środa, 14 września 2011

Hop hop!

Wiem, wiem! Patrząc na częstotliwość wpisów z lipca można by mnie nazwać obecnie leniem śmierdzącym. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że są wakacje... Czy ja w wakacje nie jem...? Jem i to strasznie dużo, tyjąc nieprzyzwoicie, ale kompletnie nie mam ochoty, aby prowadzić tutaj dokumentację moich kulinarnych wyczynów. Nie mam i już. Computer is not my friend anymore :). 

Ale spokojnie! Obiecuję, że na dniach ogarnę z dwa lub trzy przepisy, a może i jakiś rozkminy na różne tematy się znajdą, wszak wakacje to czas idealny: jeżdżę, podróżuję, poznaję i przyglądam się ludziom i światu. Później wyciągam wnioski, notuję obserwacje, a to w głowie, a to na bilecie pkp, starym paragonie... Poza tym przyglądam się sobie i tu też pojawiają się pewne przemyślenia. Ostatni rok, czas od poprzedniego września, był najlepszym okresem mojego życia. Był? Nie! Wciąż jest i trzymajcie kciuki, aby się nie kończył!!! 
 
Wiecie, gdzie mnie ostatnio poniosło? Tak się dziwnie poskładało, że (trochę przez przypadek) trafiłam do... Zakopanego. Byłam tam z dwa razy w podstawówce, więc miałam jakieś mgliste wspomnienia z tego miejsca. O ile Berlin nazywam wegańskim rajem, o tyle Zakopane zasługuje na miano wegańskiego piekła... W ogóle atmosfera tego miasta to nie moja bajka... Owszem widoki ładne, ale poza tym okropne tłumy ludzi, nawet na szlakach, denerwujący hałas i potwornie mięsna kuchnia. Nie udało mi się nawet dostać pizzy o wegańskim składzie ciasta... Na całe szczęście miałyśmy do dyspozycji swoją kuchnię, więc mogłyśmy przygotowywać sobie posiłki  i to uratowało całą sytuację. Tak więc, moja rada dla wegan i wegetarian: nigdy nie jedźcie w takie miejsca, myśląc, że "coś tam się zje na mieście"! W te wakacje, trochę pojeździłam po różnych miasteczkach, miastach i wsiach w pl ( morze, Kaszuby, góry) i generalnie mogę powiedzieć, że od lat nie widzę żadnego progresu! Nic się nie zmienia i jedynie w dużych miastach zaplecze gastronomiczne ma do zaoferowania cokolwiek dla wegan. Nie powiem, jest to dla mnie swego rodzaju szkoła przetrwania i myślę sobie, że skoro nawet w tak niesprzyjających warunkach daję radę prowadzić wegański styl życia, to nic mnie nie złamie. Z drugiej strony, wiem że wszystko to mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, prościej, milej, lepiej... Nie musiałabym się czuć, jakbym pochodziła z innej planety... 

Jestem herbaciano-kawowo maniaczką! Lubię herbaty, choć czarnej praktycznie nie piję. Zielona, rooibos, biała, miętowa, rumiankowa, ziołowa, owocowe - to taka moja namiętność! ;)  A za to picie kawy sprawia  mi prawdziwą przyjemność, czasami jedyną, jaka na mnie czeka w ciągu dnia, więc nie lubię, jak mi ją się odbiera. Niestety Zakopane podpadło mi jeszcze jakością wody w kranie... Nawet moje ulubione napoje pijam z trudem... Straszne... Ale przynajmniej wiem, gdzie nigdy nie zamieszkam... ;) 

