sobota, 3 września 2011

I ♥ Berlin!!!


Niedawno wróciłam z Berlina, do którego tym razem wybrałam się w celach turystycznych, a nie jak zazwyczaj ostatnimi czasy, koncertowych. ( koniec końców na koncert i tak się załapałam ;P). Bez kitu, miałam zamiar zwiedzać i w pewnym stopniu mi się to nawet udało... ;) Wraz ze znajomymi ruszyłam w miasto: mapa i przewodnik w ręce, Sylwia z aparatem pod ręką, dzienny grupowy bilet na bezbłędną  komunikację miejską, przeciwsłoneczne okulary itd. Szybko jednak porzuciliśmy turystykę tradycyjną na rzecz ... gastroturystyki! Każdy weganin, jeżeli sam nie doświadczył, to przynajmniej słyszał, że Berlin jest wegańskim rajem ( w każdym razie, jeżeli o Europę chodzi) i nie będę zaprzeczać...Zresztą stale, jeżeli osobiście nie mogę nabyć, to przez znajomych, dostarcza mi tofu, silken tofu i tempehu z marketu z chińskim jedzeniem. 
Berlin ma jakąś taką cudowną właściwość, że pomimo swojej wielkości zupełnie mnie nie przytłacza. Jest przepełniony ludźmi, ale jednocześnie dziwnie, jak dla tak dużej aglomeracji, zrelaksowany. Czasami wręcz leniwy... Może to tylko złudzenie przyjezdnej dziewuchy, która zawsze udaje się tam w celach wypoczynkowych na koncerty, spotkać znajomych, na wegańskie jedzenie i wegańskie zakupy, ale może mi się nie wydaje... (?).
Wyjazd okazał się bardzo udany. Miłe towarzystwo, śniadania w porze brunchu, rozciągające się do lunchu. Odwieczne pytanie: "To co dziś robimy?" i odpowiedź Werci: "Kupujemy bilet!". Tak, tak najważniejsze to kupić bilet... ;). 
O tym, co warto zobaczyć w Berlinie możecie przeczytać w każdym przewodniku. Ja nigdy nie mam parcia na zwiedzanie zabytków - przy okazji, za każdym razem, jak jestem w Berlinie, coś tam jednak chętnie zobaczę. Inaczej podchodzę do miejsc, które są bardzo odległe, inaczej do tych, które często odwiedzam, jak Berlin. Interesuje mnie bardziej życie ulicy, mieszkańcy, rozmaite, czasem diametralnie różne od siebie dzielnice. Lubię obserwować ludzi, ich zachowania, czasami zgadywać kim są i co w życiu robią, wtapiać się w miasto i wczuwać się w jego rytm. Jest to, obok gastro-, mój ulubiony sposób turystyki.



W kilku zdaniach postaram się Wam przybliżyć miejsca, które odwiedziłam w ramach mojej gastroturystyki. Berlin, dzięki swojej multikulturowości, daje wiele możliwości, chociażby dlatego, że  falafele sprzedają na każdym kroku (oczywiście falafel falafelowi nierówny, ale o tym można by kolejny post napisać... ). Pełno jest tam knajp z orientalnym jedzeniem, które oferują wegańskie opcje. Ponadto weganizm jest na tyle powszechny i popularny, że właściwie nie musisz wszędzie tłumaczyć, dlaczego czegoś tam nie jadasz. 
Tym razem falefeli jednak nie było, ponieważ postanowiliśmy (z małymi wyjątkami) ograniczyć się do miejsc stricte wegańskich czy też wegańsko-wegetariańskich. Cztery dni to nie znowu wieczność, więc musieliśmy się sprężyć :). Były burgery, wegańska pizza, pyszne lody, smakowite kawy i chai'e, jogurty na śniadanie, było też obłędne jedzenie w ramach wegańskiego brunchu  na hausprojekcie, w którym się zatrzymaliśmy, ale posiłki w tym miejscu zawsze będę rekomendować pozytywnie, bo kilku mieszkańców zna się na gotowaniu, jak mało kto. Oczywiście, mimo że bardzo chciałam nie sposób było spróbować wszystkiego, co oferowały nam poszczególne miejscówki, nie chodziło nawet o ograniczenia finansowe, ale o moje możliwości wciśnięcia w siebie jedzenia, nawet najsmaczniejszego. Dlatego czasami nasz chód przypominał bardziej toczenie się niż spacer...
Jeżeli szukacie w Berlinie wegańskiego fastfoodu, to  odradzam oklepane Yellow Sunshine , a namawiam na VEGO foodworld. Jest odrobinę tańsze od tego pierwszego, przyjemniej urządzone i prowadzone przez przesympatycznych ludzi. Burgery dają radę i jest ich naprawdę spory wybór, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie. Pizza ze szpinakiem i serem na cienkim spodzie była bardzo dobra, ale dla mnie nieco za słona. Zamówicie sobie więc coś do picia np. CLUB MATE! :) Będąc w Vego koniecznie pokierujcie się do odłegłego o jakieś 15-20 minut spacerem, Veganz, pierwszego w Europie całkowicie wegańskiego supermarketu. Jarałam się, że nie muszę czytać żadnych składów dostępnych tam produktów. Cenowo znowu jest tam różnie, ale niewątpliwie znajdziecie wszystko czego dusza zapragnie, wybór produktów jest tak ogromny, że nie wiadomo na czym oko zawiesić. Myślę, że zakupy tam wpiszą się w stały punkt programu wszelkich wyjazdów do Berlina. Oprócz sklepu, na miejscu prowadzona jest wegańska piekarnia i bistro serwujące przeróżne kanapki, przekąski, ciasta, ciasteczka, lody i rozmaite napoje. Kawa z mrożonym jogurtem waniliowym i bitą śmietaną wymiata.
Jeżeli lubicie tofu, nie jesteście uczuleni na orzechy oraz nie dysponujcie wielkimi kwotami to polecam Tofu Madagaskar, czyli pite z marynowanym tofu, warzywami i sosem orzechowym za 3 "ojro" ;). Sam pomysł tego dania jest genialny, choć zgodnie z Sylwią stwierdziłyśmy, że w naszym wykonaniu byłoby lepsze, bardziej wyraziste i bogatsze w warzywa! ;) Niemniej polecam serdecznie. Tofu Madagaskar serwują m.in. w Nilu na ulicy Grünberger.  
Jeżeli możecie pochwalić się takim spustem, jak ja, to po Tofu Madagaskar nabierzecie ochoty na coś słodkiego. :) Dosłownie dwie ulice dalej znajduje się kawiarenka Cupake Berlin, w której istnieje opcja wegańska cupakesów ( od 1do 3 wersji), a kawy serwowane są do wyboru z mlekiem sojowym. Polecam David Rio Chai Power! ( uwaga, bo pozostałe chai'e tam serwowane nie są wegańskie! ).


