czwartek, 7 lipca 2011

W tej sprawie jeszcze głosu nie zabierałam...

Dużo piszę do Was o sobie, ale coraz częściej odczuwam potrzebę podzielenia się z Wami tym, co dzieje się wokół mnie. Czasami zdradzam między wierszami swój światopogląd, choć sam fakt, że jestem weganką już powinien dużo na mój temat powiedzieć... ( może wręcz przeciwnie :P) .  Chciałabym, aby na blogu raz po raz pojawił się zupełnie oderwany od gotowania, tekst. W myśl hasła z podtytułu bloga "If you can bake a cake, you can make a bomb". Teksty te mają być w zamierzeniu swego rodzaju bombą. Mają  uderzać, dawać do myślenia. Pewnie minie kilka miesięcy zanim  uda mi się to zrealizować w takim stopniu, jakbym sobie tego życzyła i napisać coś naprawdę dobrego, ale co tam... Spróbuję.  Zaczynam!

Dziś będzie o czymś zupełnie nowym. Na tapetę wskoczy DZIECKO. Spokojnie, nie dołączam do grona rozhisteryzowanych, niedojrzałych emocjonalnie matek. Nie żebym uważała, że wszystkie takie są, ale ja byłabym najpewniej własnie taka w tej chwili, a moje dziecko miałoby w przyszłości z tego tytułu co najmniej anoreksję. Ok, ale zbaczam z tematu! Chcę pisać o dzieciach, bo już wkrótce zostanę po raz czwarty ciocią. Dlatego ostatnio temat ten wkrada się do wszystkich sfer mojego życia.  Na szczęście dla dzieci mojej siostry jestem po prostu Madzią (tak, boję się dorosnąć i uważam, że nazywając mnie ciocią postarzałyby mnie... :P). Ojej i znowu egocentrycznie piszę o sobie samej, a tym czasem, ja naprawdę chcę napisać coś o DZIECKU i jego otoczeniu. Byłam dosyć nieczuła na widok dzieci dopóki nie zostałam ciocią. Nie zwracałam na nie uwagi. Zwyczajnie miniatury "normalnych" ludzi zupełnie nie wchodziły z zakres moich zainteresowań. Do czasu... bo w końcu takie zdjęcia rozmiękczają nawet moje serce.
   