O.K.! Ale koniec pastwienia się nad stolicą Tatr. Wracając do Poznania zahaczyłyśmy przelotem o Kraków. Przybić piątkę znajomym, sprawdzić czy wszystko stoi, jak stało podczas naszej ostatniej ( bardzo dawnej ) wizyty. Kumpel zaciągnął nas do knajpki, w właściwie wegetariańskiej restauracji o nazwie KARMA. Serwowane tam potrawy są przyrządzone z eko-produktów, co przekłada się na cenę dań, ale myślę, że od czasu do czasu, zwłaszcza na wczasach, można "poszaleć". Obie zamówiłyśmy sobie to samo danie: pieczoną dynię, z fasolką, tofu, i sałatką. Pierwsze, co pomyślałam kiedy położyli przede mną wielki talerz pełen warzyw, to że się tym nie najem.  Ale nic bardziej mylnego, bo wypełniłam skutecznie swój wygłodniały żołądek. Drugie, co mi przyszło do głowy, to że talerz wygląda pięknie i jaka to miła odmiana zobaczyć coś tak ładnego, bo kilku dniach otoczenia grillami z przeróżnym mięsiwem ( brrr...). A co do smaku? Super! Bardzo proste i świeże. 
W dodatku pracująca  obsługa jest  przemiła, a wnętrze ma minimalistyczny, ale ciepły wygląd. Kraków przywitał nas piękną pogodą, tłumem turystów, ale już nie tak przytłaczającym, jak ten zakopiański. Pochodziłyśmy, pooglądałyśmy to i tamto, posiedziałyśmy  nad Wisłą, a potem grzecznie zwinęłyśmy się do Poznania... Ech, powoli odliczam czas, jaki będę musiała w nim pozostać... Coraz duszniej tutaj..., coraz mniej mnie tu trzyma...

Ściskam wszystkich, którzy do mnie zaglądają i obiecuję na dniach wyczarować coś pysznego! :)

4 komentarze:

  1. Ty tylko odwiedzałaś Zakopane, pomyśl sobie, że ja tu mieszkam :O I masz rację, to zdecydowanie wegańskie piekło. Tofu do dostania w sklepach tylko jednej sieci tylko raz w miesiącu, wykorzystywanie zwierząt na Krupówkach, wszechobecne baranie skóry, oscypki i nieładnie pachnący, przeklinający górale z końmi.
    Za to w Coście przy Krupówkach możesz bez problemu dostać kawę z mlekiem sojowym i nie trzeba dopłacać ^^
    Nie rozumiem tylko co było nie tak z wodą, mnie ona bardzo smakuje i w porównaniu z innymi, z którymi miałam przyjemność zdecydowanie najlepiej działa na moje włosy... ale może to kwestia przyzwyczajenia.
    Co do turystów w górach.. przyjechałaś o złej porze, Tatry są super do spacerowania pod koniec września, wtedy wędrując widzisz widoki i okazjonalnie turystów, a nie dzikie masy przypadkowych ludzi niewiedzących co tak właściwie robią i dlaczego.
    Pozdrawiam :)
    PS. Po widoku poznaje, że zdobyłaś Nosal :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jakiś czas czułam sie jakbym z innej plkanety przyleciala . ale juz nie teraz.wiem ze ja postępuje najsluszniej i najbardziej prawdilowo,tak naturalnie i szczęścliwie bo jak tylko moge nie przyczyniam sie do cierpienia zwierząt.
    Ludzier ktorzy krtyykuja moj weganizm mimo iz tlumacze im dlaczego nie jem ziwerzat i produktow pochodzenia ziwerzecego ,ktorzy robia glupie docinki wiedzac ze jestm weganka ,dla ktorych nie liczy sie zycie ziwerzat, ja nie mam z takimi ludzmi nic wspolnego.nie chce na nich patrzec,nie chce kolo nich zyc,po prostu nie chce bo oni wszyscy sa winni temu co sie dzieje na swiecie.bo jesli by chcieli a nie jest to trudne wrecz przeciwnie mogli by nie przyczyniac sie do zabiajnia zwierzat itp. ja nie jestem w stanie zyc ani kolegowac sie z czlowiekiem ktory tego nie rozumie i bedac swiadomym cierpienia ziwerzat robi co robi.obawiam sie ze nigdy nie znajde dla siebie miejsca w ktorym bede czuc soe szczesliwa bo bede zawsze swiadoma tego co sie dzieje na swiecie,nie moglabym byc z partnerem ktory nie jest weganem chocby moje serce zglupialo i chcialo czegos innego to ja w tym przypadku poszlabym za glosem rozumu.obawiam sie ,że nigdy nie spotkam chlopaka ,który będzie myslam pdoobnie a ktorego pokocham i on mnie rowniez.najgorsza jest ta bezslilnosc ,że nic nie da sie z tym zrobic.oczywiscie,mozna probowac jesli ktos ma sily i motywacje ale ja tego nie widze i widze tylko oczyma wyobrazni te ziwerzeta ktore codziennie dzien w dzien tak bardzo cierpia i sa maltretowane a po co ? po nic ! wlasnie po nic ! dla proznych,samolubnych ludzi dla ktorych liczy sie pelny portfel i napchany wielką ilościa jedzenia brzuchol...
    kiedys walczylam z moimi mysllami probowalam myslec pozytywniej ale ja juz nie potrafie wiedzac ,ze to sie nie zmien i dopoki nie nastapi kataklizm ludzie nadal beda zyc na ziemi i beda zabijac i wykorzystywac zwierzeta
    chcialabym zamieszkac na planecie gdzie nie ma cierpienia,gdzie ludzie nie krzywdza siebie i innych,gdzie nie ma stereotypow i chorych sytuacji ,gdzie nie ma patologi,szkoda tylko ,ze taki raj nie istnieje :/