Jak podpowiada mi strona HappyCow w samym Berlinie możemy znaleźć około 13 typowo wegańskich miejscówek. Mieszkańcy i turyści mają więc w czym wybierać.
Przyjechałam przepełniona inspiracjami na nowe przepisy oraz coraz bardziej przekonana o konieczności stworzenia własnego miejsca... potrzebuję tylko jeszcze trochę czasu, ale jestem młoda, więc wszystko przede mną ;)
Wracając jeszcze do wegańskich miejscówek i moich przemyśleń na ich temat. Uderzył mi profesjonalizm osób tam pracujących. Wszędzie zatrudnieni są weganie, którzy doskonale ogarniają temat i są przemili. Nigdzie nie natknęłam się na nieuprzejmą, czy niedoinformowaną obsługę, czego niestety nie mogę powiedzieć o wegeknajpach chociażby w Poznaniu...

Bez większego rozwodzenia... O Berlinie opowiem Wam pewnie jeszcze nie raz i mam nadzieję, że z czasem uda mi się napisać rekomendację wszystkich tamtejszych wegańskich miejsc...

Berlin, I miss you! :*

10 komentarzy:

  1. Hey, obserwuję tego bloga od niedawna, bo czasem fajnie jest podejrzeć jakiś przepis:)
    Berlin jest moim ulubionym miastem i podobnie jak Ty zawsze jak tam jestem to albo jadę na koncert albo coś załatwić. Ciekawi mnie na jakie jeździsz koncerty? W zawodzie masz wpisane N*E*R*D, więc bardzo możliwe, że słuchamy podobnej muzyki:) Pozdrawiam i życzę miłego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wegański Berlin to temat rzeka! Uwielbiam Berlin i zawsze kiedy tam jeżdżę to jedną z atrakcji jest szlajanie się i jedzenie w wegańskich miejscach, a potem jeszcze kupowanie ton wegańskiego jedzenia do domu. Nigdzie w Polsce nie da się dostać tak taniego i dobrego tempehu albo tofu, więc nigdy nie mogę sobie odpuścić, żeby czegoś nie przywieźć :) Swoją drogą od niedawna mieszkam w Holandii i planuję właśnie wielki post na ten temat, bo wszystkie te chińskie sklepiki, bazary i zieleniaki to po prostu wegański raj. Codziennie jem tempeh, tofu w każdej postaci a na śniadanie bez problemu mogę kupić sojowy jogurt. Oj, i całą masę innych wspaniałych rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. pinkmarta: jakiej muzyki słucham? Można mniej więcej wybadać to na podstawie soundtracków lub clipów jakie wrzucam, o ile nie robię sobie akurat jaj :P
    Moja muzyka to punkrock, hardcore, crust i okolice :)
    a nerd mam wpisane, bo jestem kujonem, naprawdę... Choć zupełnie podobno tego po mnie nie widać :)

    Marta: zazdroszczę wszystkim, którzy mają szeroki dostęp do vegan produktów! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. napisz więcej o zakupach w Veganz :) ja się strasznie jaram i chcę pojechać ale zupełnie nie jest mi to po drodze :) jednak moje serce zostało w Wiedniu ;)

    Marta: ja się do Ciebie zaraz odezwę w sprawie vegan Holandii :)

    OdpowiedzUsuń
  5. magda, Nil ktory odwiedzilscie znajduje sie na Kreuzbergu przy Oppelner Str. 4. Adres ktory podalas to jest nowa filia na Friedrichshain. Dokladny adres to Gruenberger Strasse 52 (ul. Zielonogorska ;-) )
    Jak co to link do strony: http://www.nil-imbiss.de/en/index.html

    OdpowiedzUsuń
  6. ble ble ble!;) My Wuja w tym nowym bylismy ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. to rzeba bylo mi mowic od razu! Dzis moje podniebienie zostalo zniszczone najlepszym falaflem w mojej karierze! Mos Falafel na Graefestr. 9. Szkoda ze dowiedzialem sie o nim dopiero dzis. Podczas nastepnej wizyty musisz sprobowac!
    http://www.yelp.com/biz/the-king-of-falafel---mos-kleiner-imbiss-berlin

    OdpowiedzUsuń
  8. jaram się! najlepszy z Ciebie Lenin jakiego znam! ;D
    obczaję, obczaję następnym razem! i napiszę rekomendację na blogu ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. proszę mnie następnym razem zabrać na taką wycieczkę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ma problemu! Tylko żebyśmy sami się w sobie zebrali.. Może jak już się zrobi ciepło! :)

      Usuń