Kiedy 5 lat temu na świecie pojawiła się moja pierwsza siostrzenica wszystko się zmieniło. Teraz idąc ulicą i widząc dzieci, przyglądam się im. Zupełnie nie boję się kontaktu z z "małymi ludźmi"! Moje życiowe doświadczenia z dziećmi mocno przydają mi się na zajęciach z pediatrii. Jestem obcykana z wszystkim tym, co "interesuje" dzieci praktycznie od chwili narodzin aż do 5-6 roku życia. Ale znowu o sobie zaczynam...
No dobrze... Dużo chodzę, poruszam się po mieście pieszo i obserwuję, wyłapuję bodźce dobiegające do mnie ze środowiska zewnętrznego. I choć jest ich sporo, staram się je segregować, wychwytując tylko te które mnie interesują.
Idąc ulicą widzę mnóstwo dzieci, w wózkach, "za rękę", w chustach, nosidłach i na rękach. Moja uwaga jednak wcale nie skupia się zbyt długo na dziecku, bo w pewnym momencie zostaje odwrócona przez opiekunów tychże maleństw. Mowa oczywiście o MATKACH, bo to one w 95% towarzyszą swoim dzieciom. Choć "tatowanie" modne stało się "na salonach" i czasami trafiam w necie na zdjęcia celebrytów piastujących swe potomstwo bez żadnej pomocy karmicielek, to jednak ze zwykłej polskiej ulicy-kamienicy-blokowiska etos Matki Polki nie znikną. Ba! Ma się świetnie, kwitnie wręcz, jak lipa pod koniec czerwca. 
Każda z nas nosi go w sobie. Co najgorsze jest bardzo utwierdzany przez współczesny świat. Do kogo kierowane są reklamy pieluch, kaszek, papek itd.? Do kobiet. Co za dyskryminacja! Dyskryminacja ojców. Odbiera im się prawo do decydowania - to kobieta wybiera pieluchy, kaszki, papki. Nie powinien on się interesować w co sika i robi kupę jego potomstwo. I nic mu do tego co je i pije! Co najlepsze, choć nie lubię generalizowania, większość mężczyzn faktycznie się tym nie interesuje, wszak jest to rzecz jego partnerki, żony, kobiety, która w bólach powiła jego dziecko. 
Gdybym była kosmitką, przyleciała na ziemię i obejrzała reklamy produktów dla dzieci i niemowląt uznałabym, że ludzie rozmnażają się przez partenogenezę. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że cały świat wokół wmawia nam, że dzieci to sprawa kobiet. Tylko kobiet. 
Najgorsze jest jednak to, że narzucone przez ten świat role większość przyjmuje bez chwili refleksji. Znam osobiście różne przypadki. Znam typa, który nie wiem czy wie, ile jest 4 razy 4, ale ojcem jest świadomym i zaangażowanym. Podchodzi do rodzicielstwa z dozą luzu i dystansu, jednocześnie doskonale zna swoje dziecko, obchodzi się z nim świetnie i maluchowi wszystko jest jedno z kim przebywa, czy z mamą, czy z tatą. W dodatku idealnie potrafi sobie rozdzielić obowiązki ze swoją żoną, tak aby każdy znalazł na czas dla siebie. Znam też pana ze środowiska tzw. wolnościowego, który kompletnie nie radzi sobie z dzieciakami. Kompletnie! Przeczytał tyle  książek, że trudno to ogarnąć, skończył dwa fakultety, jest rzekomo "świadomy", ale wózek pcha jego dziewczyna, zakupy robi jego dziewczyna, ze wszystkich koncertów rezygnuje jego dziewczyna, kiedy dziecko popłakało się na wykładzie, musiała wyjść z nim jego dziewczyna, bo on chciał posłuchać do końca... Ona też chciała, ale przecież MUSIAŁA wyjść z marudzącym dzieckiem. Nie było wyjścia.... Było, ale żadne z nich już go nie dostrzegało.
Przerzucanie całej opieki nad dzieckiem na mamę sprawia, że maluch tak się do niej przyzwyczaja, że nikt inny i tak się nie może nim zająć, bo się nie uspokoi, nie zaśnie, nie zje nic, co nie jest podane przez mamę. I przysłowiowa pętla na szyi się zacieśnia... A potem się słyszy, że dziecko rozwydrzone. Nie, nie rozwydrzone, tylko się z nim źle obchodzono. 

Kolejnym problem dzieci jest taki, że w naszym społeczeństwie za wychowanie odpowiedzialni są tylko rodzice. Na nich zrzuca się ten obowiązek, a reszta z zadowoleniem umywa ręce. Wracając jeszcze do przykładu z wykładu, przed salą stała grupka znajomych rodziców rozwrzeszczanego maleństwa, ale nikt nie zaproponował, że skoro i tak nie uczestniczy w wykładzie to może się zająć dzieckiem, a w tym czasie mama może sobie posłuchać, bo przecież to nie jego dziecko, to co będzie się interesował. A powinien, bo na tym tez polega feminizm, i na tym polega pomoc wzajemna. Jedyne, co od mówiącej o pomocy wzajemnej grupy dostała to pełne współczucia spojrzenia.
   Zamiast sobie współczuć powinniśmy sobie pomagać!
Inny przykład. Z autobusu. Jadę rano na egzamin, ludność wszelkiej maści i w różnym wieku jedzie do pracy. Jedzie też młoda matka z dzieckiem. Maluch drze się wniebogłosy. Matka zupełnie je ignoruje gadając bez przerwy przez telefon. Z kolei cały autobus ignoruje ją, oczywiście w pewnym stopniu, bo wiadomo, gdzie skierowane są oczy wszystkich. Nikt nic nie mówi. W końcu NIE WOLNO wtrącać się do wychowania cudzego dzieciaka.  Tylko, że to co robiła ta kobieta, z wychowaniem nie miało nic wspólnego. Dla mnie było to znęcanie się nad dzieckiem, coś co jest przecież karalne i społecznie niedopuszczalne. A jednak... A jeżeli ona już zawsze będzie je tak źle traktować? Jak wyrośnie na sfrustrowanego dorosłego? Jeżeli później zostanie czyimś szefem albo co gorsza partnerem, np. Twojego dziecka z przyszłości, i wszystkie swoje nieszczęścia będzie przelewał na nie? Czy nadal to nie będzie Twoja sprawa?