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, Zakopane to dietetyczna masakra i to nie tylko dla wegan, ale generalnie dla osób, które chcą się w miarę zdrowo odżywiać i np. jadają czasem warzywa ;) Kiedy tam ostatnio byłam, jadłam jeszcze mięso, ale po kilku dniach człowiekowi robi sie słabo na myśl o szaszłyku baranim albo oscypku z grilla, względnie ociekających tłuszczem plackach ziemniaczanych i innych specjałach polskiej kuchni ;) Bar sałatkowy w pizzy hut okazał się jedynym ratunkiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. do pierwszego komentarza anonimowego:
    uważaj, bo Twoja postawa jest nie do końca ok! Po pierwsze jednak zachowując się w ten sposób, odwracając od ludzi, którzy jedzą mięso itd. niczego nie osiągniesz. Ja uważam, że trzeba się otwierać na innych, pokazywać im, że my nie jesteśmy z innej planety, ale że jesteśmy normalnymi, fajnymi, zdrowymi ludźmi i może tym sobie zjednamy kilka osób... Sprawimy, że będą chcieli spróbować naszego stylu życia.
    Twoja postawa jest na maksa dołująca i może sprawić, że pewnego dnia zostaniesz całkiem sama na polu walki.
    Też mam dni, kiedy naprawdę nienawidzę świata i ludzi i kiedy jestem naprawdę wkurwiona, że to wszystko tak własnie wygląda, że ludzie nie chcą zrozumieć tak prostych mechanizmów, ale jednocześnie wiem, że dużo łatwiej mi wpływać na nich, kiedy jestem pozytywnie nastawiona, pogodna, kiedy nie daję im poczucia, że jestem jakaś lepsza, bardziej świadoma, a oni są bandą nieczułych głupków. Nie chce, aby w moim otoczeniu czuli się winni, ale żeby chcieli ze mną rozmawiać, a nie ode mnie uciekać.
    Fajnie jest być radykalnym, ale jestem już na tyle doświadczona życiowo, że wiem, że trzeba umieć też mieć w sobie trochę pokory. Życzę Ci żebyś nauczyła się trochę równowagi pomiędzy tymi dwoma postawami, nie wywyższała się ponad innych, ale umiała wysłuchać nawet największej głupoty, a potem wchodziła w dyskusję.

    OdpowiedzUsuń