić tym, którzy poszliby za mną w ognień, całkiem cieszy. I myśl, że czeka mnie tyle pysznego jedzenia napełnia mój centralny narząd układu krążenia przyjemnym uczuciem ciepła...


Muszę przyznać, że ulżyło mi nieco od ugniatania ciasta. Upieczcie sobie też. Może i Wam ulży, jeżeli macie podobnie, jak ja takie chwile, że czujecie pod nogami usuwający się grunt.

W tym roku zmodyfikowałam zmodyfikowany już wcześniej przeze mnie przepis na pierniczki mojej Babci. Cóż, kiedy dwa lata temu pisałam tamten post, byłam takim kulinarnym "kurczakiem", ale pisząc tutaj dla Was i wymyślając przepisy na bloga stałam się kulinarną... "kurą" ;). Mówiąc wprost dojrzałam kulinarnie i cały czas udoskonalam tę sztukę.
Piekąc pierniczki na podstawie przepisu Babci czuję, że dokonuję czegoś ważnego, bo kultywuję tradycję rodzinną, a to w sumie fajna sprawa, bo co jak co, ale dobre przepisy to to, co potomnym należy przekazać i może kiedyś z tego przepisu będą korzystać moje dzieci lub dzieci moich sióstr, wszak wątpliwe jest, abym kiedyś posiadała własne. Mniejsza zresztą o to! Ważne jest to, że wegańska wersja pierniczków Babci jest ekstra i myślę, że dorównuje oryginałowi, choć przyznam szczerze nie za bardzo już pamiętam, jak dokładnie smakowały.

Składniki:
  • 400 g mąki pszennej białej
  • 100 g mąki krupczatki
  • 500 g mąki pszennej razowej
  • 1/2 kg cukru
  • 250 g vegan margaryny ( u mnie Alsan - do znudzenia! :P) 
  • ok 150 g melasy
  • 1 szklanka wody 
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka amoniaku ( opcja)
  • 2 łyżki kakao
  • 2-3 paczki przyprawy piernikowej

W małym garnuszku pogrzać wodę i dodać zmielone siemię. Powstanie coś przypominającego w konsystencji kisiel (?). W dużej misce wymieszać ze sobą mąki, 1 szklankę cukru, sodę, proszek, amoniak i kakao. Rozgrzać głęboką patelnię, a następnie wsypać na nią pozostały cukier. Zmniejszyć ogień do minimum i powoli karmelizować cukier, uważając, aby nie przypalić. Lepiej nie odchodzić od patelni, tylko cały czas mieszać cukier drewnianą łyżką. Kiedy całkowicie się upłynni wrzucić kostkę margaryny i mieszać do czasu aż się rozpuści. Następnie  dodać melasę. Wymieszać zawartość patelni, a kiedy będzie ona w miarę jednolita, wsypać przyprawy do piernika. Znowu porządnie wymieszać. Zgasić ogień. Dodać lniany "kisiel". Całość po raz kolejny porządnie wymieszać i wlać do miski z mąką. Energicznie mieszać ciasto, najpierw łyżką, później przy pomocy rąk. Ugniatać, podsypując mąką w razie potrzeby ( u mnie nie było to konieczne!), tak długo,aż uzyskamy jednolite, odklejające się od rąk ciasto. Przekładamy ciasto na kuchenny blat lub stolnicę( przyprószone mąką!) i  rozwałkowujemy, wycinamy dowolne kształty, wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 st.C i pieczemy około 7 minut, aż pierniczki delikatnie się zarumienią.
Gotowe ostudzone pierniki można lukrować i zdobić w dowolny sposób ( wegański of course! :)). Smacznego!

8 komentarzy:

  1. Też się cieszę na te wspólne Święta :)

    OdpowiedzUsuń
  2. nie ma Świąt bez pierniczków :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Upiekłam wczoraj te pierniczki, tylko z braku margaryny dodałam olej. Wyszły smaczne ale bardzo twarde. Czy takie miały być i skruszeją z czasem czy może to ja zrobiłam coś nie tak?

    OdpowiedzUsuń
  4. pierniczki piecze się wcześniej własnie po to, aby zmiękły. Jeżeli chcesz im "pomóc" możesz je polukrować. Tylko nie jest pewna, czy po zamianie na olej będą "reagować" tak samo:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm, zauważyłam ciekawe zjawisko - pierniczki przechowywane w torebce foliowej już trochę zmiękły a te trzymane w pudełku po lodach nie bardzo... Nie wiem czy to wina przechowywania czy tego, że piekłam je w 2 turach i każda tura zareagowała inaczej. Poza tym, ubolewam nad tym, że wsypałam za mało przyprawy piernikowej. :(

    OdpowiedzUsuń
  6. nie mam pojęcia! Za to te co robiłam na vegan lunch polukrowałam 2 dni przed nim, trzymałam w puszce i na samym lunchu wczoraj były miękkie. Ja zazwyczaj trzymam pierniki w puszkach. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety nie posiadam takich dóbr luksusowych jak puszki ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. ja przygarnęłam kilka od rodziców, po jakiś czekoladkach itd. Warto czasami się rozejrzeć po szafach rodziców, babć znajomych, bo bywa, że skrywają się tam niezłe skarby :)

    OdpowiedzUsuń