Z drugiej strony pozawalamy, aby dzieci były kształtowane przez telewizję i bezmyślne programy i filmy... 

Ostanie, o czym chcę napisać w tym temacie, to świadomość. Świat, którym rządzi pieniądz doskonale wie, kto jest najlepszym targetem. DZIECKO. Ale wcale nie zaczyna się od dziecka, ale od jego matki ( pisze matki, bo już powyżej wyjaśniłam do kogo uderza reklama). Wmawia, że jeżeli nie nabędzie tego wszystkiego, co jej dla potomstwa oferuje, to ONA będzie złą matką, a co gorsza zniszczy maleństwu dzieciństwo. Nieprawidłowo się rozwinie i w ogóle jeżeli nie dostanie tego czy tamtego, to będzie miało zrujnowane życie już do końca. Najsmutniejsze jest to, że potem reklama zaczyna działać na placach zabaw, na imprezach rodzinnych, kinderbalach, w żłobkach, przedszkolach, szkołach. Na tych cholernych forach internetowych, na których pod matki podszywają się producenci tych wszystkich "dziecioproduktów" wciskając swój towar, często totalnie zagubionym rodzicom.
Bo prawda jest taka, że ten ich konsumpcjonizm nie wynika ze złej woli, oni z reguły naprawdę są święcie przekonani, że robią to dla dobra dziecka.
I tu chce zaapelować o ŚWIADOMOŚĆ!

Zamiast konsumować lepiej zawalczyć o swoje prawa.


Wasze dziecko potrzebuje WAS, a nie tych zabawek, ubranek, herbatek, ciasteczek, papek i coraz bardziej wymyślnych pieluch. Potrzebuje świadomych rodziców, którzy dzielą się obowiązkami, co daje im możliwość, aby dalej się realizować w poza-rodzicielskich aspektach życia, dzięki czemu są szczęśliwi i spełnieni. A szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Nawet jeżeli jego jedyną zabawką będzie łyżka, patyczek, jeden wytarmoszony pluszak, nawet w ciuszkach z secondhandu i w modelu wózka sprzed 10 lat to dziecko będzie najszczęśliwsze na świecie.

Choć naprawdę nie planuję, ale jak wiadomo wypadki chodzą po ludziach, jeżeli miałabym być mamą to taką, jak ta z powyższego zdjęcia. :P





Zaraz pewnie posypią się gromy, że bezdzietna gówniara nie powinna się wypowiadać. Powinna, bo jest częścią tego społeczeństwa, tak samo jak ON, ONA i te wszystkie DZIECIAKI i ci, którzy wypowiadać sie nie chcą. Żyję wśród ludzi, otaczają mnie, są bliżej bądź dalej. Moje zdanie na różne tematy nie musi być budowane tylko na autopsji. Może wynikać z obserwacji, a to wcale nie obniża jego rangi. Są to moje subiektywne opinie i nie musisz się z nimi zgadzać. Możesz dyskutować. Czekam!

13 komentarzy:

  1. Mnie totalnie WKURZA, gdy widzę nudzące się dziecko w autobusie szukające sobie zabawy i psocące by zwrócić uwagę rodzica, który przykładowo gada sobie przez telefon, czy gapi przez okno i udaje, że wszystko w porządku.
    Dziecku potrzebna jest uwaga, poczucie bycia kimś ważnym w życiu rodziców. Dziecko trzeba uczyć żyć i traktować jako partnera, brać pod uwagę jego decyzje i potrzeby (np. niech dziecko wybierze kolor farby do pokoju, swoje łóżko itp.) ALE nie rozpieszczać i spełniać wszystkie zachcianki (ja MUSZĘ mieć taką zabawkię, KUP MI, KUP MI, KUP!).

    Poza tym, chciałam jeszcze na jedną rzecz zwrócić uwagę. Moja mama pracowała przez lata w zawodzie nauczyciela (przedszkole) i w ostatnich latach najczęściej spotykała się z podejściem 'to przedszkole/szkoła ma wychowywać', rodzic nie ma nic do tego. Dzieci przychodziły w wieku trzech lat niczego nienauczone, ani trzymać łyżki, czy kredek, ubieranie się to czarna magia. Wielokrotnie zdarza się, że dziecko nie rozumie podstawowych poleceń jak "nie można bić innych", czy 'nie możesz chodzić po meblach", nie ważne ile się tłumaczy, stosuje kar i nagród, zdarzało się, że dziecko spadało z wysokiego mebla (30 dzieciaków na jedną nauczycielkę i pomoc) ale przy następnej okazji robiło to samo…

    Dzięki za posta, pozdrawiam, Cottie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się twój post...z przyjemnością go przeczytałam...teraz nad nim pomyslę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze strasznie dobre to co napisałaś.Piszesz ,że jesteś 4krotną ciocią ,fantastyczną ciocią a własciwie Madzią Ja wyobrażam już sobie jaką będziesz cudowną mamą!świadomą cudowną mamą przyjaciółką swoich dzieci.Ja jestem 5cio krotną mama i w pełni rozumiem to co napisałaś.Jesteś cudna Dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń
  4. ej ale ja nie chce!!! naprawdę. Lubię dzieci ale cudze :P

    OdpowiedzUsuń
  5. aaa! zapędziłam się i zachowałam się jakby mnie nic życie nie nauczyło! ja nie chce teraz, jeszcze, a życie przecież potoczy się zupełnie tak jak chce! :)
    Miłego dnia! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. jeszcze do tego co napisała Cotti. Dzieci nie rodzą się złe, tylko ludzie i świat je psują. Jeżeli dziecko wymusza coś na rodzicach ( piszesz o zakupach) to znaczy, że otrzymało od kogoś taki wzorzec.

    pokazałaś jeszcze jeden problem. Odpowiedzialność za wychowanie jest przerzucane z rodziców na przedszkole, szkołę, ze szkoły na rodziców albo na coś tam jeszcze. Jakby wszyscy bali się odpowiedzialności. ;/

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozumiem, ze zadna z Was dzieci jeszcze nie ma???...

    www.lejdi-of-the-house.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Przecież Co by tu zjeść napisała, że jest 5 krotną mamą :)

    A ja jestem 3 krotną i uważam, że moja młodsza Sis nie pisze głupio :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeszcze raz powtórzę końcówkę posta, bo chyba niektórzy nie doczytali : "Zaraz pewnie posypią się gromy, że bezdzietna gówniara nie powinna się wypowiadać. Powinna, bo jest częścią tego społeczeństwa, tak samo jak ON, ONA i te wszystkie DZIECIAKI i ci, którzy wypowiadać sie nie chcą. Żyję wśród ludzi, otaczają mnie, są bliżej bądź dalej. Moje zdanie na różne tematy nie musi być budowane tylko na autopsji. Może wynikać z obserwacji, a to wcale nie obniża jego rangi. Są to moje subiektywne opinie i nie musisz się z nimi zgadzać. Możesz dyskutować. Czekam!"

    OdpowiedzUsuń
  10. Wg mnie każdy ma prawo głosu. Nie jesteśmy ślepe i obserwujemy świat, nie musimy wszystkiego dotykać osobiście. Nawet jeśli Maddy i ja nie mamy dzieci to jakieś pojęcie mamy w tym temacie.

    ~Maddy, zgadzam się z Tobą, na temat wzorców. Poza tym dziecko na początku życia testuje, co mu wolno, czego nie. Jeśli raz się uda coś dostać a później już nie to jest zdziwione, reaguje płaczem, wymusza. Raz uda się wymusić? Próbuje za każdym razem. Jeśli nie okaże się konsekwentności to będzie się ciągnąć. Dziecko nie rozumie, że coś jest nie tak, tak jest nauczone i tyle.

    Co do placówek typu szkolnego i rodziców... Czy nie mogliby po prostu współpracować w trosce o dobro dziecka?

    OdpowiedzUsuń
  11. Cottie, nie wypowiadaj się , proszę, w moim imieniu, ok? Nie lubię tego. Zabrałam głos w poście i w komentarzach. Jeżeli bede chciała coś jeszcze powiedzieć w tym temacie to sama to powiem, ale nie chce.

    OdpowiedzUsuń
  12. ~Maddy, Przepraszam, nie miałam na myśli nic złego, chciałam po prostu odnieść swoją pozycję w stosunku do Ciebie, nie miałam zamiaru wypowiadać się za Ciebie. Wybacz jeśli swoją wypowiedzią Cię uraziłam, jeśli sobie życzysz mogę usunąć komentarz.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. O, bardzo podoba mi się plakat z matką wnoszącą wózek po schodach. Ja sama wielokrotnie muszę wybierać inna drogę, bo nie jestem w stanie nosić wózka na plecach. W moim mieście nie jest jeszcze tak źle, ale jak jakiś czas temu byliśmy z Lubym i Dziecięciem naszym, odwiedzić rodzinę na Śląsku - padłam. Dziecko "pod pachę", Luby wózek na plecy i naginaliśmy po wszechobecnych schodach. Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na jedną kwestię. Dyskryminację młodych matek. Domyślam się, że stereotypowa nastoletnia matka to gówniara, która nawet nie zna ojca, bo na dyskotece było ciemno. Co prawda skądś te stereotypy muszą się brać, ale to już osobna historia. Urodziłam dziecko w wieku 19 lat, na szczęście do matury podeszłam jeszcze w ciąży. Studia troszeczkę odwleką się w czasie, ale dzięki temu, że nie pracuję i aktualnie nie uczę się, mogę w pełni poświęcić się dziecku, które ma już 15 miesięcy. Staram się być dobrą (a przede wszystkim świadomą) matką, a jestem traktowana jak gówniara, który nie ma pojęcia o macierzyństwie. Szczególnie w przychodniach. Nie wyrażam zgody na szczepienie - głupia gówniara, która idzie na łatwiznę (a przecież jeśli poszłabym na łatwiznę to po prostu szczepiłabym, żeby uniknąć problemów), karmię piersią - za długo, to już tylko szkodzi, etc... Najzabawniej jest, kiedy okazuje się, że ja i Dziecię mamy inne nazwiska (córcia ma nazwisko taty, nie jesteśmy małżeństwem, co nie przeszkadza w tym, żebyśmy byli i mieszkali razem ;). Traktują mnie wtedy jak niepełnoprawną matkę, która pewnie puszcza sie na prawo i lewo. Raz poprosiłam moją mamę, żeby poszła ze mną wybrac buty dla córci. NIKT nie zwracał się do mnie. Każda ekspedientka mówiła tylko do mojej mamy, traktując mnie jak opiekunkę, albo starszą siostrę. Mimo, że moja mama tylko stała z boku, a to ja zajmowałam się dzieckiem, wybierałam buty i starałam się rozmawiać ze sprzedawczynią. Miałam ochotę skakać, wymachując rękami i krzycząc "Hello, tu jestem!!!". Zostałam zignorowana tylko dlatego, ze jestem młoda. Nie mam 30 lat, wiec nie ma prawa być dobrą matką? Na to wygląda. Uff, rozpisałam się troszeczkę, ale ten temat jest mi teraz dosyć bliski, więc uważam, że mam całkowite prawo, żeby sie w tej kwestii wypowiadać. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń